CZŁOWIEK OKO, 04

blog 22.07.1978 - 22.07.1979

Wis - Wieslaw Sadurski

Trzynasty wrzesień wieczorem u Christianów. Po śniadaniu chwilę u Michaela, na parterze po drugiej stronie bramy w obszernych pokojach, które chce przerobić na galerię, gdy znajdzie nowe mieszkanie. Czuję, że ten właśnie lokal miał na myśli wiosną, mówiąc o moim przyszłym atelier, wiem także jasno, że dzisiaj to nie jest realistyczne.

Telefon do Waldi w domu, w którym ma zbudować szklany dom, nie! szklany sufit. To nieprzyjemne, zagrał niemowlę wyrzucane z kąpielą nieszczęśnie, bo przez całe życie. Chciał mnie zatrudnić do wylewania metaforycznej kąpieli. Rozmawialiśmy z godzinę, wiele się wyjaśniło w zakresie tzw. kompleksów. Przyjedzie jutro w południe, zabierze swe graty, bo zgromadził tam nielichy śmietnik, pomoże w sprzątaniu. Michael dał mi klucze.
Klucze do nory!

Poszedłem do Dietera, mieszka ładnie w pobliżu na Nehringstrasse. Miłe czasy miałem; Kay z Irlandii opowieści o ludziach z wybrzeży. Poznałem Klausa, telewizyjny kamerzysta mieszka na Kreuzbergu a pracuje w NRD - jaki uczynny człowiek! Zawiózł mnie do siebie, aby obdarować kawałkiem paka.
Potem byłem w "domu", ogoliłem wariata, przebrałem w czyste szmatki i przywiozłem do Christiana, gdzie piszę. Drugim gościem jest Alek, młody filozof ze Śląska, rozmawiają opodal. Christian pyta:
- Czy wchodząc do jakiegoś domu, Wiesławie, zauważasz kwiaty?
- Oczywiście, są żywe jak ludzie.
- Zatem, skoro traktujesz je jako żywe istoty, jak możesz łamać je lub ścinać? Petra jest tak wrażliwa, że kiedy byliśmy w ogrodzie i chciałem zerwać parę róż, powstrzymała mnie mówiąc, że kwiaty płaczą.
- Nie zawsze płaczą - odpowiadam. - Jeśli wiesz, co robisz, jeśli powiesz im, że teraz będą z tobą, nie mają powodu do łez.
I tak dalej przyjaźnie i filozoficznie toczy się rozmowa, kiedy piszę opodal.
Formuje się może wiersz na temat?

Różo, jesteś wolna!

Tak, jesteś wolna, bez formy,
bez imion.

Nie płacz i nie mdlej, że cię łamią.

Przeżywasz w mojej miłości
Wszystko, czym byłaś i czym będziesz.

Raduj się, słonko świeci,
masz jeszcze parę dni
wraz ze mną.

Kończy się piętnasty, zaczyna pełnia księżyca. Ostro pracowałem nad odgruzowaniem nory, gdzie śmierdzi od brudu i zaduchu pokoleń. Spakowałem rzeczy Waldiego do toreb, wywaliłem meble na korytarz i co się dalo do kamery, sprzątałem, szorowałem i myłem. Waldi w ogóle nie przyjechał.

Jestem na podwieczorku w ogrodzie Christianów. W pakamerze znalazłem sztalugi, na których malowałem Czarne Słońce przed dwoma laty, kiedy gościłem u nich po drodze ze Szwecji; także maty ze słomy ryżowej, którymi przykryję straszny buraczkowy dywan. Alek mi podarował samochód Renault 4 z bakiem pełnym benzyny; kupił na wakacje, zwiedził Europę, do Polski zabrać nie może - zbyt wysokie cło. Mam go zarejestrować i ubezpieczyć; postoi, zaczeka?

Z innej jawy wspomnę Ci oleander, który przebywał ze mną w pracowni warszawskiej i zakwitł na pożegnanie przed wyjazdem do Amsterdamu parę wiosen temu. Niebo błękitniało na wschodzie. Maciek siedział wmurowany w ścianę, gruntownie zajęty lawiną sunących przezeń obrazów i czasów, Jan śmiał się i dowcipkował, Andrzej meblował istnienie żartami, obuwał i ubierał krzesło, które następnie uczyliśmy chodzić; na podłodze powstał inny facio złożony z butów, kożucha, szalika i czapki, robiliśmy z nim wywiad na temat przepastnych możliwości twórczych, które nas rozpierały.
Gdy uspokoiło się po wybuchach śmiechu, Andrzej ustawił na stole krzesło i usiadł, aby kontemplować wyłaniającą się w błękitnym brzasku Warszawę i lecące wrony,
ja zaś podszedłem do oleandra, który tak wcześnie, na początku marca, rozwinął swój pierwszy kwiat; mówiłem, że na pożegnanie.
Świeży i delikatny, zwrócony trochę ode mnie w stronę okna. Zapatrzyłem się w jego płatki, komórki, wnikając w różowości i pracę istnienia, która w przestrzeni kwietnej jest samym spełnieniem. Czas się rozciągnął i poszedł sobie, trwałem w medytacji życia jako rozkwitanie, stając się nim, gdy postrzeglem ruch! to kwiat powoli, fascynująco powoli, zwracał się w mą stronę.
Znieruchomiałem, kwiat się poruszał, aż wreszcie popatrzył mi w twarz,
poczułem wonny delikatny powiew, który dotknął mnie i owiewał wiedzącą pieszczotą, pachnący radar.
Takie to było doświadczenie miłosne i świetlne, mistyczne, świadome siebie i czyste bez granic. To bóg! Cierpliwie, powolnie, wspaniale - harmonizował się oto i sam siebie stwarzał - z oleandra, przyjaciół wokoło, mnie, oraz całej reszty.

Po sosnach skacze wiewiórka, na wielkim dębie przede mną ląduje stado gołębi, osa siada na szklance z wodą, wróbel skacze po gałązce i przekrzywiając łebek spogląna na mnie to lewym, to prawym okiem. Gołębie zrywają się znowu do lotu, na sośnie pracowicie kończy dzięcioł swój dzień.
Zmierzcha się. Trzeba wracać do nory i kontynuować roboty, zabierając stąd sztalugi i maty. Czeka tam na mnie Waldi, ubrany w pyszczek steranego szczura, który swoje wie.

Spotkałem dziś paru ludzi,
pierwszy
mówił o bogu spotkanym w nocy nędzy i poniżenia,
drugi
o krzaku róż, który szlochał,
trzeci o nieszczęściu
potrzebnym do przeżywania życia w pełni.

Spotkałem wiewiórkę uważnie patrzącą mi w oczy,
żuka w kolorach czerni i połyskliwego fioletu.

Gdy szedłem ulicą mignęła mi w lustrze twarz
tak natarczywie,
że musiałem znaleźć odpowiedź na nic i na nikogo.

Była też piosenka Marleya, wiersz Rilkego, kłopoty
przyjaciółki, mój okrzyk
zachwytu i płacz
dziecka siedzącego na bruku, obok parkowej ławki.

Wciąż ta sama melodia, a dźwięczy tak zmiennie.


Zmęczony nocą, pełnia się jarzy na niebie, pustka wypełnia duszę. A pisać trzeba, zasrany obowiązek!
Pełnia księżyca przynosi niespodzianki, noc dzisiejsza w nie obfituje nadzwyczaj.
Petra mnie odwoziła wozem - rozbiła głowę o sztalugę. Ledwo zabrałem się do roboty, przyszedł z pijacką awanturą Waldi; chodziło o to, że traktuję go gorzej niż komara! Ośmieliłem się tykać jego brudne rzeczy. Pokazałem, jak troskliwie wszystko spakowane.
Spokój i chłód, wyjaśniałem, że nie robię mu krzywdy, przecież jest mi obojętny, a jeśli coś nie tak - przepraszam pokornie.

Siedziałem na krześle reperując wielką lampę, która posłuży jako górne oświetlenie, a on biegał i mówił, wzbudzając się z pomocą całego swego życia, które bezlitosne. Widziałem to jako grę i mówiłem otwarcie o zgrywie, motanej, aby doświadczyć wielkiego przeżycia, o jego potrzebie poniżenia, i że nie będę uczestniczył w grze.

