Trzynasty wrzesień wieczorem
u Christianów. Po śniadaniu chwilę u Michaela, na parterze po drugiej
stronie bramy w obszernych pokojach, które chce przerobić na galerię,
gdy znajdzie nowe mieszkanie. Czuję, że ten właśnie lokal miał na myśli
wiosną, mówiąc o moim przyszłym atelier, wiem także jasno, że dzisiaj
to nie jest realistyczne. |
Dziesiąty, południe, złocista
pogoda; siedzę w słońcu pośrodku lipowej alei naprzeciw mego okna, padają
liście, zachwycająco ciepło. Moja
pracownia już piękna, choć tak maleńka! Biel ścian i zieleń roślin, poza
tym tylko obrazy, a zaproszone dziś do środka światło zrobione jest ze złotej
ochry i łaski pańskiej. Berlin się teraz żółci, różowi i perli. Obok mnie na ławce siadają dwie kobiety z Azji, ładnie pachną, są chłopskie, czyste i przaśne. Spogląda mi w oczy i zeszyt turecka babcia, obok kwoczy się jej obszerna córka, wokoło biega czwórka czarnookich kogutków. Przechodzi Rotraut, zostawiając mi pocałunek. Do pracowni zagląda wiele osób, przepał jak w Warszawie. Fajne włoskie chłopaki, obieżyświat z Kolumbii, czarny fotoreporter z Australii strzela setkę zdjęć; są także sąsiedzi, zaciekawieni malarzem, okazujący sympatię. Najlepiej korzystają z mego pobytu koty Feliks i Rozyna - zbiegają z trzeciego piętra, są chwilę w pokoju, aby przywitać, powąchać, a potem idą przez okno na nocne podchody w ogrodzie i alei. Oświecony przez błyskawicę. Złote światło jesiennej burzy, szelesty płowe liści i pocałunków, blask rozciągły w przeszłe i przyszłe, Po północy, przed pełnią, niedziela. Seks nas nie zbliża, ani nie oddala, może z nami pobyć? Christian zrobił mi tzw. rybkę, czyli dosłowny przekład wierszy na niemiecki, teraz z Rotraut pracujemy nad właściwym przekładem. Poza tym trzy doby malowania. Nowy obraz. Maluję otchłań. Oświecony przez błyskawicę, złączony z niebem i ziemią w błysku. Wolny - od, swobodny - do, rozwiany, bezforemny, pusty, bez celu, bez pamięci, roztopiony w świetle, które jest miejscem na człowieka. Osiemnasty październik. A co maluję? Stary obraz, już rok mnie świruje, nazywa się "Miejsce na człowieka"; w promienistej przestrzeni zieje chłodna granatowa niemal czarna dziura. W błękitach otchłani pojawia się twarz, a zdawało się, że będzie abstrakcyjnie i prosto. Polak papieżem, to wzrusza, ale na łono kościoła nie przywraca, jego historia straszna jak historia człowieczeństwa, me doświadczenie osobiste ją tylko potwierdza. Cieszę się wszakże bez opamiętania - radością rodziców, przyjaciół, Polaków. Dla nich największe święto. Rzadziej pobywam z Tobą, oto już dwudziesty. A co że co? Co mnie rzeczywistości pisanej przywraca? To cielesne zbliżenie ma taki czarujący wpływ; nie wyrażać, prawda, Herr Gurdijeff? negatywności, wystarczy suchy opis wilgotnych faktów. Miło nam tego wieczora; idziemy do niej na górę, biorę prysznic, czekam nagi w łóżku. Przychodzi pachnąca po kąpieli w pocałunki, pieszczoty; jest soczyście i dobrze, wchodzę w nią głęboko. I oto miła zaczyna szalenie oddychać, sztywnieje ekstatycznie w fontannach okrzyków i potu, jakże jej sprostać zabawą, spazmem? Odechciewa mi się w sekundę, ukośnym lotem szybuję z przeciążeniem pięciu g. sterując w prawo, w spodnie i ubranie, a w ubraniu na parter. W bramie przechodzi Michael; szybka fajka, kawałek afgana na dalszy ciąg. Mój jasny pokój, w którym żadnych