Piątek 9 sierpnia, na początku
zdania są lasy świerkowe na wzgórzach Bawarii, zaraz też pojawiają się
jaśniejsze brzozowe plamy, wioski i miasteczka kreślone w przestrzeni
czystymi liniami jakby kolorowej włóczki. Powietrze pachnące lasami, chłodne.
Wszystko widoczne jak na północy; nic dziwnego, wieje zimny skandynawski
wiatr i pejzaż lśni w promieniach słońca wyraźnie. Wrażenie inności kraju,
do którego wjechaliśmy. Kraj gospodarski, zadowolony z siebie, dostatni.
Jedziemy.
Koniecznie Ci opiszę tę podróż, przyda się kosmitom. Wyjechaliśmy z Warszawy
około południa powolutku, sprawdzając, czy bak benzynowy nie przecieka;
chłopcy go uszkodzili przy wjeździe do Polski, załoga pracowicie żuła
gumę i kleiła dziurę, żeby do mnie przyjechać. Teraz sprawuje się dobrze
- Jan go pracowicie kleił epidianem.
Nasze zwierzę opel tranzyt jest półtoratonowym wozem miękko sunącym w
przestrzeni przy głośnym rock and rollu. Więc na południe ku granicy pięknie
i muzycznie, tyle, że z kanistrami trzeba mi było chodzić do stacjii benzynowych,
przedtem ukrywając auto z berlińską rejestracją. Aktualia w kraju takie,
że dla wozów z zachodu sprzedaje się benzynę na kupony, za te trzeba płacić
dolarami przy wjeździe. Dobre dla burżujów.
Granicę osiągamy o północy. Celnicy wzburzeni, że wiezie się pół setki
obrazów bez odprawy celnej w Warszawie, ale z obrazami jest malarz, zadawalają
się oglądaniem fotografii i przeźroczy w biurze. Dostaję filiżankę kawy
i mogę się tłumaczyć, o co chodziło na tym obrazie, albo na tamtym.
Tymczasem z chłodnicy ucieka nam woda.
Zauważ tę cholerną liczbę mnogą, symbol niemocy. Kiedy się jedzie, jest
jeszcze jako tako, po przystanięciu wycieka wszystko. Nabieramy na granicy
wody w co tylko się daje, nalewamy pełniutką chłodnicę i ruszamy. Po paru
milach w Czechach chłodnica pusta. Stajemy, nalewamy. Po kwadransie zabieg
trzeba powtarzać, ale nie ma wody. Jesteśmy na szczęście wśród jakichś
zabudowań i Richard znajduje studnię. Północ dzwoni na zegarze, śpi miasteczko.
Ruszamy i oto dojeżdżamy jednym ciurkiem do Pragi. Jak dobrze. Zasłużony
posiłek: bochenek chleba z Warszawy, pół litra, kiszone ogórki. Spacer
po nocnym mieście, gdzie jestem raz pierwszy. Urokliwie i cicho, most
jakiś, j stare architektury. Tu i ówdzie gromadki rozdokazywanej młodzieży
- za każdym razem niemieckiej, R i R są jak w domu.
Śpimy w wozie na małym placyku w starym mieście, Richard i ja na przednich
siedzeniach a Rumpel na dachu. O świcie budzą nas ludzie i każą jechać,
stoimy pod znakiem zakazu. Chętnie. Jesteśmy przyjaźnie nastawieni do
świata, chłodnica ziębi pracuje jak się marzy. Śniadanie w barze przydrożnym
socjalizmu, fajnie chwilę pobyć w pokoju, prawie czysto, są tylko kiełbaski,
chleb i herbata.
Jedziemy i przestaje nam działać prądnica. Sprawa nowa i nagła, odwiedzamy
przydrożne warsztaty i nawet te dalsze, ale nikt nie chce tego robić.
Pchamy się zatem dalej, już bez muzyki, aby oszczędzać akumulator. W Karlowych
Varach spotykam natchnienie na ulicy, a ono każe mi próbować szczęścia
w bazie transportowej. Na robotników można liczyć! Pomagają chętnie, pewnie
po raz pierwszy widzą taki freak brothers ensemble, R i R są włochaci
i brodaci, od bardzo dawna w drodze, nie odwiedzili fryzjera po wyjściu
z więzień NRD, a moje włosy też rosną od dziesięciolecia. Chłopaki reperują
rozdzielacz a my siedzimy w słońcu za wiatrem, ciągnąc małymi łykami żubrówkę
i żartując. R i R mają specjalny patent albo teatr na wszystkie okazje
- gdaczą, prześmiewają się, błaznują i dyskutują rozbrykani - jak dziarski
muszkieter na wakacjach wiecznych (Richard) i młody Engels, co zdecydował
się zostać kukiełką (Rumpel).
Pewnie, jest się z czego cieszyć, młodzi, wolni, i jest środek lata. Ruszamy
szczęśliwi, że w drodze. Auto działa, nic nie cieknie.
W nastroju entuzjazmu prądnica przestaje wszakże ładować po paru kilometrach,
ale nie ma mowy o powrocie, dopchamy się jakoś do granicy, a tam będzie
niemiecki Automobilklub i pomoc.
- Może to tylko lampka przestaje świecić, a prądnica cały czas ładuje?
- staram się rozładować elektryczny nastrój. Nikt się nie przejmuje. Wspominam
powiedzonko taty w kłopotliwych czasach: - Niech się głupi martwi.
Docieramy do granicy niemieckiej słonecznym popołudniem. Pora na atrakcje.
Czeski celnik chce obejrzeć pół setki płócien w tranzycie, każe je rozpakować
po czesku, rosyjsku i niemiecku. Wiesz jak to, kiedy się ma wielkie skrzydła
i małą klatkę? On nawet nie chce nam, boże uchowaj, wyrządzić przykrości,
rzeczywistość na poziomie płotka prosta - widzi trzech niezwykłych facetów,
radby z nimi napić się wódki albo zapalić jointa i komunikować, a tu nie
można - służba!
Zawracamy na parking i rozpakowujemy majdan, niszcząc moje misterne zabezpieczenia
transportowe. Robi się łagodnie, niespodzianie przecież. W trakcie wyjmowania
i rozstawiania obrazów schodzą się żołnierze i celnicy, także parę cywilów
skorych do oglądania, już można pogadać, nikomu się przecież nie śpieszy.
Wyciągam kamerę i fotografuję sytuację włącznie z ich zasranymi tajnymi
szlabanami i parkanami, ale facio, który spowodował zajście - opuszcza
głowę i nie pozwala fotografować twarzy. Nieważne teraz nawet, że coś
się w papierach nie zgadza, mam trzy płócienka więcej, możemy jechać.
Jedziemy.
Niemiecki celnik tylko nam kiwa dłonią, przejeżdżać. Gehenna się dopiero
zaczyna. Prądnica rośnie, czy temperatura ładuje? Niestety, pomidor na
wywrót! To prądnica ładuje, a temperatura rośnie. Chłodnica przecieka.
Zatrzymujemy się i nalewamy raz, drugi i trzeci.