Nie było kontaktu, miejsce spotkania to nora, teraz w obecności szalejącego szczura! Chciał fizycznego kontaktu, raz i drugi uderzał mnie w ramię, ale na prowokacje nie reagowałem. Chwycił za kołnierz mej dżinsowej bluzy, krzyżując dłonie, i zaczął mnie dusić. Nie reagowałem, z tym światem nie chciałem mieć nic do czynienia. Dusząc uniósł mnie z krzesła, krzycząc coś jeszcze o komarze, i o gównie które zmiecie ze świata. W lewej dłoni wciąż miałem lampę, w prawej duży nóż, którym wkręcałem śrubki! Nie czułem wzburzenia, spokojny w sytuacji, której dalsze ciągi mi się nie podobały - nie rozeznaję się w takich uczuciach, może to pogarda? Walnął mnie mocno w klatkę piersiową powyżej serca, przewróciłem się na kozetę, skoczył na mnie i nadział się twarzą na uderzenie mych stóp, wstrząs, skoczył raz jeszcze, wtedy chwyciłem głowę i unieruchomiłem. Powiedziałem spokojnie: - No, podokazywali chłopcy, a teraz koniec zabawy! - i odepchnąłem silnie.
I już było spokojnie, aż się zadziwiłem! Chodziło o komara sprzed paru dni; wyznanie, że dusił - nie, żeby zabić, lecz mieć ze mną kontakt. Cóż, trudno zaistnieć na jego płaszczyźnie.
Teoretycznie żałuję, że nie pobiłem łobuza - byłoby mu w to graj!
A teraz leżę przy świecy i zeszycie, boli mnie szyja, świta; po awanturze pracowałem godzinami zaciekle, tyle brudów do usunięcia, nie chciałbym poświęcać im życia.
Widzisz, co znaczy być artystą? Jedna noga u boga, druga w gównie po uszy!

Siedemnasty pod znakiem bólu w klatce piersiowej. Wczoraj pokazało uwikłanie w życiu. Dlaczego nie dziabnąłem nożem, nie waliłem w brzuch? zachowałem się jak noga, zatem nie mogłem spać powyżej mej podduszonej szyi, a w każdym oddechu boli mnie klatka piersiowa.
W Kastanii dochodzi północ, dzień przy zakładaniu instalacji elektrycznych i sprzątaniu, unikając w bólu większych wysiłków. Zjadłem dwie wielkie kanapki i popijam piwem. Przyrzekam sobie w przyszłości, jeśli podobna się zdarzy - uderzać pierwszy i łamać, jeśli trzeba. Tak, przyjacielu, dzisiaj daleko do pana Jezusa, a z nieba wiatr wywiał anioły. Dopiję piwo, pójdę, po drodze znajdę parę kwiatów, żeby było z kim mieszkać.

Osiemnasty kończy się u Christianów. Obudziłem się wcześnie w potwornych bólach, na piersi guz, szyja spuchnięta jak słoniowa noga, mówię głębokim basem Armstronga. Zrobiłem zakupy, prawie nie mogłem ich donieść.
Zawiozła mnie Petra popołudniem do Rity lekarki na Mariannenplatz, dostałem proszki, maści i skierowanie do rentgena; ma kosztować stówę, której nie ma.
Wieczorem rozmowy z Christianem na tematy medyczne, jego opowieść o pobytach w szpitalu, łupaniu czaszki i utratach przytomności, a jeszcze o przewidywanym końcu życia we wcieleniu żebraczym.
Ciekawe strofy o egocentryźmie, który winienem w sobie pielęgnować; Christian w nim widzi moją prawdziwą naturę - ale ja pytam, jak widzi, skoro ślepnie ?
Przerwa na dramatyczne wejście Petry pod tytułem: on ciągle pije i pali, naraża zdrowie i życie, potem śpi do południa, wstaje i narzeka, że nie chce żyć dłużej, a ona musi na to pracować zarabiać, ona tego nie może znieść! Czy mówiłem coś autorytatywnym basem o potrzebie akceptacji?
Przykro żyć bez domu. Ale czy ktoś taki jak ja, nasienie gwiazd, człowiek oko - może mieć dom? ojczyznę? Trzeba uczynić domem planetę, życie uczynić ojczyzną.
Ucisk w piersi i głowie; w kraju wielu ludzi, którzy mnie kochają; teraz, gdy wyjechałem, czuję, mówią o mnie, dodają otuchy.
Wierzę: moja prawda niewielka jest potrzebna jak kamień i chmura, trawa albo wspomnienia. Będę podążał z wolą i mocą. Trzeba powołać do istnienia boga, odkryć nowe planety, rozprawić się ostatecznie z nieszczęściem, niesprawiedliwością, niewiedzą.
"Kto ufa własnemu sercu, ten jest głupi", komentuje wzdychanie Salomon 28/26.

Poranek dwudziesty września, zimno, bóle i dół psychiczny, nic do wykonania. A wobec świata trzeba być odważnym i życzliwym.

W parę godzin później jest po rozmowie z Michaelem; otworzył kredyt w Zielonym Palcu, moje rachunki wpisuje się do niebieskiego zeszytu. Pożyczył stówę. Nakarmiłem się zacnie i przyszedłem do Dietera, siedzę w fotelu, przy herbacie piszę.
Międzynarodowe towarzystwo: Nike przyjechała z Amsterdamu tańcząca, napalona jak bączek, opowiadająca o wszystkich freak brothers, których spotkała na szlaku; przemiła Kay, dziewczyna Dietera; Chris z Anglii bezzębny czubeczek nawija o 10-letniej pdróży po świecie; Bob ze Stanów od dwu lat muzykujący w Berlinie; jaka prześliczna Niemka. I jeszcze chłopak w Golden Ham widziany; ma na oku jęczmień, poradziłem pocieranie złotem, oto dostał pierścień prababki Kay, już się może leczyć.
Opowieść o przyjacielu, który okazyjnie kupił autobus, sam nie wiedząc po co. Ktoś doradził mu sprzedaż w Grecji, gdzie można na tym zarobić, ale sprzedaż nie wyszła, pojechał więc do Bagdadu, gdzie interes miał być jeszcze lepszy. Ale bus można sprzedać w Iraku dopiero po miesięcznym pobycie, a jemu zaczęło się śpieszyć - pojechał więc do Maroka i siedzi od półrocza w jakiejś wiosce, nie ma pieniędzy ani ochoty na powrót, w autobusie bawią się dzieci.
Dieter mnie obdarował domowymi butami, które przywiózł z Nepalu: trzcina, tkanina zielona i pink.

Jest poranek 22-go u Christianów; przyjechałem do nich wieczorem i robiłem pranie. Dręczony przez bóle i komary nie mogłem zasnąć o czwartej. A potem rzuciły się na mnie sny.
W pierwszym byłem bezdomnie w mieście krzyżówce Lublina i Amsterdamu, odwiedzałem Carlo w więzieniu, a potem siedziałem na jakimś murze, paliłem fajkę haszyszu, patrzyłem na jadące w dole ulicami czołgi.
Przebudziłem się ze snu ponieważ chodziły po mnie mrówki - w chałupce babci Woźniakowej pachnącej ustawionym pod ścianą tatarakiem, z klepiskiem zamiecionym i posypanym świeżym piaskiem. Wszedł wuj Stanisław, spytałem, czy to normalne, potwierdził:
- Sposobu na nich nie ma i cholernie gryzą, musisz poprosić o nocleg u sąsiadów, albo szukaj innego kąta.
Sięgałem za ucho i zdejmowałem mrówki, upodobały sobie to miejsce, już były następne, uderzałem się po plecach i udach, i byłem znużony.
Przebudziłem się w zielonym pokoiku i wstałem ze swędzącym ciałem, wziąłem prysznic i zebrałem ze sznura w ogrodzie bieliznę, zaczynał padać deszcz, przygotowałem śniadanie, zbudziłem Petrę, żeby nie musiała mnie budzić o ósmej, piję herbatę, notuję, nie rozumiem snów ani jawy.
Czy to bezdomność dyktowała motyw? Mrówki wynalazłem, żeby akceptować łaskotanie kocich sierści w pościeli - zjawisko zracjonalizowałem i nawet polując na mrówki mogłem dalej spać. Charakterystyczne, zauważasz? Sen często zaczyna się od przebudzenia ze snu.

Minęło dwadzieścia godzin, życie się odmienia. Poszła nora do doktora: - Ora et labora!

