1 września w chmurach. Spałem
u Christianów, w południe odwiedziłem Waldi, zrobiliśmy obiad. Mieszka w
norze. Tak zresztą nazywa wszystkie swe kolejne miejsca pobytu, bo przecież
nie ma domu. Wyznał, że czuje się jak szczur. Pewnie ten z chińskiego znaku
kalendarza, bystry, zapobiegliwy, energiczny. Jest tzw. złota rączka, naprawi
i zrobi wszystko, co trzeba. Zatem jest w drodze, wszędzie jakoś dając sobie
radę. Poznałem go w Warszawie jako młodego pisarza, fajne opowiadanie wydrukował;
tak mi ktoś mówił, że Krzysztof zamknął go w pokoju i zagroził, że nie otworzy
drzwi, dopóki Waldi nie napisze tekstu do jakiegoś "naszego" pisma.

Pojechaliśmy do Kalle i Helgi, przyjaciół dla tych, którzy w drodze, zwłaszcza,
jeśli są z Polski. W Halle, bo pochodzą ze wschodu, mieli dom otwarty. Tu
jest inaczej, ale znakomicie - w każdym kątku po dzieciątku, a na tym się
pewnie nie skończy.
Nocą pojechałem znowu do Christiana, gdyż zostawiłem tam zeszyt, w którym
piszę do Ciebie, a bez niego nie ma jak poruszać się w świecie.
Z zeszytem przy boku poszedłem do pubu Kastanje na Schlossstrasse; zanim
zdążyłem cokolwiek zapisać przyszli Richard i Rumpel, już z powrotem z Amsterdamu,
gdzie mnie jednak nie znaleźli. Piwo, a potem dyskoteka Bowie i pijaństwo
z amerykańskimi kowbojami z Air Force, którzy, o tak! z wielką flachą whisky.
Napić się trzeba, prababcia Mike pochodzi z polskiej Babiej Góry.
I tak dali i tak dali, a co dali, zamazali, jak twierdzi porzekadło.
A na lewej dłoni - od wewnątrz, gdyż to moja sprawa - mam pieczątkę z napisem
BEZAHLT, że za wszystko zapłacone!
Wspominam noc błękitną jasną kiedy cwałowałem konno, wzbijając się ponad
pola i wsie w zawrotnym wichrze i pędzie, w uniesieniu i czujności niezwykłej,
bowiem nieziemski mój rumak miał grzbiet zębaty jak piła, siedziałem w zagłębieniu
między pagórami kostnymi cienkimi jak brzytew, ściskałem rumaka kolanami,
czuły na jego rytmy, chwila nieuwagi wystarczy, abym został przecięty i
spadł jako połówki niezdolne do lotu i życia. Przez szpary między deskami
przenikało do stodoły księżycowe światło, gdy obudziłem się ze snu, siano
pachniało mocno, a chłopiec, którym wówczas byłem - czy on się domyślał
ze snu metafory na życie? Niedziela trzeciego
września jest dniem chłodnym, pochmurnym. Chciałbym żyć po ludzku,
czyli malować. Mieszkanie Rumpla jest szczególnie chłodne, słońce tu nigdy
nie zagląda; potwornie śmierdzi, na parterze jest masarnia ryb i wielki
sklep.
A oto, co mi się przydarzyło przed chwilą, gdy jestem w domu sam. Nastawiłem
wodę na herbatę, wyszedłem na korytarz do ubikacji. Drzwi zatrzasnęły się
w przeciągu, gdyż nałogowo otwieram okna, a wiatr huraganowy.
Odlałem się, próbowałem wybić drzwi ramieniem, nie mogąc wszakże uderzać
z całej siły, bo odzywa się ból w kręgosłupie. Wyszedłem na ulicę w naiwnej
nadziei, że może wóz policyjny, że poproszę o pomoc. Mam kwadrans czasu,
po wygotowaniu się wody zacznie topić się garnek. Wszedłem w podwórko i
zacząłem szukać czegoś poręcznego; westchnienie ulgi, jestem przecież w
Niemczech i nawet w tak biednym domu znalazł się w podwórzu stojak z narzędziami.
Wybrałem łom. Ostrożnie, by nie narobić niepotrzebnych szkód, wyrwałem obudowę
zamka. Woda już się zagotowała, mogłem się napić herbaty i włożyć zamek
do drzwi, wspomagając nadwątlone drewno klejem. Zjadłem śniadanie, poszedłem
w Zamkową, dzwoniąc po drodze do Christiana - a ten mówi, że z Warszawy
przyjechał Andrzej, którego parę dni temu wspominałem. Umówiłem się z nimi
do kina, na Rok 1984 wg. Orwella, ale już w drodze do Kastanii rozmyśliłem
się, bo co mnie w końcu obchodzi ta psychopotyliczna bzdura.
Wolę tu pobyć z Tobą, skoro miałem sny wieloznaczne, znowu sny po długiej
przerwie, i to parę, jakby się coś odkorkowało; spiszę je tutaj, łatwiej
będzie pojąć.
Wyobraź sobie, że idziemy z mego domu rodzinnego do stacji kolejowej w Niedrzwicy
Kościelnej - przez łąki, kładką ponad strumykiem i obok zabudowań Kluska
dochodzimy do polnej drogi z kępą brzóz. Śniło mi się, że tu się właśnie
zbudziłem - jakbym spadł z wysoka w trawy obok brzozy. Podniosłem głowę
i zobaczylem żołnierza przy torze kolejowym, który znajdował się tuż tuż,
znacznie bliżej niż jest faktycznie na ziemi. Żołnierz był wysoki, obcisły
mundur, matowo lśniący hełm. Ta ulga momentalna, że był zwrócony w stronę
północy i mnie nie dostrzegł. Wiedziałem, to Niemcy, strzelają do wszystkiego
co się rusza. Następnie zobaczyłem sunące na platformach czołgi i ciężkie
działa.
I nagle zrobiło się pusto, zmienił się dzień lub pogoda, ze słonecznej wyrazistości
się przemienił w pochmurny, przemglony. Wiesz, śnił mi się jakby inny wariant
tej samej sytuacji, przede mną rząd świerków, żywopłot przy torze, na polu
rolnik z koniem i broną. Wokoło mnie leżały porozrzucone w upadku przedmioty:
książka, fajka, żółty zeszyt, w którym teraz piszę, jabłko. Pozbierałem,
wrzuciłem do torby, otworzylem zeszyt, w którym teraz piszę.
