CZŁOWIEK OKO, 05

blog 22.07.1978 - 22.07.1979

Wis - Wieslaw Sadurski

W nowym zeszycie żółtym zaczynam pisać 12 listopada; noc spędzona z Rotraut przyniosła sen dziejący się we wnętrzu kościoła w Niedrzwicy Kościelnej i ciemności pobliskiej, cmentarnej; mroczno i źle, demony, wampiry, zapach krwi i śmierci. Czy moje ciało leżało w trumnie w kościele? Czy mną powiewał wiatr? w górze, ponad koronami lip, krążyłem w szumie skrzydeł śmierci? Sen powtórzył się dwukrotnie, chciał się zapamiętać.
Zapomnieć!
Njet! Ja nie umru! dusza w zawietnoj lirie! Moj duch pierieżywiot i tlienija ubieżit,
i sławien budu ja, pakol w podłunnom mirie
żit budiet chot odin piit
.
Że w polskiej transkrypcji, bo nie mam ruskich czcionek, cytuję na temat, co sądzi Puszkin.
Brzydzę się śmiercią!

Pierwsze godziny dnia pod chmurą sennego koszmaru - śnione, bo życie jest snem, również w dzień, lekko wytłumionym, włożonym w ramy realności przez pracę, czynności fizjologiczne, socjalne.
W południe spacer w parku, taki Berlin mnie wzrusza; zbieram klonowe liście, które mogą się przydać, piękne chwile z wiewiórkami, dla których miałem orzeszki.
Przyjaźnie i ciepło między nami. Obiad i wieczór spędzony razem, po czym wróciłem na dół, aby raz jeszcze pisać na maszynie biografię. Samopoczucie kiepskie: ból głowy, biodra i prawej nogi. Żeby mnie tutaj nie zjadł reumatyzm!

Szesnasty, nadeszła pełnia księżyca bez odrobiny paliwa. Już od tygodnia nieludzko! Dzisiaj kolejny cios. W poniedziałek w Urzędzie Sztuki tłumaczenia (się) i użerania o druk zaproszeń, potem w galerii mierzyłem ściany i planowałem ekspozycję.

Wtorek, telefon do Berta jeszcze raz w sprawie druków - a on udziela mi informacji, że Instytut nie godzi się na otwarcie wystawy w weekendy, a w ogóle tylko w godzinach pracy, czyli do siedemnastej. Ani chybi chrześcijańscy demokraci boją się czerwonego z Polski. Z wystawy nici, nie ma sensu w takich warunkach pracować

Wczorajsza rozmowa z Michaelem dotyczy jego galerii; zrobimy wystawę u niego, weźmie na siebie druk plakatu i zaproszenia, ja zrobię resztę. Ale oto telefon Berta z nową informacją: załatwia dla mnie galerię na Ku-damm; w poniedziałek o jedenastej spotkamy się znowu.

W galerii N pokazałem swe prace; pani suchutka biurokratka machała w popłochu rękami, przerażona mymi dziełami i chyba mną również; poczułem się barbarzyńca, co nie było nieprzyjemne w kontekście tego co na ścianach: pieszczotliwe klasycyzujące gówienka. Chcę pójść do KaDeWe z grafikami.
Mam 14 wierszy z listu do Ciebie przełożonych na niemiecki; dźwięczą dobrze.

Dziś posadziłem cebule narcyzów, krokusów i tulipanów pod oknem, niech się aklimatyzują do kwitnienia wiosną; mam wiele roślin również po wewnętrznej stronie okna, miejsce jest przyjemne i barwne.

Noc z Rotraut; jest zmęczona i przepracowana, śpi krótko, cudna i mądra, świetny kontakt. O ósmej rano wyszła; poprzedzał ją kot Feliks, ogon wzniesiony heroicznie, gdyż całą noc buszował za oknem; za nią postępowała kotka Rozyna.

Lipa, którą sadziłem jako chłopiec przed szkołą w Sobieszczanach, pewnie stała się wielkim drzewem.
Wkrótce miła wróci z seminarium, gotuję obiad: ryż z groszkiem i papryką; do tego będzie sadzone jajko i mleko. Ryż gotuję w wodzie z dodatkiem zupy grzybowej w proszku, co przełamuje jego smak, jak laserunek przełamuje kolor.
Na jasnym niebie miłości ciemna plama! na moim małym, co się otarł w jej pochwie do krwi. Trzeba o tym powiedzieć.

Późny wieczór i wczesny remanent wykazuje brak płótna, blejtramów, pieniędzy; nie mam na czym malować!