Rano Petra przywiozła mnie do domu po drodze do szkoły. Rozwiesiłem pranie i w muzyce pospałem, zjadłem drugie śniadanie, obiłem płótnem pokaźny 100 x 120 cm blejtram, i zagruntowałem po raz pierwszy. Niech schnie.
Wyszedłem, szukałem kwiaciarni, ale chyba niedziela, bo wszystko zamknięte; pomyślałem w powrocie, wybrałem obrazek na prezent urodzinowy dla Michaela. Byli Petra i Christian jakoś smutni, urocza dziewczyna bossa Ewa, i jego synowie lat 17 i 19, eleganccy w ostrym konflikcie z ojcem.
Drinki, skręty, w przerwach chodziłem do siebie na szlifowanie płótna papierem ściernym i powtórne gruntowanie, żeby płótno wśród zabawy schło. I wyschło.

Wreszcie malowanie.
Wprawdzie ręka pracuje jak drewniana, ale nic to po przerwie. Zaczynam w kolorach niezdrowych jak moje przygody, zielenie, fiolety, najchłodniejsze róże. Wyłania się twarz jakby widziana z profilu, poniżej głowy ciało przezroczyścieje, robi się z pejzażu. Fajnie jest poczuć charakterystyczny ból mięśni prawej ręki i barku od wielogodyinnego pędzlowania.

Jestem w Zielonym Palcu, zjadłem zupę, piszę i odpoczywam przy kawie, lekko wstawiony - u Michaela przeleciała niejedna flaszka. Dobrze mi wśród świec, luster, starych lamp i muzyki. Zamawiam lampkę wina, jak zaprawa to zaprawa, skoro rachunek zatroszczy się o mnie w przyszłości.
Obrazek, na razie ciemny i groźny, rozświetla mi przecież istnienie. Wracam do gwiezdnego domu. Tęsknię do malowania wielkiego płótna, którego przeczucie miałem na długo przed malarską przygodą. Bohater mego opowiadania, malarz, malował ewolucję. Eksplodująca spirala, centrum w chłodnych bielach, ogromniaste ramiona w czerwieniach, oranżach, żółciach, wyłaniające pejzaże wulkaniczne w ogniu; dalej ramiona spirali robią się zielone i barwne, to światy biologii, lasy, morza i pejzaże; w dalszym ruchu stają się granatowe, fioletowe, migocą światłami cywilizacji, i zanikają w barwach kosmicznej nocy.

Przy barze dwóch chłopców młodziutkich, jaśni, z pierwszym zarostem na twarzy; wszedł stary grubas w zielonym prochowcu, żeby podyskutować. Spojrzałem znowu w chwili gdy grubas trzymał chłopca za kołnierz i walił pięścią w nos: szamotanina, krew, skok Michaela, wyrzucanie grubasa. Już wiem, o co chodzi: my pracowaliśmy na Niemcy w trudzie i znoju, a wy gnojki tylko byście się opierdalali!
Weszła do baru i przyszła do mnie dziewczyna, dotyka, liże, obejmuje, chce się niezwłocznie kochać. Była policja i pogotowie, coś się działo z chłopcem i grubasem, ale jestem zajęty dziewczyną. Poszła po zapałki, wracam do pisania, zmęczyła mnie w parę minut, niechże idzie, gdzie chce.

Spałem długo, obudziłem się w pościeli pachnącej. Jeanne. Moja pierwsza miłość w Berlinie dziwaczna jak wszystko inne, piękna w grozie absurdu.
Po śniadaniu spacer w pałacowym parku. Piękne aleje pełne złotniejących liści, ptaki, wiewiórki przybiegają na cmoknięcie, zatrzymują się w odległości dwu kroków, czekają; jedna zupełnie młoda i pewnie dlatego odważna wspięła się po mych spodniach i bluzie na ramię, gmerała pyszczkiem przy policzku, niestety nie miałem orzeszka, ale ten zapach dzikiego życia z rudej obecności!
Usiadłem nad wodą na trawie, przede mną dokazywały kaczki i łabędzie, gołębie podchodziły blisko, karmiłem je kruszonymi w dłoni żołędziami. Nasyciłem się naturą, spokojem, pachnącym jesiennie powietrzem. Jest ciepło.

Wróciłem do domu - teraz mogę to prawomocnie nazwać? - poczytywałem prozę Christiana z poczucia obowiązku wobec kolegi, bo ciemno tutaj i nudnie, malowałem następnie sprawnie i szybko, aby wieczorem znowu przyjść tutaj i pisać, bo Jeanne mi w głowę wbiła pachnącego ćwieka.
Pisałem, kiedy weszła, podniosłem głowę i nasze oczy spotykają się, zostają ze sobą, gdy podchodzi do mnie, siada na krześle obok i bierze za rękę, aż wreszcie, uśmiechając się, bo lubię się śmiać, mówię do niej:
- Hello!
Śmieje się mówiąc coś po niemiecku, proszę o angielski, reaguje przyciągnięciem mej dłoni na stole, wącha, układa w niej głowę. Patrzę na szyję, włosy rozsypały się na boki i odsłoniły skórę delikatną i jasną. Kładę tam lewą dłoń, jak pięknie, wszystko czego ostatnio dotykałem było szorstkie! Porusza głową, zaczyna pieścić językiem wnętrze mojej dłoni. Podnosi się, piękne oczy, głęboki błękit w blasku źrenic, jeszcze dziecięca zaduma w oprawie powiek, oczy podobne do tych, które już kochalem. Wyciąga rękę by mnie objąć za szyję, cofam się nieco z uśmiechem:
-To nie tak łatwo!
Piękne usta, teraz ją oglądam, lekko spierzchnięte i obrzmiałe, bardzo jasna cera, długie nogi w czarnych dżinsach, granatowa jedwabna bluzeczka naznaczona twardymi wzgórkami piersi i sutków, na tym powiewne kimono z wyspy Bali z kilkoma oszczędnie malowanymi smokami, czarny kapelusik ozdobiony pękiem rudym o tym samym odcieniu co jej puszyste, obficie skręcone włosy. Patrzy na moje usta i wybucha śmiechem, ma nierówne zęby, maleńka skaza na pięknej urodzie jakby mi ją przybliża. Pieści moją rękę, patrzymy sobie w oczy, ciepły dreszcz, delikatne elektryczności owiewają podbrzusze i uda.
- Chcę, żebyś mnie pierdolił, wiesz? - mówi po angielsku i brzmi to nieco brutalnie - jestem szczęśliwa, że ciebie spotkałam, jestem samotna, a to niezdrowe dla kobiety, wiesz? Chcę, żebyś się na mnie położył i mnie pierdolił, chcę mieć cię w sobie głęboko i poczuć, że naprawdę żyję.
- Ale dlaczego ja? - próbuję się migać, albo porozmawiać - w tym mieście milion mężczyzn, którzy ci to chętnie zrobią.
- Bo tak chcę! Ja zawsze robię, co chcę! Czy to złe, jeśli położysz się na mnie i będziesz mnie pierdolił? Jesteś mężczyzną, a ja kobietą - mówi za głośno, trochę to krępujące, jest na ostrym tripie, może pijana; czy jestem na zawołanie? Patrzę w nią, pewnie, że podniecony, ale się trochę cofam. Bierze papierosa, zapala, zapałkę beztrosko rzuca za siebie, bezczelna, piękna, rozkapryszona.
- Jak masz na imię? - pytam.
- Nie mam imienia, jestem kobietą a ty mężczyzną, chcę cię - przyciąga moją dłoń i kładzie na piersi, dłoni podoba się obrzmiały i gorący sutek, jednak ona ściąga dłoń w dół na udo, chce sobie umieścić ją w kroczu! Cofam, patrzymy w oczy, znów głowa na mojej dłoni i wilgoć, do licha, ależ ona płacze!
Idzie do toalety i wraca ze ściągniętymi gniewnie ustami, jakby postanowiła. Zza baru śmieje się do nas Michael i tańczy.
Dopiłem kawę, zamówiłem wino, dziś mogę spokojnie pisać, prawie pusto i nikt nie przeszkadza. Siedzę przy oknie. Wolfgang przynosi wino i mówi, że stukot w barze to drobna bójka między starym i młodym - jak wczoraj. Spogląda na mój zeszyt, odchodzi; wie, że wchodzi do Przekazu ze wszystkim?
A wczoraj?
Pali się papieros i Jeanne mówi swe imię, więc decyduję się; zakładam żakiet i kapelusz, cześć Michaelowi.
- Chodź, Jeanne, idziemy - wychodzi za mną, bierze pod rękę.
- A położysz się na mnie? Będziesz mnie pierdolił?
- Tak, Jeanne, idziemy.
- To dobrze, wiesz? Ja nie mam przyjaciół, znam wielu ludzi, zwą mnie przyjaciółką, ale nieprawda, w Berlinie nie ma się przyjaciół.
Zaczyna padać, Jeanne ma na ręku indiański koc z miękkiej ciepłej tkaniny, owija się weń szczelnie. Dochodzimy do domu, siada na murku pod oknem - ona się stąd nie ruszy, zostaje w deszczu, niech ją deszcz pierdoli.
Rozśmieszam ją, że deszcz zbyt mokry jak na Zeusa, otwieram bramę, jest przy mnie, wchodzimy, zapalam w pokoju świece.
Wymierza powietrzu kopniaki zrzucając w ten sposób buty, ściąga spodnie z majtkami, kładzie się rozrzucając pościel i nogi swobodnie, śmieje się, że patrzę. Rozbieram się i myję w zlewie, ona robi to samo, wpychając pupę pod kran.
Idziemy do łóżka, kut jest z lekka obrzmiały, bierze do ust i pieści, natarczywie spycha mi głowę, więc całuję jej wargi i rozchylam językiem; smakuje jak koza, zwierzę się retorycznie, bo kozy nie smakowałem. Pieścimy się niecierpliwie, jesteśmy nawilżeni, kładę się na niej, wchodzę powoli i mocno do środka, przy każdym poruszeniu krzyczy radośnie, nie bardzo wie, jak to robić? Cieszę się jej radością, walę z całej mocy, orgazm przychodzi nie robiąc krzywdy, a przecież jakoś zły złażę z niej, biorę szklankę wody, pijemy obok siebie w odpoczynku bez słów.
Moje oczy i opuszki palców są zachwycone jej ciałem, ja jakby trochę dalej. Jeanne pieści mnie namiętnie, kochamy się i za drugim razem jest lepiej, bliżej, razem.
Odpoczywamy, szuka papierosów, gdzieś się zapodziały, wypadły na ulicy. Nie wierzy, szuka ich wszędzie, więc zapalam światło, otwiera nawet pudełka z farbami; myję się i ubieram, mam co robić.
Wspaniale mi idzie!
W pierwszych uderzeniach pędzla zmienia się zamysł obrazu, zarysowują się wielkie oczy, wygląda z płótna ochoczo pysk demona. Jeanne się wścieka, jak śmiem zajmować się martwym płótnem, gdy ona tutaj ciepła i żywa! W agresji chce łamać obraz, nie pozwalam, odpycham, jest jej zimno i zaczyna szlochać. Uspakajam, otulam pościelą, wracam do roboty, potrzebuję godzinę, tłumaczę, akryle schną szybko, polewam je wodą na talerzu.
- Boję się - mówi. - Lubię cię, ale ta zielona twarz patrzy na mnie i mówi, Jeanne, idź stąd - głaszczę ją po twarzy i całuję czule, aż przestaje płakać. Biorę pędzel.
- On mówi, Jeanne idź stąd, znajdź swój dom i mężczyznę do kochania, znajdź przyjaciół, gdziekolwiek są.
- Okay, Jeanne - mówię i patrzę jej w oczy. - Idź, słuchaj mego demona, to może twój głos wewnętrzy.
Odprowadzam do bramy, jeszcze wracam po zapomnianą opończę, pocałunki i szloch. Oddala się środkiem alei w stronę pałacu. Wracam, na oknie leży jej śmieszny kapelusik, wieszam go na sztalugach nad głową demona - niechże się ktoś tej nocy ogrzeje. Maluję godzinę albo dwie bez myśli, momentalnie zasypiam.