czarów, chłodna bestia. Sniff krótki, czyli płatek śniegu na słoneczną jesień, już jestem nietykalny dla zmęczenia, samowzbudny bałwan. W miłosnym przepychu farb i pędzli. Ona? samotna na wybrzeżu ekstazy. Jaki to dzień? Wiem, że słoneczny - i cały za oknem. Maluję od dawna, półtorej doby z dwugodzinną przerwą. Boli podstawa kręgosłupa; kiedy poruszam się szybko, ból zagęszcza przestrzeń i zmienia ją w blask. Poruszam się powoli, to jedyny dzień. Jeszcze parę godzin i skończę ten obraz, który nazywa się Nic, chociaż to może za dużo powiedziane. Bez przerwy sterują mnie z radia muzyki, było już prawie wszystko, co kocham. Bestia rozszarpała ciut gardło; prawda, że nie sarence? teraz cwałuje w czas. Będą się malować przestrzenie gwiezdne, gdzie tam i ówdzie wybucha światło twórcze. Dlaczego się tak zmęczyłem? Aby się zmienić. Ciśnienie tak wielkie, że forma rozwala się, uwalniając boleśnie i twórczo. Chwała piątkom! Okay, sobotom też. Godzina druga na niebie, trzy godziny spałem. Przyszedł Michael z listonoszem; paczuszka od kolegi artysty: świeca już pali się na stole, werniksy i nieco hopsa, czyli dobrej trawy. Chwała przyjaźni troskliwej! Obraz bywa piękny niejako po drodze. On chce być tylko prawdziwy. Jaki gwałtowny wiatr tej jesieni! strąca ostatnie liście, porywa ostatnie myśli. Dzisiaj nie interesuje mnie pytanie, jak żyć. Interesująca jest tylko odpowiedź na Wszystko. Obudziłem się w teraz, cicha noc, jakaś godzina? Parzę kawę, znoszę na stół dwa jajka na miękko i chleb z cebulą. Ten obraz przeszedł swoją ewolucję. Próbował różnych możliwości. Oto jest. Znaczy - osiągnął wewnętrzną spójność, stał się bytem samoistnym i samoświetlnym w tym szczególnym przypadku. Jest wolny ode mnie. Istota obrazu? jest uczestnictwem w duchowości świata. Prawda dziś trzyma uniwersum w jedni. Spotkałem grzecznie Rotraut i poszliśmy na zielony targ po zakupy. Miała sny straszne po naszym erotycznym zajściu. Dobrze, że speed się kończy, walnąłem w tym roku paręnaście razy; jest tylko jedna doza, zatrzymam na wernisaż, jeśli do takiego dojdzie; bo nic w tym kierunku nie robię. Zimno, włączyłem elektryczny piecyk typu smok; rachunek może być kosmiczny. Ale wiesz, byłem wcześnie elektrykiem! Odkręcam uważnie śruby na liczniku, badam instalację; zakładam gumowe rękawice, nożem ściągam izolację z kabli, podłączam druty do tych doprowadzających prąd do licznika; gotowe. Jeszcze mały pędzelek - nie do malowania przecie! - nabieram nań kurzu z kąta skrzynki i pokrywam uważnie miejsce operacji; wygląda nie dotykane przez dziesięciolecie. Piecyk elektryczny stawiam na kamiennej płycie na wypadek silnego rozgrzania; może pracować spokojnie całą zimę. Się gorszysz? a byłeś biedny? Spoglądam w ten zeszyt do tyłu w czasie. Przeglądam się jak w lustrze. Tyle, że widok faluje, jakbym patrzył przez płomień; może to faluje woda w mirażu dla spragnionego? Nie wiem, który to dzisiaj i nic mi do tego, zbliża się jakaś północ. To śliczna droga - płonąć, widzieć w zdarzeniach nauczyciela, nie akceptować go bezstronnie. |
| Dwudziesty dziewiąty październik,
data na kwicie, więc wiem; kupiłem i dźwigałem brykiety węglowe; jeszcze
jedno obciążenie, jak temu podołać? Ale piec grzeje, dom ciepły, mimo, że
