CZŁOWIEK OKO, 01

blog 22.07.1978 - 22.07.1979

Wis - Wieslaw Sadurski

Przed 30 laty napisałem książkę. Blog, pierwszy w świecie, twierdzą przyjaciele. Pisałem rok, w 10 kopiach zawiozłem do Warszawy przed stanem wojennym.
Publikuję dziś na wisarts. Dzielę tekst na 12 stronic. Fotografowałem na okrągło. Książka, jak się w pisaniu marzyło, będzie ilustrowana. Skanowanie i opracowanie całego materiału potrwa do lata 2008, jak sądzę. Ale już są pierwsze fotografie.

 

 
Dwudziesty drugi lipca 1978,
niby środek lata, a Warszawa zimna jak w marcu. Ledwie pół godziny leżałem w południe nago na dachu, spragniony słonecznego blasku. Komin domu zasłonił przed porywistym wiatrem, który dziś wieje od Huty, niosąc w niemal mroźnych powiewach smród węgla i żeliwa. Szczęśliwie okna pracowni wychodzą na przeciwną stronę Żoliborza, zresztą tak pachnie farbami, że nie czuć smogu.
Zszedłem do siebie, pod dach, zaczynam pisać już po raz trzeci do Ciebie. W maju skończyło się na paru lirycznych linijkach, a parę dni temu przeszkodziła mi zapaść psychiczna; cierpienie było w przestrzeni głowy, bo nikt mnie nożem nie dziabnął, głodny nie byłem. Zatem? Tracę czas cierpiąc, egoistyczne zajęcie, więcej przebywać z roślinami, dziećmi i niebem, z tym, co ufne wiedzą istnienia.Wieslaw w pracowni 1978

Wieści od Ciebie wprawiły mnie w zamieszenie. Szczerze pisząc, a to zamierzam, nie mogę się połapać, chociaż biegam szybko. Jakże to? jeśli Twoje namiary prawdziwe, wszystko przestaje tu znaczyć.
Daleko skaczę? Ależ oczywista, wyciągam z Twego przesłania wnioski praktyczne. Jakby zarwała się winda pod nogami; poleciałem w dół, prawda? Oczekiwanie na wstrząs i rozbicie? Nic nie nastąpiło, poza tym, że nadal lecę i wcale nie w dół, gdzieżbym śmiał. Swobodna grawitacja, dobry napęd, kierunki umowne. Nawet nie ma o co rozbić głowy, tak się zrobiło przestronno. Nie wiem dlaczego, wiem tylko jak. Bardzo.

Myślałem że jestem nasieniem stamtąd, że gwiezdna jest moja ojczyzna. Twoje wieści sugerują, że jestem nasieniem stąd, że gwiezdna jest moja ojczyzna. Nie odnajduję swego początu w wymiarach czasoprzestrzeni. Zaczynam się gdzie indziej. Rodzę się teraz.
Żółty zeszyt, w którym piszę, posłuży zastosowaniu się do Twej życzliwej porady; a ponieważ mnie do pisania skłaniasz - stajesz się adresatem.

Nie czuję się mądrze. Czarna swieca, foto sadurski Patrzę na płomyk świecy poruszający się w przeciągu, powolne ściekanie stearyny, płynne układanie się jej na świeczniku i poniżej, na drewnie stołu, w melodiach zwierząt Pink Floyda z głośników. Księżyc wychodzi z pełni przedwczorajszej srebrny, otoczony obłokami niosącymi od północy szybkie chłody i deszcze.
Zrobiłem pranie.

Chętnie przebywam myśleniem z Anną, to nawet nie myślenie, a poczucie obecności. Przepiękny kwiat, który właśnie rozkwitł. Żadna chyba kobieta nie zachwycała mnie tak szczególnie, nie swoją kobiecością nawet, chociaż to szalenie kobiece: radość, jaką ma w sobie, głęboka prostota życia, fakt, że wszystkim potrafi się cieszyć. Zatrważająco przy tym wątła, nie znosi ciśnienia psychicznego, nie umie pracować, nie pracuje nad sobą.
Ania i Ania
Zbieram się do wyjazdu z Warszawy, mam z okazji więcej gości niż zwykle. Opowiem wczoraj; ciągle będzie wczoraj, bo dzianie się to nie pisanie.
Wróciłem z miasta z Piotrem, który mi robił wystawę w Pałacu Kultury; fajny człowiek, swobodny, rozmarzony; doprawdy nie pojmuję co go tak precyzyjnie na kwadratowo ociosało, przybrało w jeżyka na głowie, prostokątne okularki, zawsze szlachetnie szary garnitur, białą koszulę i krawat.

Wieslaw Parzę herbatę. Pukanie do drzwi. Otwieram i oto przede mną coś okrągłego, rumianego, i chichra się niemożliwie. Przedstawia się jako Tereska, przysyła ją kolega malarz Marek z prezentem.
- Jaki to prezent? - pytam, zapraszając do środka.
- A czy ja mogę zdjąć spodnie? Bo mi tak strasznie ciasno rozmawiać.
- Możesz - śmieję się, Piotr głupieje.
Panienka ściąga spodnie, siada na materacu, zaraz też wyciąga się na nim swobodnie, lekko poruszając biodrami. Nie chce herbaty, akceptuje wino.
- Już możesz powiedzieć, co to za prezent?
- Pieprzniczka - odpowiada chętnie, kładąc dłoń na łonie. Łono osiemnastoletnie i wdzięczne, chociaż grubo ciosane; pasowałoby do Piotra, ale ten dopija herbaty parząc wargi i zmyka.

Tereska śmieje się bez przerwy, to najlepsze co potrafi, kochane stworzenie, kurewskie i wstydliwe, bezczelne i lękliwe, wrażliwe i głupie. W trakcie kochania jej twarz przybiera jakby azjatyckie rysy.

