CZŁOWIEK OKO, 03

blog 22.07.1978 - 22.07.1979

Wis - Wieslaw Sadurski

1 września w chmurach. Spałem u Christianów, w południe odwiedziłem Waldi, zrobiliśmy obiad. Mieszka w norze. Tak zresztą nazywa wszystkie swe kolejne miejsca pobytu, bo przecież nie ma domu. Wyznał, że czuje się jak szczur. Pewnie ten z chińskiego znaku kalendarza, bystry, zapobiegliwy, energiczny. Jest tzw. złota rączka, naprawi i zrobi wszystko, co trzeba. Zatem jest w drodze, wszędzie jakoś dając sobie radę. Poznałem go w Warszawie jako młodego pisarza, fajne opowiadanie wydrukował; tak mi ktoś mówił, że Krzysztof zamknął go w pokoju i zagroził, że nie otworzy drzwi, dopóki Waldi nie napisze tekstu do jakiegoś "naszego" pisma. Waldi, Kalle, Wieslaw
Pojechaliśmy do Kalle i Helgi, przyjaciół dla tych, którzy w drodze, zwłaszcza, jeśli są z Polski. W Halle, bo pochodzą ze wschodu, mieli dom otwarty. Tu jest inaczej, ale znakomicie - w każdym kątku po dzieciątku, a na tym się pewnie nie skończy.
Nocą pojechałem znowu do Christiana, gdyż zostawiłem tam zeszyt, w którym piszę do Ciebie, a bez niego nie ma jak poruszać się w świecie.

Z zeszytem przy boku poszedłem do pubu Kastanje na Schlossstrasse; zanim zdążyłem cokolwiek zapisać przyszli Richard i Rumpel, już z powrotem z Amsterdamu, gdzie mnie jednak nie znaleźli. Piwo, a potem dyskoteka Bowie i pijaństwo z amerykańskimi kowbojami z Air Force, którzy, o tak! z wielką flachą whisky. Napić się trzeba, prababcia Mike pochodzi z polskiej Babiej Góry.
I tak dali i tak dali, a co dali, zamazali, jak twierdzi porzekadło.

A na lewej dłoni - od wewnątrz, gdyż to moja sprawa - mam pieczątkę z napisem BEZAHLT, że za wszystko zapłacone!

Wspominam noc błękitną jasną kiedy cwałowałem konno, wzbijając się ponad pola i wsie w zawrotnym wichrze i pędzie, w uniesieniu i czujności niezwykłej, bowiem nieziemski mój rumak miał grzbiet zębaty jak piła, siedziałem w zagłębieniu między pagórami kostnymi cienkimi jak brzytew, ściskałem rumaka kolanami, czuły na jego rytmy, chwila nieuwagi wystarczy, abym został przecięty i spadł jako połówki niezdolne do lotu i życia. Przez szpary między deskami przenikało do stodoły księżycowe światło, gdy obudziłem się ze snu, siano pachniało mocno, a chłopiec, którym wówczas byłem - czy on się domyślał ze snu metafory na życie?

Niedziela trzeciego września jest dniem chłodnym, pochmurnym. Chciałbym żyć po ludzku, czyli malować. Mieszkanie Rumpla jest szczególnie chłodne, słońce tu nigdy nie zagląda; potwornie śmierdzi, na parterze jest masarnia ryb i wielki sklep.

A oto, co mi się przydarzyło przed chwilą, gdy jestem w domu sam. Nastawiłem wodę na herbatę, wyszedłem na korytarz do ubikacji. Drzwi zatrzasnęły się w przeciągu, gdyż nałogowo otwieram okna, a wiatr huraganowy.
Odlałem się, próbowałem wybić drzwi ramieniem, nie mogąc wszakże uderzać z całej siły, bo odzywa się ból w kręgosłupie. Wyszedłem na ulicę w naiwnej nadziei, że może wóz policyjny, że poproszę o pomoc. Mam kwadrans czasu, po wygotowaniu się wody zacznie topić się garnek. Wszedłem w podwórko i zacząłem szukać czegoś poręcznego; westchnienie ulgi, jestem przecież w Niemczech i nawet w tak biednym domu znalazł się w podwórzu stojak z narzędziami. Wybrałem łom. Ostrożnie, by nie narobić niepotrzebnych szkód, wyrwałem obudowę zamka. Woda już się zagotowała, mogłem się napić herbaty i włożyć zamek do drzwi, wspomagając nadwątlone drewno klejem. Zjadłem śniadanie, poszedłem w Zamkową, dzwoniąc po drodze do Christiana - a ten mówi, że z Warszawy przyjechał Andrzej, którego parę dni temu wspominałem. Umówiłem się z nimi do kina, na Rok 1984 wg. Orwella, ale już w drodze do Kastanii rozmyśliłem się, bo co mnie w końcu obchodzi ta psychopotyliczna bzdura.
Wolę tu pobyć z Tobą, skoro miałem sny wieloznaczne, znowu sny po długiej przerwie, i to parę, jakby się coś odkorkowało; spiszę je tutaj, łatwiej będzie pojąć.