A teraz dziwnie, zmęczyła się od pisania ręka, piszę dwie godziny, wino kwaśne, w domu czeka demon. Twarz zielona u góry zanikła, łeb umieszczony centralnie jest z rozwianych płomieni, chłodne niebo przeziera przez otwarty pysk. Droga do nieba wiedzie przez pysk demona.

Dzisiaj? Dwudziesty szósty września, dzień w przyśpieszeniu. Maluję ściany i sufit po akcji zbieractwa resztek białej farby wśród znajomych, jest tego sporo puszek i wiader.
Ściany schną, a ja z desek znalezionych w piwnicy robię stolik, półki i rusztowanie regału nad kuchnią - wejdą wysoko wszystkie obrazy; nora robi się jasna, świta nadzieja na życie i malowanie.
Jeszcze chwila, a będzie tu pałac!

Wizyta w galerii, która i dziś zamknięta, na wieki wieków, już więcej nie pójdę; wizyta u Rumpla i szybka butelka czerwonego wina z Richardem. Po drodze widzę Michaela, zaprasza na obiad, jedziemy we troje z Ewą; miłe, że między nimi znowu miłość. Zasypiam.

Kolejny dzień
to zajęcia robocze. I wizyta Henryka. Znamy się jeszcze ze studiów, czyli lat dwadzieścia, widzieliśmy się pięć lat temu w Sztokholmie; posługuje się wiedzą przedustawną, co trochę krępuje; jego fascynacje teatralne niosą dobre wieści.

Wieczór u Christianów. Zmęczony jak dziki osioł, a tańczę jak chwat! Heniek kracze, przepowiadając mi ciężką zimę w Berlinie; ach, częste są niespodzianki, zapadnie losu nieobce. Jeszcze nigdy tak nie było, żeby to jakoś nie było. Przetrwam z nadzieją, że wiosna gdzie indziej.

Kwiaty są tak zajęte
przekwitaniem,
że nie zostaje już miejsca
na lato.

Jesienne słońce złoci mnie szczęśliwie,
gdy nie ma śmierci.


Znalazłem parę doniczek, kwiaty wykopałem bezczelnie z ogrodu przy metrze; prawda, kradnę, ale mróz je zwarzy za chwilę, a mnie jest z kim mieszkać.

Lubię Demona i jego zmienność. Łeb robi się solidny w kolorach, ale zupełnie powietrzny i przezroczysty; wszystko jest przestrzenią.
Martwi mnie nieco, Przyjacielu, że przyjaciel twego przyjaciela, czyli mój mały - jest jakby spuchnięty, rozdrażniony. Czyżby miła zostawiła coś jeszcze poza kapeluszem?

Dwudziesty ósmy w intensywnej pracy, już trzeci raz zamalowuję sufit i drugi raz ściany, żeby rozbielić zacieki przeszłości. Około północy stałem jeszcze na drabinie kończąc robotę, gdy usłyszałem pukanie w szybę albo poczułem, że na mnie patrzy. Pomyślałem:
- Jaka ona dziś brzydka - z zawodem, bo wczoraj... wiesz, że w głowinie miesza się i myli.
Tak poznałem Rotraut. Rozmawialiśmy chwilę, stojąc po przeciwnych stronach okna, wreszcie powiedziałem:
- Wiesz co? Wskakuj do środka, mam tu flaszkę wina.
Wypiliśmy tę flaszkę i gadali do świtu, ciesząc się ze spotkania.

29-ty wrzesień, na cześć tej daty szorowałem dziś okna i wielkie drzwi, po czym pomalowałem dwukrotnie białym lakierem. Jeszcze mozolne mycie szafki w ścianie z pokładów brudu i tłuszczu, malowanie na biało. Tuż przed szóstą zakupy, mycie się, i wieczór z Rotraut w Cafe Einstein: trójka tancerzy ze Stanów w dramatyczno-lirycznych wygibach. Obok Rotraut jestem nieco skrępowany, jakbym miał zacząć nowy rozdział w pisaniu do Ciebie, a czegoś nie wiedział.
Po spektaklu Zielony Palec, tam ją mogę zaprosić na wino, gdzie mam kredyt - a zaraz jest Richard mnie poszukujący. Gdyż poszukuje mnie policja, gdyż szuka Urząd Celny, gdyż... A kysz! A kysz!
Więc lampka wina jedna i druga, potem jeszcze jedna, bo okazuje się, że jesteśmy na jej urodzinach. Z okazji całuje mnie zdecydowanie, do czego Ci to przyrównam? Pewnie tak czuł się Jonasz, gdy go całował wieloryb!
Poszliśmy w stronę domu objęci, Rotraut mieszka na ostatnim piętrze, ja na parterze, może się zrobić z tego domu sandwich!
W bramie całuję ją w policzek i mówię: - A teraz miła miło zaśnie, ja jeszcze nie jestem dla ciebie gotowy. - jakkolwiek dwuznacznie to brzmi, bo dzisiaj jestem pewien, że mój mały chce pana doktora.