Również wczoraj późnym wieczorem z wizytą Ewa, Konstancja, Dorota i oba Tomki; tacy fajni, wdzięk młodości, swobody. Zabawne reakcje Tereski, dziewczyny z ludu Pragi, na widok osób tak kulturanych - to jej określenie.
Scena w poranku - wysyłam ją do sklepu po mleko, pieczywo i sery na śniadanie, mam tylko banknot 500 zł, bierze spoglądając mi w oczy, widzę myśli, mój śmiech. Z pewną dumą przynosi żywność i kładzie na stole pieniądze. A po śniadaniu wyznaje, że nigdy nie brała do buzi, więc dostaje i ssie i uczy się zapamiętale. Żeby wspomnieć jeszcze:
- Czy ty masz z tego jakąś przyjemność?
- Ech, czy dziewczyna musi wszystko wiedzieć?

Ryszard JerzyCodziennie odwiedzam przyjaciół, chodząc po Warszawie piechotą, nie unikając dystansów, z flaszką wina i kamerą w torbie. Mogę Ci wszystkich pokazać, których tu spotkasz w słowach.

Rozmowa na Nowym Mieście z chłopcami Hari Kriszna. W cywilnych ubiorach, żeby ich nie pobili łobuzy, co niechybnie by nastąpiło, gdyby paradowali w żółtych szatach. Podeszli do mnie, żeby sprzedać lub choćby podarować zeszyt, wydrukowany zresztą po polsku. Emisariusze nowych religii i nowych przesądów - szukają życia w prawdzie.

A dzisiaj polskie święto i jestem sam z tej okazji, tutaj i z Tobą. Człowiek naprawdę uczciwy ma w życiu jeden cel: chronić, rozwijać, pielęgnować życie. Czy tak pojęta uczciwość jest do pogodzenia ze schabowym, pół litrem, patriotyzmem przy okazji gola, całą szumiącą dookolnie cywilizacyjną pianką? Roślina, drugi człowiek czy zwierzę zajmują, w miarę upływu lat mego spóźnionego dojrzewania, taką samą pozycję, są na równi ze mną. Rośliny zupełnie nie kłamią, kocham je. Z ludźmi jest ciężej, ale przecież nie jestem zainteresowany, jak kłamią, albo - jak usiłują mówić swoje biedne prawdy. Odczuwam ich wyraźnie poza opowieścią.
Na sztalugach ostatni malowany w Warszawie obraz, przeznaczony dla Wandy. Jeszcze parę godzin i skończę, mam z nim sporo zachodu; jakbym zbyt przywiązywał się do tego, co już jest na płótnie; że niby jest fajnie, ale żeby było lepiej. Ale to trochę wymaga żywego procesu żeby być, ciągłej zmiany, a nie zatrzymywania się przy tym, co dokonane. Nie przywiązywać się do niczego - tak w przeżywaniu jak w malowaniu. To bolesne, ale staje się prawdziwe; niełatwe, ale mi dane - przeżyć wszystko.

Cieszyłem się z byle czego.
Cierpiałem z potrzeby wzruszeń.
Los mi wskazuje milcząco
na odrodzenie we wszystkim.


Tęsknię do zapachu żyta, który bujnie wieje nad miejscem planety gdzie jestem, w środku chłodnego lata i Europy, całkiem stąd niedaleko, zaraz za tym smogiem. Pragnienie lotu do gwiazd?

brat Andrzej i nasza mama MariaŚwita 23 lipca.
W dole za oknem aż do horyzontu jest bezmiar zieleni warszawskiej, połyskujących w niej dachów wśród mgły i czegoś, co mnie przerasta.
Poranek zastaje mnie przy przesadzaniu kwiatów, dziewiętnaście zielonych znakomitości; ciekawe, pożyją długo pod opieką innych?

A teraz zmierzcha się, czarowna pora doby, kolory intensywnieją, zanim rozpłyną się w mroku. Czy podobnie jest z życiem?
Przerywam malowanie na posiłek. Przeglądam odebrane dzisiaj fotografie, oto brat Andrzej i nasza mama Maria w pracowni przed miesiącem, mama pierwszy raz widziała, co maluję...

Poczucie braku, Nostalgia nieokreślona
która oznacza bezmiar.

Jestem mieszkańcem pustki,
domownikiem energii.

Na progu zatrzymał się lęk i ból,
nie ma wstępu dla myśli.

Tu jest ojczyzna niczego, wszystkiego.
Spotykam w niej małe dzieci, kolory, rośliny.


Wciąż maluje się obrazek dla Wandy na jednym płatku śniegu. Kolejne przezroczyste warstwy coraz ciemniejszych błękitów; może jest skończony? Często idzie mi o to, by skończyć nieskończone.

Ania, Wieslaw Za parę dni urodziny. I ruszam stąd wkrótce w nowym roku życia. Anna miła nie chciała dopuścić do sytuacji, w której zostałaby w Warszawie sama. Uwinęła się i nawet wyjechała wcześniej - do Amsterdamu, gdzie mamy się spotkać.

Kocham to miasto, mieszkałem przed paroma laty i dobrze się czułem jako grafik, lecz teraz, kiedy stałem się malarzem - jakże się z płótnami pomieszczę w misternej amsterdamskiej ciasnocie?

A jechać trzeba, jeszcze nigdy nie mieszkałem w jednym miejscu dłużej niż dwa lata, tutaj terminu również nie przekroczę. Jestem jak oleander - zabrałem go przed dwoma laty z miejsca gdzie marniał, w nowej doniczce poczuł się ze mną znakomicie, wyrósł i zakwitnął. A teraz trzeba go znowu przesadzać, ma ciasno, w obecnej ziemi może wegetować, nie rozwijać się. Na wegetację sobie nie pozwolę.
Więc gdzie mnie los poniesie? Niech sprawi, że nie będzie dla mnie odpoczynku, że płonący wewnątrz przezroczysty ogień będzie przeze mnie wiał do i dla innych.

Nie rozpoznaję własnej twarzy
i nie wiem, skąd przychodzę.

Jestem z pobliża: wiatr i górski orzeł
nazywają mnie bratem, to znów błyskawica
rozświetla drogę.

Przebyłem czas, widziałem z drugiego brzegu:
formy nie są tym, na co wyglądają,
a ludzie noszą w sobie nasiona zwierzęce.