Dla dobra sprawy formuje się Wasser-Komando. Najwięcej wody wycieka na
postoju, także przy nalewaniu, więc trzeba szybko. Zatrzymujemy się na
poboczu, Rumpel nalewa mi wodę do słoja, Richard w rękawicach odkręca
buchającą parą chłodnicę, pióropusz się zmniejsza, nalewam wodę, teraz
Rumpel zakręca chłodnicę, Richard już przy kierownicy, rusza, wskakujemy
w biegu, jedziemy - czyli hurra panowie bracia - następne dziesięć km.
Przy postojach na poboczu autostrady momentalnie pojawiają się motocykliści
w zielonych mundurach, czyli policjanci.
- Chlopcy lubią szybko jeździć - z tonem uznania objaśnia mi Richard -
dlatego mają taką fajną robotę. Zieloni oglądają nas, kiwają głowami,
jedziemy.
Świta sobota na parkingu w Bawarii, chłopcy
jeszcze śpią zwinięci na przednich siedzeniach. Wokoło pobrzmiewa melodia
parkingu, śmiechy, nawoływania, szum silników i strzępy muzyki. Nocą nie
mogłem zasnąć, więc spisywałem ten powyżej absurdalny raport, w trosce,
by nie pominąć roztrzęsionych śrubek. Twardo, leżę na wiązce blejtramów,
wciśnięty między obrazy zajmujące z lewej i prawej resztę przestrzeni
w wozie. Nie jest mi dobrze ani źle.
Popołudnie.
Nasz pojazd wymusił na nas twórcze współdziałanie i poczucie respektu,
zawalczył o własną indywidualność, posiada nazwisko, nazywa się Smutne
Szare Zwierzę. 150 km do Berlina, stoimy na stacji Mitropy, już w NRD.
Zjadłem obiad wraz z Rumplem, teraz Richard je obiad a Rumpel szuka pomocy.
Odpoczywam w kabinie przy wtórze the Doors.
Rano Zwierzę było bardziej smutne niż szare - nie chciało ruszyć z miejsca.
Nie umiemy ustalić, co jeszcze się zepsuło, na mechanika trzeba czekać
godzinami. Nie, nie domyślasz się, o piosenko pełna grozy! - oto na widok
fachowca Zwierzę zaryczało potężnie i wprost rwało się do podróży, nie
trzeba było nic naprawiać!
Testy i próby wskazują, że wóz bez zarzutu. Wiemy, że nie na długo, ale
cóż, jedziemy, w miłosnym uścisku cholernej liczby mnogiej. Wasser-Komando
pracuje sprawnie gdy przekraczamy granicę, rozkraczamy się 20 km dalej
przy wtórze dźwięków silnika, oznajmiających przekraczanie bariery dźwięku.
Teraz trzeba wszystko rozbierać. Na tym szczęśliwie się nie znam, operację
przeprowadza R i R według wskazówek, a wkrótce także z pomocą milicjantów,
którzy i tutaj zjawiają się niezwłoczne. Nie ma za co nas aresztować,
trzeba wspomóc. Kiedy znowu ruszamy chłodnica prawie nie działa, wodę
trzeba dolewać co 4 km. Dłonie mam omdlałe od czynności chłodniczych,
a i pchać trzeba było grata dobre parę razy.
Zmęczenie.
Oto je rozpędziłem przy pomocy skręta i spaceru w wietrze. Jest lepiej,
między chłodnymi chmurami zaświeciło słońce. W pewnym sensie nie wierzę
w śmierć. Bo jeśli patrzę teraz na topole w wietrze i staję się jedną
z nich, a moja samoświadomość w wielości liści, gałązek i konarów zaczyna
tak miłośnie zmagać się z wiatrem - to przecież co to znaczy? Moje ja
i poczucie obecności jest w życiu drzewa. Moje ciało umrze, ale będzie
żyło drzewo. I las, i puszcza. W czasach, gdy bywam samym życiem, a nie
jakimś tam Twoim kolegą - co wtedy się dzieje, przekraczam niewidzialną
barierę? Życie jest, było i będzie. Ja jestem życiem, byłem i będę. Gdyby
adresaci tej kosmicznej sondy wiedzieli, co wiem, co tu wyrażam, może
ten zabieg cudów technologii nie byłby potrzebny? Co? że chciałbym się
migać?

Teraz dochodzi jedenasta wieczór. Poparzone mam dłonie od pary buchającej
z chłodnicy. Posunęliśmy się w międzyczasie dobre 40 km. Nalewając wody,
zmieniając świece, pchając cholerne pudło, i jadąc w sumie z szybkością
drabiniastego wozu. Teraz wysiadł już drugi cylinder, stoimy na Intertanku.
Holowanie do Berlina kosztuje 800 marek, wcale ich nie mamy.
Jedenasty, niedziela, piąta rano, dzień boży
święcony przybyciem do Zachodniego Berlina. Setkę km ciągnęła nas ciężarówka,
którą jechał beatowy zespół angielski. Na berlińskim Ringu skręcali w
lewo, więc nas odczepili na stacji benzynowej, gdzie nabraliśmy wody i
kawy. Jakie zdziwienie, gdy Zwierzę, teraz na dwóch cylindrach, rusza
i jedzie dalej. Do następnego wybuchu po kwadransie. Znowu milicja i tym
razem alarm, transport specjalny dla wariatów tanio, za 30 marek.
O bladym chłodnym świcie na granicy Zachodniego Berlina czeka na mnie
- dość używania liczby mnogiej! - niespodzianka, celnicy odmawiają wpuszczenia
obrazów do miasta. Wcale nie wiedzą, że Niemcy podpisały ONZ-owską konwencję
o swobodnym poruszaniu się artysty z jego dziełami. Żądają listy, wyceny
i zapłacenia wwozowego cła.
Wóz stoi więc na parkingu Urzędu Celnego. R i R natychmiast pojechali
do dyskoteki Bowie, żeby zdążyć potańczyć i napić się piwa, ja wyciągam
się wygodnie na przednich siedzeniach i piszę, przejęty grozą na myśl,
że może ta nasza wariacka i żałosna podróż jest metaforą na moje przyszłe
życie tutaj. Omen?
Po długiej nocy jestem jeszcze rześki, wziąłem wieczorem efedrynę, żeby
przetrwać nawałnice i klęski żywiołowe podróży, zapewne wciąż jest we
krwi.
Obudziło mnie w południe slońce wychylające
się zza drzew na skarpie. Posprzątałem w wozie, otwierając go szeroko,
potem poszedłem do baru na kanapkę i filiżankę kawy. Teraz mam luksusowo,
leżę w słońcu na piaszczystym zboczu wśród sosen nad przejściem granicznym,
i zapalam skręta. Dobiega zewsząd dźwięk dzwonów wydzwaniających południe.
Patrzę na amerykańskie francuskie i brytyjskie flagi powiewające nad granicą.
Przejście wygląda raczej skromnie w porównaniu z wielkimi betonami urządzeń
granicznych po NRD-owskiej stronie. Ogromny ruch, wozy ledwo zwalniają,
mkną dalej.