Rolnik - nie pamiętam czy go znałem we śnie, pamiętam jego wygląd, suchy,
przygarbiony i mocny, z pobrużdżoną twarzą jak milion braci pracujących
na roli - popędził raptownie konia w moim kierunku, wyprzągł go z bron,
i - krzycząc do mnie, abym stąd uciekał - sam uciekł. Zza zakrętu ocienionego
świerkami wyłonił się pociąg pancerny najeżony lufami, potem drugi wojskowo-transportowy
załadowany armatami, czołgami. Liczyłem je, zapisywałem dane w zeszycie
dokładnie, fachowo, czułem się na służbie.
Przez ażurową zasłonę zobaczyłem kwiat amarylis na oknie, ścianę za oknem,
szare światło dnia. Przebudziłem się. Potem - uświadomiłem to sobie - jest
wszystko.
Przyjechałem znów do Berlina, i trochę rozglądam się: czy spotkam może tych
Niemców, których widziałem w dzieciństwie? Czy oni może już wszyscy wymarli?
W jednych snach występują jako maszyny do zabijania, w innych konkurują
zaciekle i ciułają, aby się naćpać. Nie, tu nie idzie o ćpanie, chodzi raczej
o to, aby zabezpieczyć się przed niewiadomą, która z przeszłości szczerzy
upiorne zęby lśniące pożogą mordów.
Zamyśliłem się niepewnie, obudziłem milej, tym razem w amsterdamskim burdeliku.
Ulrike mnie łaskotała piórkiem swego szala, była tam także Anna, i poczułem
się skrępowany, jakby mnie całego włożono w ramy, które może nawet nie ograniczają,
lecz określają moją widoczność.
Zwróciłem się ku Ulrike, rozmowa, pieszczotliwy uścisk. Poszliśmy na górę,
biorąc jakąś flaszkę ze sobą. Widny jasny pokój, w odległym roku popiskujące
dziewczyny, duże akwarium przy oknie. Prawie się zaplątałem w wodorostach,
gdy Ulrike do mnie podeszła. Pocałunki, leniwe pieszczoty na luzie, jak
pociąganie ze szklanki i przypalanie papierosa. Byłem tam jakby kolega,
nie klient, zabawa zaczęła mnie wciągać, i poczułem jak Ulrike zaczyna dygotać
stając się kobietą; otacza mnie jedną nogą i drugą, tak że zawisa na mnie,
otwarta. Przenoszę ją na łóżko i kładę, ze śmiechem, ściągam jej suknię,
dotykam spazmatycznych sutków i warg sromowych, zachwycam się wydzielanymi
krystalicznościami. Z takiego snu nie trzeba się budzić.
- Śnie, trwaj, jesteś wieczny - jak nie powiedział Goethe.
Miejsce, gdzie siedzę przy piwie, to Kastanje, jeszcze nie miałem okazji,
aby ją dla Ciebie zobaczyć. Jest jakby swojsko, żółto i brudnawo, na ścianach
plakaty, na stołach zawsze świeże kwiaty, muzyka rock i pop. Czterech młodych
mężczyzn w czarnych skórach od góry do dołu; zapewne zsiedli właśnie z motocykli,
aby napić się piwa i pograć w szachy. Chłopiec w trampkach i kompletnie
podartych dżinsach poklejonych białym plastrem; szara podkoszulka, niegdyś
biała bluza, twarz bystra i wilcza; patrzy mi w oczy długo i nier-chomo,
co odwzajemniam bez drgnienia powieką. Przy stoliku naprzeciw dwie ostro
podchmielone pary, jedna z dziewcząt wciąż się odwraca, patrzy na mnie i
chichoce; śmieszy ją fakt, że piszę. Przyjaciółka pokrzykuje na nią: - Gaby!
- i przywołuje do porządku.
I cóż, mam świeże piwo, mogę dalej?
Opowieść Petry z wczoraj wstrząsająca:
- Christian szalenie ostro przeżywa lot samolotem, a z Berlina możemy tylko
latać, ze względu na status uchodźców. Zawsze jest nerwowy, w czasie lotu
pije dużo whisky albo napala się przedtem haszyszem, żeby się jakoś uspokoić.
Ja natomiast ufam moim przeczuciom i za każdym razem wiem, że to jeszcze
nie teraz, że jeszcze nic nam nie grozi.
Ale raz późnym latem w Wenecji czułam, że zaczyna się dziać coś niesamowitego,
jakaś dziwaczna zwariowana magia, wszędzie są pokrzywieni i kalecy ludzie,
garbate strupiaste koty, kose spojrzenia, przygnębiająca chmura niemocy
i może nawet zła od horyzontu po horyzont! W dodatku w hotelu wieczór zgasło
światło i we mgle ciemności straszno brzmiały nawoływania z gondoli, odgłosy
rozmów i kroków. Było przerażająco, i nie mogłam spać.
Rankiem postanowiliśmy wyjechać dopóki nie ma trzęsienia ziemi, albo, czy
ja wiem... Dworzec kolejowy spowity w koszmar, czułam że może się nam przytrafić
coś złego, śmierć krążyła wokoło, raz i drugi pomyślałam o katastrofie.
Cóż to się stało, w tej poczekalni na dworcu?! Wokoło nas nie było jednego
człowieka, widziałam tylko mordki, paszcze, ryje i pyszczki, miny żarłoczne,
łupieżcze, hienowate mordy... Byłam porażona potwornością widoku, w którym
ani jednego człowieka. Nie było to specjalnie zagrażające, gdyż cały ten
zwierzostan okazywał nam obojętność. A potem w tłumie nagle zobaczyłam ludzką
twarz, ale tak bardzo, tak przejmująco człowieczą, wprost nie do wiary!
bowiem był to pies...
Poszedłem się odsikać, na marginesie więc zdanie z kibla: "Bądźmy realistami,
walczmy o niemożliwe!" Obok duża litera A w kółku - znak niepodległej
anarchii.
...ale pies też był dziwny, tak, przyszedł do nas, ale nie pozwolił się
dotknąć ani pogłaskać, tylko patrzył mi w oczy. Trwało to długo i było niesamowite,
więc żeby coś zrobić, zaproponowałam fotografie, i zrobiliśmy sobie nawzajem
parę zdjęć z psem. Wsiedliśmy wreszcie do pociągu i ruszyli w drogę. Minęło
parę minut i poczułam, jak atmosfera się oczyszcza, niebezpieczeństwo minęło...