Istnienie w świecie ma własności sprzeczne. Jestem wśród ludzi mały, pośród innych wielki. Panienkom, co chichocą zaglądając przez okno, zdaję się dość stary; przemiła pani mulatka Dorothy z drugiego piętra zowie mnie młodzieńcem. Stary i młody, mały i duży, mądry i głupi; opis ma rację bytu w stosunku do innych; zawieram w sobie sprzeczne własności, wszystko ładnie prawdziwe.
Nie mogę się opisać ani zidentyfikować; żadna ilość przymiotników nie wyczerpie prawdy! Ba, nawet nie dotknie. Rzeczywiste nie daje się opisać. Jest nieznane i proste - świeci.
Mam złe i dobre cechy jak Ty. Ale czy naprawdę jest "ty", jest "ja"? przecież jest tylko uniwersum, kosmos. Jedno.
Ty i ja istniejemy w języku.

Dobrze jest widzieć się przez światło.
Dobrze jest widzieć rzeczy przez światło. Które wyjaśnia - po swojemu jasno - że formy to byty pozorne, które rozpuszcza rzeczy i nas w sobie. Które jest. Jedno.
A kto powiedział, że to ma byc zrozumiałe?
Pewnego dnia odrzucę wszystkie ograniczenia, stanę w świetle, moje ciemności będą rozproszone.
Nie interesują mnie odpowiedzi na pytania zaczynające się od "dlaczego". Końkut mówi, że się głupieje od tego. Nie pytam, czym jest prawda, lecz - jak ją osiągnąć. Nie zajmuję się filozofowaniem, jest bezużyteczne. W centrum życia jest doświadczenie; pytam "jak" i doświadczam, gotowy na wszystko.

Odbiór obrazu to dynamiczny proces, w którym widz uczestniczy w wyższym poziomie rzeczywistości. Wielość rzeczywistości w sztuce i życiu emanują z Jednego; postrzeganie takie jest pierwotne, wspólne człowiekowi i pszczole; pojmowalne w głębi osobistej intuicji, nie ma nic wspólnego z rozumowaniem, myśleniem.
Intuicja - oto, co mamy na własność. W głębi człowieka ukryte uśpione światło, prawda i wiedza jest wewnątrz; to osobiste doświadczenie otwiera mi oczy.

Prowadź, gałązko brzozy, przez burze, sezony i słoneczne dnie,

roń swoje liście, nie powstrzymuj mych łez,
wyzwalaj światło, które czeka wewnątrz.

Nasze przemiany tryskają ze wspólnego źródła.

Pewnego dnia zobaczymy się wzajem,
przez blask pojmowalny -
nasz śmiech potrząśnie światem.


Widzieć prawdę można tylko w przejawach i uwarunkowaniach, lecz ona, nieskończona, jest wolna od uwarunkowań czasu i przestrzeni. W każdej rzeczy zawiera się nieskończona potencja prawdy. Jesteśmy wychowani w kulturze, widzimy wielość manifestacji, trudniej postrzegać jedność. Jakże boleśnie doświadczam niezmienności w procesie przemiany!

Siedemnasty listopada zaczął się późno lub wcześnie; do trzeciej czy czwartej nocą pisałem i rozmyślałem.
A potem wiele śniłem; w rodzinie, z braciszkiem Andrzejem i kimś jeszcze coś jeszcze.
Ostatni sen przed wstawaniem zgoła fantastyczny; śnił mi się film widziany jak na ekranie, postrzelony i aresztowany bohater ucieka ze szpitala; dziwaczne zmieszanie czasów; najpierw poznaję fakty, potem ich filmowe opracowanie; dzieje się akcja filmu, jestem w nią zaangażowany wbrew własnej woli! Migawkowe komiczne sceny w szpitalu, windy, ubikacje, przebieranki, groźne i śmieszne awantury. Jestem twórcą filmu, okiem kamery, która niekiedy staje się mną a wtedy tracę kontrolę produkcji, uczestniczę bezpośrednio w zdarzeniach w poczuciu skrajnego zagrożenia.
Budzę się zziajany i przygnębiony, to zbyt wiele wina i papierosów nocą. Niepokój, ciemna aura z płatków sadzy i zwątpienia. Wyciszenie. Spóźniam się na market zielony, kupuję tylko paprykę i pomidory, co powinno wystarczyć.

Osiemnasty od paru godzin; znowu piszę nocą; wieczór spędzony z Rotraut, mówiłem o kłopotach z małym; zapewne przeszkadza nam ta miseczka, którą sobie zakłada antykoncepcyjnie; zbadam to jutro dogłębnie.
Zdaje się, że dostanę pracę; tydzień całodobowej opieki nad heroinistką, która będzie tu mieszkała na okres kuracji odwykowej.
Trzeba mi dalej pracować nad przekładami, aby mieć dość poezji na czytanie, gdy przyjdzie do wystawy.