A jednak spotykam - bez przerwy, bez reszty - Ciebie,
grzeje mnie Twój blask.

Jak delikatnie
prześwieca przez kwiaty jaśminu, czuwające obok,
przez oczy kobiety, gdy staje się ze mną

To wibracja początku,
migotanie iskier,
chłód nocy, stąpanie niepodległe
znikąd do nikąd -
wszechmogący płomień


Długo pisał się wiersz, dochodzi północ.
Ania, foto sadurski Naga
Obraz zmienił się w tych godzinach, jest wyraźny. Parokrotny spazm wzruszenia beztrosko wsparty o wilgotniejące oczy.

Tęsknię do kobiety albo wspominam Annę, rumieniec, sutki, delikatną rosę wstępującą na czole, wilgotność rozkoszną blask w oczach, gdy nadchodzi orgazm.

Wiesz?
byłby z ciebie piękny jeż!
Lecz nie masz żadnych igieł -
dlategoś szczygieł?

25 lipca zacząl się na zegarze.
Ludzie zachowują się w życiu i mówią o nim, jakby wiedzieli. Oni wierzą, że wiedzą. A wiara, zdolna przecież góry skaliste przenosić - rzuca ludzkie pyłki na pastwę wiatrom.

Jak to jest ze mną? nie wiem, wyznaję szczerze.
Wyczuwam jednak w sobie miejsce, z którego promieniuje światło. Miejscem jest świergot wróbli na dachu, szum przejeżdżających aut, cokolwiek: starzec kuśtykający po gazetę do kiosku, koza skubiąca wyschniętą murawę, kawał skały porzuconej przez boga pod domem. Wszystko promieniuje, gdy się jest w stanie łaski.
Stan towarzyszy jak niebo, nawet gdy zapominam niemrawo gapiąc się w sufit. To nie jest stan wewnętrzny, ale nieuchronny. Przesłanie Twe, Przyjacielu, rozjaśnia mnie bardziej, już boleśnie.

Nie, nie jestem przebudzony,
daję się ponieść snom
dokąd zdążają.

Daję się widzieć, tęsknić,
ach! tęsknię żarliwie i nie wiem do czego,
lecz to coś prostego i dotkliwego
jak kwitnące gałązki w słoiku,
preludium organowe Bacha,
coś
prostego jak życie, które śnię
w przeczuciu,
że czeka mnie przebudzenie.


Domyślam się kształtu mojego do Ciebie pisania. Kształt ma na imię worek. Zapiski dzienne i nocne, sny i wiersze, spotkania i pożegnania, wszystko co niesie istnienie. A wszystko to marnością. I gonitwą za wiatrem. Czy ostrzeżenie? Daruj, znakomitości formy czy polotu nie wchodzą w rachubę.
A zresztą, jeśli rozumiesz konsekwencje nowin - rozumiesz także, że wszystko w moim życiu się porozplątywało, zrównały się porównania, rozpadły hierarchie, wartościowania, nadzieje.
Przecież nie mogę mieć pojęcia czy wyobrażenia o tym, co dla nich istotne - procesy trawienne czy sądowe? skład chemiczny manny z nieba, czy zawartość skrobii w fobii? Wszystko równoprawne i niepodległe, zapewniam z oddaniem - będzie korzystnie Cię karmiło.

Jan i Marysia Odwiedziłem dzisiaj Marysię i Jana. Dobrzy, mili i sympatyczni jak zwykle! ale naleśniki z konfiturą wiśni - oto niezwykłe. Do herbaty rozmowa o czasie. Że, chociaż w czasie rodzimy się i umieramy, to go właściwie nie ma. Że to produkt uboczny życia.
Jan, nerwową dłonią przynaglając brodę, żeby szybciej rosła, podjął nawet próbę skonstruowania fizyki bez używania pojęcia czasu. To bodaj Ouspensky, że czas nie jest warunkiem istnienia uniwersum, że jest warunkiem postrzegania uniwersum.

Zadzwoniłem do Marka, dziękując za prezent Tereski; ostatnie nasze spotkanie było dlań ciężkie. Jest dobrym człowiekiem jako i malarzem, ale niekiedy podnosi się w nim mieszczuch i zagania do życia, w którym trzeba się lękać, grać role, pić i mieć problemy. To karma! Nie dziw się więc, że czasami muszę nań pokrzyczeć. Sam daje prawo, wymyślając mi od geniuszy.

Wczorajszym popołudniem wizyta Danusi, och, jakże było niezręcznie i sztywno! Upuściła coś bez powodu na dywan, schyliła się, żeby to podnieść, uklękła, oparła dłoń na jego kolanie, znieruchomiała na chwilę. Powoli i delikatnie przesunęła dłoń do góry, pochylając się przy tym i dotykając ustami do jego kolana. Nie poruszył się, dłonie wsparte na udach, siedział na krześle swobodnie z lekko rozchylonymi kolanami, między którymi klęczała. Jej połyskujące w słońcu włosy opadły, przesłaniając twarz i dłoń. Nie poruszał się, martwiał ćwierć sekundy w paraliżu różowym i sinym. Czuł po wewnętrznej stronie kolana jej ciepły oddech, przesuwający się ku górze, przenikający przez dżinsy. Dla podkreślenia niewagi sytuacji z radia leci majestatyczna muzyka, harmonizuje się z szumem aut pod oknami, warkotem helikoptera nad domem, lotne glissanda polśniewają między jednym a drugim uderzeniem serca. Jej dłoń zwalnia nacisk na udo, aby przesunąć się wyżej, oddech i serce, muzyka. Wstrzymał się jej oddech gdy jego dłoń drgnęła, uniosła się w kierunku stołu, sięgnęła po papierosa ze świeżo rozdartej paczki, wyciągnęła go i skruszyła obracając w palcach. Ciut zesztywniała, uniosła głowę, cofnęła dłoń. Podsunął jej papierosa, podał ogień, usiadła na krześle. Pełna dyskrecja, chłód. Kobiecości oblepiającej nie umie podołać. Nawet pisze Ci o tym w trzeciej osobie.