Wyobraź sobie, że idziemy z mego domu rodzinnego do stacji kolejowej w Niedrzwicy Kościelnej - przez łąki, kładką ponad strumykiem i obok zabudowań Kluska dochodzimy do polnej drogi z kępą brzóz. Śniło mi się, że tu się właśnie zbudziłem - jakbym spadł z wysoka w trawy obok brzozy. Podniosłem głowę i zobaczylem żołnierza przy torze kolejowym, który znajdował się tuż tuż, znacznie bliżej niż jest faktycznie na ziemi. Żołnierz był wysoki, obcisły mundur, matowo lśniący hełm. Ta ulga momentalna, że był zwrócony w stronę północy i mnie nie dostrzegł. Wiedziałem, to Niemcy, strzelają do wszystkiego co się rusza. Następnie zobaczyłem sunące na platformach czołgi i ciężkie działa.
I nagle zrobiło się pusto, zmienił się dzień lub pogoda, ze słonecznej wyrazistości się przemienił w pochmurny, przemglony. Wiesz, śnił mi się jakby inny wariant tej samej sytuacji, przede mną rząd świerków, żywopłot przy torze, na polu rolnik z koniem i broną. Wokoło mnie leżały porozrzucone w upadku przedmioty: książka, fajka, żółty zeszyt, w którym teraz piszę, jabłko. Pozbierałem, wrzuciłem do torby, otworzylem zeszyt, w którym teraz piszę.
Rolnik - nie pamiętam czy go znałem we śnie, pamiętam jego wygląd, suchy, przygarbiony i mocny, z pobrużdżoną twarzą jak milion braci pracujących na roli - popędził raptownie konia w moim kierunku, wyprzągł go z bron, i - krzycząc do mnie, abym stąd uciekał - sam uciekł. Zza zakrętu ocienionego świerkami wyłonił się pociąg pancerny najeżony lufami, potem drugi wojskowo-transportowy załadowany armatami, czołgami. Liczyłem je, zapisywałem dane w zeszycie dokładnie, fachowo, czułem się na służbie.
Przez ażurową zasłonę zobaczyłem kwiat amarylis na oknie, ścianę za oknem, szare światło dnia. Przebudziłem się. Potem - uświadomiłem to sobie - jest wszystko.
Przyjechałem znów do Berlina, i trochę rozglądam się: czy spotkam może tych Niemców, których widziałem w dzieciństwie? Czy oni może już wszyscy wymarli? W jednych snach występują jako maszyny do zabijania, w innych konkurują zaciekle i ciułają, aby się naćpać. Nie, tu nie idzie o ćpanie, chodzi raczej o to, aby zabezpieczyć się przed niewiadomą, która z przeszłości szczerzy upiorne zęby lśniące pożogą mordów.

Zamyśliłem się niepewnie, obudziłem milej, tym razem w amsterdamskim burdeliku. Ulrike mnie łaskotała piórkiem swego szala, była tam także Anna, i poczułem się skrępowany, jakby mnie całego włożono w ramy, które może nawet nie ograniczają, lecz określają moją widoczność.
Zwróciłem się ku Ulrike, rozmowa, pieszczotliwy uścisk. Poszliśmy na górę, biorąc jakąś flaszkę ze sobą. Widny jasny pokój, w odległym roku popiskujące dziewczyny, duże akwarium przy oknie. Prawie się zaplątałem w wodorostach, gdy Ulrike do mnie podeszła. Pocałunki, leniwe pieszczoty na luzie, jak pociąganie ze szklanki i przypalanie papierosa. Byłem tam jakby kolega, nie klient, zabawa zaczęła mnie wciągać, i poczułem jak Ulrike zaczyna dygotać stając się kobietą; otacza mnie jedną nogą i drugą, tak że zawisa na mnie, otwarta. Przenoszę ją na łóżko i kładę, ze śmiechem, ściągam jej suknię, dotykam spazmatycznych sutków i warg sromowych, zachwycam się wydzielanymi krystalicznościami. Z takiego snu nie trzeba się budzić.
- Śnie, trwaj, jesteś wieczny - jak nie powiedział Goethe.

Miejsce, gdzie siedzę przy piwie, to Kastanje, jeszcze nie miałem okazji, aby ją dla Ciebie zobaczyć. Jest jakby swojsko, żółto i brudnawo, na ścianach plakaty, na stołach zawsze świeże kwiaty, muzyka rock i pop. Czterech młodych mężczyzn w czarnych skórach od góry do dołu; zapewne zsiedli właśnie z motocykli, aby napić się piwa i pograć w szachy. Chłopiec w trampkach i kompletnie podartych dżinsach poklejonych białym plastrem; szara podkoszulka, niegdyś biała bluza, twarz bystra i wilcza; patrzy mi w oczy długo i nier-chomo, co odwzajemniam bez drgnienia powieką. Przy stoliku naprzeciw dwie ostro podchmielone pary, jedna z dziewcząt wciąż się odwraca, patrzy na mnie i chichoce; śmieszy ją fakt, że piszę. Przyjaciółka pokrzykuje na nią: - Gaby! - i przywołuje do porządku.
I cóż, mam świeże piwo, mogę dalej?
Opowieść Petry z wczoraj wstrząsająca:
- Christian szalenie ostro przeżywa lot samolotem, a z Berlina możemy tylko latać, ze względu na status uchodźców. Zawsze jest nerwowy, w czasie lotu pije dużo whisky albo napala się przedtem haszyszem, żeby się jakoś uspokoić. Ja natomiast ufam moim przeczuciom i za każdym razem wiem, że to jeszcze nie teraz, że jeszcze nic nam nie grozi.
Ale raz późnym latem w Wenecji czułam, że zaczyna się dziać coś niesamowitego, jakaś dziwaczna zwariowana magia, wszędzie są pokrzywieni i kalecy ludzie, garbate strupiaste koty, kose spojrzenia, przygnębiająca chmura niemocy i może nawet zła od horyzontu po horyzont! W dodatku w hotelu wieczór zgasło światło i we mgle ciemności straszno brzmiały nawoływania z gondoli, odgłosy rozmów i kroków. Było przerażająco, i nie mogłam spać.
Rankiem postanowiliśmy wyjechać dopóki nie ma trzęsienia ziemi, albo, czy ja wiem... Dworzec kolejowy spowity w koszmar, czułam że może się nam przytrafić coś złego, śmierć krążyła wokoło, raz i drugi pomyślałam o katastrofie. Cóż to się stało, w tej poczekalni na dworcu?! Wokoło nas nie było jednego człowieka, widziałam tylko mordki, paszcze, ryje i pyszczki, miny żarłoczne, łupieżcze, hienowate mordy... Byłam porażona potwornością widoku, w którym ani jednego człowieka. Nie było to specjalnie zagrażające, gdyż cały ten zwierzostan okazywał nam obojętność. A potem w tłumie nagle zobaczyłam ludzką twarz, ale tak bardzo, tak przejmująco człowieczą, wprost nie do wiary! bowiem był to pies...
Poszedłem się odsikać, na marginesie więc zdanie z kibla: "Bądźmy realistami, walczmy o niemożliwe!" Obok duża litera A w kółku - znak niepodległej anarchii.
...ale pies też był dziwny, tak, przyszedł do nas, ale nie pozwolił się dotknąć ani pogłaskać, tylko patrzył mi w oczy. Trwało to długo i było niesamowite, więc żeby coś zrobić, zaproponowałam fotografie, i zrobiliśmy sobie nawzajem parę zdjęć z psem. Wsiedliśmy wreszcie do pociągu i ruszyli w drogę. Minęło parę minut i poczułam, jak atmosfera się oczyszcza, niebezpieczeństwo minęło... Wyobraź sobie moje zdziwienie, gdy w Berlinie zrobiłam z filmu odbitki. Na fotografiach jest wszystko: my i inni, posadzka, walizki, kolorowe plakaty. Tylko psa nie ma na żadnym ujęciu.
Czy trafili na swego guru? Był kiedyś zacny w Indiach. Pewien fotograf chciał mu zrobić zdjęcie, i wszystko wyszło - kwiaty, uczniowie, poduszka, na której siedział mistrz i nawet zagłębienie w poduszce, ale jego na fotografii nie było. Biegnie znowu fotograf do mistrza, dziwuje się niezmiernie, ten zaś powiada:
- Chłopcze, chcesz sfotografować czystego ducha? - potem wszakże pozwolił na powtórne ujęcie, dzięki czemu w autobiografii Yoganandy oglądałem guru, siwiutkiego, stareńkiego i przezacnego człowieka o mocnym i gładkim ciele. Nazywa się chyba Mahasaya.