lata świetlne dzielą mnie od domu. O, kiedy Pan Budda mnie wreszcie obuddzi? Umarł Louis, kot Michaela, z tej okazji przyszedłem do Zielonego Palca, aby napić się piwa i pisać; w domu atmosfera dla słów niełaskawa, kolory skaczą do oczu a zapach terpentyn i oleju w nozdrza. We mnie umiera Louis wciąż jeszcze. Ale spokojnie! - od wczoraj pisząc, beznamiętnie, bo droga wyboista. Wczoraj z Christianem, który łaskawie towarzyszy mi jako tłumacz, w galerii o drugiej, Berta ni śladu. Telefonuję, a on wyjaśnia, że czekał na mnie w czwartek, pomylił dnie tygodnia mówiąc po angielsku, umawiamy się jutro w ratuszu. Żeby stress mnie nie kąsał maluję dzień cały, wieczorem siadam w fotelu z pędzlem i paletą w dłoni, aby popatrzeć na obraz, zasypiam. O brzasku przemarznięty do szpiku kości owijam się w koc, śpię dalej jako zimny kamyk. Rano, och! budzenie Michaela, toż to cała wyprawa! jazda po Christiana, wreszcie osiągamy ratusz z półgodzinnym spóźnieniem. Bert jest w akcji noszenia obrazów, ma wyraźne pretensje, czekamy bitą godzinę. Ustalamy termin wystawy na 29 listopada. Drukuje się tylko zaproszenie, pod koniec roku Urząd nie ma pieniędzy. Jestem po fakcie spięty, głupio obciążać nieznanego człowieka moimi sprawami, nawet w imię sztuki. Kawa i relaks z Christianem, który dzisiaj jasny aż miło, u Michaela. Otworzył drzwi, wypuścił koty do ogrodu. Poskarżył się - uważaj! - że nie wie, co z nimi zrobić. Przeprowadza się właśnie do nowego mieszkania, nie może ich tam zabrać, bo podrapią meble. Są teraz same w tej pustej galerii, nie może w niej nic zrobić, podrapią mu klientów. Że takie bestie! Najlepiej by zrobiły, gdyby się zgubiły. Straszna moc życzeń! Po kawie poszedłem do malowania, kot Louis przyszedł z wizytą przez otwarte okno, zna drogę dobrze. Był niespokojny, miauczał, ocierał się o mnie, zaciekle polował na komary i wszystko ruchome; głaskałem go i coś mówiłem, chcą się go pozbyć, zwykła między ludźmi rzecz. Czasami. Rozważałem nawet, czy może zostać ze mną, ale zobaczyłem, że sierść jest już na palecie i płótnie - jakby nie dość było, co strzępi się z pędzla. Widziałem go jeszcze i słyszałem miauczącego pod drzwiami galerii. Malowałem dość długo, gdy przyszedł Michael, zabębnił palcami o okno. - Wiesz, co się stało? Louis umiera. - Gdzie? - Tam na ulicy za czerwonym Oplem; możesz go wziąć? proszę, bo ja nie mogę, on jest taki wielki. Oczywiście, ja mogę wszystko, zwłaszcza dla kolegi. Powstrzymuje mnie jeszcze, najpierw do piwnicy, tak! znajdujemy pudło tekturowe, tak, chyba się zmieści. Idę sam na ulicę; jest wielki, gdy go nie ma, przetrącony kręgosłup, już stygnie; wrzucam do pudła, idź Louis, jesteś wolny, z królestwa niebieskiego cię nikt nie wypędzi. Niosę pudło. Michael pojawia się z rolką taśmy, tak praktycznie, oklejam pudło na krzyż, i dopiero teraz ośmiela się go dotknąć, okleja pudło jeszcze osiem razy, nie żałując robocie serca ani taśmy! Żeby kot nie wylazł? - Co teraz? - Michael ma w oczach ciepły blask. - Napijemy się wódki. Dobrze, mogę się napić wódki, zwłaszcza dla kolegi, wziąć cjanek potasu, zakopać kota, zakopać! A gdzie? W ogrodzie Christianów pod wielkim dębem. Wracam do siebie i gaszę światła. Czeka, nie chce już dotknąć pudła, wkładam je do wozu, jedziemy. - Louis zawsze miauczał jadąc samochodem. - A teraz jest zupełnie spokojny. Otwiera nam Christian przebrany za szpiega w wielkie łapcie i uszatą syberyjską czapę - skąd? Oto