Jest wpół do czwartej, niebo błękitnieje na wschodzie.

To czas jest we mnie,
nie ja w czasie.

Wiele pamiętam narodzin
i wciąż widzę nowe.
I tyle śmierci!

Okazują się zasłoną unizaną z paciorków
kolorowych codziennych faktów.

Prawdziwe życie jest gdzie indziej,
nie zawiera się w formie,
nietykalne,
a przecież troskliwie prowadzi.

Zosia  malowana
Meskalina, Zosia, foto sadurski
Zosia

Przeczuwam, że przyszła twórczość, która wyprowadzi narody z domu niewoli i nędzy duchowej, będzie się wywodziła z nauki.
Ach, gdzież jest teoria pola? Jednolita, koherentna, praktyczna!
Pięknie wstaje słońce. Człowiek się nie kładzie.

W międzyczasie zrezygnowałem z możliwości pomieszkania w Kopenhadze. Pewnej nocy czerwcowej gościłem w pracowni aktorów z duńskiego teatru, dobrze się rozumieliśmy. Grażyna przyszła z nimi, może teraz leży gdzieś w trawie, wypatrując, czy będę przechodził. Mówiłem im o planach wyjazdowych, i dziesięć dni później dostałem oficjalne zaproszenie, zapewniające wszystko, czego malarzowi do szczęścia potrzeba: wystawa, miejsce do pracy czyli jakieś atelier, dobre towarzystwo.
Nie pojadę tam jednak, znam nieco to miasto. A że poznałem tych dobrych i rozumnych ludzi? Jestem wilk i samotnik, chodzę własnymi ścieżkami, nie jestem przygotowany do dzielenia życia z innymi. Jeszcze nie.
Pozostaje to, co najbliżej, ciekawe i trudne, Zachodni Berlin. Byłem tam parokrotnie - zawsze po drodze, na krótko. I zawsze wstrząsająco.

Czwartek 27 lipca
jest nieco cieplej. Życie przyśpiesza w przygotowaniach do wyjazdu. Co wczoraj? Naprawiłem ząb! Pierwszy, bo jutro następna wizyta. Wychodząc od dentystki spotkałem poetę Antka poznanego niedawno gdzieś w tłumie. Poszliśmy do herbaciarni Gong w Alejach i zajadaliśmy się lodami gawędząc o śmierci radośnie, z naszą wspólną niewiarą w jej byt. Czy ta niewiara przetrwa do śmierci?
Potem poszedłem do Tomka i przewieźliśmy do pracowni rzeczy Anny. Pojawiła się Beatka ze swym chłopcem, lecąc ostro czymś napowietrznym, ani chybi speedem, bo Piotruś gadał aż do wystąpienia piany na ustach. Mam dodać, że o niczym? Ależ proszę, ależ pro...

Marek Marek i MarekWkrótce był też Marek z gotową opowieścią o statusie społecznym i obowiązkach jednostki, czego nie popieram, chociaż rozumiem, nie czuje się dobrze, będąc jednym z powodów mojego wyjazdu. Cóż, atelier jest jego własnością, wynajął je na czas jakiś, teraz chce sam pracować. Był także drugi Marek z Martiną sympatyczną dziewuchą z Hamburga.
Chałupa pełna gwaru.

Nocą podwieźli mnie do centrum, odwiedziłem Beatkę i dzwoniłem od niej do Amsterdamu, do Anny. Przemilczeć wiejący w rozmowie zapach nieporozumień i nieufności. Zafrapował mnie sen, śniła, że miała mnie w swoim brzuchu, ale inaczej niż to zwykle (niezwykle) bywało, bowiem mnie rodziła.

Wróciłem do domu o ósmej rano, wykąpałem się, ogoliłem i pojechałem do Urzędu Konserwatorskiego, aby prosić o zezwolenie na wywiezienie obrazów z Polski. Przyjechał ze mną młody człowiek Andrzej, pieczętował obrazy, spisywał dokumenty, pośpiesznie rozmawialiśmy o sztuce, sensie, życiu.
Teraz czternasta. Od dawna nie spałem ani nie jadłem, sporo wina. Nie, nie idę do łóżka. Idę na dach. Na słońce, na całość.

28 lipca
obudziłem się słaby po szesnastu godzinach snu. Czuję się podle, opuściła mnie energia, kątem oka widzę jak z kąta porozumiewawczo migoce brzytew.

Nigdy ci nie zapomnę, jak ukrzyżowałeś Jezusa.

Przez twoje zniecierpliwienie w tramwaju, wrzask na dzieci,
przez twe zachwyty, orgazmy, premie za wzorową pracę,
przez jęki w szpitalu, gdzie zdychasz na raka
i przez szum morza przetwarzany w głowie,
przez przemówienie, modlitwę, pokraczną piosenkę
słyszę
chrapliwy oddech człowieka,
widzę
przemglone światło agonii człowieka,
wącham skrwawione i wciąż jeszcze drgające w konaniu
mięso uniesień, błyskawic, wzruszeń.

Nie moją sprawą jest osądzać, wybaczać,
nie wiem czym jest zło dobro i całe twe pojęciowe gówno.

Nie zapomnę ci tego,
co wszędzie widzę, doświadczam, czuję i dotykam,
co jest rozmazanym dreszczem, lotnym spazmem!

Nie, nigdy ci nie zapomnę jak krzyżujesz Jezusa.


Zapisałem wiersz o poranku i o nim zapomniałem jako i o moim wisielczym humorze. Pojechałem z paszportem do ambasady niemieckiej po wniosek o wizę, jeszcze raz do Urzędu Konserwatorskiego po odbiór papierów, do Desy w sprawie wyceny wywożonych obrazów, do Ministerstwa Finansów po informacje celne, do dentystów wyżebrać na dzisiaj wizytę, znowu do ambasady po odbiór wizy.