To byl calkiem człowiek, celnik wschodni pod Berlinem. Śmieszny w mundurku,
odstające uszy, inteligentne dobre oczy, podobny do Franza Kafki w czasach,
gdy robił jako urzędnik. Chciał obejrzeć obrazy, podałem pierwszy najmniejszy
i wzruszył się znajdując w nim Mglawicę Andromedy. Lubi kosmologię, biologię,
astrofizykę, chce studiować. Zapytał, czy będę wystawiał we wschodnim
Berlinie. Pewnie się to wydarzy, ale za moje ew. notowanie adresu celnika
mogliby go zamknąć.
Piszę zwiedzany przez mrówki, przenoszę je troskliwie z siebie na piasek.
A teraz poważnie prezentujący się trzmiel wylądował na zeszycie podróżnym.
Środkową łapką z lewej strony tułowia dokładnie oczyścił przednią łapkę
z prawej, popatrzył na mnie porozumiewawczo, odleciał. Te owady wokoło
są zdania, że świat jest bezczasowy wieczny. Mój czas jest poczuciem ciała
i rozumu, ale one z kolei są emanacją wieczności, wypustką absolutu. Czółenko
życia tka kolejne zdarzenia i układa je w porządku czasowym, lecz intuicja
sięga poza to, gdzieś głębiej.
Świat rozprzestrzeniający się w krystalicznych wzorach
energii
spogląda na zająca, który wybiega w południe wśrod wydm,
słucha dudnienia nieba i szumu aut za wzgórzem,
dotyka, poznaje, doświadcza.
W ruchu nieskończenie powolnym,
podobnym do mojej podróży
świat
spogląda na siebie
moimi oczami.
Dochodzi północ, jest jeszcze dzisiaj.
Na parking przyjechał po mnie polski kumpel Waldi i zawiózł do Christiana.
Byłem tu przed dwoma laty, więc gadu-gadu przy flaszce wina. Aż tu wraca
z wakacji jego żona Petra, taka żywa i śliczna. We czworo zatem na Savigny-Platz
do włoskiej knajpki na sałatę z tuńczykiem. Dzień kończy się teraz u Rumpla,
fajny człowiek nie-Engels.
Tymczasem Michael dziś rano wyjechał na wakacje; cóż, długa była moja
podróż pomiędzy światami. Zostawił dla mnie klucze - tylko od piwnicy,
gdzie mogę złożyć obrazy. Dobre i to? Jutro idę z Christianem w sprawie
wystawy. Piękna czysta muzyka, Garbarek. Za parę dni ruszę dalej, do Amsterdamu,
oto jej od dawna nawet nie wspomniałem. Oddalił się jej obraz.
Kiedy się nie jest ciałem.
Kiedy przestrzeń wewnętrzna obejmuje niebo nad głową
i bruk pod stopami,
rozświetla się byle gałązką lub trzmielem,
i nie jest w czasie,
choć tyle przemijań
jest w niej zawartych,
radości i bólów,
które wreszcie się mogą spotkać i objąć w uścisku -
ale nie w czasie.
Czternastego sierpnia jest popołudnie dobre
do teraz. Wstałem wcześnie. Dziwnie tutaj; biednie, jak rzadko gdzie w
Polsce. Za oknem sypialni, a jesteśmy na pierwszym piętrze, jest ślepa
ściana w odległości trzech metrów, trzeba wysunąć głowę na zewnatrz przez
okno i popatrzeć w górę, by stwierdzić jaka pogoda. Okna pokoju wychodzą
na podwóreczko i następny budynek równie lichutki, bliziutko, ze cztery
metry stąd. Kibel na schodach, zlew z zimną wodą w kuchni, architektura
grabieżczego kapitalizmu. Umyłem się, zrobiłem zakupy i zjadłem śniadanie,
pojechałem do Christiana; mieszkają przy gwarnym Theodor-Heuss-Platz ale
zacisznie jak na wsi, w budyneczku pośród wielkiego ogrodu.
Powiódł mnie Christian do Urzędu Sztuki Charlottenburg, Bert oglądał z
zainteresowaniem moje przeźrocza i fotografie obrazów, poszuka możliwości
wystawienia, a przede wszystkim załatwi ich wwóz do Berlina. Jeszcze nigdy
obrazy nie były daleko ode mnie. Pijemy potem herbatę w ogrodzie i gawędzimy
o życiu, czyli Christian roztacza swe wdzięki.
Grosz mam w kieszeni niewielki, ale wciąż mam, ponieważ Michael dał chłopcom
paręset marek na pokrycie kosztów podróży; dopiero teraz się dowiaduję,
że nie musiałem tak bezwzględnie płacić po drodze! Przejazd kosztował
w sumie jakieś 900 marek - do licha, przecież ktoś z Polski zrobiłby to
o połowę taniej i dwa razy milej! Ha, mądry Polak po szkodzie.
Rumpel chce, żebym się uczył niemieckiego, i to od zaraz, bo chciałby
pogadać, ale obawiam się, że to będzie trudne, z conajmniej trzech powodów.
Mówię językiem znanym od miliardoleci.
Jest to język przemiany,
znają go małe dzieci,
plaże, gwiazdy, zwierzęta, cokolwiek żywego.
Mówią do mnie i mówię do nich.
Jesteśmy tu od zawsze, mamy sporo czasu
nie mamy natomiast spraw sekretnych, granic,
więzień, zaszczytów, nadziei, nieczułości, śmierci.
Wiemy właściwie to samo i jesteśmy razem
sobą
i tym co przez nas mówi.
Ach tak! tym zwłaszcza
od miliardoleci.
Czwarta rano 15 sierpnia. Chodziłem z Richardem
po Berlinie, oglądałem ulice, domy i ludzi. Domy są dziwne, wiele z nich
jeszcze w hełmach. W tym mieście jest wiele przestrzeni, szerokie ulice,
obszerne ogrody, dość miejsca na wszystko. Czy jest miejsce na Wszystko?
To się okaże.
Słuchałem opowieści Richarda o jego przygodach. Studiował filozofię w
Rostock, zresztą razem z Rumplem, są przyjaciółmi od dawna; ze studiów
trafił do więzienia, dostał dwa lata jako element aspołeczny - wystarczy
nań spojrzeć, rozumie się wyrok. Po półtora roku odstawiony do granicy
zachodniej, znaczy wykupiony przez RFN. Pokochał się włóczyć po Europie,
ot, tak właśnie - duży bus, przyjaciele. W Rzymie wzięto ich za anarchistów,
kojarząc wygląd zewnętrzny i język niemiecki. Zostali otoczeni na ulicy
przez grupę karabinierów i policjantów, i skuci. Roger nie chciał oddać
dłoni kajdankom, dostał więc kolbą karabinu po głowie, padł zlany krwią,
nieprzytomnego wrzucono do celi z innymi, żadnej pomocy lekarskiej. Po
czym chłopcy dostali po 10 miesięcy więzienia za stawianie oporu władzy.
