| Przed
30 laty napisałem książkę. Blog, pierwszy w świecie, twierdzą przyjaciele.
Pisałem rok, w 10 kopiach zawiozłem do Warszawy przed stanem wojennym. Publikuję dziś na wisarts. Dzielę tekst na 12 stronic. Fotografowałem na okrągło. Książka, jak się w pisaniu marzyło, będzie ilustrowana. Skanowanie i opracowanie całego materiału potrwa do lata 2008, jak sądzę. Ale już są pierwsze fotografie. |
Czwartek 27 lipca Od Junga: |
Dojrzewam powoli, coś jest zapóźnione w życiu. Nie dałem sobie czasu
na rozważenie losu. Nie do wiary, Przyjacielu - nie mam czasu dla siebie!
Cóż to takiego mnie pędzi? dlaczego tak ostro? Doprawdy - tyle, ile potrafię
znieść, ani szczypty mniej, ani chwili spoczynku. Nocą zaś, po wizycie u Wandy i długim spacerze z Gagarina na Krakowskie Przedmieście - jestem u Jarka poety malarza i Promyczka. Siedzimy przy stole we wnęce okiennej, miejsce do złudzenia przypomina
przedział kolei transsyberyjskiej, gdzie poznaliśmy się w poprzednim wcieleniu,
jak teraz, w podróży - uprawiał bowiem wtedy, jak teraz, poezję, kolorowy
przemyt i białą magię. |
| Noc z trzeciego na czwartego, chce się spać, ale parę zdań. Uściskałem w południe bliskich, ucałowałem staruszków. A to im się syn trafił! Przyjeżdża, żeby się przywitać, to przyjeżdża, żeby się pożegnać, bo dokądś wyjeżdża; niespokojny duch. Nie zawracałem im głowy, nie wspomniałem, kim naprawdę jestem. Ani słowa o wiadomościach od Ciebie. Przecież by zamartwiali się, że zwariowałem. Wiesz, jak jest na planecie rodziców i dzieci. Wróciłem do Warszawy, jak pojechałem, autostopem, ze sto kilometrów czasu rozmawiając z chłopką, kobietą tak czerstwą, że nie wypada powiedzieć, że staruszka. Gawęda o bogu. Używała często Imienia Pańskiego, więc zapytałem, czy wierzy w boga. Oczywiście! A jak wygląda jej bóg, i gdzie jest, czy o tym myślała. - Panie, pewnie że ja myślała, ale nie taka głupia, żeby rozpowiadać. Ja odpowiedziałem, że nie wiem, czy wierzę. Owszem, zdarzyło mi się doświadczyć boskiej obecności własnym życiem - ale, czy wierzę? Przecież gdybym miał boga, zaraz byłaby też nieboga, a mnie się nie wydaje, aby było i to, i tamto. Popatrzyła na mnie surowo: - Ej, lepiej by się nie naśmiewał! Z trawy podniosła się Grażyna, poluje przynajmniej na widok; przywitałem ją tolerancyjnie, właśnie notując w zeszycie; zapytała, co piszę; odpowiedziała zagadkowo, jak czarownica potrafi: - Książka może być napisana, jeśli popełnia się jakieś zasadnicze kłamstwo. Wtedy cała reszta może być prawdziwa. Wariatka nie wierzy w żadne wariactwa! bodaj nie uznaje Twojej obecności. Nie zaprosiłem do siebie; znużyła uwielbieniem, już nie dopuszczam; wyjeżdżam, żegnam na zawsze.