4 września jest poniedziałek po niedobrej nocy; nie mogłem zasnąć a teraz obudziłem się wcześnie i niepotrzebnie już w porze świtania. Przyjechał z wakacji Michael jakiś taki w stosunku do mnie niewyraźny, niepewny, jakby mnie badał. Wyraźny jest w stosunku do mej pracy - akceptował mnie w tych niedużych błękitnych słodkich grafikach sprzed lat, które odniosły sukces w jego galerii; malowanie dużych obrazów wyrzuca mi jako nieskromność.
Żeby to streścić - nora wisiała nad moją głową w tę noc!
Żadnego atelier, do którego zapraszał.

Mundur w klatce Dzień był długi i kończy się pogodnie około północy. Śniadanie z Waldim, który przyjechał tu rano i po swojemu, prawda że zajmująco, ględził o dupie maryni. Chwile z Petrą i Christianem nad przekładem wiersza. Widzenie z Andrzejem, piwo pod kasztanem. Spotkanie z Michaela tajemniczą miną i opowieścią o filmie, który chce robić. Wiele z tego nie rozumiem, ale raduje mnie widok munduru w Berlinie. Jest, gdzie jego miejsce, czyli za kratami.

Leżę już w łóżku.
Przed chwilą pukanie, chrobot klucza w zamku - weszło dwóch chłopców z Belgii, o poranku wystartowali autostopem z Brukseli, wieczorem w Berlinie nie mieli gdzie spać, więc spotkali na ulicy Rumpla na LSD-owskim tripie, narysował im mapkę, żeby mogli trafić, dał klucze - oto już śpią w śpiworach na podłodze.

Na czym to stanęło? Często miałem wrażenie, że jestem skądinąd, na dawno przed Twą wiadomością. Nie mogłem nijak przyzwyczaić się do gęstego powietrza w stosunkach międzyludzkich, do wiatru i kurzu wiejącego z gazet i telewizorów. Naginałem się niekiedy przez czas jakiś do czegoś, ale szybko prostowałem się w mym poczuciu inności. I jakoś żyłem - tutaj, stamtąd.
I pojawiła się wizja, pierwsza taka prosta: punkt świetlny w górze, gwiazda w błękitnej przestrzeni. Druga wizja: gwiazda wewnątrz gwiazdy, tzn. gwiazda wyrzuca z siebie światło-energie tak, że tworzy się jakby gwiazda zewnętrzna, w regularnie mieniącym się wśród przetworzeń siatkowym pulsującym oplocie; podobna do oka.
W trzecim ujęciu kamera albo oko wewnętrznej świadomości świata patrzy na mnie. Jestem tutaj przestrzennym zgęstkiem, a przestrzeń zakrzywia się ku mnie ze stron wszystkich. Istnieję nieskończenie, ale w ogóle wyodrębniam się z kosmosu tylko przez zabieg samooglądowy. Przemieszczam się np. jako abstrakcyjny punkt, ale gdzie zatrzymuję się chwilę - pojawia się w przestrzeni bytu charakterystyczne ugięcie i ściągnięcie wymiarów - zgęstek samoprzestrzenny, wypustka absolutu. Jeśli natomiast nie bawię się samooglądowo, czy mnie wtedy nie ma? Jest poczucie świetlnej nieskończonej nocy, pulsującej rytmicznie przez zgęstki przestrzenne, energoświetlne kolorowe spazmy.
Z wizji wróciłem do siebie, jak ten który pisze, wdzięczność i radość były mym udziałem. Piękno planety, miłość do życia form ziemskich. A przecież były lata chmurne, gdy wyrzucałem rodzicom, że mnie poczęli, bo przecież na ten świat się nie prosiłem. Pycha ignorancji.
Mam poczucie, że nasz rodzaj jest odkryciem kosmosu, innowacją, która jest na progu niebywałej ewolucji. To się zaledwie zaczyna!

Czy jeszcze jakąś fabułkę nawinąć w środku wielkiej nocy? Opowieść o rudym Holendrze, sterującym mercedesa ku wyspie na morzach południowych? Metaforycznie rzecz biorąc mówię o innym wcieleniu.
Jasna piaszczysta plaża, przez którą silny wiatr niesie tumany piasku na zieloną powierzchnię laguny. Grzmot fal oceanicznych dudniących o zewnętrzny pierścień koralowych raf. Gnące się nad nami czuby palm. Trzaskanie, syczenie, migotanie ognia, który nie zagaśnie...

Zasnąłem w tym miejscu wczoraj, ogrzany ogniem w miękkim locie słów. Czy nie latam jak gupi? Teraz w Bleibtreu Cafe z Andrzejem. Ma ogromną zaletę: oto nie widzimy się lat parę, więc jest chwila rozmowy, ale i czas na wszystko - oto ja piszę, on czyta szwedzkie wiersze i robi notatki do przekładu na polski.

Co jeszcze było nocą?
właściwie nad ranem - dzwonek do drzwi, to R i R na najwyższych obrotach w psychodelicznym kieracie. Byłem zbyt śnięty, aby uczestniczyć, pamiętam śmiechotoki z kuchni. Po porannej herbacie Belgowie spłynęli, następnie pranie, mycie, zakupy, śniadanie.
I spacer tutaj, gdzie miło, ale ciemno od dymu papierosów, że jawi mi się pomysł plakatu przeciw paleniu: ogromny żarzący się papieros, przez żar którego prześwieca trupia czaszka.