Rzymskie więzienie wspomina jak najciekawszy uniwersytet, siedział z przemytnikami,
anarchistami, dealerami i włóczykijami z całego świata; przeważnie mieli
pieniądze, w więzieniu nie brakowało wina, acidu i haszu. W efekcie akcji
protestacyjnych i awantur prasowych po trzech miesiącach wypuszczono ich
na wolność, więc dalej w podróż. W miesiąc później aresztowany prewencyjnie
jako możliwy anarchista w Rumunii, gdzie przyjeżdżał z wizytą premier
Izraela. Jeszcze opowieść o potwornym trzęsieniu ziemi w Bukareszcie.
Wieczorem dzwoniłem do siostry w Warszawie, pozdrowić, oznajmić, że dojechałem
i zapewniać coś jeszcze, że będę uważał - na co? na kogo? doprawdy nie
pamiętam.
O zmierzchu siedzimy w pubie Kastania pod wielkim kasztanowym drzewem,
pijemy piwo i gaworzymy, albo nic nie robimy jak teraz, co pozwala mi
wyjąć zeszyt i pisać do Ciebie. Bardzo tu między ludźmi inaczej, jedno
wielkie spowolnienie, relaks. Widzę twarze i gesty, oni żyją w zupełnie
innej temperaturze psychicznej niż Polska, jakby tu była inna podstawa
czasowa.
Ja rozumiem, istotne jest widzenie, poznanie, myślenie; wszystko będzie
informacją sondy. Nieważne, co zapiszę. Mam wszakże nadzieję, że pisząc
do Ciebie, będę mógł sobie samemu uświadomić, co jest, co będzie - treścią
Przekazu. Świadomość jest niezbędna, przecież uczestniczę w akcji całym
życiem.
Nadchodzi pełnia księżyca i charakterystyczne mrowienie krwi w żyłach,
trochę elektryczności i nerwów - bo przecież mam do postawienia życiu
parę pytań - gdzie malować, jak żyć i przeżyć w tym zupełnie innym świecie.
Szesnasty sierpnia po północy to telefon
do Anny. Im bliżej, tym dalej? Nie potrafimy ze sobą składnie porozmawiać.
- Kocham cię, bardzo cię kocham, ale nie wiem, czy mnie zaakceptujesz
taką, jaka jestem.
A cóż to? Odmieniona? Rogi ci wyrosły? Ach, zapewne... widzę przecież,
jak ten ostatni tydzień mnie spłaszczył i wyżął. To zupełnie inna bajka,
zupełnie inny świat.
- Bo byłam dotąd dziewczyną malarza, przychodzili bez przerwy ludzie,
robiłam herbaty.
Nic się nie komplikuje, wszystko się upraszcza, prawda? Nie będę podtrzymywał
jej obecności we mnie. Nie będę podtrzymywał jej obecności we śnie.
Ograniczyć wyobraźnię - prowadzi do kłamstwa.
W południe u Richarda po śniadaniu w łagodnym
świetle słonecznym, które świeci przez wielkie okno i lśni na owocach.
Mieszka w wielkim mieszkaniu, parter na rogu, duże okna na poziomie ulicy,
zapewne kiedyś był tutaj sklep, podłoga pofalowana ze starości jak i uliczka
na zewnątrz. Jesteśmy w sektorze amerykańskim, dzielnicy biedaków, artystów
i gastarbeiterów, Kreuzberg.
Ogień jest moim żywiołem.
Mama opowiadała, że w pierwszym okresie życia śmiałem się do wszystkiego
i wszystkich. Czy także do trupów? - nie pamiętam. Czy człowiek rodzi
się szczęśliwy?
Teraz też się uśmiecham, nie ma żadnego schizia na 20000 mil podmorkiej
żeglugi wokoło, bycie Przekazem i bycie niczym nie są w opozycji. Rumpel
opowiada, że człowiek może przeżywać złe i gniewne stany w ciszy i skupieniu
wewnątrz, a dla innych mieć to, co dobre, śmiech i radość.
Moje cierpienia to zgęstki psychiczne, które jeszcze nie stały się palne
i lotne. Skwierczą, pękają w temperaturze przeżycia. Cieknie żywica z
pnia historii odmienianej przez gatunki i indywidua, kultury, bakterie,
cywilizacje. Pewnie, że to musi boleć.
Wstąpić w trawiący wszystko płomień nieśmiertelności.
Stać się tym, czym się naprawdę jest.
O czwartej nad ranem obrazy są ustawione
w piwnicy u Michaela. O dziesiątej będę u Berta, aby poczynić jakieś ustalenia
wystawiennicze. A inne ustalenia? Gdzie mi wypadnie żyć następne 2-3 lata,
tu, czy w Holandii? W tym kłopot, Przyjacielu, że bez malowania życie
mi się przykrzy, że chciałbym malować duże i bardzo duże formaty. Przysiadam
w południe na krawężniku Zillestrasse, aby zanotować, co właśnie z uczucia
krystalizuje się w słowa:
Jestem we wnętrzu wielkiego miasta.
Przestrzeń, wiele kolorów, bogate dekoracje,
ale sens sztuki nie jest mi znany.
Żyje tu parę milionów ludzi
a ja nawet nie wiem
czy grana jest komedia czy dramat.
Jestem tu obcy jak w innych miejscach,
obcy nawet śmierci.
Jakbym już nie miał narodowości, imienia i koloru skóry
oddycham miłością
I nie gram.
A szkoda, malarzu, a szkoda! dopisuję popołudniem
w domu, ach! co ja plotę, w jakim domu, to przecież nie jest mój dom przestrzenny!
Sens podróżowania: dobrze być wśród nowych ludzi, dobrze być na nowo.
W kraju rodzinnym kolosalne połacie istnienia martwiały mi czasem, wciąż
ktoś mnie chciał sprzed roku albo z wczoraj. Ale tak chyba wszędzie.
Byłem w Urzędzie Sztuki u Berta, o wystawie mówi się w czasie przyszłym
dokonanym. Czyli błękitne jest niebo.
A gdyby tak trafiły się w życiu trawy wysokie i bujne, to chętnie bym
się w nich pozwolił zagubić na zawsze.
Hej, Przyjacielu, lato się zmierzcha, niech babie lato nam wyściele jesień.
Stałem na deszczu i patrzyłem w niebo między gałęziami, przewiewał mnie
wiatr. I oto gwałtowny powiew uderzył w korony topoli, drzewa zgięły się
w jęku, za nimi śmignęła z nieba błyskawica, jak dobrze!
Christian schronił się przed deszczem, przed chwilą żartowaliśmy w ogrodzie.
Jakże świetnie jest połyskliwy i mądry chwilami, jakże niekiedy starczy
i znużony! Cóż to za człowiek? Dobrze się miewał w Polsce, miał powodzenie
w krytyce literackiej, wyjechał zaś, aby móc pisać swoją wielką powieść.