A skoro do spania daleko, wspomnę Ci szkołę dzieciństwa w Sobieszczanach, pierwszy murowany i piętrowy budynek w okolicy. Nie byłem tam już ćwierć wieku, ciekawe, jak wygląda teraz, czy nadal sale są czyste, duże i jasne? Przed szkołą zapewne ogromnieje lipa, którą posadziłem; od małego lubiłem się zajmować drzewami i roślinami. W szkole woźną była Magda, nikt nie znał jej nazwiska, ogromna wówczas baba, świetnie dająca sobie radę z gromadami dzieci i utrzymaniem wnętrzy w czystości; jej pokoik z kretonowymi firankami czyściutki i zadbany, mieścił się na parterze od strony północnej. Teraz Magda jest szczuplejącą starowinką, sąsiadką rodziców, z niewielką rentą, biedulka.

Och braciszku, nie lubiłeś mnie w dzieciństwie i zazdrościłeś, wrobiono cię w zazdrość; chciałeś być gorszy niż jesteś, żeby się jakoś ode mnie odróżnić; a nie wiesz, jak mi ciążyło ustawiczne wychwalanie, jaki zdolny, śliczny, grzeczny, jak mnie to wyobcowało przedwcześnie; wrabiano mnie w rolę lepszego, więc chłopaki stronili.
Zawsze w dzieciństwie i młodości byłem od wszystkich młodszy, poszedłem bowiem od razu do drugiej klasy, umiejąc od dawna już pisać, a zwłaszcza czytać. Zaważyło na losie, gdyż nie chciano mnie przyjąć do żadnego liceum ani szkoły średniej; pomogła dopiero protekcja przyszłego szwagra Wiesława, znał dyrektora Technikum Energetycznego w Lublinie, zostałem zatem technikiem. I tam byłem młodszy; nieco nieśmiały z natury, wspomagany w tym odczuwaniu przez starszych - nauczyłem się słuchać ludzi i rozumieć.

Opuściłem wcześnie dom rodzinny w wieku lat trzynastu, ty miałeś dziewięć dopiero, gdy ciężar braterstwa spadł ci z ramion. Rzadko pisujemy do siebie, braciszku, wkrótce to naprawię; ciekaw jestem, czy pomogła ci w zdrowiu wizyta u Anglika Kleiffa, który leczy dotknięciem dłoni. Braciszku, śnię cię często.

Zamyśliłem się gapiąc w okno. Która godzina? Włączam radio American Forces, i w tym momencie zasypiam, więc budzę się w Kopenhadze dręczony, że ktoś nastawił zbyt głośno muzykę; ubieram się, wychodzę na balkon jak w Rinkeby u Filipów; wspinam na poręcz i ściszam komuś radio; to maleńka turystyczna "Szarotka", reperowałem je w młodości masowo pracując jako radiotechnik w Lublinie. Z mieszkania wychodzi pan Duńczyk, trzeba się tłumaczyć, ale łatwiej zmienić sen; spacerujemy więc w ulicach nad wodą z Ryszardem i zaśmiewamy się do rozpuku.
W innym śnie siedzę w trawie z Christianem. Spacerują opodal policjanci, więc nie zapalam jointa, a on mnie przynagla, abym to uczynił, bo siedzą w pobliżu jasnowłose dziewczyny.
- Zapal - mówi - to przyjdą do nas.
Sięgam po zapalniczkę, ale ze skręta przesuszonego sypie się trawa, trzeba więc zrobić filter z kartonika. Na co wreszcie się budzę, by wyciszyć radio.
Włączam Bacha, trzask płomyka świecy potwierdza mój dobry gust.