Oto znowu wieczór, byłem w międzyczasie w domu, przebrałem się, szlachectwo zobowizuje, wyszedłem nie wiadomo dokąd, lecz wiadomo po co. W bramie szedł do mnie Waldi. Przyjechaliśmy do knajpy Michaela, która zwie się "Zielony palec Mc Cartneya". Wolę Lennona. Muzyka, gwar! Siedzę przy dużym stole, Waldim i piwie, a na zeszycie siada przezroczysta muszka. Też jestem przezroczysty, czyli dla kumpla stanowczy - wychodziłem na piwo i pisanie, nie zamienię tego na towarzyskie gadanie.
Chcę Ci napisać o wyspie z pamięci, zanim ją przykryje przypływ zdarzeń. Wyspa istnieje na mapie wewnętrznej.

Taniec.
Na sypkim ciemnożółtym złociście mieniącym się w słońcu pamięci piasku, który w fontannach wzbija się spod stóp,
z sykiem śpiewaniem trzaskaniem gałęzi w ognisku,
migotaniem iskier w powietrzu na piasku i na skórze, co stają się jednym.
W pełnym słońcu taniec ognia, co nie miał początku i nigdy nie zgaśnie,
znasz taki taniec, kiedy ciało jest lotne?
Ogień wieje przez wszystko, którego strzegę, niczego nie spala. Drobiny piasku i iskry, kropelki wody przelatujące w powiewach sponad skał od zachodu, lśnienia i migoty.
Miriady komórek ciała drgają w rytmie, który poza nie wykracza, w rytmie powielanym i rozchodzącym się jak fale - od opuszków mych palców do linii horyzontu wokoło.
Jestem ośrodkiem tańca, jednoczę korzenie wyspy, bazaltowe giganty wynurzające się z jądra planety,
z tym co w górze obiega gwiazdy, wprawia je w drżenia harmoniczne i zamienia w iskry gasnące na skórze.

Przyjemnie w knajpie, jakoś tutejszo, Michael dziś osobiście zasuwa przy barze. Oj, co to, może mu przeszkadzam tym swoim pisaniem? Zamiast co? Może umyć kufle?

Kiedy tańczyłeś, a w ogniu pękały drewniane polana, ja puchłem przywiązany do pala szorstkimi linami, wokół więzów ciało zsiniało, nabrzmiało. Myślałem, że to może upiorny sen, z którego nie mogę się zbudzić, że przecież nie można tak bez końca tańczyć! że pewnie przeżywasz mękę równą mojej. Ale też wiedziałem - będziesz żył, gdy moje serce zostanie wyrwane i rzucone płomieniom.

Zziajał się mój długopis? gdzie mnie zapis niesie? Ale to nie ucieczka od jawy, jeśli nawet gonitwa za wiatrem. Po tym życiu będę miał, obiecuję sobie, długie chwile spokoju, pobędę jakieś lato i jesień szczerozłotą w nieznanej przestrzeni, gdzie skupia się i skrapla doświadczenia żywota w jedną kroplę najczystszej energii, i pobywa się nią. Aby następnie w brzuchu matki oblekać się ciałem, i rosnąć raz jeszcze - do nowego życia.
Czy może źle, że się usadowiłem w jedynym fotelu przy stole gościnnym, jak się okazuje? Jamnik kelnerki przywiązany do krzesła zaczął na mnie szczekać. Michael nie spojrzy w naszą stronę. Nie lubi Waldiego. To go tak nastraja? Mają też jakieś finansowe niedomogi, jak słyszę. Rzeczywistość jest złożona w prostocie, prosta w komplikacji.
- Każdy ma swego boga - autorytatywnie komunikował Antonio, tramp amsterdamski. W stronach lubelskich, skąd pochodzę, nad wejściowymi drzwiami wiesza się krzyżyk święcony. Michael nad wejściem umieścił tysiącmarkowy banknot, reprodukcję przecie.
- Panie, strzeż mnie od złego - modli się i czyni co czyni.

Wiedziałem, to nie potrwa długo, koniec twojego tańca przyniesie koniec męczarniom. Był moment cierpienia, w którym świat ściemniał i zagasł, znów rozjaśnił się w migotaniu i blasku, na nowo widzialny. Ból zanikł - porwany w taniec, jakbym się znalazł w zasięgu ognia i momentalnie został przewiany płomieniem.

Tańczyłeś teraz w rytmie pragnienia, uderzeń serca, w melodii oparzeń, ukłuć tętna, uderzeń fal o skały, w rytmie rozedrganym jak światło, którym wszystko się staje. Rytm zaczął się spowalniać, rozsmarowany po czasie, przez moje istnienie jęły się przesuwać obrazy.
Wracałem w przeszłość? Kiedy spojrzałeś mi w oczy, już nie było bólu. Płynąłem przez poteżny ocean, kroczyłem wśród olinowań statku kołysząc się na lekko ugiętych nogach, w poczuciu siły owiewał mnie słony wiatr.
A był to wiatr przyjazny, nigdy więcej nic złego mi się nie przydarzy, wracałem do portu. Objął mnie i zatopił w namiętnej fali gwar tłumu, nawoływania straży, pokrzykiwania dziewczyn i dzieci.

Wielki wilczur który niespokojnie buszował po knajpie wybiegł na ulicę, a za nim pan jego podobny do człowieka o imieniu Yeti. Wrócił niosąc psa w ramionach, posadził go na wysokim stołku przy barze. Pies zachowywał się zbyt radośnie, liżac włochatą twarz, więc dostał po nosie, jesteśmy w Berlinie i jakiś porządek ma być!
Patrzę na bawiących się berlińczyków, mają fajne życia. A może im zazdroszczę, że mają tak wiele czasu na wszystko? Prawda, że życie innych na czym innym polega, jasno tego doświadczam.