I pisze, już po raz trzeci, od wielu wielu lat. Ze dwa trzy razy w ostatnich
czasach odratowany od śmierci; nie ma zmysłu węchu, prawie wcale smaku,
silnie zakłócony zmysł równowagi - a bystry przy tym jak smok. Przed trzema
laty spędzałem w Berlinie lato z wystawą, i wtedy uczył mnie ping-ponga
i zmuszał do kopania piłki w parku, bardzo sprawny fizycznie. Boże boże,
co to się narobiło. Lecą liście pierwsze z drzew.
Piątek osiemnastego sierpnia, popołudnie
chwyta mnie na godziny w parkingu pod Hanowerem i nie popuszcza. Jadę
z Berlina autostopem, startując raczej nieszczęśliwie; facet wziął mnie
po drodze, aby móc sobie kupić flaszkę wódki więcej - bo na dwóch - w
tranzycie przez NRD; za granicą skręcił w górę mapy, zostawiając mnie
na stacji benzynowej bez ludzi. Za to pachnie lasem, w którym obfitość
smacznych malin, pasujących do kromki chleba.
Siedzę teraz w trawie, pokazuję plakat z napisem Dortmund-Amsterdam, jest
dobrze.
Z malinowego chruśniaka zabrała mnie młoda para ludzi jadących na weekend
do rodziców; tacy ciekawi Polaka i polskości. Pod Oberhausen zimny wieczór,
daleka droga.
W
sobotnie popołudnie jest Anna i Amsterdam, oboje śliczni. Nie spałem
od przedwczoraj, co czyni mnie znakomicie rozwibrowanym w tę pełnię księżyca
i szczyt energetyczny. Siedzę już kwadrans w oknie, patrząc na kamieniczki,
wody i łodzie płynące powoli. Spokój. Niech przeniknie serce i duszę.
Wspomnę kolegę z podróży; Bernt, holender studiujący w Berlinie socjologię
na Wolnym Uniwersytecie i zafascynowany ostrą walką polityczną, jaka tam
się dzieje. Zagadywał wszystkich ludzi przystających po benzynę i Anglicy
zabrali nas obu. Wszakże w Holandii brakło im paliwa, przydrożne automaty
nie działały, więc zdecydowali się zostać na noc w Eindhoven.
Na autostradzie w zimną pod księżycem noc. Idziemy długo poboczem, do
wszystkiego daleko. Proponuję, aby zboczyć do lasu opodal, rozpalić ognisko
i zagrzać się trochę, jeśli nie przespać w ciepełku. Bernt taki czubek,
a popatrzył na mnie jak na wariata i odmówił stanowczo, może nawet zbyt
szybko. Po godzinie marszu zobaczyłem zaparkowany na poboczu wóz z włączonymi
światłami i szeroko otwartymi drzwiami. Zawołałem do idącego nieco w tyle:
- Spójrz, przyjacielu, ktoś na nas czeka.
Tymczasem Anna zapowiada, że gotuje zupę i daje mi kwadrans czasu. Zatem
kiedy indziej o rudym kierowcy i naszych dialogach.
Po nocnych drgawkach przyszedł bezwzględnie piękny świt w muzyce i szybko
sunącym Mercedesie.
Pełnia księżyca nisko nad ziemią z lewej, i pełnia wschodzącego słońca
po prawej stronie autostrady - nad taflą perłowych i srebrzystych mgieł,
z których rzadko przebijały do światła czuby drzew, wieżyczki kościołów,
dachy domów. Nic równie pięknego nigdy nie zobaczę.
Rudy Holender dowiózł mnie do lotniska, skąd wziąłem bus do dworca kolejowego.
Telefon do Anny, słoneczna łaskawość dnia, śmieszna wędrówka tramwajem,
gdy pojechałem w przeciwną stronę niż trzeba.
I dlaczego wszystko tak bezwzględnie znaczy?
Wreszcie widok Ani, małej bladej dziewczynki wychylającej się z okna nad
wodą, pośpieszne radości i pocałunki, ciut obcości w sercu. Prysznic nareszcie
i spacer po zakupy we dwoje, bo dom ogołocony ze wszystkiego, co jadalne!
śniadanie, rozmowy, spacer. Nie umiemy iść razem, wpadamy na siebie.
Niedzielne popołudnie w Vondelpark, gdzie
wszystko od stuleci zdaje się być takie same; poczucie, jakbym tu bywał
zawsze. Przed trzema laty na trawie rozkładałem obrazki i zarabiałem na
obiad. Leżymy w pobliżu stawu, kaczki polują w mule, demonstrując wdzięk
kuperków. Skończył się koncert reggae z szalonym tańcem Anny. Przyjaciółka
Ewa ze Sztokholmu, tak niespodziane spotkanie. Pijemy piwo, Ani zdaje
się dziwne, że znowu piszę. Ula wyjmuje pierś i karmi dwuletniego Nono.
Ludzie wszystkich kolorów i ras. Włosy długie albo ogolone na zero, stroje
najprostsze typu dżinsy na pupie, i stroje wyszukane fantastyczne kolorowe,
twarze pomalowane niekiedy błazeńsko, tatuaże, biżuterie, kolczyki w uszach.
Całkiem stara tłusta i ogromna pani tańczy energicznie w kręgu psów, które
szczekają, skaczą na nią, też tańczą na psi i nieskoordynowany sposób.
Świetna ciemnobrązowa dziewczyna w wysikich butach, dżinsach i fantazyjnej
czarnej bluzce, obwieszona setką dzwonków i łańcuszków, przechodzi jak
muzyka. Kelner śpieszy z tacą pełną kufli tańcząc, podśpiewując.
Możliwości są wszystkie otwarte na oścież, zabawa bez wytchnienia, każdy
się zachowuje i nosi tak, jak ma ochotę. Pasja indywidualizacji przy pomocy
przybrania, luz. Byłem tu wcześniej i wiem, że także w Amsterdamie życie
bywa bezwzględne i groźne. A teraz jest we mnie napięcie, z którym nie
wiem co począć, przerwa w malarstwie tak nagła, nie ma pędzla, żeby się
przytrzymać, ani zajęcia, w którym miłość poślubia energię.
Spacer z parku do maleńkiej knajpki na Heerenstraat, co zwie się złota
szynka, czyli Golden Ham, no hard drugs and dope dealing. Zjadamy sałaty,
pijemy herbatę i palimy co nieco. Przy nas dwie białe dziewczyny z Południowej
Afryki narzekają, że nie mogą zwiedzić Polski, gdyż rasistkom odmawia
się wizy. Są zafascynowane swobodą, jaka tu panuje, i czarni są tu zupełnie
inni niż tam u nich w domu. - Pewnie, bo tutaj są wolni - mówię, i życzę
dziewczynom zniewolenia.
Ania stwierdza, że właściwie jestem bardziej z zeszytem, gdzie piszę,
niż z nią. I patrzy na mnie jakby z wiedzą, że nie piszę o niej. Żyje
tu ostro, dużo paliwa i koksu, mniej żywności i prawie bez słońca. Zrobiła
się szczupła, co uwydatnia, jak bardzo młodziutka. Jest bliżej niż wczoraj,
kwiat już rozchyla płatki, mysz zaczyna popiskiwać w radości. Zostawia
mnie, idzie do domu, aby sprzątać.