A teraz przed snem wiadomość od Gurdijeffa, jako że czytam czasami coś budującego: nie wyrażać negatywnych przeżyć, pozbawić takie uczucia możliwości ekspresji. Okazyjna zaduma, przecież Rumpel niedawno mówił to samo. Jeszcze od Heraklita:

Droga w dół i w górę jest jedna.

Harmonia ukryta wyższa jest od widocznej.

Złymi świadkami są oczy i uszy ludziom, którzy mają dusze barbarzyńców
.

Kolejny dzień przepracowany w atelier. Czujesz, jaki awans społeczny ma nora? Dzisiaj jest jako atelier! Przecież myję bez przerwy i czyszczę!
Wieczorem u Christianów, bo nasza młoda przyjaciółka Monika w drodze do Paryża przywiozła mi paczuszkę z bielizną od siostry, której za to chwała, i węzełek z trawą od łaskawej bozi, której za to wieczność!
Wróciłem w dom o półbocy i malowałem ściany do świtu.
Rano zbudziła mnie Rotraut na jaśminową herbatę przy trociczkach i płomyku świecy. Wciąż leżę w łóżku, ciesząc się wytchnieniem. Piękny dzień za oknem, cudownie złoto-jesienny. W atelier kompletnie jasno, wszystko przemalowane na biało. Każda rzecz, kwiat czy obraz jest w bieli kolorowym stworzeniem.

Jaki to dzisiaj dzień? Szeroko otwarte okno, pachną farby. To zapewne niedziela, czuję jak Bóg odpoczywa.
Byłem godzinę na górze u Rotraut, mieszka bardzo pięknie; dostała w upominku urodzinowym najjaśniejszą z grafik. Teraz pora na długi spacer między drzewa i liście.

Wtorek zabawnie w poczekalni lekarza chorób wenerycznych, wśród wielu oczekujących, żartów lub stressu, jak u prześlicznej dziewczyny o brązowej skórze, azjatyckiej buzi. Korzystam z wolnej chwili i piszę do Ciebie.

W niedzielę miałem party na otwarcie pracowni. Rotraut zrobiła jedzenie na porcelanie i srebrach, Michael dwie flaszki, ja jedną. Śmieszny podział kastowy: Rotraut, Monika i ja siedzimy na poduszkach nisko, zaś Ewa i Petra, Christian i Michael - ciut sztywno na kanapie. Ludzie z różnych światów nieprzypadkowo spotkani, bo po to, abyś mógł ich poznać.
Niech Ci się nie zdaje, że mówię ludziom o Przekazie i kosmicznej sondzie - Rotraut jest psychoterapeutką, ma dość ludzkiego wariactwa.

Ma dwie twarze, jedna radosna a druga natchniona. Gdy jest wzruszona, rozgrzana uczuciem, buzia robi się uduchowiona i piękna. Jak matka boska, skojarzenie trzeba zanotować. Mój boże, gdzie ja to piszę, gdzie matkę wprowadzam!

Wczoraj malowałem Demona, z przerwą na zawiezienie Petry do szpitala, gdzie wytną migdałki.
Wieczorem odwiedza mnie Rotraut, a wkrótce też Monika z dwojgiem Niemców: ona milcząca ponura i brzydka jak noc, on po szkole filmowej w Paryżu chce coś robić w Berlinie, jakoś spięty, może tak działa na ludzi moja bezpośredniość?
Jeszcze pukanie do okna, Richard z flaszką Martini i opowieściami. Po północy wszyscy poszli, malowałem do czwartej, o dziewiątej wstałem na śniadanie i prysznic, po czym przyszedłem tutaj, gdzie na tablicy świetlnej zaraz będzie mój numer.

Piątek szósty października
zaczyna się po północy, ale oto weszła Rotraut, znów nie mogę pisać.

Po nocnych rozmowach i pocałunkach poszedłem o świcie na spacer, zbierałem bukiet łąkowych kwiatów. Spałem trachę na jawie, przed południem biegłem dzielnie do metra, aby odwiedzić policję, bowiem już trzeba przedłużać wizę; spotkałem na ulicy Dietera, naprawiał białego Jaguara; orzekł, że to za późno na policję.

Zrobiłem więc drobne zakupy, po drodze spotkałem Christiana; sam już nie może prowadzić, więc go zawiozlem do Rity; udziela jej synkowi lekcji gry na fortepianie. Rita jest lekarką, zadbała o mnie po wypadku z Waldim. Przed trzema laty miałem w Berlinie wystawę, ona była pierwszą osobą, która kupiła obrazek.
Mieliśmy właśnie herbatę i ciastko, za ścianą dźwięczy fortepian, chwila wytchnienia w pięknym jasnym domu.
Widać w zapiskach, że mam wiele pośpiechu i zauroczeń, a mało czasu?
Jeszcze nie skończyłem Demona, maluję drugi obraz, wczoraj malowałem też "Otwarte wybrzeża", które się otwierają od kwietnia.
Problemy z policją i Urzędem Celnym; zaniosłem dokumenty do Urzędu Sztuki, niech się dzieje wola nieba.
Po wizycie wtorkowej u lekarza nie miałem pieniędzy na zakup leków, a okazało się, że na kucie grzybki, poszedłem więc do Michaela po następną stówę; dostałem opakowaną w poniżające komentarze, zazdrości mi Jeanne szczerze.
Jest przed mym oknem ogród wynędzniały usychający; w chwili rozterki znalazłem w podwórku gumowy wąż, założyłem na kran z wodą, rozwinąłem na całą długość i zacząłem podlewać. Jakże nakrzyczała na mnie pani dozorczyni Pett, staruszeńka biała. Jeszcze i to!

Przyjacielu mój i zeszycie żółty, poświęcam Ci mniej czasu, nawet zaniedbuję. Co jest powodem trzęsiączki na początku dnia i tygodnia, dziewiątego października.
Sobota: malowałem lecąc na płatku śniegu, Richard i Rumpel przyszli z dziewczynami, potem Rotraut z przyjaciółką Mane, pojechaliśmy we troje na przyjęcie u Krystiana.
Ciekawe środowisko, elegancki świat, młodzi ludzie prowadzą rozmaite terapie, medytacje, czynnie w psychoterapiach uczestniczą. Okazy zdrowia!
Z czego oni wszyscy się leczą, pyta we mnie głupek niby ironicznie, mój pierdolec zdaje się w tym ludzkim kontekście apokaliptyczny. Słabo rozwinięty drugi czakram, orzeka Rose.
Wróciliśmy do domu wieczorem, malowałem zaciekle do świtu. Tylko przed sztalugą nic nie ogranicza.

Po takiej sobocie żadnego przebaczenia w niedzielę, chłodno w kokonie ze szkła. Jest przezroczysty i niezauważalny, izolacja szczelna.
Odwiedziłem Petrę w szpitalu, czuje się dobrze po zabiegu; wykonałem nieudany spacer po parku z Christianem i Rotraut, tam nastąpiło nieudane spotkanie z Michaelem i Ewą; kiedy jestem w naturze z ludźmi, nie jestem z naturą.
Udany obiad u Rotraut.

Jest taki rodzaj medytacji aktywnej: dwie osoby patrzą sobie w oczy bez mrugania powiekami w relaksie, godzinę. Znasz? Patrzę Ci w oczy i po jakimś czasie Twoja twarz się zmienia, jest zupełnie inna! Parę razy w trakcie jednej sesji. Na tripie lsd-owskim takie dzianie się ma pełną intensywność, widzimy nie tylko różne twarze, poznajemy wzajemnie nasze inkarnacje.
Rotraut nie używa żadnych narcotico, nasza sesja jest trzeźwa. Widzi we mnie starego indianina, wojownika pokrytego bliznami, i matkę.
Widzę w niej piękną szesnastoletnią, bladą bezwzględną staruchę, a potem demon, jakby tybetański, szczerzy kły w uśmiechu.
Przyciągająca i odpychająca zarazem, może to pojmę? Pieszczoty intensywne, ale się nie kochamy, przecież się leczę z poprzedniej miłości.
Jej koty Rozyna i Feliks czarnobiałe, prawie jaśniepaństwo. Piękne jesienne słoneczności, dobrze jest oddychać. Dzień czuwa w znaku samotności.