dzisiejsza przygoda: ktoś miał dla Petry propozycję współpracy, oferując duże pieniądze i ułatwienia w wyjeździe jej rodziców z NRD w zamian za zupełnie niewinne informacje, ot, tytuły książek w amerykańskiej bibliotece. Ktoś zamawiał francuski koniak, mówił po rosyjsku, śmiał się z pogróżek niemiecką policją. Fajnie, jak na koniokrada. Łopata i do ogrodu, między czarne drzewa. Michael sapiąc wykopuje dół, przyglądamy się powinności w milczeniu, umieszczam pudło w wądole, myśl pożegnalna, i sypie się ziemia, Michael ubija łopatą wzgórek. Śpieszy na kryminał do kina, ja się nie śpieszę; podwozi mnie do domu. Maluję potem - tu przerwa w pisaniu na siku w toalecie; wracam a na zeszycie leży 5 marek, ktoś zaprasza na piwo, a nie chce przeszkadzać! - parę godzin w obecności kota, po czym przychodzę tutaj i piszę. Będę się chwilę chwalił. We wtorek spotkałem w ulicy Rumpla, przyszedł na herbatę i oddał mi 20 marek, zaraz też był listonosz z paczką i miałem czym płacić za doręczenie, dzięki wszystkiemu za zbiegi okoliczności! A w paczce kożuszek mój brązowy i fajny koc od siostry, przesłany przez Filipa ze Sztokholmu. Widzisz, z jakim idiotą masz do czynienia? Wziąłem ze sobą w podróż tylko obrazy, żadnych ubrań, pościeli czy garnków. Jakbym się parę razy z głupstw w międzyczasie budził. Ach! dodam jeszcze, w kocim rozgardiaszu Michael pożyczył trzecią stówę bez drgnienia powieką, głodu nie zaznam więc w czasie. Co na to przestrzeń? W pełni księżyca wyje wilk, chudy samotny wilk biega bez przerwy wzdłuż drucianej siatki, wyje w mroku duszy, chroni mnie przed złudami, nie oszukuje samobójstwem. ![]() Piątek to drugi listopad. Po raz ostatni dotknąłem błękitem "Demona", a ponieważ to farby akrylowe, momentalnie schnące, więc od razu werniksowałem, żeby się ustrzec od pokusy dotykania pędzlem raz jeszcze. Zbudowałem piętro nad kuchenną częścią mych posiadłości; rusztowanie było od dawna na miejscu. Pomieściły się zgodnie z przewidywaniami wszystkie obrazy i płótna; na dole przestrzeń do pracy i życia. Skończylem, prawda, że niespodzianie, duży obraz "Poranna piosenka"; wielkie malowane tam usta posypałem puchato barwnymi ostrużynami zeschniętych farb z palety, którą czyszczę i skrobię niekiedy, zachowując resztki w słoikach. Cudny kontrast brutalnej materii olejnej w kontekście jasnych obłoków i gwiazd. W sobotę mnie budzi Michael. - Następny kłopot - mówi, - Ewa chce zabrać kota Humphreya. Zostawia mi klucze od galerii, która nie stanie się moim obiecanym domem; wyjeżdża do Lubeki na 3-dniówkę filmową. Petra przyjedzie tutaj, zaopiekuje się kotem. Poszedłem na targ warzywny jakże krzykliwy i barwny! zakupy, śniadanie - ciekaw jesteś, co? dwa jajka na miękko, chrupki chlebek, papryka i mleko; generalnie sprzątnąłem pracownię, wywalając kozetę na śmietnik, wystarczy mi materac do spania na podłodze, mniej gratów więcej życia. Facio sprzedający jarzyny na markecie krzyczał coś w rodzaju: - Hitlera na nich trzeba, żeby zrobił porządek! - nie wiem, o kogo chodzi, ale zakupy robię raczej u starszego pana opodal; wygląda jak zdrowa pietruszka, żyje daleko w grządkach. Wykąpałem się i posiedziałem w słonecznej alei, po czym zrobiłem obiad -jeszcze ciekawy? ryż gotowany z kukurydzą i grochem! - obiłem płótnem uff trzy blejtramy. Wieczorem są Petra i Christian; pod ich wpływem wziąłem