Mam wrażenie, że jeśli we mnie pojawia się człowiek, którego czuję, myślę
lub pamiętam, to w tejże chwili ten ktoś też pamięta mnie. Nie można tego
sprawdzić, stworzyć warunki laboratoryjne takiemu doświadczeniu, to zniszczyć
samą jego esencję. Czy jesteś ze mną teraz?
Bolesna słoneczna pogoda w sercu.
Ostatnie skurcze lata
przesuwają me ciało przez parki i kolorowe ulice,
powietrze ma smak przyjaźni,
cierpienie i radość, sery i wino, ciemny chleb, miód
i okruchy wspomnień
w niesymetrycznym układzie na białym obrusie
podane są do posiłku.
W dole za oknem płyną łodzie,
wszystkie beze mnie.
W nocy z niedzieli na poniedziałek leżę w
łóżku, w białym pokoju wśród kwiatów w muzyce. Ania bierze prysznic. Pokój
jest jasny i ruchomy od refleksów świateł odbijanych od powierzchni wody
za oknem. Wstanę jeszcze, mam podlać rośliny.
O jedenastej rano zmęczony, budzony wielokrotnie
ze snu ostrym kaszlem Anny, aby pamiętać dzikie sny, w których ją porzucałem
w nieznanych pejzażach. Wspomnę Ci zdanie - że ona należy do losu, nie
do mnie. Nie potrwa to długo; mój ucisk w głowie stwierdza, że te wakacje
z Anną - tak sobie już nazywamy - są podejrzane moralnie. Patrzę w okno
z tęsknotą; narodzić się jako obłok, płynąć w dal zawsze, nie móc się
zatrzymać.
Spacer po markecie w południe, wspaniałe te kramy, barwne stosy żywności,
nawoływania i handel. Ugotowałem zupę z jarzyn, siedzę w oknie, Ania coś
jeszcze robi z papryką. Spokój? niepokój? poza jednym i drugim. Ciśnienie
rośnie. Poznany dziś Rodolfo, sympatyczny wariat z Argentyny, najlepsza
kokaina pod słońcem. Nie, dziękuję, i bez tego nie czuję się.
Dobrze być tutaj. Teraz, i tylko teraz. Dzwony, kamieniczki, muzyki, kwiaty,
mewy, światła. Bezpośredni otwarci ludzie, których spotykam wszędzie i
pozdrawiam jakbyśmy się znali od zawsze.
Pod wieczór pogoda jeszcze słoneczna, choć zrywa się wiatr. Wróble kąpią
się w piasku, co zwiastuje deszcz. Cóż jeszcze odcedzić można z chwili
przezroczystej?
Trzecia nad ramen. Wieczór miłosny z Anną-Anną
czyli miłą do potęgi drugiej, jej taniec ekstatyczny i opowieści niezwykłe.
Wizyta przyjaciół, dla których trzeba było się ubierać, wprowadziła atmosferę
momentalnie napiętą - dowiem się wreszcie, o co tutaj chodzi? Spooky jakby
ironizował, gdy była wobec mnie dobra i czuła. Zapytał, czy się zmieniła.
-Tak - odpowiedziałem.
- W jaki sposób?
- Najlepszy z możliwych.
- Czy naprawdę tak myślisz? - Ania pochyliła się ku mnie życzliwie, ale
podejrzliwie.
- Tak, ale to co mówię świadczy tylko o mnie, a nic a nic o tobie, bo
jestem facet, co wierzy, że wszystko się nam przytrafia w sposób najlepszy
z możliwych.
Anna się jeszcze pluszcze, świta, ten pokój ma czarodziejską wibrację
prostoty. Anna. Pewnie, kochamy się, bo cóż mamy robić, gdy razem idziemy
do łóżka.
Jakże chciałbym oderwać się kiedyś od ziemi w stan nieważkości, choćby
na orbitę. Wyobraź sobie eksperyment kosmiczny - puszczam bąka, aby przekonać
się, jak daleko poniesie mnie mój własny napęd.
Wtorek jest ostatnim dniem słońca w znaku
Lwa, może wolałbym go mieć samotnie, ale jesteśmy w parku, Cecylia świat
łagodzi nudną opowieścią. Dzisiaj jakbyśmy sobie wręcz przeszkadzali,
drażni mnie jej słowo, gest albo spojrzenie. Ławka spowita szumem drzew,
dzień chłodny, słoneczny, gruchają dzikie gołębie; ba, czy dzikie? Tu
nawet korniki w drzewach są napalone i oswojone bez reszty. Znad jeziora
dobiegają dźwięki congas, poszczekiwania psów i odgłosy rozmów. Nago przebiega
chłopiec z kijem w dłoni, na którym podwiesza się zębami czarny wielki
pies, rzuca kij na środek jeziora, a pies płynie aż pod fontannę.
Spotkaliśmy Rodolfo i innych, ale nie ma komunikacji. Mam wieczny problem
- innych potrafię rozumieć, sam nie znajdując rozumienia; owszem, sympatię,
a to nie jest mało. Ania, dzisiaj widzę wyraźnie, leci tripem gorączkowego
przepału przygód, przeżyć, przyjemności, nie może mieć zrozumienia dla
życia pojętego jako praca.
Tak łagodnie jest wokół, tyle we mnie napięcia, jakbym nie widział do
jutra. Napędza mnie szum drzew, refleksy słońca na wodzie, migotanie wzorów
energii we mnie.
23 sierpień jest dniem rozczarowań, bowiem
chciałem czegoś dokonać w realiach. Przed trzema laty zostawiłem tu prace
w trzech galeriach, powinny być z tego jakieś pieniądze! Jak przykro.
Pierwsza galeria zamknięta przed dwoma laty, ten gentleman wyjechał do
Stanów, osiem dużych formatów najpiękniejszych grafik nie ma, jakże mi
żal czystych intensywnych błękitów, na zawsze stracone.
Druga galeria zamknięta na wakacje, ale właściciel Guido jest w mieście,
jutro się spotkamy.
Zmęczył mnie spacer, przyszedłem do Golden Ham na zupę z asparagusa, teraz
już sączę czekoladę i spisuję Ci słowa, bez wiedzy, czemu to ma służyć,
czy to mnie może ocalić?
A skoro tu siedzę - opowiem Ci wczoraj. Zaproszeni na obiad do Jana. Młody
holenderski lekarz, dobry ciepły człowiek, oddany przyjaciel, rozstał
się ze wściekłą polską żoną przed rokiem, mieszka w zielonej dzielnicy
z dala od centrum, z córeczką, która ma jasny i stanowczy charakter. Pojechaliśmy
rowerami. Anna niemal szczała po nogach z rozdrażnienia, bała się jechać
obok mnie i miała nieskończone pretensje. Traf chciał, że marudząc i jadąc
za mną z tyłu przejechała skrzyżowanie na świetle już żółtym czy czerwonym,
i zjawił się wóz policyjny, grzecznie poproszono o paszport. Przewidująco
nie miała przy sobie, przecież nie ma wizy, zarumieniła się natomiast
tak wdzięcznie, że poprzestano na udzieleniu informacji o światłach i
obowiązku noszenia dokumentów przy sobie. To nas jakby zbliżyło i wizyta
u Jana wypadła spokojnie, bez napięć, z maleńkim nieswojem, gdy życzliwie
traktował nas jak małżeńską parę.