Wyobraź sobie moje zdziwienie, gdy w Berlinie zrobiłam z filmu odbitki.
Na fotografiach jest wszystko: my i inni, posadzka, walizki, kolorowe plakaty.
Tylko psa nie ma na żadnym ujęciu.
Czy trafili na swego guru? Był kiedyś zacny w Indiach. Pewien fotograf chciał
mu zrobić zdjęcie, i wszystko wyszło - kwiaty, uczniowie, poduszka, na której
siedział mistrz i nawet zagłębienie w poduszce, ale jego na fotografii nie
było. Biegnie znowu fotograf do mistrza, dziwuje się niezmiernie, ten zaś
powiada:
- Chłopcze, chcesz sfotografować czystego ducha? - potem wszakże pozwolił
na powtórne ujęcie, dzięki czemu w autobiografii Yoganandy oglądałem guru,
siwiutkiego, stareńkiego i przezacnego człowieka o mocnym i gładkim ciele.
Nazywa się chyba Mahasaya. |
| 4 września jest
poniedziałek po niedobrej nocy; nie mogłem zasnąć a teraz obudziłem
się wcześnie i niepotrzebnie już w porze świtania. Przyjechał z wakacji
Michael jakiś taki w stosunku do mnie niewyraźny, niepewny, jakby mnie
badał. Wyraźny jest w stosunku do mej pracy - akceptował mnie w tych niedużych
błękitnych słodkich grafikach sprzed lat, które odniosły sukces w jego
galerii; malowanie dużych obrazów wyrzuca mi jako nieskromność.
Żeby to streścić - nora wisiała nad moją głową w tę noc!
Żadnego atelier, do którego zapraszał.
Dzień był długi i kończy się pogodnie około północy. Śniadanie z Waldim,
który przyjechał tu rano i po swojemu, prawda że zajmująco, ględził o
dupie maryni. Chwile z Petrą i Christianem nad przekładem wiersza. Widzenie
z Andrzejem, piwo pod kasztanem. Spotkanie z Michaela tajemniczą miną
i opowieścią o filmie, który chce robić. Wiele z tego nie rozumiem, ale
raduje mnie widok munduru w Berlinie. Jest, gdzie jego miejsce, czyli
za kratami.
Leżę już w łóżku.
Przed chwilą pukanie, chrobot klucza w zamku - weszło dwóch chłopców z
Belgii, o poranku wystartowali autostopem z Brukseli, wieczorem w Berlinie
nie mieli gdzie spać, więc spotkali na ulicy Rumpla na LSD-owskim tripie,
narysował im mapkę, żeby mogli trafić, dał klucze - oto już śpią w śpiworach
na podłodze.
Na czym to stanęło? Często miałem wrażenie, że jestem skądinąd, na dawno
przed Twą wiadomością. Nie mogłem nijak przyzwyczaić się do gęstego powietrza
w stosunkach międzyludzkich, do wiatru i kurzu wiejącego z gazet i telewizorów.
Naginałem się niekiedy przez czas jakiś do czegoś, ale szybko prostowałem
się w mym poczuciu inności. I jakoś żyłem - tutaj, stamtąd.
I pojawiła się wizja, pierwsza taka prosta: punkt świetlny w górze, gwiazda
w błękitnej przestrzeni. Druga wizja: gwiazda wewnątrz gwiazdy, tzn. gwiazda
wyrzuca z siebie światło-energie tak, że tworzy się jakby gwiazda zewnętrzna,
w regularnie mieniącym się wśród przetworzeń siatkowym pulsującym oplocie;
podobna do oka.
W trzecim ujęciu kamera albo oko wewnętrznej świadomości świata patrzy
na mnie. Jestem tutaj przestrzennym zgęstkiem, a przestrzeń zakrzywia
się ku mnie ze stron wszystkich. Istnieję nieskończenie, ale w ogóle wyodrębniam
się z kosmosu tylko przez zabieg samooglądowy. Przemieszczam się np. jako
abstrakcyjny punkt, ale gdzie zatrzymuję się chwilę - pojawia się w przestrzeni
bytu charakterystyczne ugięcie i ściągnięcie wymiarów - zgęstek samoprzestrzenny,
wypustka absolutu. Jeśli natomiast nie bawię się samooglądowo, czy mnie
wtedy nie ma? Jest poczucie świetlnej nieskończonej nocy, pulsującej rytmicznie
przez zgęstki przestrzenne, energoświetlne kolorowe spazmy.
Z wizji wróciłem do siebie, jak ten który pisze, wdzięczność i radość
były mym udziałem. Piękno planety, miłość do życia form ziemskich. A przecież
były lata chmurne, gdy wyrzucałem rodzicom, że mnie poczęli, bo przecież
na ten świat się nie prosiłem. Pycha ignorancji.
Mam poczucie, że nasz rodzaj jest odkryciem kosmosu, innowacją, która
jest na progu niebywałej ewolucji. To się zaledwie zaczyna!
Czy jeszcze jakąś fabułkę nawinąć w środku wielkiej nocy? Opowieść o rudym
Holendrze, sterującym mercedesa ku wyspie na morzach południowych? Metaforycznie
rzecz biorąc mówię o innym wcieleniu.
Jasna piaszczysta plaża, przez którą silny wiatr niesie tumany piasku
na zieloną powierzchnię laguny. Grzmot fal oceanicznych dudniących o zewnętrzny
pierścień koralowych raf. Gnące się nad nami czuby palm. Trzaskanie, syczenie,
migotanie ognia, który nie zagaśnie...
Zasnąłem w tym miejscu wczoraj, ogrzany ogniem w miękkim locie słów. Czy
nie latam jak gupi? Teraz w Bleibtreu Cafe z Andrzejem. Ma ogromną zaletę:
oto nie widzimy się lat parę, więc jest chwila rozmowy, ale i czas na
wszystko - oto ja piszę, on czyta szwedzkie wiersze i robi notatki do
przekładu na polski.
Co jeszcze było nocą?
właściwie nad ranem - dzwonek do drzwi, to R i R na najwyższych obrotach
w psychodelicznym kieracie. Byłem zbyt śnięty, aby uczestniczyć, pamiętam
śmiechotoki z kuchni. Po porannej herbacie Belgowie spłynęli, następnie
pranie, mycie, zakupy, śniadanie.