Przez płomień niczego nie spalający, wszystko tworzący szedłem, wędrowałem po zaułkach portowych, byłem znacznie młodszy. Ufnie pozwoliłem się objąć ramionom Eriki, młodziutkiej kurwy o błyszczących oczach, wciągając ją do wąskiej bramy, aby tam w szeptach, śmiechach i przyśpieszającym rytmie serca wbić się w nią kutasem wyprężonym jak dyszel wozu wiozącego słońce po niebie, poruszyć się zwolna raz, drugi i trzeci, wchodząc głębiej i głębiej w płynne krystaliczności pochwy, rozwierające się i skupiające zarazem, aby poczuć wzbierający przypływ czasów i zdarzeń.
W uścisku ramion i sznurów wracałem do początku. Potem następowało, co było przedtem. Młodzieńcze uniesienia z błahego powodu albo bez powodu, dlatego że się żyje i oddycha. Poprzednie życie zjawiało się w krótszych albo dłuższych błyskach, sytuacjach nieciągłych i wyraźnych, jak piasek wzlatujący spod stóp w tańcu. Czułem się podwojony, powielony, rozmieniony na pojedyncze komórki i kropelki wody, obłoki, liście, przez które migotliwe światło...

Tymczasem Waldi poszedł; nie jestem towarzyski, prawda, nie mam też zobowiązań. Co mógłby mi powiedzieć / widzę przecie w nieruchomym i szklanym błękicie oczu.
Kawał przelotu w ostatniej godzinie!
Siedzi na podłodze i patrzy we mnie wspaniale zmięta szmatka pod tytułem pies. Wychodzi na ulice, żeby się odlać, po czym wraca, układa na podłodze i gapi.

Oderwałem się od pisania, aby zapalić, i napotkałem spojrzenie człowieka bez lewego ramienia w wieku sześćdziesiątki, skłoniliśmy głowami, wziął w rękę swą szklanicę i wzniósł ją ku mnie, ująłem swoją i przepiliśmy z daleka, ponowne spojrzenie w oczy i skłon głowy. Zapytał, czy chcę ognia, ale już miałem w ręku zapalniczkę. Zajarzyłem skręta z haszu przecie, nie tytoniu, podaję go po chwili na prawo - chłopcu mej przyszłej dziewczyny, która siedzi za nim. Nic niepokoi kalekę? A błysk wyobrażenia, w którym jest postrzelony przez polskiego żołnierza w Berlinie?
Wstałem do Michaela, oto wojak jest przy mnie, każe mi zgasić peta, bo częstuje Lordem, i może mi podać ogień zapalniczki, z którejś dla jakiegoś powodu jest dumny.
To fajna myśl, że u Rumpla pomaluję na biało większy pokój, z rupieciarni uzbieram jakieś lampy i zainstaluję oświetlenie. Waleczne zamysły bezdomnego.
Już pisanie zanika, nie ma koncentracji, mam Achima, który podszedł życzliwie z pytaniem, co piszę, że mu opowiedziałem, piszę do Ciebie. Że z tego może wyjść nic, o wszystkim.
Jest fotografem, żałuje, że nie ma przy sobie kamery, taki mu się zdaję fotogeniczny. Zrobił na plaży japońskiej, powodowany czystym natchnieniem o świcie fotografię flaszki Guinessa, przyjaciel wysłał do Anglii, firma zrobiła plakat z papisem, że Guiness podbija świat - i Achim ma trochę szmalu. A tak naprawdę pracuje, aby cechy boga, wymyślonego przez ludzi i obdarzonego ich najlepszymi cechami - przywrócić ludziom.
Nie wierzę mu słowem, jeszcze jeden wariat!
Przysiadł się jeszcze stary wojak, naskarżył na odstrzelone ramię w Berlinie. Chciał dostać najmniejszą polską monetę, grosik, postawi mi za to dwa piwa. Istnienie jako manifestacja tęsknoty.
Ale ja nie chcę piwa, po czterech głowa się kiwa, trzeba mi stąd ruszać. Nieźle się ułożyło - rzeczywistość dnia kolejnego pozwoliła się przeżyć.

6 września
popołudniem notuję u Rumpla, że obrazy tańca powyżej to sygnały zamieszania z okazji dialogu z rudym Holendrem w drodze do Amsterdamu. Jeszcze do tego wrócę w chwili innej, bowiem się śpieszę, o szóstej mam być u Richarda w Kreuzbergu. R i R są cały czas ze sobą i grają rozbyczony teatr. Mają też dobry acid.

Siódma. Łagodnie zaczyna się trip.
Są zapalone świece, Richard i Rumpel odświętni, misa owoców jarzących się i żywych, stareńki zielonkawo popękany piec.
Spokojnie, powietrze staje się widzialne, jesteśmy pod przejmująco wczechmocnym błogosławieństwem Bacha. Staję się jego muzyką pełen najdotkliwszej wiedzy, że on to wszystko rozumie i dziękczynni, ten byt harmonijny!

Wieslaw acid Oto na życie patrzę znów raz pierwszy.
Jakże rozległe!
mieni się przede mną miriadami zdarzeń,
każde gotowe uwodzić
w namiętne korytarze pożądań i spełnień.
Lecz ja
przeżyłem życie ufnie
oddając się wszystkiemu,
że nie ma we mnie nikogo na dzisiaj,
kogo można uwieść.

Minęło życie, potem drugie i trzecie w coraz smutniejszym celu. Nie lubię atrakcji. Bliżej mi do abstrakcji.

Jest czwarta nocą. Pootwierałem okna, bowiem pokój do którego wszedłem pachnie nieświeżą pościelą.
Tutaj mam - spać? mi dopomoże - zmęczenie?
Raz jeszcze rozelśniła się przede mną zasłona Mai i znikła, rzucając mnie o byle co, byle gdzie. Jakby to streścić?

Zbrukany śmieciami zachodniej cywilizacji.
Z czym?
Chyba tylko z deszczem mam tu coś wspólnego,
z błogosławionym echem Bacha
i deszczem, co pada za oknem.
Zmęczona jest głowa, oziębione serce.
Moje ciało ciężkie, nie do uniesienia.
Daleko od rzeczy najprostszych: zagroda ze świeżym sianem, poszczekiwanie psa,zroszona trawa, po której można iść boso, głos jakiś wołający w oddali -
nie to powietrze, które dusi.

Skóra mi pęka ze zmęczenia, komórki ciała mdleją przez ćwierć Europy.