W barze na Saskiej Kępie, gdzie wstąpiłem na posiłek po drodze, spotkałem brata Anny, rozmawialiśmy o niej ze szczyptą niepokoju, bo przecież jest w Amsterdamie bez forsy, pewnie już także bez wizy. Ciekawe, czy ma chłopaka. U mnie obrodziło w romanse, prawda, że niewesołe, seks bez miłości wydaje się zabawą, porównywalną do alkoholowego tripu.
Po drodze zaszedłem nad Wisłę, aby moczyć stopy w wodzie - może po raz ostatni w życiu! - i siedzieć w słońcu godzinę. Mostem Poniatowskiego na drugi brzeg rzeki pod prąd rozgrzanej samochodowej lawiny; przez Powiśle i park na ulicę Kubusia Puchatka, gdzie pani dr. Malanowska połatała mi górną szczękę. Należę przecie do pokolenia chrupawczaków!
Jan Grebecki Wyszedłem z objęć fotela na ulicę wprost na przyjaciółkę Ewę; razem poszliśmy do Jarka na herbatę z rumianku i pogawędki pożegnalne.
Teraz kończy się dzień, kończy się też kolejny rok życia. Cierpię chwilami dotkliwie i nie wiem dlaczego. Trzeba to pojąć! Trzeba uczynić cierpienie materią lotną jak zachwyt, szczęście, miłość. Trzeba też pospać. Położę się głową do wschodu, obudzi mnie słońce.

Od Junga:
"Człowiek rośnie odpowiednio do wielkości swojego zadania, ale musi być do tego zdolny, w przeciwnym razie nie pomoże mu najtrudniejsze zadanie." I :

Wstąpić w trawiący wszystko płomień nieśmiertelności.
Stać się tym, czym się naprawdę jest.


30 lipca.
Przyjacielu. Piszę co piszę, jak leci, zgodnie z danym Ci przyrzeczeniem, dzisiaj w pośpiechu . Z Berlina nadal nie ma wieści co do ewentualnego transportu obrazów, farby spakowane i boli mnie głowa, środowisko beznadziejnie przepalone. Jakby się odgrywała płyta sprzed lat. Te same melodie, odczuwanie. Tyle przeżyłem, tyle się narobiłem, a wciąż ten sam szloch, cierpienie bez powodu. Samotność? Ach, bez etykiet! Nie wiem jak to się nazywa, i taka wiedza zbyteczna. Kiedy poruszam się w lewo lub w prawo, kątem oka notuję błysk - śledzi mnie jakieś ostrze?
Stoję przy oknie, spoglądam na miasto. Wiesz, pracownia na jedenastym piętrze, mam widok na całą Warszawę - ale nie wiem, kto patrzy, co widzi, o co w tym wszystkim chodzi.

Któregoś dnia trawy uniosą się w słońcu,
wiatr nas rozwieje i zamieni w przestrzeń,
już nie będziemy rozpaczać i tęsknić,
trawy zaszumią nad nami,
i nie będzie łez.

Dojrzewam powoli, coś jest zapóźnione w życiu. Nie dałem sobie czasu na rozważenie losu. Nie do wiary, Przyjacielu - nie mam czasu dla siebie! Cóż to takiego mnie pędzi? dlaczego tak ostro? Doprawdy - tyle, ile potrafię znieść, ani szczypty mniej, ani chwili spoczynku.
Zapewne, sonda kosmiczna będzie informacyjnie pełna, jeśli doświadczę wszystko i przeżyję Wszystko. Ale skąd pośpiech? Ku śmierci? Przecież wiem, czuję dotkliwie: mam z siebie coś dać, a wciąż nie jestem urzeczywistniony, wciąż nie jestem w pełni. A co oznacza niespełnienie? Że dnie się zmieniają w epoki mijające w mrozie. Takie przestrzenie rozświetla miłość, ale pisząc te słowa jest mi mdło; wciąż odczuwaniem z Anną, chociaż serce wie, czego nie powie.
Chcę spotkać kobietę, którą pokocham, której spłodzę dzieciaka, chcę życia w pokoju i przestrzeni rozległej.

Chcę być jak człowiek, chcę znowu chcieć!
Osiągać, porzucać, rozczarowywać się,
podlegać zaczarowaniom -
i stąpać na oślep!

Tak, chcę cię rozpoznać, kobieto
zaledwie przeczuwana w dreszczu lata.
I żeby z okien naszego domu widoczny był czas
niepodległy.

Wśród świerków wzgórze tam zbiega ku morzu,
szum fal zestraja się z dzwonkami i beczeniem owiec,
nasze dzieci krzyczą nie do zniesienia,
strząsając kasztany,
wołając o mleko.


Co czyni sprawę otwartą, Przyjacielu, to brak strachu. Nie wiem, czy kiedykolwiek się bałem? Miałem trzy lata, kiedyś ojciec powiedział wieczorem, abym przyniósł zza stodoły wiązeczkę grochu mamie do łuskania. - Żeby cię tylko strachy nie zjadły - dodał żartobliwie.
Pobiegłem przez podwórze jasne od świateł okna, ale zaraz za furtką zatrzymałem się. Ciemność i tchnienie nieznanego w przeogromnym świecie, wzmożona słyszalność dźwięków nocy. Stałem przytulony do desek stodoły dopóki oczy nie zaczęły widzieć wyraźnie w mroku, serce uspokoiło się. Wiązka grochu zatrzeszczała sucho, znowu zamarłem w bezruchu. W silnym powiewie wiatru przeciągle zaszumiała brzoza opodal, i ten szum jakby porwał mnie i roztopił w obecności nocy, stałem się falą niesioną w mrok, bezgranicznie otwartą, radosną. Gdzie miejsce na strach?

Dziewiętnasta na zegarze. Oczekuję przyjaciół, którzy pomogą mi zawieźć do Wandy parę kwiatów i obraz jeszcze mokry, jak jagnię świeżo narodzone, równie dla mnie czuły.

Świat mieni mi się połyskliwie, zdarzenia i fakty przeżywam w tysięcznych wariantach, mimo iż tak proste. Oczyścić ten gigantyczny śmietnik zwany wyobraźnią. Żyć samym życiem, rozprzestrzeniać się jak ono bezkreśnie, bez szumnej piany i wizyjnych mydlin.