I spacer tutaj, gdzie miło, ale ciemno od dymu papierosów, że jawi mi
się pomysł plakatu przeciw paleniu: ogromny żarzący się papieros, przez
żar którego prześwieca trupia czaszka.
Oto znowu wieczór, byłem w międzyczasie w
domu, przebrałem się, szlachectwo zobowizuje, wyszedłem nie wiadomo dokąd,
lecz wiadomo po co. W bramie szedł do mnie Waldi. Przyjechaliśmy do knajpy
Michaela, która zwie się "Zielony palec Mc Cartneya". Wolę Lennona.
Muzyka, gwar! Siedzę przy dużym stole, Waldim i piwie, a na zeszycie siada
przezroczysta muszka. Też jestem przezroczysty, czyli dla kumpla stanowczy
- wychodziłem na piwo i pisanie, nie zamienię tego na towarzyskie gadanie.
Chcę Ci napisać o wyspie z pamięci, zanim ją przykryje przypływ zdarzeń.
Wyspa istnieje na mapie wewnętrznej.
Taniec.
Na sypkim ciemnożółtym złociście mieniącym się w słońcu pamięci piasku,
który w fontannach wzbija się spod stóp,
z sykiem śpiewaniem trzaskaniem gałęzi w ognisku,
migotaniem iskier w powietrzu na piasku i na skórze, co stają się jednym.
W pełnym słońcu taniec ognia, co nie miał początku i nigdy nie zgaśnie,
znasz taki taniec, kiedy ciało jest lotne?
Ogień wieje przez wszystko, którego strzegę, niczego nie spala. Drobiny
piasku i iskry, kropelki wody przelatujące w powiewach sponad skał od
zachodu, lśnienia i migoty.
Miriady komórek ciała drgają w rytmie, który poza nie wykracza, w rytmie
powielanym i rozchodzącym się jak fale - od opuszków mych palców do linii
horyzontu wokoło.
Jestem ośrodkiem tańca, jednoczę korzenie wyspy, bazaltowe giganty wynurzające
się z jądra planety,
z tym co w górze obiega gwiazdy, wprawia je w drżenia harmoniczne i zamienia
w iskry gasnące na skórze.
Przyjemnie w knajpie, jakoś tutejszo, Michael dziś osobiście zasuwa przy
barze. Oj, co to, może mu przeszkadzam tym swoim pisaniem? Zamiast co?
Może umyć kufle?
Kiedy tańczyłeś, a w ogniu pękały drewniane polana, ja puchłem przywiązany
do pala szorstkimi linami, wokół więzów ciało zsiniało, nabrzmiało. Myślałem,
że to może upiorny sen, z którego nie mogę się zbudzić, że przecież nie
można tak bez końca tańczyć! że pewnie przeżywasz mękę równą mojej. Ale
też wiedziałem - będziesz żył, gdy moje serce zostanie wyrwane i rzucone
płomieniom.
Zziajał się mój długopis? gdzie mnie zapis niesie? Ale to nie ucieczka
od jawy, jeśli nawet gonitwa za wiatrem. Po tym życiu będę miał, obiecuję
sobie, długie chwile spokoju, pobędę jakieś lato i jesień szczerozłotą
w nieznanej przestrzeni, gdzie skupia się i skrapla doświadczenia żywota
w jedną kroplę najczystszej energii, i pobywa się nią. Aby następnie w
brzuchu matki oblekać się ciałem, i rosnąć raz jeszcze - do nowego życia.
Czy może źle, że się usadowiłem w jedynym fotelu przy stole gościnnym,
jak się okazuje? Jamnik kelnerki przywiązany do krzesła zaczął na mnie
szczekać. Michael nie spojrzy w naszą stronę. Nie lubi Waldiego. To go
tak nastraja? Mają też jakieś finansowe niedomogi, jak słyszę. Rzeczywistość
jest złożona w prostocie, prosta w komplikacji.
- Każdy ma swego boga - autorytatywnie komunikował Antonio, tramp amsterdamski.
W stronach lubelskich, skąd pochodzę, nad wejściowymi drzwiami wiesza
się krzyżyk święcony. Michael nad wejściem umieścił tysiącmarkowy banknot,
reprodukcję przecie.
- Panie, strzeż mnie od złego - modli się i czyni co czyni.
Wiedziałem, to nie potrwa długo, koniec twojego tańca przyniesie koniec
męczarniom. Był moment cierpienia, w którym świat ściemniał i zagasł,
znów rozjaśnił się w migotaniu i blasku, na nowo widzialny. Ból zanikł
- porwany w taniec, jakbym się znalazł w zasięgu ognia i momentalnie został
przewiany płomieniem.
Tańczyłeś teraz w rytmie pragnienia, uderzeń serca, w melodii oparzeń,
ukłuć tętna, uderzeń fal o skały, w rytmie rozedrganym jak światło, którym
wszystko się staje. Rytm zaczął się spowalniać, rozsmarowany po czasie,
przez moje istnienie jęły się przesuwać obrazy.
Wracałem w przeszłość? Kiedy spojrzałeś mi w oczy, już nie było bólu.
Płynąłem przez poteżny ocean, kroczyłem wśród olinowań statku kołysząc
się na lekko ugiętych nogach, w poczuciu siły owiewał mnie słony wiatr.
A był to wiatr przyjazny, nigdy więcej nic złego mi się nie przydarzy,
wracałem do portu. Objął mnie i zatopił w namiętnej fali gwar tłumu, nawoływania
straży, pokrzykiwania dziewczyn i dzieci.
Wielki wilczur który niespokojnie buszował po knajpie wybiegł na ulicę,
a za nim pan jego podobny do człowieka o imieniu Yeti. Wrócił niosąc psa
w ramionach, posadził go na wysokim stołku przy barze. Pies zachowywał
się zbyt radośnie, liżac włochatą twarz, więc dostał po nosie, jesteśmy
w Berlinie i jakiś porządek ma być!
Patrzę na bawiących się berlińczyków, mają fajne życia. A może im zazdroszczę,
że mają tak wiele czasu na wszystko? Prawda, że życie innych na czym innym
polega, jasno tego doświadczam.