O świcie prysznic i herbata. Niewątpliwie tej nocy skala i kierunek przeżywania były pod kontrolą świadomości. Nie, to nie tak! nie było żadnego kontrolera ani dziurkacza do biletów; były - w polu świadomości. A świadomość - w obliczu obnażonego oceanu nieświadomości, z jego nieskończonymi falami zdarzeń i doświadczeń.
Dzisiaj odmówiłem oceanowi. Wolę szklankę wody czystej i żywej. Widzi mi się, że wziąłem trip, aby przestać tripować. Mniej jest więcej, naprawdę.
Ciężko.
Moje oczy patrzyły na Berlin, ten pofałdowany, biedny, brudny, nostalgiczny Kreuzberg, jakże podobny do warszawskiej Pragi. Ach! smutne życie w kamienicach, kamieniu, betonie. Współczuję tym, którzy tu się rodzili, kochali, cierpieli. Którzy czynią to teraz i zawsze, i na wieki wieków, amen.

Że do tego stopnia unieszczęśliwiło mnie na tripie nieświeże powietrze, brudne ściany, śmierdzące ulice! Między R R a mną nie było dobrej komunikacji, przez język trzeci, angielski. A nastawienia życiowe też inne - oni chcieli się bawić, a mnie to męczy i nudzi. Gdy pobywali chwilę ze mną - przestawali tripować.
Oni to nieskończone czuby - a brali mnie za wariata! Leciał film w telewizji - ja wolałem raczej TV rozstroić i patrzeć na kolorowe migające plamki, gdyż to było ciekawsze niż opowieść o ludziach filtrowanych przez móżdżek filmowca.
Byłem zatem w przelotnym domu, umyłem się, ogoliłem i przebrałem, poszedłem na długi deszczowy deszczowy spacer do parku, siedziałem w trawie, zebrałem bukiet z siedmiu rodzajów kwiatów na łące, zaniosłem go po drodze Christianom, gdzie byłem krótko, ponieważ zajęcia chroniczno-telewizyjne.
Teraz, dziesiąta wieczorem, siedzę w Kastanii, ciągle odpoczywam. Trip miał ciekawe aspekty poznawcze, może Ci kiedyś o tym napiszę, ale dziś, na świeżo, nie chce mi się w to bawić: nędza mej ludzkiej egzystencji, marność nad marnościami.
Refleksja z wczoraj: to, co daję z siebie - ludzie zawsze mieli: światło, prawdę, miłość. Nic nie daję.

W samym środku tripu poszliśmy na ładną przechadzkę, domy gięły się melodyjnie, linie tańczyły, pachniało piekłem. W kinie Tali był film, jak go zwą? Rocky Horror Picture Show. Fakt, to horror, picture też na całego. Ostro bezczelnie zrobiony, tyle że finalnie ma ciemną wibrację; bawi rytmem, smuci głupotą zamierzonej bezbożności.
Arystokracja ducha - a u drzwi kostucha.
Po filmie spacer w kamiennych ulicach. Pytałem o jakiś park, ale na naszej drodze nie było nawet jednego drzewa, gdzie na chwilę można by się przytulić i zamknąć oczy, na powitanie lub pożegnanie.
Byliśmy w dyskotece punk, gdzie na szczęście było po wszystkim, sala się opróżniała, ogromna i śmierdząca krzyżówka piwnicznej izby i poczekalni dworcowej, oświetlona od góry niebieskimi i czerwonymi neonami.

Dopiłem piwo. Dzisiaj jednego dość.
Wyjdę stąd, pochodzę w Charlottenburgu wśród drzew. Pójdę do Rumpla, gdzie wciąż zakotwiczony mój dom, usiądę przed ścianą i pomedytuję.
Z medytacją jest pokój. Jestem sam. Siedzę przy kawie. Jestem nikim. O nic nie pytam. Krople deszczu uderzają o szyby. Szept świecy. Rzeczy, stany energii, utrwalone przez postrzeganie.

Co sprawia, że o świcie
zaczynam pisać ten wiersz,
że wierzę w jasność i dobroć,
że bywam łatwo szczęśliwy
ponieważ wiatr, kamień, brat?

To sprawia śmierć, która jest przy mnie.

Nie pozwala mi przejmować się
śmiercią bliskiego człowieka,
unieważnia moje zobowiązania,
rozpuszcza hierarchie.

Dzięki swej czuwającej nieobecności
nie dopuszcza do żadnych pomyłek,
czyni mnie równym gruszy,
każe robić, co chcę.

Wszystko jest nieistotne
i prześwietlone blaskiem.
Idę z istnienia w istnienie,
mogę być wilkiem lub trzciną.

Ósmego września siedzę w słońcu godzinę lub dwie. Dzień nie przynosi otuchy. Wiadomość, że wystawa będzie w połowie października, Bert właśnie wraca z wakacji. Ciężko będzie doczekać.
Z Petrą i Christianem pojechaliśmy nad Wansee, moczyłem stopy w jeziorze, zamyślałem się. Herbata u nich po powrocie i zaprzyjaźniona sąsiadka czarownica, która wróży nam po kolei. Mnie - kłopoty urzędowe i zdrowotne - i coś takiego z dwoma kobietami. Proszę, jakie konkretne.

Dziewiąty, południe, siedzę przed oranżerią pałacu Charlottenburg, jest pochmurnie i ciepło, trochę Ci siąpi z nieba na mój zeszyt. Coś skrzydlatego przysiada na kartce, kiwa główką, spogląda wymownie na literę a. Mówię:
- Jak się masz?
- W porządku, w porządku - kiwa prawą łapką, podnosi ją do pyszczka i czyści, kolej na lewą, obie już błyszczą, są suche, teraz środkowa para łapek gładzi od dołu korpus! Co za pieszczoch! Strzepuje pyłki niewidzialne, zapewne wiedziane. Kiwa główką i odlatuje. Też spadam. Idę na Klausener Platz pochodzić po pchlim targu.

Gdzie niezwłocznie spotkałem Dietera, pamiętasz? Poznanego w amsterdamskiej Golden Ham. Kupił właśnie dwa ciastka i jeszcze nie wiedział dla kogo to drugie, kiedy mnie zobaczył.
Świta za oknem niedziela.