Dziesiąty, południe, złocista pogoda; siedzę w słońcu pośrodku lipowej alei naprzeciw mego okna, padają liście, zachwycająco ciepło. Lewa scianaMoja pracownia już piękna, choć tak maleńka! Biel ścian i zieleń roślin, poza tym tylko obrazy, a zaproszone dziś do środka światło zrobione jest ze złotej ochry i łaski pańskiej.

Berlin się teraz żółci, różowi i perli.
Obok mnie na ławce siadają dwie kobiety z Azji, ładnie pachną, są chłopskie, czyste i przaśne. Spogląda mi w oczy i zeszyt turecka babcia, obok kwoczy się jej obszerna córka, wokoło biega czwórka czarnookich kogutków.
Przechodzi Rotraut, zostawiając mi pocałunek. Do pracowni zagląda wiele osób, przepał jak w Warszawie. Fajne włoskie chłopaki, obieżyświat z Kolumbii, czarny fotoreporter z Australii strzela setkę zdjęć; są także sąsiedzi, zaciekawieni malarzem, okazujący sympatię. Najlepiej korzystają z mego pobytu koty Feliks i Rozyna - zbiegają z trzeciego piętra, są chwilę w pokoju, aby przywitać, powąchać, a potem idą przez okno na nocne podchody w ogrodzie i alei.

Oświecony przez błyskawicę.

Złote światło jesiennej burzy,
szelesty płowe
liści i pocałunków,
blask
rozciągły w przeszłe i przyszłe,

Po północy, przed pełnią, niedziela. Seks nas nie zbliża, ani nie oddala, może z nami pobyć? Christian zrobił mi tzw. rybkę, czyli dosłowny przekład wierszy na niemiecki, teraz z Rotraut pracujemy nad właściwym przekładem. Poza tym trzy doby malowania. Nowy obraz. Maluję otchłań.

Oświecony przez błyskawicę,
złączony z niebem i ziemią
w błysku.

Wolny - od,
swobodny - do,
rozwiany, bezforemny, pusty,

bez celu, bez pamięci,
roztopiony w świetle,

które jest miejscem na człowieka.


Osiemnasty październik. A co maluję? Stary obraz, już rok mnie świruje, nazywa się "Miejsce na człowieka"; w promienistej przestrzeni zieje chłodna granatowa niemal czarna dziura. W błękitach otchłani pojawia się twarz, a zdawało się, że będzie abstrakcyjnie i prosto.
Polak papieżem, to wzrusza, ale na łono kościoła nie przywraca, jego historia straszna jak historia człowieczeństwa, me doświadczenie osobiste ją tylko potwierdza. Cieszę się wszakże bez opamiętania - radością rodziców, przyjaciół, Polaków. Dla nich największe święto.

Rzadziej pobywam z Tobą, oto już dwudziesty.
A co że co? Co mnie rzeczywistości pisanej przywraca? To cielesne zbliżenie ma taki czarujący wpływ; nie wyrażać, prawda, Herr Gurdijeff? negatywności,
wystarczy
suchy opis wilgotnych faktów.
Miło nam tego wieczora; idziemy do niej na górę, biorę prysznic, czekam nagi w łóżku. Przychodzi pachnąca po kąpieli w pocałunki, pieszczoty; jest soczyście i dobrze, wchodzę w nią głęboko. I oto miła zaczyna szalenie oddychać, sztywnieje ekstatycznie w fontannach okrzyków i potu, jakże jej sprostać zabawą, spazmem?
Odechciewa mi się w sekundę, ukośnym lotem szybuję z przeciążeniem pięciu g. sterując w prawo, w spodnie i ubranie, a w ubraniu na parter. W bramie przechodzi Michael; szybka fajka, kawałek afgana na dalszy ciąg. Mój jasny pokój, w którym żadnych czarów, chłodna bestia. Sniff krótki, czyli płatek śniegu na słoneczną jesień, już jestem nietykalny dla zmęczenia, samowzbudny bałwan. W miłosnym przepychu farb i pędzli. Ona? samotna na wybrzeżu ekstazy.

Jaki to dzień? Wiem, że słoneczny - i cały za oknem.
Maluję od dawna, półtorej doby z dwugodzinną przerwą. Boli podstawa kręgosłupa; kiedy poruszam się szybko, ból zagęszcza przestrzeń i zmienia ją w blask. Poruszam się powoli, to jedyny dzień.

Jeszcze parę godzin i skończę ten obraz, który nazywa się Nic, chociaż to może za dużo powiedziane. Bez przerwy sterują mnie z radia muzyki, było już prawie wszystko, co kocham.
Bestia rozszarpała ciut gardło; prawda, że nie sarence? teraz cwałuje w czas.
Będą się malować przestrzenie gwiezdne, gdzie tam i ówdzie wybucha światło twórcze.

Dlaczego się tak zmęczyłem? Aby się zmienić. Ciśnienie tak wielkie, że forma rozwala się, uwalniając boleśnie i twórczo. Chwała piątkom! Okay, sobotom też.

Godzina druga na niebie
, trzy godziny spałem. Przyszedł Michael z listonoszem; paczuszka od kolegi artysty: świeca już pali się na stole, werniksy i nieco hopsa, czyli dobrej trawy. Chwała przyjaźni troskliwej!
Obraz bywa piękny niejako po drodze. On chce być tylko prawdziwy.

Jaki gwałtowny wiatr tej jesieni!

strąca
ostatnie liście,

porywa
ostatnie myśli.

Dzisiaj nie interesuje mnie pytanie, jak żyć. Interesująca jest tylko odpowiedź na Wszystko. Obudziłem się w teraz, cicha noc, jakaś godzina? Parzę kawę, znoszę na stół dwa jajka na miękko i chleb z cebulą.

Ten obraz przeszedł swoją ewolucję. Próbował różnych możliwości. Oto jest. Znaczy - osiągnął wewnętrzną spójność, stał się bytem samoistnym i samoświetlnym w tym szczególnym przypadku. Jest wolny ode mnie.
Istota obrazu? jest uczestnictwem w duchowości świata.
Prawda dziś trzyma uniwersum w jedni.

Spotkałem grzecznie Rotraut i poszliśmy na zielony targ po zakupy. Miała sny straszne po naszym erotycznym zajściu.
Dobrze, że speed się kończy, walnąłem w tym roku paręnaście razy; jest tylko jedna doza, zatrzymam na wernisaż, jeśli do takiego dojdzie; bo nic w tym kierunku nie robię.

Zimno, włączyłem elektryczny piecyk typu smok; rachunek może być kosmiczny. Ale wiesz, byłem wcześnie elektrykiem!
Odkręcam uważnie śruby na liczniku, badam instalację; zakładam gumowe rękawice, nożem ściągam izolację z kabli, podłączam druty do tych doprowadzających prąd do licznika; gotowe.
Jeszcze mały pędzelek - nie do malowania przecie! - nabieram nań kurzu z kąta skrzynki i pokrywam uważnie miejsce operacji; wygląda nie dotykane przez dziesięciolecie. Piecyk elektryczny stawiam na kamiennej płycie na wypadek silnego rozgrzania; może pracować spokojnie całą zimę. Się gorszysz? a byłeś biedny?

Spoglądam w ten zeszyt do tyłu w czasie. Przeglądam się jak w lustrze. Tyle, że widok faluje, jakbym patrzył przez płomień; może to faluje woda w mirażu dla spragnionego?

Nie wiem, który to dzisiaj i nic mi do tego,
zbliża się jakaś północ.

To śliczna droga - płonąć,
widzieć w zdarzeniach
nauczyciela,
nie akceptować go bezstronnie.
Dwudziesty dziewiąty październik, data na kwicie, więc wiem; kupiłem i dźwigałem brykiety węglowe; jeszcze jedno obciążenie, jak temu podołać? Ale piec grzeje, dom ciepły, mimo, że lata świetlne dzielą mnie od domu.
O, kiedy Pan Budda mnie wreszcie obuddzi?

Umarł Louis, kot Michaela, z tej okazji przyszedłem do Zielonego Palca, aby napić się piwa i pisać; w domu atmosfera dla słów niełaskawa, kolory skaczą do oczu a zapach terpentyn i oleju w nozdrza. We mnie umiera Louis wciąż jeszcze.
Ale spokojnie! - od wczoraj pisząc, beznamiętnie, bo droga wyboista.
Wczoraj z Christianem, który łaskawie towarzyszy mi jako tłumacz, w galerii o drugiej, Berta ni śladu. Telefonuję, a on wyjaśnia, że czekał na mnie w czwartek, pomylił dnie tygodnia mówiąc po angielsku, umawiamy się jutro w ratuszu.