Mój ogniu wewnętrzny,
prowadź mnie jasno i śmiało
przez kraje, ludzi i przemiany losu.

Ty, który wiejesz przez wszystko, co widzę,
wywiewaj z mego życia resztki pomysłów na życie,
ach!
wiej przez nieskończone
i płoń
nieskończenie.

Przewiewasz mi tę stronicę, nie rozeznaję się w słowach, wszystko mi w oczach tańczy, mam gorączkę, dopada wieczorami i spala. Mam nadzieję, że to od przeżyć, nie prątków.
Warszawa się perli za oknem szara i różowa o zmierzchu. Mało wokół miłości. Nawyki, pamięci, nadzieje i oczekiwania, użerania się z losem. Wszystko wystarcza. Im, moim sąsiadom.

Uwolnić się od tego.
Być wiatrem, wiać aleją, szumieć,
pachnieć, wiedzieć, nie rozumieć.

Nocą zaś, po wizycie u Wandy i długim spacerze z Gagarina na Krakowskie Przedmieście - jestem u Jarka poety malarza i Promyczka.

Promyczek Elzbieta, foto sadurski
Marzena, Marek, Wieslaw, Jaroslaw
Jaroslaw, foto sadurski

Siedzimy przy stole we wnęce okiennej, miejsce do złudzenia przypomina przedział kolei transsyberyjskiej, gdzie poznaliśmy się w poprzednim wcieleniu, jak teraz, w podróży - uprawiał bowiem wtedy, jak teraz, poezję, kolorowy przemyt i białą magię.

Mówimy o duchach wiatru, miłości, pokoju.
Rzeczy są jawne i przemijają przed nami.

W pobliżu burze i dzieje, gwiezdne galarety,
niestworzone historie o stworzeniach z krwi i kości.

Zawsze jest tutaj ktoś, komu objawił się bóg
i na użytek chwili się przebrał w jaskółkę lub jabłko.

Jest tęsknie i śmiesznie, śmiejemy się z siebie,
wskazując palcem na nikogo.


Konstancja, Ewa, Tomek i ja tworzyliśmy barwny widok w autobusie z doniczkami w dłoniach, oddzieleni od publiczności pokaźnym kawałem "przestrzeni międzygwiezdnej", tak nazywa się obraz, który Wandzie podarowałem, błękitne echo miłości.
Bardzo cudny zasadniczy synek Wandy, Sebastian, muszelka niewielka i przedziwnie żywa.

Wieslaw na skarpie O świcie zaś notuję dla porządku, że to 31 lipca,
leżę w trawie na skarpie za Warszawskim Uniwersytetem.
Słońce wschodzi oświetla czuby drzew kołyszące się w wietrze. W dole za nimi jeszcze parę ulic ledwo majaczących me mgle, a dalej szara i kochana Wisła.

Drżenie listków topoli przejmuje mnie dreszczem.

Jestem.


Popołudniem powietrze zabarwione złoto i ochrowo.
Spałem po wyjściu od Jarków parę godzin w trawach, szczęśliwy jak niegdyś w niezmierzonych stepach. Przyszedłem do kawiarni Związku Literatów, piszę, popijam herbatę.

Wyjąłem zeszyt, bo miałem Ci coś do komunikowania, ale rozproszyło się - może dlatego, że siedzę naprzeciw Kazika, Poety Tragicznego. Upiór zrobiony z woskowego ciała. Prawe oko wbite wgłąb, przymknięte, twarz lśniąca od cierpienia i blada, udręka niepodległa.
Barbara Sadowska Kiedyś udawało mi się go rozśmieszyć, lecz teraz... teraz jest w nim tyle nienawiści do innych, że zaledwie toleruje mnie milcząco i bez złośliwości, którą normalnie wprost rzyga wokoło.
Też skrobie w swoim kajecie, ani chybi bierze kąpiel w wannie pełnej krwi. Patrzymy chwilę na siebie, nie mruga powiekami, ja to od medytacji a Kazik? Pijany wódą i alkoholem autodestrukcji. Nawet współczuć nie można, bo przecież męczeństwo osobiście wybiera.

Nie ośmielam się zagadnąć go okiem kamery, ale fotografuję Basię; wygląda dramatycznie po trepanacji, więc portret się prosi.

Wieczorem ma dzwonić Michael, berliński przyjaciel. Trzy lata temu miałem w jego galerii wystawę grafik, która cieszyła się powodzeniem. Był wiosną - oznajmił, że ma dla mnie pracownię.

Kończy się dzień 1 sierpnia.
Dzisiaj się urodziłem trzydzieści osiem lat temu.
Dokładnie w godzinę urodzin, czyli za kwadrans jedenasta byłem na szosie - oto jak lubię celebrować święto! - i przyjechałem autostopem w lubelskie na wieś do rodziców. Jak tu inaczej. Inny kolor, zapach, wibracja. Wróciłem ze spaceru po zroszonej łące.

Jakże muzycznie jest tu, na wsi!

Jak fioletowo snuje się wibracja gałązek w wietrze,
orkiestracja psich nawoływań, wrzask gęsi,
rżenie konia,
który z rozwianą grzywą
grzmiąc kopytami cwałuje wprost w moje dzieciństwo
- jakże niebiesko!

Nie, nie jestem człowiekiem -
mam więcej wspólnego z życiem.


Doprawdy, pisze się powyższe stanowczo. Oczywista, jestem człowiekiem, chociaż Twe wiadomości nadają mi w samooglądzie wygląd nieludzki. Urodziłem się z kobiety, mej matki, spłodził mnie mężczyzna, mój ojciec. Tu, gdzie teraz jestem: zielona wieś w lekko pofalowanej ziemi lubelskiej. Nawet mały strumień płynący przez łąki zna mnie tu wybornie. Odgłos pociągu, wieża kościoła w zapadającym mroku przezroczystym, prosto i zwykle.
Może to dobre miejsce dla sondy kosmicznej?