Przez płomień niczego nie spalający, wszystko tworzący szedłem, wędrowałem
po zaułkach portowych, byłem znacznie młodszy. Ufnie pozwoliłem się objąć
ramionom Eriki, młodziutkiej kurwy o błyszczących oczach, wciągając ją
do wąskiej bramy, aby tam w szeptach, śmiechach i przyśpieszającym rytmie
serca wbić się w nią kutasem wyprężonym jak dyszel wozu wiozącego słońce
po niebie, poruszyć się zwolna raz, drugi i trzeci, wchodząc głębiej i
głębiej w płynne krystaliczności pochwy, rozwierające się i skupiające
zarazem, aby poczuć wzbierający przypływ czasów i zdarzeń.
W uścisku ramion i sznurów wracałem do początku. Potem następowało, co
było przedtem. Młodzieńcze uniesienia z błahego powodu albo bez powodu,
dlatego że się żyje i oddycha. Poprzednie życie zjawiało się w krótszych
albo dłuższych błyskach, sytuacjach nieciągłych i wyraźnych, jak piasek
wzlatujący spod stóp w tańcu. Czułem się podwojony, powielony, rozmieniony
na pojedyncze komórki i kropelki wody, obłoki, liście, przez które migotliwe
światło...
Tymczasem Waldi poszedł; nie jestem towarzyski, prawda, nie mam też zobowiązań.
Co mógłby mi powiedzieć / widzę przecie w nieruchomym i szklanym błękicie
oczu.
Kawał przelotu w ostatniej godzinie!
Siedzi na podłodze i patrzy we mnie wspaniale zmięta szmatka pod tytułem
pies. Wychodzi na ulice, żeby się odlać, po czym wraca, układa na podłodze
i gapi.
Oderwałem się od pisania, aby zapalić, i napotkałem spojrzenie człowieka
bez lewego ramienia w wieku sześćdziesiątki, skłoniliśmy głowami, wziął
w rękę swą szklanicę i wzniósł ją ku mnie, ująłem swoją i przepiliśmy
z daleka, ponowne spojrzenie w oczy i skłon głowy. Zapytał, czy chcę ognia,
ale już miałem w ręku zapalniczkę. Zajarzyłem skręta z haszu przecie,
nie tytoniu, podaję go po chwili na prawo - chłopcu mej przyszłej dziewczyny,
która siedzi za nim. Nic niepokoi kalekę? A błysk wyobrażenia, w którym
jest postrzelony przez polskiego żołnierza w Berlinie?
Wstałem do Michaela, oto wojak jest przy mnie, każe mi zgasić peta, bo
częstuje Lordem, i może mi podać ogień zapalniczki, z którejś dla jakiegoś
powodu jest dumny.
To fajna myśl, że u Rumpla pomaluję na biało większy pokój, z rupieciarni
uzbieram jakieś lampy i zainstaluję oświetlenie. Waleczne zamysły bezdomnego.
Już pisanie zanika, nie ma koncentracji, mam Achima, który podszedł życzliwie
z pytaniem, co piszę, że mu opowiedziałem, piszę do Ciebie. Że z tego
może wyjść nic, o wszystkim.
Jest fotografem, żałuje, że nie ma przy sobie kamery, taki mu się zdaję
fotogeniczny. Zrobił na plaży japońskiej, powodowany czystym natchnieniem
o świcie fotografię flaszki Guinessa, przyjaciel wysłał do Anglii, firma
zrobiła plakat z papisem, że Guiness podbija świat - i Achim ma trochę
szmalu. A tak naprawdę pracuje, aby cechy boga, wymyślonego przez ludzi
i obdarzonego ich najlepszymi cechami - przywrócić ludziom.
Nie wierzę mu słowem, jeszcze jeden wariat!
Przysiadł się jeszcze stary wojak, naskarżył na odstrzelone ramię w Berlinie.
Chciał dostać najmniejszą polską monetę, grosik, postawi mi za to dwa
piwa. Istnienie jako manifestacja tęsknoty.
Ale ja nie chcę piwa, po czterech głowa się kiwa, trzeba mi stąd ruszać.
Nieźle się ułożyło - rzeczywistość dnia kolejnego pozwoliła się przeżyć.
|
6 września
popołudniem notuję u Rumpla, że obrazy tańca powyżej to sygnały zamieszania
z okazji dialogu z rudym Holendrem w drodze do Amsterdamu. Jeszcze do tego
wrócę w chwili innej, bowiem się śpieszę, o szóstej mam być u Richarda w
Kreuzbergu. R i R są cały czas ze sobą i grają rozbyczony teatr. Mają też
dobry acid.
Siódma. Łagodnie zaczyna się trip.
Są zapalone świece, Richard i Rumpel odświętni, misa owoców jarzących się
i żywych, stareńki zielonkawo popękany piec.
Spokojnie, powietrze staje się widzialne, jesteśmy pod przejmująco wczechmocnym
błogosławieństwem Bacha. Staję się jego muzyką pełen najdotkliwszej wiedzy,
że on to wszystko rozumie i dziękczynni, ten byt harmonijny!
Oto na życie patrzę znów raz pierwszy.
Jakże rozległe!
mieni się przede mną miriadami zdarzeń,
każde gotowe uwodzić
w namiętne korytarze pożądań i spełnień.
Lecz ja
przeżyłem życie ufnie
oddając się wszystkiemu,
że nie ma we mnie nikogo na dzisiaj,
kogo można uwieść.
Minęło życie, potem drugie i trzecie w coraz smutniejszym celu. Nie lubię
atrakcji. Bliżej mi do abstrakcji.
Jest czwarta nocą. Pootwierałem okna, bowiem
pokój do którego wszedłem pachnie nieświeżą pościelą.
Tutaj mam - spać? mi dopomoże - zmęczenie?
Raz jeszcze rozelśniła się przede mną zasłona Mai i znikła, rzucając mnie
o byle co, byle gdzie. Jakby to streścić?
Zbrukany śmieciami zachodniej cywilizacji.
Z czym?
Chyba tylko z deszczem mam tu coś wspólnego,
z błogosławionym echem Bacha
i deszczem, co pada za oknem.
Zmęczona jest głowa, oziębione serce.
Moje ciało ciężkie, nie do uniesienia.
Daleko od rzeczy najprostszych: zagroda ze świeżym sianem, poszczekiwanie
psa,zroszona trawa, po której można iść boso, głos jakiś wołający w oddali
-
nie to powietrze, które dusi.