Żeby stress mnie nie kąsał maluję dzień cały, wieczorem siadam w fotelu z pędzlem i paletą w dłoni, aby popatrzeć na obraz, zasypiam. O brzasku przemarznięty do szpiku kości owijam się w koc, śpię dalej jako zimny kamyk.

Rano, och! budzenie Michaela, toż to cała wyprawa! jazda po Christiana, wreszcie osiągamy ratusz z półgodzinnym spóźnieniem. Bert jest w akcji noszenia obrazów, ma wyraźne pretensje, czekamy bitą godzinę. Ustalamy termin wystawy na 29 listopada. Drukuje się tylko zaproszenie, pod koniec roku Urząd nie ma pieniędzy.
Jestem po fakcie spięty, głupio obciążać nieznanego człowieka moimi sprawami, nawet w imię sztuki.

Kawa i relaks z Christianem, który dzisiaj jasny aż miło, u Michaela. Otworzył drzwi, wypuścił koty do ogrodu. Poskarżył się - uważaj! - że nie wie, co z nimi zrobić. Przeprowadza się właśnie do nowego mieszkania, nie może ich tam zabrać, bo podrapią meble. Są teraz same w tej pustej galerii, nie może w niej nic zrobić, podrapią mu klientów. Że takie bestie! Najlepiej by zrobiły, gdyby się zgubiły.
Straszna moc życzeń!
Po kawie poszedłem do malowania, kot Louis przyszedł z wizytą przez otwarte okno, zna drogę dobrze. Był niespokojny, miauczał, ocierał się o mnie, zaciekle polował na komary i wszystko ruchome; głaskałem go i coś mówiłem, chcą się go pozbyć, zwykła między ludźmi rzecz. Czasami.
Rozważałem nawet, czy może zostać ze mną, ale zobaczyłem, że sierść jest już na palecie i płótnie - jakby nie dość było, co strzępi się z pędzla.
Widziałem go jeszcze i słyszałem miauczącego pod drzwiami galerii. Malowałem dość długo, gdy przyszedł Michael, zabębnił palcami o okno.
- Wiesz, co się stało? Louis umiera.
- Gdzie?
- Tam na ulicy za czerwonym Oplem; możesz go wziąć? proszę, bo ja nie mogę, on jest taki wielki.
Oczywiście, ja mogę wszystko, zwłaszcza dla kolegi. Powstrzymuje mnie jeszcze, najpierw do piwnicy, tak! znajdujemy pudło tekturowe, tak, chyba się zmieści. Idę sam na ulicę; jest wielki, gdy go nie ma, przetrącony kręgosłup, już stygnie; wrzucam do pudła, idź Louis, jesteś wolny, z królestwa niebieskiego cię nikt nie wypędzi. Niosę pudło. Michael pojawia się z rolką taśmy, tak praktycznie, oklejam pudło na krzyż, i dopiero teraz ośmiela się go dotknąć, okleja pudło jeszcze osiem razy, nie żałując robocie serca ani taśmy! Żeby kot nie wylazł?
- Co teraz? - Michael ma w oczach ciepły blask. - Napijemy się wódki.
Dobrze, mogę się napić wódki, zwłaszcza dla kolegi, wziąć cjanek potasu, zakopać kota, zakopać! A gdzie? W ogrodzie Christianów pod wielkim dębem. Wracam do siebie i gaszę światła. Czeka, nie chce już dotknąć pudła, wkładam je do wozu, jedziemy.
- Louis zawsze miauczał jadąc samochodem.
- A teraz jest zupełnie spokojny.

Otwiera nam Christian przebrany za szpiega w wielkie łapcie i uszatą syberyjską czapę - skąd? Oto dzisiejsza przygoda: ktoś miał dla Petry propozycję współpracy, oferując duże pieniądze i ułatwienia w wyjeździe jej rodziców z NRD w zamian za zupełnie niewinne informacje, ot, tytuły książek w amerykańskiej bibliotece. Ktoś zamawiał francuski koniak, mówił po rosyjsku, śmiał się z pogróżek niemiecką policją. Fajnie, jak na koniokrada.

Łopata i do ogrodu, między czarne drzewa. Michael sapiąc wykopuje dół, przyglądamy się powinności w milczeniu, umieszczam pudło w wądole, myśl pożegnalna, i sypie się ziemia, Michael ubija łopatą wzgórek. Śpieszy na kryminał do kina, ja się nie śpieszę; podwozi mnie do domu.
Maluję potem
- tu przerwa w pisaniu na siku w toalecie; wracam a na zeszycie leży 5 marek, ktoś zaprasza na piwo, a nie chce przeszkadzać! -
parę godzin w obecności kota, po czym przychodzę tutaj i piszę. Będę się chwilę chwalił.
We wtorek spotkałem w ulicy Rumpla, przyszedł na herbatę i oddał mi 20 marek, zaraz też był listonosz z paczką i miałem czym płacić za doręczenie, dzięki wszystkiemu za zbiegi okoliczności! A w paczce kożuszek mój brązowy i fajny koc od siostry, przesłany przez Filipa ze Sztokholmu. Widzisz, z jakim idiotą masz do czynienia? Wziąłem ze sobą w podróż tylko obrazy, żadnych ubrań, pościeli czy garnków. Jakbym się parę razy z głupstw w międzyczasie budził.

Ach! dodam jeszcze, w kocim rozgardiaszu Michael pożyczył trzecią stówę bez drgnienia powieką, głodu nie zaznam więc w czasie. Co na to przestrzeń?

W pełni księżyca wyje wilk,

chudy
samotny wilk
biega bez przerwy
wzdłuż drucianej siatki,

wyje
w mroku duszy,

chroni mnie przed złudami,

nie oszukuje samobójstwem.

Demon, obraz akrylowy, Wieslaw Sadurski
Piątek to drugi listopad. Po raz ostatni dotknąłem błękitem "Demona", a ponieważ to farby akrylowe, momentalnie schnące, więc od razu werniksowałem, żeby się ustrzec od pokusy dotykania pędzlem raz jeszcze.

Zbudowałem piętro nad kuchenną częścią mych posiadłości; rusztowanie było od dawna na miejscu. Pomieściły się zgodnie z przewidywaniami wszystkie obrazy i płótna; na dole przestrzeń do pracy i życia.

Skończylem, prawda, że niespodzianie, duży obraz "Poranna piosenka"; wielkie malowane tam usta posypałem puchato barwnymi ostrużynami zeschniętych farb z palety, którą czyszczę i skrobię niekiedy, zachowując resztki w słoikach. Cudny kontrast brutalnej materii olejnej w kontekście jasnych obłoków i gwiazd.

W sobotę mnie budzi Michael. - Następny kłopot - mówi, - Ewa chce zabrać kota Humphreya.
Zostawia mi klucze od galerii, która nie stanie się moim obiecanym domem; wyjeżdża do Lubeki na 3-dniówkę filmową. Petra przyjedzie tutaj, zaopiekuje się kotem.
Poszedłem na targ warzywny jakże krzykliwy i barwny! zakupy, śniadanie - ciekaw jesteś, co? dwa jajka na miękko, chrupki chlebek, papryka i mleko; generalnie sprzątnąłem pracownię, wywalając kozetę na śmietnik, wystarczy mi materac do spania na podłodze, mniej gratów więcej życia. Facio sprzedający jarzyny na markecie krzyczał coś w rodzaju:
- Hitlera na nich trzeba, żeby zrobił porządek! - nie wiem, o kogo chodzi, ale zakupy robię raczej u starszego pana opodal; wygląda jak zdrowa pietruszka, żyje daleko w grządkach.
Wykąpałem się i posiedziałem w słonecznej alei, po czym zrobiłem obiad -jeszcze ciekawy? ryż gotowany z kukurydzą i grochem! - obiłem płótnem uff trzy blejtramy. Wieczorem są Petra i Christian; pod ich wpływem wziąłem kota Humphrey"a do siebie, w galerii ma zimno, samotnie.
Wieslaw
Około północy dzwoniłem z budki w alei do Warszawy; Marek, o którym tak ciepło myślałem, jest ciemnym i zaspanym kątem, w rozmowie z siostrą byłem obcy; no niech tam, i tak ich kocham.
Przed chwilą zaś, o trzeciej, skończyłem robotę z obrazem, umyłem zęby i poszedłem spać - ale czyniłem to wszystko solennie, że sen sobie poszedł, zapaliłem więc znowu lampę, by zapisać, co?
Parzę sobie kawę, kręcę papierosa.
Za dobę Rotraut wróci do Berlina; spędza tydzień w Belgii na psychoterapeutycznym kongresie. Jakie to będzie spotkanie?
Jakże smaczna kawa, błogosławiący świetlisty Bach. Dobrze w tej nocnej chwili, bo w godzinę powstał nowy obraz, minimalistyczna "Pełnia", metr trzydzieści na metr. Na surowym płótnie biały okrąg, posypany barwnymi zeskrobkami z palety. Wewnątrz niego jest kropka słońca, pod nim kreska horyzontu. Podstawowe doświadczenie na planecie, wewnątrz świata.
Kot Humphrey leży na moich stopach, grzeje mrucząco i sennie, lecą toccaty i fugi Bacha.
Siedzę, a dokądś zdążam.
Poniedziałek już się zaczyna, doba przemalowana ze szczętem. Rotraut przyjechała piękna i urzekająca jak kwiat, czarodziejskim masażem stóp przywróciła mi siły. Kochaliśmy się żarliwie i tkliwie, po krótkim śnie na mym ramieniu wróciła na górę. Również Rozyna i Feliks złożyli wizytę, a ponieważ jest Humphrey, było wiele wyszczerzeń i groźnych podchodów. Nie wiedzą, że mnie jest wszystko jedno. Wszystko. Jedno. Dobranoc.