Cóż to mi do głowy przyszło przed paroma laty, a potem chodziło po niej tupiąc wiosną i latem, jesienią i zimą? Że poprzednie wcielenie na wyspie w Mikronezji, dziko opiekując się ogniem naszego plemienia, i tańcząc. Zabijając przeznaczonych na ofiarę ognia, biorąc w siebie ich mękę i lęk, aby nieskończoność swego bytu mogli przeżyć w ekstatycznym ofiarowaniu. Ogień żył ich radością, miał nigdy nie zgasnąć.
Rudy Holender zobaczył nas w trakcie jazdy; przejechał jeszcze wiadukt i za nim mógł się zatrzymać na poboczu autostrady. Drzwi mercedesa szeroko otwarte, głośno wspaniale grzmiała muzyka, stare rosyjskie pieśni w wykonaniu niemieckiego chóru. Kierowca niedbale elegancki, szczupła twarz z wyrazistymi siwymi oczami, jasmo rudawa broda. Bardzo zmęczony, od dawna w drodze. Odpocząl nieco czekając na nas, cieszył się naszą radością, rad pogawędzić - to odpędza senność. Częstował miętowymi pastylkami i hiszpańskimi papierosami, dla siebie robiąc grube skręty z czarnego tytoniu, tak swobodnie, w prawej dłoni na kolanie, druga ręka na kierownicy. Rozmowa zaczęta od sakramentalnego:
- Skąd jesteś? - i bezczelnego z mej strony:
- Zewsząd.
Przejechaliśmy resztę nocy w muzyce, wjechaliśmy w perlisty baśniowo piękny świt. Wschodzące słońce po prawej, pełnia księżyca po lewej. Bernt wysiadł w Utrechcie, wtedy rudy Holender stał się bardziej osobisty.
- A dokładniej, skąd jesteś?
- Z brzucha matki - odpowiadam ze śmiechem.
- To tak jak ja. Chcesz powiedzieć, że jesteśmy braćmi?
- Nie bardziej niż jesteśmy.
- Zmieniłeś się, odkąd ciebie ostatnio widziałem.
To zdanie powiedziane inaczej, jakoś dobitnie, chociaż bez podnoszenia głosu, z mocą. A zarazem tak neutralnie, jakby nie czekał na moją reakcję. Żadna nie nastąpiła. Wiedza kompletna na samym początku, akt rozpoznania dokonuje się momentalnie. Spojrzał na mnie raz i drugi.
- Stałeś się bardziej ludzki, wtedy byłeś z zupełnie innego wymiaru. Ale nie przejmuj się, wszycy jesteśmy na tripie.
O właśnie, to mi się zdawało, że on w wysokim locie. Żartobliwie opowiedział, co pamięta nie wiadomo skąd. Był już kiedyś Holendrem, pływał na żaglowcu jako pierwszy oficer, po katastrofie w sztormie wylądował żywy na wybrzeżu. Pochwycony przez dzikich, ofiarowany ogniowi.
Słuchałem powieści z zaciekawieniem, biegła paralelnie do mojej, co się w życiu zjawiła nie wiadomo skąd, z oceanu wieczności? skarbnicy nieskończoności?
Tyle pamięci, obrazów, wyobrażeń leci w przestrzeni życia, bezbrzeżna migotliwa rozedrgana rzeka, czemu ma to służyć? czy to wszystko ma być zawarte w Przekazie? czy ja, Ty, oni, czy ktoś?

Wspomnę Ci jeszcze o lekkim poczuciu, jakaś czająca się blisko granicy zaistnienia groza? Niebezpieczeństwo? Jakby drzwi się otwarły, a za nimi - właśnie, nic przecież, ale nabrzmiałe od możliwości. Nic, ciemno, potężne tchnienie wiejące z mroku.
Nic więcej się nie wydarzyło. Mocny uścisk dłoni. Wyszedłem z wozu na lotnisku.
Jeszcze parę obrazów chciałem Ci zapisać, lecz teraz, czy dlatego, że wróble ćwierkają na dachu, czy może czuję, że talentu nie starcza - coś zwykle minęło.

Wrócił Rumpel do domu, już się zrobiło rano. Nagotował misę kartofli - pora śpieszyć do innego dzieła.

Słońce błyskało w dniach ostatnich, lecz nocą przyszły gwałtowne wiatry i zaniosły niebo chmurami.
Świta dzień jedenasty września w ulewnym deszczu, wraz z nim nagłe ocieplenie.
Wczoraj sen do południa, obudził mnie Waldi, zrobiłem nam obiad: ryż gotowany bez soli, wrzucone doń jarzyny, pod koniec gotowania z odrobiną masła - pyszne i słodkie.
Potem wizyta u Kalle nadziewana plackiem z owocami upieczonym przez Helgę. Inny polski malarz przyjechał wczoraj, trochę u nich mieszka, Tomek, z Krakowa? Katowic? Ciekawa prawie z nim rozmowa, chociaż dodatnie strony kariery artystycznej tak wcześnie nie wychodzą mu na dobre.

Dzień ukoronowany piwem z Waldim i Tomkiem w Kastanii. Trzech Polaków - cztery światy! Przygoda z komarem, takim krewnym
o wielkich skrzydłach i długachnych nogach, latającym nad stołem poniżej zwisającej na poziomie oczu lampy z zielonym płaskim kloszem.
- Komarze, komarze - przemówiłem żartobliwie - zmykaj stąd, bo nie dość, że opalisz skrzydła, to jeszcze wpadniesz Waldiemu do piwa i sam się upijesz!
Wiedz, komar obniżył lot dokolny i usiadł na stole pośrodku, może chciał odpowiedzieć? Ale oto Waldi wymierzył mu prztyczka celnego, zmiatając facia ze stołu i życia! Nie pominąłem okazji, taki jestem ciekawski:
- Możesz mi powiedzieć, dlaczego to robisz? - spytałem patrząc w wodne patrzałki. - To nie znaczy, że mam ci coś za złe, chciałbym rozumieć, co się dzieje. Przecież wiesz, że wielkie komary nie gryzą człowieka. Dlaczego zabijasz?
- Dlaczego zabijam? - powtarza głupkowato. - Bo nie lubię, jak mi się toto pałęta przed oczami.
- Zagrywasz głupio, ale wiem, jesteś cwany - nie popuściłem. - Przecież toto żyje! więc jakim prawem?
Czy byłem ciut agresywny? Ależ nie, przejawiłem ledwie irytację, jaka podnosi się w sercu na widok ignorancji i nieuwagi. Byłem maleńki moskit kąśliwy, dziurka w skórze, cieniuśka igła, odrobina jadu - ożywczo piecze i budzi ze snu.
I potoczyła się rozprawa między panem, wójtem a plebanem. O śmierci, życiu, odpowiedzialności za życie. Wróciłem na Zillestrasse okrężną drogą wokół jezior Letzensee
- a teraz przy herbacie piszę Ci o tym. O czym to jest właściwie?