Skóra mi pęka ze zmęczenia, komórki ciała mdleją przez ćwierć Europy.
O świcie prysznic i herbata. Niewątpliwie tej
nocy skala i kierunek przeżywania były pod kontrolą świadomości. Nie, to
nie tak! nie było żadnego kontrolera ani dziurkacza do biletów; były - w
polu świadomości. A świadomość - w obliczu obnażonego oceanu nieświadomości,
z jego nieskończonymi falami zdarzeń i doświadczeń.
Dzisiaj odmówiłem oceanowi. Wolę szklankę wody czystej i żywej. Widzi mi
się, że wziąłem trip, aby przestać tripować. Mniej jest więcej, naprawdę.
Ciężko.
Moje oczy patrzyły na Berlin, ten pofałdowany, biedny, brudny, nostalgiczny
Kreuzberg, jakże podobny do warszawskiej Pragi. Ach! smutne życie w kamienicach,
kamieniu, betonie. Współczuję tym, którzy tu się rodzili, kochali, cierpieli.
Którzy czynią to teraz i zawsze, i na wieki wieków, amen.
Że do tego stopnia unieszczęśliwiło mnie na tripie nieświeże powietrze,
brudne ściany, śmierdzące ulice! Między R R a mną nie było dobrej komunikacji,
przez język trzeci, angielski. A nastawienia życiowe też inne - oni chcieli
się bawić, a mnie to męczy i nudzi. Gdy pobywali chwilę ze mną - przestawali
tripować.
Oni to nieskończone czuby - a brali mnie za wariata! Leciał film w telewizji
- ja wolałem raczej TV rozstroić i patrzeć na kolorowe migające plamki,
gdyż to było ciekawsze niż opowieść o ludziach filtrowanych przez móżdżek
filmowca.
Byłem zatem w przelotnym domu, umyłem się, ogoliłem i przebrałem, poszedłem
na długi deszczowy deszczowy spacer do parku, siedziałem w trawie, zebrałem
bukiet z siedmiu rodzajów kwiatów na łące, zaniosłem go po drodze Christianom,
gdzie byłem krótko, ponieważ zajęcia chroniczno-telewizyjne.
Teraz, dziesiąta wieczorem, siedzę w Kastanii, ciągle odpoczywam. Trip miał
ciekawe aspekty poznawcze, może Ci kiedyś o tym napiszę, ale dziś, na świeżo,
nie chce mi się w to bawić: nędza mej ludzkiej egzystencji, marność nad
marnościami.
Refleksja z wczoraj: to, co daję z siebie - ludzie zawsze mieli: światło,
prawdę, miłość. Nic nie daję.
W samym środku tripu poszliśmy na ładną przechadzkę, domy gięły się melodyjnie,
linie tańczyły, pachniało piekłem. W kinie Tali był film, jak go zwą? Rocky
Horror Picture Show. Fakt, to horror, picture też na całego. Ostro bezczelnie
zrobiony, tyle że finalnie ma ciemną wibrację; bawi rytmem, smuci głupotą
zamierzonej bezbożności.
Arystokracja ducha - a u drzwi kostucha.
Po filmie spacer w kamiennych ulicach. Pytałem o jakiś park, ale na naszej
drodze nie było nawet jednego drzewa, gdzie na chwilę można by się przytulić
i zamknąć oczy, na powitanie lub pożegnanie.
Byliśmy w dyskotece punk, gdzie na szczęście było po wszystkim, sala się
opróżniała, ogromna i śmierdząca krzyżówka piwnicznej izby i poczekalni
dworcowej, oświetlona od góry niebieskimi i czerwonymi neonami.
Dopiłem piwo. Dzisiaj jednego dość.
Wyjdę stąd, pochodzę w Charlottenburgu wśród drzew. Pójdę do Rumpla, gdzie
wciąż zakotwiczony mój dom, usiądę przed ścianą i pomedytuję.
Z medytacją jest pokój. Jestem sam. Siedzę przy kawie. Jestem nikim. O nic
nie pytam. Krople deszczu uderzają o szyby. Szept świecy. Rzeczy, stany
energii, utrwalone przez postrzeganie.
Co sprawia, że o świcie
zaczynam pisać ten wiersz,
że wierzę w jasność i dobroć,
że bywam łatwo szczęśliwy
ponieważ wiatr, kamień, brat?
To sprawia śmierć, która jest przy mnie.
Nie pozwala mi przejmować się
śmiercią bliskiego człowieka,
unieważnia moje zobowiązania,
rozpuszcza hierarchie.
Dzięki swej czuwającej nieobecności
nie dopuszcza do żadnych pomyłek,
czyni mnie równym gruszy,
każe robić, co chcę.
Wszystko jest nieistotne
i prześwietlone blaskiem.
Idę z istnienia w istnienie,
mogę być wilkiem lub trzciną.
|
| Ósmego września siedzę
w słońcu godzinę lub dwie. Dzień nie przynosi otuchy. Wiadomość, że wystawa
będzie w połowie października, Bert właśnie wraca z wakacji. Ciężko będzie
doczekać.
Z Petrą i Christianem pojechaliśmy nad Wansee, moczyłem stopy w jeziorze,
zamyślałem się. Herbata u nich po powrocie i zaprzyjaźniona sąsiadka czarownica,
która wróży nam po kolei. Mnie - kłopoty urzędowe i zdrowotne - i coś
takiego z dwoma kobietami. Proszę, jakie konkretne.
Dziewiąty, południe, siedzę przed oranżerią
pałacu Charlottenburg, jest pochmurnie i ciepło, trochę Ci siąpi z nieba
na mój zeszyt. Coś skrzydlatego przysiada na kartce, kiwa główką, spogląda
wymownie na literę a. Mówię:
- Jak się masz?
- W porządku, w porządku - kiwa prawą łapką, podnosi ją do pyszczka i
czyści, kolej na lewą, obie już błyszczą, są suche, teraz środkowa para
łapek gładzi od dołu korpus! Co za pieszczoch! Strzepuje pyłki niewidzialne,
zapewne wiedziane. Kiwa główką i odlatuje. Też spadam. Idę na Klausener
Platz pochodzić po pchlim targu.
Gdzie niezwłocznie spotkałem Dietera, pamiętasz? Poznanego w amsterdamskiej
Golden Ham. Kupił właśnie dwa ciastka i jeszcze nie wiedział dla kogo
to drugie, kiedy mnie zobaczył.