Nocą zaś doszło do tak zwanej zasadniczej rozmowy. Że to już dość, że
trzeba sobie powiedzieć mile do widzenia a nie czekać, aż miłość zacznie
się rozkładać i niepięknie pachnieć. Nie obyło się bez świństw, chciałem
zabrać swoje fotografie i wziąłem jej zeszyt leżący na półce, notatnik;
wierszyki, uwagi liryczne, i opis snu, w którym Ania ma w brzuchu kochanka,
o tym jak go rodzi. Bodaj wspomniałem Ci o rozmowie telefonicznej i niepewności,
gdy opowiedziała ten sen. Tyle, że w zapiskach kochanek ma na imię Fernando,
argentyński anioł pozłocisty.
Nie próbowałem ukryć lektury. Dlaczego mi nic nie wspomniała? no, bo przecież
jej głupio. Dlaczego, gdy dzwoniłem z Warszawy, opowiedziała mi sen? No,
bo Fernando spał na jej łonie właśnie, była tak zmieszana, zupełnie nie
wiedziała co powiedzieć, a czuła, że coś powiedzieć powinna. Czyli upojne
argentyńskie tango, jeszcze chwila, a zacznę wirować. Anna jest jeszcze
przekonana, że nasza miłość to coś zupelnie innego od wszystkiego innego.
A kłamstwa? nic nie znaczą w kontekście przestępstwa, jakiego dokonałem
otwierając zeszyt. Rozmawialiśmy długo i po nic, kończąc przy pomocy dobranoc
na zawsze.
Tyle osób i opowieści, co z tym począć? co oni z tym poczną? Była Cecylia,
koleżanka po fachu bo niby malarka. Przez dwa lata pracowała na farmie
w południowej Argentynie zarabiając na otwarty bilet, który kosztuje piętnaście
setek dolarów. Drugie piętnaście setek miała na sobie przy lądowaniu w
Amsterdamie. Okradziono ją doszczętnie już w pierwszej godzinie. Coś za
coś, bo teraz, gdy zupełnie nic nie ma - traci powoli również straszliwy
lęk przed ludźmi i życiem. Sprząta po ludziach, ciągle szuka pracy, będzie
znowu oszczędzać pieniądze - na powrót. O swym malarstwie nie mówi ni
słowa. Zdaje się zagubiona, jej głos się wydobywa z mocno zawiązanego
węzełka.
Czwartek? To czwartek, kawał życia dziś przeminęło.
Odwiedziłem w południe mą trzecią galerię i dowiedziałem się, że nie mają
dla mnie pieniędzy. Odebrał je Ryszard. Naprawdę przyjaciel, pół życia
spędziliśmy razem lub w pobliżu. Kiedy wyjeżdżał z Warszawy dałem mu pokwitowanie
i upoważnienie do podjęcia pieniędzy - na wypadek strasznoty jakiej, że
zostanie bez dachu nad głową, wiem przecież, różnie bywa na dzikim zachodzie.
Słyszę, głodny nie był, wyjechał stąd do Londynu z pieniędzmi; w przeddzień
wyjazdu prowadził ze mną rozmowę telefoniczną, w której powiedział, że
nie był w galerii, nie miał na to czasu. Ten drobny finans dzisiaj byłby
pokaźny. Ach, jakże mnie to wzburzyło!
To nie wszystko. Kiedy poprosiłem w takim razie o zwrot pozostałych dziesięciu
prac, właściciel galerii zdumiał się widocznie:
- Przecież twój przyjaciel je nam sprzedał za 50% ceny, nie pamiętam dokładnie,
ile to było pieniędzy, zaraz wróci sekretarka to ci pokaże kwity i sumy.
Przyszedł tutaj, miał już wyjeżdżać, bardzo mu się śpieszyło, wprost wmusił
we mnie twoje obrazy. Prawda, że poszły do ludzi i na tym nic nie tracę,
ale - jak to? nic nie wiesz? nie zawiadomił cię wcale?
Smutno, ale cóż robić, poszedłem na długą włóczęgę po mieście, aż się
zmęczyłem i nie miałem siły na smutek. Zajrzałem wieczorem do Spooky,
wydawał pożegnalne party przed jutrzejszym odlotem do Stanów. Kupa dziwnych
albo ciekawych ludzi z całej naszej planety. Jeszcze większa kupa paliwa
i koksu. Poznałem Fernando, owszem, miły chłopiec typu ciepły klusek.
Ania ucieszyła się na mój widok niezmiernie. - A widzisz, nigdy nie mów
nigdy!
I była dla mnie czuła, znowu kochająca, wracaliśmy więc razem na jednym
rowerze, śmiejąc się i żartując. Chciała być kierowcą, zrezygnowała z
ambicji dopiero po dwóch wywrotkach, usiadła na bagażniku, głośno śpiewając.
Za nami jechała Gisela, jej najlepsza przyjaciółka.
W domu Ania jest wyciszona, nastawia płytę i głośną muzykę. Ja świeżo
z Polski, jeszcze wciąż kulturalny, zwracam jej uwagę na sąsiadów, przecież
po pierwszej. Dziwna zaciekłość, z jaką mi odmawia, jej oczy lśnią wspaniałym
metalicznym blaskiem, hej, to jest Anna nieznanna!
Mam zamknąć dziób i nie przeszkadzać, ona chce słuchać muzyki. Wchodzi
z kuchni Gisela, mówi, że chce spać, wycisza muzykę. Anna bluzga stekiem
przekleństw. Jeszcze się nie rozeznaję? Najwidoczniej, bo chcę pożartować,
albo zmienić temat. Ania zrywa się z miejsca i chce wybiec z domu, trochę
dlatego, bym jej nie pozwolił, to tylko kac kokainowy, wiem, przejściowe.
Teraz furia kieruje się na mnie, krzyczy, bym schodził z jej drogi, zniknął
z jej życia - wiesz, co się krzyczy w takich zajściach.
Rzuca we mnie filiżanką, coś jeszcze rozbryzguje się wspaniale za mną,
kiedy się uchylam. Więc skacze na mnie, grzmoci piąstkami, rwie w strzępy
koszulę - do czego ma prawo, gdyż to od niej prezent. Jestem bierny, nie
bronię się wcale, bo cóż mi może zrobić szczygieł! ale drzwi zasłaniam
sobą stanowczo. Biała wściekłość, potok wymyślań i groźby, że zrobi mi
coś zlego.
- Rób - mówię z uśmiechem, jakby nagle się coś rozjaśniło - może to właśnie
ty.