Trzecia po południu. Wstałem późno, słysząc za oknem ulewę. Zupa kartoflana na śniadanie i burza. Rozmyślam nad położeniem. Możliwość mieszkania u Rumpla pełna skrępowań wzajemnych. Waldi mówił w Kastanii, że od jutra mieszka w Lichterfelde na końcu Berlina, mogę zatem wprowadzać się na Zamkową. Ale nora ciemna i brudna, jej wibracja emocjonalna ma te same treści.

Dwunasty, zmienia się pogoda, ostatnia doba niesie burze i ocieplenie. Będzie zlota jesień. Niebo czyste, gwiazdy pachną, nisko i szybko pomykają pojedyńcze obłoki. Tyle o polityce.
Moja głowa czysta. Odwiedziłem miejsce mej przyszłej ekspozycji. Powiedziano mi w Urzędzie Sztuki, że jest tam wystawa, więc pomyślałem, południe to dobra pora, zobaczę ściany i ludzi. Ale galeria zamknięta, nikt nic nie wie o kluczach.

Trzynasty, szósta rano po nocy, w której zrobiłem parę rysunków. Jeśli nie będę miał gdzie malować, wrócę do rysunku, jak do początku.
Kiedy wreszcie położyłem się do snu, przyszli pijani R i R. Czy mogę im pożyczyć grosz? Dałem dwudziestaka, ten sam banknot, który wczoraj oddał mi Rumpel. Zostałem z piątką przy duszy. Popijam herbatę, rozżarzony do białości. Brakuje mi domu, pokory? I jeszcze parę drobiazgów.

Któregoś dnia, kiedy ledwie świtało, uśmiechnięty chłopiec obudził się ze snu, podniósł z łóżka, drżąc z chłodu podszedł do okna. Na zewnątrz półmrok, niebo nad stodołą jaśniało przezroczyściało, ale podwórze było zacienione. Oparł się dłońmi o framugę okna, czoło na szybie, wstrzymał oddech. Spod kępy leszczyn koło wozówki wybiegły dwa zwierzaki zwinne i ruchliwe, zatrzymały się naprzeciw okna. Ciemne węszyło i szukało w trawie, drugie, białe w ciemne łaty - stanęło na tylnych łapkach i spojrzało w okno. Czy ruch się wstrzymał i blask ściemniał? znieruchomienie trwa jeszcze, zuchwale sięga w przyszłość, oczy patrzą w oczy.
Hej, chłopcze, co to było? Przeprowadziłem cię pod gwiazdami, wykarmiłem oddechem, wskazałem cuda i strasznoty ludzi. Pamiętaj, oddychasz, drżysz z chłodu, wokoło jest świat. Po co podniosłeś się z łóżka? nie wiesz, że o świcie śmierć podchodzi do okna, zagląda do środka? Nikt ci nie powiedział? Patrzysz jej w oczy, oddziela cię od niej tylko cienka szyba, wszystko jest przezroczyste, widoczne. Nigdy więcej nie będziesz niewinny. Pamiętaj, oddychasz.

Pamiętam, oddycham. O ósmej R i R wrócili kompletnie pijani, poszedłem zatem do parku, chodziłem w alejach. Teraz u Michaela słucham paru zwierzeń. Jakże różne mają sąsiedzi wersje istnienia - siebie samych i bliźnich, jak o tym mówią, plotkują, zwierzają się - niekiedy mam wrażenie jestem kosz na śmiecie, lecą we mnie szmatki, papiery, ogryzki i niedopałki.
Czy o tym mam Ci pisać? Przecież to jest na codzień - niezrozumienie, pogarda, pycha, ambicje i nawyki, egoizmy i stereotypy. Wiem, wchodzą do Przekazu, skoro istnieją. A życie czyste i prawdziwe? Jego obecność, tęsknota do niego jest dla Przekazu bardziej niezbędna, niż te gówniane szczegóły.

Dochodzi północ. Dzisiaj Michael okazywał mi przyjazne zrozumienie, jak niegdyś zawsze. Zjedliśmy u niego obiad, zawiózł mnie do galerii; to wcale nie jest galeria, okazuje się, że jakiś klub jakiejś katolickiej młodzieży. Miejsce zamknięte, w biurze informują uprzejmie, że nikt nie przychodzi na wystawę, więc nie ma jej po co otwierać. Nie pierwszy to omen na berlińskie czasy.

W oranżerii wystawa Hundertwassera, znakomite grafiki, świetny film, barwne smakołyki. W jednej recenzji omawiano nas w Szwecji osiem lat temu, a patrz, gdzie poleciał, światowa kariera. To twórca pierwszej klasy drugiej kategorii, nie ma wartości uniwersalnych, prawd ostatecznych, nie bierz mi tego za ocenę, to stwierdzenie faktu. Są przecież malarze... patrzysz na obraz i widzisz, jest między Tobą a Bogiem, prześwieca przez płótno światło bytu.

Kawa i gawędy z Michaelem w Zielonym Palcu. Kiedy go pytam, gdzie jest to atelier, do którego zapraszał mnie wiosną, zupełnie przestaje rozumieć po angielsku.
Tak, zamieszkam w norze, skoro na mnie czekała, niechże się zmęczę, robiąc nowe. A teraz przy herbacie od Petry pomysł na obraz o śmierci: ledwo formująca się głowa z jasnych błękitów, otoczona zawieruchą płomieni lecących w przestrzeń głowy.
Lada chwila zrobi się pełnia księżyca.

 
z powrotem
dalej
stronice: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

Lubisz Stronicę ? Podaj adres dalej ! wisarts.com

© 2008 Wiesław Sadurski. Wszystkie Prawa Zastrzeżone. Website tworzona i utrzymywana przez Autora.
Żadne Obrazy, Rysunki, Grafiki, Teksty, Fotografie i Filmy nie mogą być reprodukowane lub użyte bez mego zezwolenia.

| Start | Malarstwo | Grafika | Poezja | Foto Art | Dzisiaj |

Sztuki Piękne - Malarstwo, Grafika, Rysunek, Sztuki cyfrowe, Poezja, Fotografia - Wiesław Sadurski, polski artysta z Berlina