Maria i Jan Sadurski, foto sadurski Rodzina zadowolona, że przyjechałem raz jeszcze, żeby się pożegnać. Gawędy z rodzicami o moim dzieciństwie. Opowieści. W przeddzień porodu pracowali zwożąc zboże z pola, mama do wieczora układała wielkie snopy mieszanki w zapolu; lato było udatne i zboże wyrosło na podziw. Gdy obudzili się rano, mama powiedziała:
- No, Janek, jak żniwa to żniwa! Zaprzęgaj Gniadego do woza i jedź do Niedrzwicy po akuszerkę, ktoś się na świat wybiera.
A kiedy się urodziłem, mama opowiada z uśmiechem i gestem zadziwienia, pierwszymi jej słowami były: - Jaki on brzydki!
Od tamtego dnia się cieszy swoją pomyłką. No i jestem.

Natomiast moja wyprawa na dotknięcie nieznanego, czyli po wiązkę grochu - odbyła się na trzy sposoby; pamięci matki i ojca różnią się od moich. Normalne.
Głęboka noc. I jakże spokojna. Nie chce się spać. Wczoraj Michael powiedział telefonicznie, że znajomy wyraża ochotę, aby przyjechać po mnie i obrazy, czyli harmonijnie układają się sprawy.
Rodzice wspominają Anię z miłością. Pokazali fotografie, jakie tutaj robiłem przed rokiem w trakcie zabaw z dzieciakami. Co z nią? Kogo kocha w te piękne noce? Czy się jeszcze naprawdę spotkamy?
Łączy nas miłość życia, kochamy, nie lubimy nikogo i niczego krzywdzić. I wiemy o tym! Natomiast nie łączy nas praca. Ani poznanie. Nie łączy nas - ach, dosyć! jej sposób życia nie daje mi szansy. Nie mogę być z nią, trwać w bezradności wobec faktu, że przestaje rosnąć. Ta piękna róża potrzebuje już innej doniczki.

Patrzyłem w zachodzące za linią drzew słońce, widziałem kolor zmieniający się z żółci poprzez oranże do rozżarzonej matowo czerwieni. Wyraźnie i pewnie ciało poczuło powolny ruch obrotowy ziemi wokół osi, majestatyczne odchylanie się planety od słońca - w noc. Kiedyś poczuję jej ruch orbitalny? Pęd układu słonecznego poprzez bezmiary Drogi Mlecznej?

Kosmologia to podstawa każdego szanującego się malarstwa.

Noc z trzeciego na czwartego,
chce się spać, ale parę zdań. Uściskałem w południe bliskich, ucałowałem staruszków. A to im się syn trafił! Przyjeżdża, żeby się przywitać, to przyjeżdża, żeby się pożegnać, bo dokądś wyjeżdża; niespokojny duch. Nie zawracałem im głowy, nie wspomniałem, kim naprawdę jestem. Ani słowa o wiadomościach od Ciebie. Przecież by zamartwiali się, że zwariowałem. Wiesz, jak jest na planecie rodziców i dzieci.

Wróciłem do Warszawy, jak pojechałem, autostopem, ze sto kilometrów czasu rozmawiając z chłopką, kobietą tak czerstwą, że nie wypada powiedzieć, że staruszka. Gawęda o bogu. Używała często Imienia Pańskiego, więc zapytałem, czy wierzy w boga. Oczywiście! A jak wygląda jej bóg, i gdzie jest, czy o tym myślała. - Panie, pewnie że ja myślała, ale nie taka głupia, żeby rozpowiadać.
Ja odpowiedziałem, że nie wiem, czy wierzę. Owszem, zdarzyło mi się doświadczyć boskiej obecności własnym życiem - ale, czy wierzę? Przecież gdybym miał boga, zaraz byłaby też nieboga, a mnie się nie wydaje, aby było i to, i tamto. Popatrzyła na mnie surowo: - Ej, lepiej by się nie naśmiewał!

Z trawy podniosła się Grażyna, poluje przynajmniej na widok; przywitałem ją tolerancyjnie, właśnie notując w zeszycie; zapytała, co piszę; odpowiedziała zagadkowo, jak czarownica potrafi:
- Książka może być napisana, jeśli popełnia się jakieś zasadnicze kłamstwo. Wtedy cała reszta może być prawdziwa.
Wariatka nie wierzy w żadne wariactwa! bodaj nie uznaje Twojej obecności. Nie zaprosiłem do siebie; znużyła uwielbieniem, już nie dopuszczam; wyjeżdżam, żegnam na zawsze.

Marek, Bogdan, foto sadurski W pracowni zastałem Marka, Bogusia z Trudą oraz jej synem z Kanady. Prysznic, sałata z ryżem, jazda do Doroni na party pod tytułem do zobaczenia, zaś o trzeciej nocą do Jarka, gdzie Danusia z Promyczkiem komponowały dla mnie sukmanę, dwa rodzaje zgrzebnego płótna tkanego ręcznie przed dwustu laty, czysty łowicki haft na rękawach. O poranku szedłem Krakowskim w stronę domu we wcieleniu wieśniaczo-rycerskim z jakiejś dobrej ery.

Pierwsza nocą. Jakie natchnienie pogłaskało głowinę u Jana parę godzin temu? Że identyfikuję się z tym, co robię. Pokazywałem przedtem utwory czy obrazki z zażenowaniem. Nie, że tak osobiste! Raczej w poczuciu / przeczuciu, że mi nie dorastają. Teraz mogę wskazać na moje płótno palcem i powiedzieć Tat Twam Asi, czyli: to jestem ja.
Czy oznajmia to zmianę jakościową w pracy?
Czy to efekt uboczny Twego przekazu, w świetle którego nie ma różnicy między myśleniem a zmyśleniem, prawdą i kłamstwem?