Wtorek z bólem głowy i rozmywaniem się widzialnego w oczach. Rotraut i spacer w parku pod szklanym hermetycznym kloszem, jeszcze paru gości. Ożywiłem się nieco na temat rozwoju ludzkości; zasadniczo weń wierzę, sam rozwinąłem się znacznie przez te parę wcieleń.
Bywam wszakże przekorny, rozumiem także szacownego pana, który twierdzi, że ludzkość się nie rozwija.
- Jest parę możliwych punktów widzenia. Nie ma żadnego postępu. Kiedy boli głowa, ludzkość jest w regresie. Dzikus żył w obliczu nieznanego w bojaźni i trwodze; w nic nie wierzył, miał doświadczenie, bóg się pojawiał w każdej błyskawicy. Wiem, jestem dzikus. Popatrz na mass-ludzi, co za ignorancja! świat widzi się uporządkowany mocą zabobonów, wyjaśniony dopóki telewizor działa. Jakże oni wierzą! że ktoś za nich sprawy ostateczne załatwia, bo tak jest zdrowo i naukowo. Popsute automaty stąd dotąd, czasem wierzą w Boga w biblijnym ubranku, zawsze wierzą w elektryczność, nic o niej nie wiedząc. Postęp? ależ współczesny człowiek to fabryka gówna! Zatruwa siebie i planetę, zagraża innym żywym istotom.
Pewnie, tylko punt widzenia. Będę optymistą, kiedy się wyśpię.

Czwartek o piątej rano; wczoraj czarna rozpacz, wieczorem przesilenie, noc wspaniałej pracy.
Pięknie rozwija się oleander, który wziąłem od Rotraut na kurację do siebie; każdy jakoś leczy albo człowieczy jak może.

Dramatyczne zajścia w Iranie, ostre walki w Rodezji, co właściwie w Polsce? wieś spokojna?
Włączam radio i szukam Warszawy w tęsknocie, aby zaraz dowiedzieć się, że "świnie rosną lepiej, jeśli mają paszę soczystą, dlatego zielonki miesza się z krwią z rzeźni". Zawrotne pląsy ludojadów!

Nad moją biedną
ojczyzną
gwiazdy
nieruchome.

Pierwszy raz zero stopni, zima jest blisko, podarły mi się ostatnie portki na dupie.

Ewa i Michael przyszli na szklaneczkę wina gdy jestem na sennym wymieraniu; znowu są razem i zgodnie; i tak co drugi piątek. Chwała czwartkom!

We śnie krzesła opuściły widownię i poszły na poszukiwanie publiczności, zaczepiały każdą dupę namawiając na siad, kopały przechodniów.

Rotraut kruszyna pozłocista obudziła mnie pocałunkiem w południe. Zjadłem śniadanie i gościłem Christiana, nie pozwalając mu narzekać, skłaniając do wysłuchania kasety Divine Melody / Boska Melodia, czyli wykładu Bhagawana o miłości. I właśnie umyłem pędzle do czysta.

Wszystko jest energoświetlną przestrzenią. Tu i ówdzie w nieodpowiedzialnym ruchu zagęszcza się ona, wyłania świat form i ludzkich kuśpitków.
W malarstwie jest przenikanie tego, co uniwersalne, z tym, co subiektywne; rozróżnienie między podmiotem i przedmiotem staje się nieistotne, zanika.
W świecie mi się to zdarza z kobietą.
W piątek czyli po spaniu robię projekt zaproszeń na wystawę.

Babcia z Hania, Wieslaw Andrzej StefanW sobotę rano jest zimno jak w syberyjski poniedziałek.
Spałem źle albo dobrze. Śniłem znowu chałupkę babci Woźniakowej; krzątała się tam mama, opowiadając że brat Andrzej utracił mieszkanie, bo nie miał stu tysięcy na wpłatę; nic nie wspomniał, mówię, a przecież bym pomógł. Wuj Stanisław przeziębiony, gdyż biegał po śniegu boso do Bełżyc i z powrotem.
Patrzyłem na ściany i okienka izby, twierdziłem, że były gdzie indziej. Wuj zachwycał się złocistą barwą światła w izdebce; żartowałem, że powiększy okna i przerobi chatkę na pałac. Wyglądam przez okno a tam Rysiek mój brat cioteczny prowadzi ścieżką konia. Kasztan niesie głowę wysoko, przednie nogi ma przedłużone szczudłami i stąpa niepewnie; wypadek?

Inny sen gdzieś w świecie - przerabiałem hangar czy barak na pracownię; pracowałem od dawna; byłem bardzo biedny, dosłownie nic nie miałem, ale wieść się rozeszła i od przyjaciół i znajomych z wielu krajów dostawałem paczki z żywnością i rzeczami.
Było tego już tyle, że od dawna przestałem przesyłki otwierać.
A tu zjawia się z Polski pan profesor Artur S w ciemnym garniturze wytwornym, jak kiedyś w Sztokholmie, gdy go widziałem maszerując na Gamla Stan łowić ryby, aby zapewnić sobie kolację. Pan Artur jest zakłopotany, gdy otwieram paczkę w jego obecności i widzi, że są w niej trzy zupy w proszku i dwa podkoszulki!
Na ścianach wiszą nagie wielkie płótna, pan profesor patrzy z zaciekawieniem wokoło.
Słowiańska niemoc z mannej kaszki.

Spada ostatni liść jesieni, jest ostry chłód. Mopsożelazny piecyk grzeje bez zarzutu, ale gdy gaśnie ogień jest momentalnie zimno; pod spodem piwnica, z jednej strony mieszkania brama, z drugiej budynek się kończy, drzwi wejściowe na klatkę; sąsiedzi tylko nad sufitem, który 5 metrów w górze. Rozumiesz, czemu zimno?
Piecyk elektryczny sprawia, że kran nie zamarza, ale to cała zasługa.
Rotraut twierdzi, że zaniedbując sprawy urzędowe poddaję się przypadkowym związkom z łupieżem społecznym prawa i policji; mogą mnie stąd wykopać.
Co mówi, mówiąc, że stoję w otwartych drzwiach? W stosunku do niej czuję się sprzeczny wewnętrznie.
Niełatwo w towarzystwie Christiana, rozsiewa mocne ciemne wibracje, a jego książka, którą z trudem czytam, zieje zapiekłą urazą, nawet nienawiścią; rozumiem, musi wydalić z siebie jad, ale mnie czytelnikowi niełatwo.
 
z powrotem
dalej
stronice: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

Lubisz Stronicę ? Podaj adres dalej ! wisarts.com

© 2008 Wiesław Sadurski. Wszystkie Prawa Zastrzeżone. Website tworzona i utrzymywana przez Autora.
Żadne Obrazy, Rysunki, Grafiki, Teksty, Fotografie i Filmy nie mogą być reprodukowane lub użyte bez mego zezwolenia.

| Start | Malarstwo | Grafika | Poezja | Foto Art | Dzisiaj |

Sztuki Piękne - Malarstwo, Grafika, Rysunek, Sztuki cyfrowe, Poezja, Fotografia - Wiesław Sadurski, polski artysta z Berlina