Nagłe rozładowanie, uspokoiła się, nazywając mnie już tylko wariatem,
usiadła. Zmieniłem koszulę, pozbierałem drobiazgi, wrzuciłem do torby
i wyszedłem, skoro ktoś wyjść musi. Gisela płakała w kuchni, zapytałem,
czy ona coś z tego pojmuje.
- Nie wiem, przecież ja nic nie wiem o jej życiu, ona teraz przychodzi
do mnie tylko po pieniądze.
Tak więc się potoczyły kręćki. Wyszedłem na ulicę, długą chwilę stałem
na przystanku tramwajowym usiłując zorientować się, gdzie jestem i jak
dojść do dworca kolejowego, bo gdzie ma się udać bezdomny. Kręciołek w
najlepsze - po długim marszu wróciłem na ten sam przystanek.
Wreszcie położyłem się na murku pod drzewami w pobliżu Stedelijk Museum
i momentalnie zasnąłem. Zbudziłem się zmarznięty, świtało. Pobiegłem wokoło
dla rozgrzewki. Na ławeczce opodal siedział facio owinięty w derkę, nakryty
kapeluszem. Pokiwał w moją stronę flaszką. Napiłem się rozgrzewającego
trunku.
- Skąd jesteś? - zapytał.
- Zewsząd - odpowiedziałem a on roześmiał się głośno, jakby po odzywce
rozpoznawał swego. Oto jego opowieść. Przypłynął ćwierć wieku temu z Brazylii
i dna poniewierki, wyszedł na ląd, rozejrzał się, zdumiał, i postanowił,
że już nigdy więcej nie będzie pracował i zarabiał na życie. Ma zatem
zawód żebraka.
- Wystarczy, że wyciągam rękę, a czasem i tak mi się zdaje, że zbyt wiele
robię dla ludzkości.
Pojechałem do Jana w samą porę, wychodził właśnie z córeczką. Przywitał
mnie i udzielił gościny serdecznie, rozproszyły się mroki. Śniadanie,
prysznic, godzina snu. Noc była okrutna, ale powidok Anny został we mnie
dobry, tyle było energii w jej oczach
- wprawdzie negatywnej, ale dobre i to, wcześniej czy później wszyscy
uczymy się jej transformacji w dobrą. Będzie Ani potrzebna.
Ach, jeszcze zdanie, Frank wczoraj wzniósł kielichem toast: - Vive l'ámour!
- a biedna Ania powtórzyła omylnie: - Viva la muerte!
I spacerowałem znów wiele godzin, zwiedzając galerie i wystawy malarstwa
- żadnych oczarowań. Nasi współcześni, Przyjacielu, malują impresje ze
śmietnika kultur, przedstawiają jakże istotne swe reakcje na świat, w
najlepszym wypadku wyrażają siebie, a cóż mnie, u licha, obchodzi czyjeś
mniej lub bardziej wyrażone ego.
Interesuje mnie w malarstwie kreacja, energia tworzenia, światło objawione.
Ale to, zdaje się, trzeba namalować, aby móc oglądać.
Herbata jaśminowa w maleńkiej kafejce, gawęda z człowiekiem, którego gdzieś
już w ostatnich dniach widziałem, pamiętam, nasze oczy spotkały się życzliwie.
Irlandczyk trochę młodszy ode mnie, wędruje, pisze wiersze, zawsze ma
przy sobie maszynopisy, niekiedy ozdobione rysunkami - i żyje z tego,
ofiarując je w kawiarniach i pubach oraz ludziom spotkanym po drodze.
Bardzo wrażliwe na światło oczy. Za parę dni jedzie z przyjaciółmi do
Nepalu.
Może chcę z nimi pojechać? Byłbym siódmy w wielkim Mercedesie kupionym
od urzędu pocztowego. Cóż, mój nowy przyjaciel pochodzi z Zachodu, ani
się domyśla, ile czasu, pieniędzy i rozterki musiałbym poświęcić, aby
zdobyć wizy do tych wszystkich krajów po drodze. Przecież dla wszystkich
bałwanów w mundurach mój paszport jest jak ja czerwony! Mój czas przebiega
w innym kierunku, pięćdziesiąt obrazów w berlińskiej piwnicy, gdzie jesienią
zrobi się wilgotno. Żegnam się z Irlandczykiem życzliwie na zawsze. Wychodzi,
i zaraz przy stoliku trzech Niemców z Berlina, kolejna gawęda, bezpośrednia
sympatia Dietera sprawia, że notuję jego berliński adres.
Chwilami wraca mój podstarzały pierdolec - że wspomnę Mario złośliwą wiedźmę,
której krakanie o śmierci do mnie dobiega z mej czarnej przeszłości. Raz
jeden w życiu ktoś chciał mi wyrządzić bezinteresownie zło.
We śnie Wanda, biegnąca za mną w mroku z wołaniem: - Wróć, przecież cię
kocham... - a kiedy zwolniłem, usłyszałem straszliwy szum kosy, którą
usiłowała mnie ściąć. Wanda poczciwa, że ledwo komara uśmierci, jako kosynier?
A wczoraj w Annie, która mi szczygłem śpiewającym, górskim strumykiem
pełnym czystej wody, widziałem czarną damę, viva la muerte.
Zapada mrok, na zachodzie muszla płomienna, z której uszło słońce.
Dobry wieczór, nocy! Patrzę na pejzaż ziemski i zwykły, a piękny i wzruszający
głęboko. Pieszczotliwie łagodnie wznosząca się smuga dymu z komina, parę
dachów i drzew prawie czarnych, w tle głęboki błękit. W pejzażu nic niezwykłego
ani szczególnego, piękny przez to, że jest.
Jeszcze jedna wizyta, dziś u Jaapa, bardzo
holenderskie mieszkanie: kwiaty, obrazy i stare meble, dywany, muzyka,
płonące świece i wonna herbata, swojska atmosfera wśród ludzi, z którymi
nie muszę rozmawiać. Tyle, że niewygodnie pisać na kolanie. Jaap z niedowierzaniem
kiwa głową, oglądając na przeźroczach prace moich ostatnich trzech lat,
znał przecież tylko twórczość na papierach.
Jak to określił? Malarstwo ducha, łatwo pojmowalne, bezpośrednie w doświadczeniu,
bez symboli. Po czym mnie przekonywał namiętnie, że winienem zrobić coś
dla siebie, zwiać w Himalaje, usiąść w lotosie i medytować rok albo pół
życia. Żartuję, że tam bylem dwa wcielenia temu. Także w obecnym wcieleniu
pytają, czy jestem z Indii. Urodziłem się w Europie, z pewnością po coś.
Jechałem w stronę Indii przed czterema laty, rozbiłem wóz w drodze, los
nie pozwolił.
Czuję się zmęczony rozkojarzony po potężnym sniffie. Kokaina mi nie służy;
nawet będąc high czuję jej dwojakość - jasną energię, z którą nie wiem
co robić, skoro w pobliżu nie ma farb pędzli i płótna - oraz ciemny wiatr,
przeciąg z drzwi otwartych na bezmiar - przygnębienia i klajstra.
Bije północ, pora na spacer do Jana i sen bez pamięci.
|