W pracowni zastałem Marka, Bogusia z Trudą oraz jej synem z Kanady. Prysznic,
sałata z ryżem, jazda do Doroni na party pod tytułem do zobaczenia, zaś
o trzeciej nocą do Jarka, gdzie Danusia z Promyczkiem komponowały dla mnie
sukmanę, dwa rodzaje zgrzebnego płótna tkanego ręcznie przed dwustu laty,
czysty łowicki haft na rękawach. O poranku szedłem Krakowskim w stronę domu
we wcieleniu wieśniaczo-rycerskim z jakiejś dobrej ery. Pierwsza nocą. Jakie natchnienie pogłaskało głowinę u Jana parę godzin temu? Że identyfikuję się z tym, co robię. Pokazywałem przedtem utwory czy obrazki z zażenowaniem. Nie, że tak osobiste! Raczej w poczuciu / przeczuciu, że mi nie dorastają. Teraz mogę wskazać na moje płótno palcem i powiedzieć Tat Twam Asi, czyli: to jestem ja. Czy oznajmia to zmianę jakościową w pracy? Czy to efekt uboczny Twego przekazu, w świetle którego nie ma różnicy między myśleniem a zmyśleniem, prawdą i kłamstwem? Czwarty sierpnia i od rana zgiełk. Bank i urzędy, zakupy papierów, sznurów, pakowanie obrazów. Straszny cug! Po robocie wpadłem dla relaksu do Marzeny i Marka, a tam dół i kupa nieszczęścia. Jan i Marek gdakają o dupie maryni, atmosfera zapadni w malutkim teatrze. No, wprost musiałem spierdalać. ![]() I zaraz chciałem do Magdy i Andrzeja po raz ostatni, tam jasno i dobrze z kosmiczną energią. Idę na postój taksówek, a tu kolejka ludzi, więc idę dalej i łapię łebka, który mnie podwiezie, inteligentny pan dorabia po godzinach. Na Marszałkowskiej wyprzedza nas biały fiat, a kiedy zmieniamy pas - zajeżdża drogę z lewej. Zwalniamy. Drugi wóz z prawej blisko, jakby ktoś komuś chciał się przyjrzeć, albo kogoś fotografować. Czerwone światła. Fiat wjechał na pasy dla pieszych, kierowca pociera lewą dłonią twarz, jakby się chciał zasłonić. Oniemiałem, ładunek atropiny wstrzyknęły do krwi moje sekretne gruczoły. Po minucie jazdy, gdy jeszcze podłączyłem do interpretacji zjawisk zły humor a może przeczucia Jana i Marka, rozmowę telefoniczną z Andrzejem, który dopiero co wrócił ze Stanów - pytam kierowcę, czy zwrócił uwagę na te manewry, jakby żywcem upolowane w kryminalnym filmie. - Tak - odpowiada - ale dlaczego ktoś cię śledzi? Andrzej i Magda cudni, wrażenie, jakbym coś cennego dostał od nich na drogę. Przyrzekamy pisać do siebie, gdziekolwiek nas losy rzucą. Tymczasem już szósta, trzeba mi pospać, potem dokończyć pakowanie, zrobić ostatnie zakupy - nie zapominając o tytanowej bieli.
O trzeciej w nocy z soboty na niedzielę jestem wreszcie sam, obrazy spakowane po dniu wytężonej pracy. Była gromada przyjaciół, dużo wina i dymu, a ja się cały czas krzątam. Teraz zapaliłem świecę, aby przy niej pisać. I drugą, dla Anny. Przewróciła się, zgasła. Drugi raz - to samo. Za trzecim razem płonie jako przepowiednia. Dziwne foto zrobił mi Marek. Podejrzewaj! kamera pokazuje prawdę. W jaką to czarną dziurę patrzę w biały dzień? Wtorek szósty sierpnia. Przed dwoma przyjechałem do Warszawy po pobycie w Amsterdamie. Jak to się składa i powtarza w niewiadomym celu. Wyjeżdżam. Życie ma regularny puls. Wróciłem wczoraj do domu po północy i z daleka zobaczyłem wielki szary wóz pomalowany w górskie rajskie widoki, i usłyszałem głośno rozbawionych fryków. Szóstka! Mianowicie Richard i Rumpel z Zach. Berlina, oraz czworo autostopowiczów z NRD. Spali wszyscy pokotem na podłodze w pracowni, nakarmieni i wykąpani. Wyjeżdżamy pojutrze rano przez Czechosłowację, bowiem koledzy mają zakaz przejazdu przez NRD, z wyjątkiem korytarza między Berlinem a RFN. Jestem zmęczony rozdrażniony smutny. Jakbym swą aktywnością chciał zatkać czarną dziurę? Już mnie tu prawie zupełnie nie ma. Należę do nigdzie. Wywodzę się stąd, gdzie jestem, z samego początku kosmosu, źródła, łąki. Stawanie się stało się mną. |
|||||||||
Ostatnia noc w Warszawie, chłopcy kierowcy
już śpią, z taśmy cichutko gra Quintesence. Nie czuję nic specjalnego,
może ulgę, że zmiana. O niczym nie zapomniałem. |
|||||||||
| Sztuki Piękne -
Malarstwo, Grafika, Rysunek, Sztuki cyfrowe, Poezja, Fotografia -
Wiesław Sadurski, polski artysta z Berlina |