Świta za oknem niedziela.
Cóż to mi do głowy przyszło przed paroma laty, a potem chodziło po niej
tupiąc wiosną i latem, jesienią i zimą? Że poprzednie wcielenie na wyspie
w Mikronezji, dziko opiekując się ogniem naszego plemienia, i tańcząc.
Zabijając przeznaczonych na ofiarę ognia, biorąc w siebie ich mękę i lęk,
aby nieskończoność swego bytu mogli przeżyć w ekstatycznym ofiarowaniu.
Ogień żył ich radością, miał nigdy nie zgasnąć.
Rudy Holender zobaczył nas w trakcie jazdy; przejechał jeszcze wiadukt
i za nim mógł się zatrzymać na poboczu autostrady. Drzwi mercedesa szeroko
otwarte, głośno wspaniale grzmiała muzyka, stare rosyjskie pieśni w wykonaniu
niemieckiego chóru. Kierowca niedbale elegancki, szczupła twarz z wyrazistymi
siwymi oczami, jasmo rudawa broda. Bardzo zmęczony, od dawna w drodze.
Odpocząl nieco czekając na nas, cieszył się naszą radością, rad pogawędzić
- to odpędza senność. Częstował miętowymi pastylkami i hiszpańskimi papierosami,
dla siebie robiąc grube skręty z czarnego tytoniu, tak swobodnie, w prawej
dłoni na kolanie, druga ręka na kierownicy. Rozmowa zaczęta od sakramentalnego:
- Skąd jesteś? - i bezczelnego z mej strony:
- Zewsząd.
Przejechaliśmy resztę nocy w muzyce, wjechaliśmy w perlisty baśniowo piękny
świt. Wschodzące słońce po prawej, pełnia księżyca po lewej. Bernt wysiadł
w Utrechcie, wtedy rudy Holender stał się bardziej osobisty.
- A dokładniej, skąd jesteś?
- Z brzucha matki - odpowiadam ze śmiechem.
- To tak jak ja. Chcesz powiedzieć, że jesteśmy braćmi?
- Nie bardziej niż jesteśmy.
- Zmieniłeś się, odkąd ciebie ostatnio widziałem.
To zdanie powiedziane inaczej, jakoś dobitnie, chociaż bez podnoszenia
głosu, z mocą. A zarazem tak neutralnie, jakby nie czekał na moją reakcję.
Żadna nie nastąpiła. Wiedza kompletna na samym początku, akt rozpoznania
dokonuje się momentalnie. Spojrzał na mnie raz i drugi.
- Stałeś się bardziej ludzki, wtedy byłeś z zupełnie innego wymiaru. Ale
nie przejmuj się, wszycy jesteśmy na tripie.
O właśnie, to mi się zdawało, że on w wysokim locie. Żartobliwie opowiedział,
co pamięta nie wiadomo skąd. Był już kiedyś Holendrem, pływał na żaglowcu
jako pierwszy oficer, po katastrofie w sztormie wylądował żywy na wybrzeżu.
Pochwycony przez dzikich, ofiarowany ogniowi.
Słuchałem powieści z zaciekawieniem, biegła paralelnie do mojej, co się
w życiu zjawiła nie wiadomo skąd, z oceanu wieczności? skarbnicy nieskończoności?
Tyle pamięci, obrazów, wyobrażeń leci w przestrzeni życia, bezbrzeżna
migotliwa rozedrgana rzeka, czemu ma to służyć? czy to wszystko ma być
zawarte w Przekazie? czy ja, Ty, oni, czy ktoś?
Wspomnę Ci jeszcze o lekkim poczuciu, jakaś czająca się blisko granicy
zaistnienia groza? Niebezpieczeństwo? Jakby drzwi się otwarły, a za nimi
- właśnie, nic przecież, ale nabrzmiałe od możliwości. Nic, ciemno, potężne
tchnienie wiejące z mroku.
Nic więcej się nie wydarzyło. Mocny uścisk dłoni. Wyszedłem z wozu na
lotnisku.
Jeszcze parę obrazów chciałem Ci zapisać, lecz teraz, czy dlatego, że
wróble ćwierkają na dachu, czy może czuję, że talentu nie starcza - coś
zwykle minęło.
Wrócił Rumpel do domu, już się zrobiło rano. Nagotował misę kartofli -
pora śpieszyć do innego dzieła.
Słońce błyskało w dniach ostatnich, lecz nocą przyszły gwałtowne wiatry
i zaniosły niebo chmurami.
Świta dzień jedenasty września w ulewnym
deszczu, wraz z nim nagłe ocieplenie.
Wczoraj sen do południa, obudził mnie Waldi, zrobiłem nam obiad: ryż gotowany
bez soli, wrzucone doń jarzyny, pod koniec gotowania z odrobiną masła
- pyszne i słodkie.
Potem wizyta u Kalle nadziewana plackiem z owocami upieczonym przez Helgę.
Inny polski malarz przyjechał wczoraj, trochę u nich mieszka, Tomek, z
Krakowa? Katowic? Ciekawa prawie z nim rozmowa, chociaż dodatnie strony
kariery artystycznej tak wcześnie nie wychodzą mu na dobre.
Dzień ukoronowany piwem z Waldim i Tomkiem w Kastanii. Trzech Polaków
- cztery światy! Przygoda z komarem, takim krewnym
o wielkich skrzydłach i długachnych nogach, latającym nad stołem poniżej
zwisającej na poziomie oczu lampy z zielonym płaskim kloszem.
- Komarze, komarze - przemówiłem żartobliwie - zmykaj stąd, bo nie dość,
że opalisz skrzydła, to jeszcze wpadniesz Waldiemu do piwa i sam się upijesz!
Wiedz, komar obniżył lot dokolny i usiadł na stole pośrodku, może chciał
odpowiedzieć? Ale oto Waldi wymierzył mu prztyczka celnego, zmiatając
facia ze stołu i życia! Nie pominąłem okazji, taki jestem ciekawski:
- Możesz mi powiedzieć, dlaczego to robisz? - spytałem patrząc w wodne
patrzałki. - To nie znaczy, że mam ci coś za złe, chciałbym rozumieć,
co się dzieje. Przecież wiesz, że wielkie komary nie gryzą człowieka.
Dlaczego zabijasz?
- Dlaczego zabijam? - powtarza głupkowato. - Bo nie lubię, jak mi się
toto pałęta przed oczami.