kota Humphrey"a do siebie, w galerii ma zimno, samotnie. ![]() Około północy dzwoniłem z budki w alei do Warszawy; Marek, o którym tak ciepło myślałem, jest ciemnym i zaspanym kątem, w rozmowie z siostrą byłem obcy; no niech tam, i tak ich kocham. Przed chwilą zaś, o trzeciej, skończyłem robotę z obrazem, umyłem zęby i poszedłem spać - ale czyniłem to wszystko solennie, że sen sobie poszedł, zapaliłem więc znowu lampę, by zapisać, co? Parzę sobie kawę, kręcę papierosa. Za dobę Rotraut wróci do Berlina; spędza tydzień w Belgii na psychoterapeutycznym kongresie. Jakie to będzie spotkanie? Jakże smaczna kawa, błogosławiący świetlisty Bach. Dobrze w tej nocnej chwili, bo w godzinę powstał nowy obraz, minimalistyczna "Pełnia", metr trzydzieści na metr. Na surowym płótnie biały okrąg, posypany barwnymi zeskrobkami z palety. Wewnątrz niego jest kropka słońca, pod nim kreska horyzontu. Podstawowe doświadczenie na planecie, wewnątrz świata. Kot Humphrey leży na moich stopach, grzeje mrucząco i sennie, lecą toccaty i fugi Bacha. Siedzę, a dokądś zdążam. |
| Poniedziałek już się zaczyna,
doba przemalowana ze szczętem. Rotraut przyjechała piękna i urzekająca jak
kwiat, czarodziejskim masażem stóp przywróciła mi siły. Kochaliśmy się żarliwie
i tkliwie, po krótkim śnie na mym ramieniu wróciła na górę. Również Rozyna
i Feliks złożyli wizytę, a ponieważ jest Humphrey, było wiele wyszczerzeń
i groźnych podchodów. Nie wiedzą, że mnie jest wszystko jedno. Wszystko.
Jedno. Dobranoc. Wtorek z bólem głowy i rozmywaniem się widzialnego w oczach. Rotraut i spacer w parku pod szklanym hermetycznym kloszem, jeszcze paru gości. Ożywiłem się nieco na temat rozwoju ludzkości; zasadniczo weń wierzę, sam rozwinąłem się znacznie przez te parę wcieleń. Bywam wszakże przekorny, rozumiem także szacownego pana, który twierdzi, że ludzkość się nie rozwija. - Jest parę możliwych punktów widzenia. Nie ma żadnego postępu. Kiedy boli głowa, ludzkość jest w regresie. Dzikus żył w obliczu nieznanego w bojaźni i trwodze; w nic nie wierzył, miał doświadczenie, bóg się pojawiał w każdej błyskawicy. Wiem, jestem dzikus. Popatrz na mass-ludzi, co za ignorancja! świat widzi się uporządkowany mocą zabobonów, wyjaśniony dopóki telewizor działa. Jakże oni wierzą! że ktoś za nich sprawy ostateczne załatwia, bo tak jest zdrowo i naukowo. Popsute automaty stąd dotąd, czasem wierzą w Boga w biblijnym ubranku, zawsze wierzą w elektryczność, nic o niej nie wiedząc. Postęp? ależ współczesny człowiek to fabryka gówna! Zatruwa siebie i planetę, zagraża innym żywym istotom. Pewnie, tylko punt widzenia. Będę optymistą, kiedy się wyśpię. Czwartek o piątej rano; wczoraj czarna rozpacz, wieczorem przesilenie, noc wspaniałej pracy. Pięknie rozwija się oleander, który wziąłem od Rotraut na kurację do siebie; każdy jakoś leczy albo człowieczy jak może. Dramatyczne zajścia w Iranie, ostre walki w Rodezji, co właściwie w Polsce? wieś spokojna? Włączam radio i szukam Warszawy w tęsknocie, aby zaraz dowiedzieć się, że "świnie rosną lepiej, jeśli mają paszę soczystą, dlatego zielonki miesza się z krwią z rzeźni". Zawrotne pląsy ludojadów! Nad moją biedną ojczyzną gwiazdy nieruchome. Pierwszy raz zero stopni, zima jest blisko, podarły mi się ostatnie portki na dupie. Ewa i Michael przyszli na szklaneczkę wina gdy jestem na sennym