Czwarty sierpnia
i od rana zgiełk. Bank i urzędy, zakupy papierów, sznurów, pakowanie obrazów. Straszny cug! Po robocie wpadłem dla relaksu do Marzeny i Marka, a tam dół i kupa nieszczęścia. Jan i Marek gdakają o dupie maryni, atmosfera zapadni w malutkim teatrze. No, wprost musiałem spierdalać.Dudi biega ze slimakiem
I zaraz chciałem do Magdy i Andrzeja po raz ostatni, tam jasno i dobrze z kosmiczną energią.
Idę na postój taksówek, a tu kolejka ludzi, więc idę dalej i łapię łebka, który mnie podwiezie, inteligentny pan dorabia po godzinach. Na Marszałkowskiej wyprzedza nas biały fiat, a kiedy zmieniamy pas - zajeżdża drogę z lewej. Zwalniamy. Drugi wóz z prawej blisko, jakby ktoś komuś chciał się przyjrzeć, albo kogoś fotografować. Czerwone światła. Fiat wjechał na pasy dla pieszych, kierowca pociera lewą dłonią twarz, jakby się chciał zasłonić. Oniemiałem, ładunek atropiny wstrzyknęły do krwi moje sekretne gruczoły. Po minucie jazdy, gdy jeszcze podłączyłem do interpretacji zjawisk zły humor a może przeczucia Jana i Marka, rozmowę telefoniczną z Andrzejem, który dopiero co wrócił ze Stanów - pytam kierowcę, czy zwrócił uwagę na te manewry, jakby żywcem upolowane w kryminalnym filmie.
- Tak - odpowiada - ale dlaczego ktoś cię śledzi?
Andrzej i Magda cudni, wrażenie, jakbym coś cennego dostał od nich na drogę. Przyrzekamy pisać do siebie, gdziekolwiek nas losy rzucą. Tymczasem już szósta, trzeba mi pospać, potem dokończyć pakowanie, zrobić ostatnie zakupy - nie zapominając o tytanowej bieli.
Jerzy, Danuta, Krzysztof, foto sadurski
krzysztof i krzysztof
Kasia
Krzysztof, Krystyna, foto sadurski
krysia
poeci
Andrzej

O trzeciej w nocy z soboty na niedzielę jestem wreszcie sam, obrazy spakowane po dniu wytężonej pracy. Była gromada przyjaciół, dużo wina i dymu, a ja się cały czas krzątam.

Teraz zapaliłem świecę, aby przy niej pisać. I drugą, dla Anny. Przewróciła się, zgasła. Drugi raz - to samo. Za trzecim razem płonie jako przepowiednia.

Dziwne foto zrobił mi Marek. Podejrzewaj! kamera pokazuje prawdę. W jaką to czarną dziurę patrzę w biały dzień?

Wtorek szósty sierpnia. Przed dwoma przyjechałem do Warszawy po pobycie w Amsterdamie.
Jak to się składa i powtarza w niewiadomym celu. Wyjeżdżam. Życie ma regularny puls.
Wróciłem wczoraj do domu po północy i z daleka zobaczyłem wielki szary wóz pomalowany w górskie rajskie widoki, i usłyszałem głośno rozbawionych fryków. Szóstka! Mianowicie Richard i Rumpel z Zach. Berlina, oraz czworo autostopowiczów z NRD. Spali wszyscy pokotem na podłodze w pracowni, nakarmieni i wykąpani. Wyjeżdżamy pojutrze rano przez Czechosłowację, bowiem koledzy mają zakaz przejazdu przez NRD, z wyjątkiem korytarza między Berlinem a RFN. Jestem zmęczony rozdrażniony smutny. Jakbym swą aktywnością chciał zatkać czarną dziurę? Już mnie tu prawie zupełnie nie ma.

Należę do nigdzie.

Wywodzę się stąd, gdzie jestem,
z samego początku kosmosu, źródła, łąki.

Stawanie się
stało się
mną.

Ostatnia noc w Warszawie, chłopcy kierowcy już śpią, z taśmy cichutko gra Quintesence. Nie czuję nic specjalnego, może ulgę, że zmiana. O niczym nie zapomniałem.
Coś czarownego w tej nocnej chwili, oświetlonej płomykami świec na ławce nad głową, w poczuciu Twej życzliwej obecności w życiu.
W jakie okolice jadę? Wspomina się niedobra czkawka wróżba Mario krakana w Berlinie przed laty. Spełniła rolę w życiu? Nauczyła dystansu do ludzi, wyostrzyła i rozwinęła twórcze energie przez zagrożenie, memento mori, Don Juan z Castanedy, śmierć obecna po prawej na wyciągnięcie ramienia.
Ale! Nie poddawać się sentymentom, uczuciom fajności, powierzchownym braterstwom.
Czuwać!
Żyć w prawdzie!

Istnienie jest naznaczone nostalgią.
- Przemalujmy ten świat! - mówiłem Markom P. i K. na pożegnanie. - Przemalujmy go, bo taki, jaki jest, jest nie do życia. A ja kocham żyć.

Co zanotować na pożegnanie pracowni, w której żyłem dwa lata i namalowałem przeszło pół setki obrazów?
Wygląda, jakby z niej życie uszło.
Wieslaw
Na drzwiach zostaje mój napis PEŁNIA NA OKRĄGŁO !
Komu przypomni o nieosiągalnym?

Wydarzyło się to w ostatnich dwu latach - rozpoznałem kolor Warszawy - szary. Perłowa rozwibrowana szarość mieniąca się tęczowymi lśnieniami - w nierzadkich chwilach, gdy Bóg na nią patrzy.

Dzisiaj trzęsienie ziemi w Tybecie.

 
dalej
stronice: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

Lubisz Stronicę ? Podaj adres dalej ! wisarts.com

© 2008 Wiesław Sadurski. Wszystkie Prawa Zastrzeżone. Website tworzona i utrzymywana przez Autora.
Żadne Obrazy, Rysunki, Grafiki, Teksty, Fotografie i Filmy nie mogą być reprodukowane lub użyte bez mego zezwolenia.

| Start | Malarstwo | Grafika | Poezja | Foto Art | Dzisiaj |

Sztuki Piękne - Malarstwo, Grafika, Rysunek, Sztuki cyfrowe, Poezja, Fotografia - Wiesław Sadurski, polski artysta z Berlina