- Zagrywasz głupio, ale wiem, jesteś cwany - nie popuściłem. - Przecież
toto żyje! więc jakim prawem?
Czy byłem ciut agresywny? Ależ nie, przejawiłem ledwie irytację, jaka
podnosi się w sercu na widok ignorancji i nieuwagi. Byłem maleńki moskit
kąśliwy, dziurka w skórze, cieniuśka igła, odrobina jadu - ożywczo piecze
i budzi ze snu.
I potoczyła się rozprawa między panem, wójtem a plebanem. O śmierci, życiu,
odpowiedzialności za życie. Wróciłem na Zillestrasse okrężną drogą wokół
jezior Letzensee
- a teraz przy herbacie piszę Ci o tym. O czym to jest właściwie?
Trzecia po południu. Wstałem późno, słysząc
za oknem ulewę. Zupa kartoflana na śniadanie i burza. Rozmyślam nad położeniem.
Możliwość mieszkania u Rumpla pełna skrępowań wzajemnych. Waldi mówił
w Kastanii, że od jutra mieszka w Lichterfelde na końcu Berlina, mogę
zatem wprowadzać się na Zamkową. Ale nora ciemna i brudna, jej wibracja
emocjonalna ma te same treści.
Dwunasty, zmienia się pogoda, ostatnia doba
niesie burze i ocieplenie. Będzie zlota jesień. Niebo czyste, gwiazdy
pachną, nisko i szybko pomykają pojedyńcze obłoki. Tyle o polityce.
Moja głowa czysta. Odwiedziłem miejsce mej przyszłej ekspozycji. Powiedziano
mi w Urzędzie Sztuki, że jest tam wystawa, więc pomyślałem, południe to
dobra pora, zobaczę ściany i ludzi. Ale galeria zamknięta, nikt nic nie
wie o kluczach.
Trzynasty, szósta rano po nocy, w której
zrobiłem parę rysunków. Jeśli nie będę miał gdzie malować, wrócę do rysunku,
jak do początku.
Kiedy wreszcie położyłem się do snu, przyszli pijani R i R. Czy mogę im
pożyczyć grosz? Dałem dwudziestaka, ten sam banknot, który wczoraj oddał
mi Rumpel. Zostałem z piątką przy duszy. Popijam herbatę, rozżarzony do
białości. Brakuje mi domu, pokory? I jeszcze parę drobiazgów.
Któregoś dnia, kiedy ledwie świtało, uśmiechnięty chłopiec obudził się
ze snu, podniósł z łóżka, drżąc z chłodu podszedł do okna. Na zewnątrz
półmrok, niebo nad stodołą jaśniało przezroczyściało, ale podwórze było
zacienione. Oparł się dłońmi o framugę okna, czoło na szybie, wstrzymał
oddech. Spod kępy leszczyn koło wozówki wybiegły dwa zwierzaki zwinne
i ruchliwe, zatrzymały się naprzeciw okna. Ciemne węszyło i szukało w
trawie, drugie, białe w ciemne łaty - stanęło na tylnych łapkach i spojrzało
w okno. Czy ruch się wstrzymał i blask ściemniał? znieruchomienie trwa
jeszcze, zuchwale sięga w przyszłość, oczy patrzą w oczy.
Hej, chłopcze, co to było? Przeprowadziłem cię pod gwiazdami, wykarmiłem
oddechem, wskazałem cuda i strasznoty ludzi. Pamiętaj, oddychasz, drżysz
z chłodu, wokoło jest świat. Po co podniosłeś się z łóżka? nie wiesz,
że o świcie śmierć podchodzi do okna, zagląda do środka? Nikt ci nie powiedział?
Patrzysz jej w oczy, oddziela cię od niej tylko cienka szyba, wszystko
jest przezroczyste, widoczne. Nigdy więcej nie będziesz niewinny. Pamiętaj,
oddychasz.
Pamiętam, oddycham. O ósmej R i R wrócili kompletnie pijani, poszedłem
zatem do parku, chodziłem w alejach. Teraz u Michaela słucham paru zwierzeń.
Jakże różne mają sąsiedzi wersje istnienia - siebie samych i bliźnich,
jak o tym mówią, plotkują, zwierzają się - niekiedy mam wrażenie jestem
kosz na śmiecie, lecą we mnie szmatki, papiery, ogryzki i niedopałki.
Czy o tym mam Ci pisać? Przecież to jest na codzień - niezrozumienie,
pogarda, pycha, ambicje i nawyki, egoizmy i stereotypy. Wiem, wchodzą
do Przekazu, skoro istnieją. A życie czyste i prawdziwe? Jego obecność,
tęsknota do niego jest dla Przekazu bardziej niezbędna, niż te gówniane
szczegóły.
Dochodzi północ. Dzisiaj Michael okazywał
mi przyjazne zrozumienie, jak niegdyś zawsze. Zjedliśmy u niego obiad,
zawiózł mnie do galerii; to wcale nie jest galeria, okazuje się, że jakiś
klub jakiejś katolickiej młodzieży. Miejsce zamknięte, w biurze informują
uprzejmie, że nikt nie przychodzi na wystawę, więc nie ma jej po co otwierać.
Nie pierwszy to omen na berlińskie czasy.
W oranżerii wystawa Hundertwassera, znakomite grafiki, świetny film, barwne
smakołyki. W jednej recenzji omawiano nas w Szwecji osiem lat temu, a
patrz, gdzie poleciał, światowa kariera. To twórca pierwszej klasy drugiej
kategorii, nie ma wartości uniwersalnych, prawd ostatecznych, nie bierz
mi tego za ocenę, to stwierdzenie faktu. Są przecież malarze... patrzysz
na obraz i widzisz, jest między Tobą a Bogiem, prześwieca przez płótno
światło bytu.
Kawa i gawędy z Michaelem w Zielonym Palcu. Kiedy go pytam, gdzie jest
to atelier, do którego zapraszał mnie wiosną, zupełnie przestaje rozumieć
po angielsku.
Tak, zamieszkam w norze, skoro na mnie czekała, niechże się zmęczę, robiąc
nowe. A teraz przy herbacie od Petry pomysł na obraz o śmierci: ledwo
formująca się głowa z jasnych błękitów, otoczona zawieruchą płomieni lecących
w przestrzeń głowy.
Lada chwila zrobi się pełnia księżyca.
|