wymieraniu; znowu są razem i zgodnie; i tak co drugi piątek. Chwała czwartkom! We śnie krzesła opuściły widownię i poszły na poszukiwanie publiczności, zaczepiały każdą dupę namawiając na siad, kopały przechodniów. Rotraut kruszyna pozłocista obudziła mnie pocałunkiem w południe. Zjadłem śniadanie i gościłem Christiana, nie pozwalając mu narzekać, skłaniając do wysłuchania kasety Divine Melody / Boska Melodia, czyli wykładu Bhagawana o miłości. I właśnie umyłem pędzle do czysta. Wszystko jest energoświetlną przestrzenią. Tu i ówdzie w nieodpowiedzialnym ruchu zagęszcza się ona, wyłania świat form i ludzkich kuśpitków. W malarstwie jest przenikanie tego, co uniwersalne, z tym, co subiektywne; rozróżnienie między podmiotem i przedmiotem staje się nieistotne, zanika. W świecie mi się to zdarza z kobietą. W piątek czyli po spaniu robię projekt zaproszeń na wystawę. W
sobotę rano jest zimno jak w syberyjski poniedziałek. Spałem źle albo dobrze. Śniłem znowu chałupkę babci Woźniakowej; krzątała się tam mama, opowiadając że brat Andrzej utracił mieszkanie, bo nie miał stu tysięcy na wpłatę; nic nie wspomniał, mówię, a przecież bym pomógł. Wuj Stanisław przeziębiony, gdyż biegał po śniegu boso do Bełżyc i z powrotem. Patrzyłem na ściany i okienka izby, twierdziłem, że były gdzie indziej. Wuj zachwycał się złocistą barwą światła w izdebce; żartowałem, że powiększy okna i przerobi chatkę na pałac. Wyglądam przez okno a tam Rysiek mój brat cioteczny prowadzi ścieżką konia. Kasztan niesie głowę wysoko, przednie nogi ma przedłużone szczudłami i stąpa niepewnie; wypadek? Inny sen gdzieś w świecie - przerabiałem hangar czy barak na pracownię; pracowałem od dawna; byłem bardzo biedny, dosłownie nic nie miałem, ale wieść się rozeszła i od przyjaciół i znajomych z wielu krajów dostawałem paczki z żywnością i rzeczami. Było tego już tyle, że od dawna przestałem przesyłki otwierać. A tu zjawia się z Polski pan profesor Artur S w ciemnym garniturze wytwornym, jak kiedyś w Sztokholmie, gdy go widziałem maszerując na Gamla Stan łowić ryby, aby zapewnić sobie kolację. Pan Artur jest zakłopotany, gdy otwieram paczkę w jego obecności i widzi, że są w niej trzy zupy w proszku i dwa podkoszulki! Na ścianach wiszą nagie wielkie płótna, pan profesor patrzy z zaciekawieniem wokoło. Słowiańska niemoc z mannej kaszki. Spada ostatni liść jesieni, jest ostry chłód. Mopsożelazny piecyk grzeje bez zarzutu, ale gdy gaśnie ogień jest momentalnie zimno; pod spodem piwnica, z jednej strony mieszkania brama, z drugiej budynek się kończy, drzwi wejściowe na klatkę; sąsiedzi tylko nad sufitem, który 5 metrów w górze. Rozumiesz, czemu zimno? Piecyk elektryczny sprawia, że kran nie zamarza, ale to cała zasługa. Rotraut twierdzi, że zaniedbując sprawy urzędowe poddaję się przypadkowym związkom z łupieżem społecznym prawa i policji; mogą mnie stąd wykopać. Co mówi, mówiąc, że stoję w otwartych drzwiach? W stosunku do niej czuję się sprzeczny wewnętrznie. Niełatwo w towarzystwie Christiana, rozsiewa mocne ciemne wibracje, a jego książka, którą z trudem czytam, zieje zapiekłą urazą, nawet nienawiścią; rozumiem, musi wydalić z siebie jad, ale mnie czytelnikowi niełatwo. |
| z powrotem |
| Sztuki Piękne -
Malarstwo, Grafika, Rysunek, Sztuki cyfrowe, Poezja, Fotografia -
Wiesław Sadurski, polski artysta z Berlina |