Kontynuuję wieczorem; myłem się o poranku kiedy przyszedł Christian, napili się chłopcy po kielonku, ponarzekali kulturalnie, że nie ma co palić - bowiem ze snu nie ocaliłem jointa, musiał się sam wypalić. Ewa
Przyszła Ewa i Petra, napiliśmy się wina, nadjechał Michael z fajką, która.
Dziewczyny poszły robić obiad, jedliśmy w pięcioro u Ewy.
Rozmowa z Michaelem o wystawie, którą zrobię u niego, a z Christianem o życiu. Michael zniecierpliwiony i niespokojny, jego brat były alkoholik, słabiutki, nie przychodzi i nie przynosi te paręnaście tysięcy utargu z dzisiejszego Pchlego Targu, może go ktoś napadł?
Jedzie po niego; po chwili przychodzi Petra, że obiad gotowy. Kończymy skręta, idziemy do Ewy, proszą do stołu. Chcę zaczekać.
- Nie, nie wiadomo kiedy wróci - pada odpowiedź.
Spaghetti z sosem z puszki wcale mnie nie zaprasza, ograniczam się do szklaneczki Chianti. Przychodzi Michael z dwoma flaszkami, widzi nas przy stole, nie zaczekaliśmy, wybiega obrażony, Ewa biegnie za nim, przeprasza, zawraca, wspomagam ją w akcji, mówiąc, że wcale nie zacząłem jedzenia. Dziecko w Michaelu pozwala się przeprosić, po chwili zamieszania siedzimy razem jakby pogodzeni.

- Ty, Wiesławie, zawsze wyglądasz inaczej, niż my wszyscy - Christian zwykle zaczyna od komplementu, by późniejsze szyderstwo mogło być dotkliwe.
Michael coś mówi po niemiecku. Pytam: - Christianie, o czym śpiewa Michael?
- Śpiewa? Ja nic takiego nie słyszałem.
- Tak, śpiewa, a ja nic takiego nie widziałem - zaśmiewamy się, pijemy wino, dokazujemy z ochotą godną lepszej sprawy.

A zatem wszystko może być Przekazem, czy wszystko nim jest? Od bliźnich dowiaduję się - w doświadczeniu, bo słowa kłamią - jak nie należy: gotować, postępować, żyć, prowadzić interesy, kochać, jeść, oddychać, chodzić, rozmawiać z wiewiórką.
Rzadkie są ludzkie wyjątki, przeważnie uczę się przez negację, widząc, że tak nie można. To bezpośrednie doświadczenie, uważne, pozytywne, z dodatnim sprzężeniem zwrotnym i blokadą wzbudzeń.

Wczoraj opowiadałem Rotraut wycieczkę do miasta Lublina w wieku lat siedmiu. Jechało ze dwadzieścioro dzieci z szóstej i siódmej klasy na furmankach ciągniętych przez konie, mnie najmłodszego zabrał w przygodę ojciec, który był jednym z trzech furmanów. 25 kilometrów polnymi drogami w słonecznym poranku, tego dnia wszystko było po raz pierwszy, w radości; przejazd przez miasto, widziałem wreszcie ulice i domy, do obozu koncentracyjnego na Majdanku.
Ołowiane i ciemne zrobiło się niebo w deszczu; w baraku sterty dziecięcych bucików, tysiące, dziesiątki tysięcy bucików, zapach, zapach skóry i śmierci. W następnym baraku sterty włosów, chmury włosów przeciągnęły nad krótko ostrzyżoną łepetynką z szeroko otwartymi oczami.
Baraki z gazem trującym; niepewnie mi powiewają w głowie żółte nalepki i wyjaśnienia przewodniczki, że ludzi pędzono do zabiegu niby higienicznego pod prysznic, a z sufitu sypał się proszek Cyklon i w zetknięciu z wodą zamieniał w gaz. Sztorm cywilizacji, oko cyklonu, śmierć przez uduszenie.
Paleniska śmierdzące jeszcze palonymi ciałami, co? dopiero dwa lata się wietrzą, będą zawsze cuchnąć.
Kontrasty nie mogą być większe - czy była to może moja inicjacja? Pojechaliśmy do teatru Osterwy na spektakl Balladyny, przejmujący czar niezwykłego i niepowtarzalnego wiał ze strof Słowackiego, fantastyczna świetność kostiumów i dekoracji, w poczuciu bezpieczeństwa mój zachwyt grą aktorów i akcją złagodził strasznotę poprzednich obrazów.
Przemierzaliśmy tego dnia całe miasto.
Zamek widziany z daleka, opowieść taty o salach wypełnionych trupami; w przeddzień swej klęski Niemcy urządzali tam zbiorowe egzekucje, po wojnie zamek stał się więzieniem.
Obiad na Kalinowszczyźnie w klasztorze braci Salezjanów; tak się ułożyło, że pięć lat później tam zamieszkałem; zielony korytarz jest w pamięci, łaźnia i umywalki, wielka sala sypialna z księdzem salowym śpiącym w rogu, służba do mszy świętej jedyna, bo wszystkie ubranka były zbyt wielkie, nie chciałem się wygłupiać ani też w ogóle chodzić do kościoła; nie pamiętam ani jednego człowieka czy kolegi, jedynie szare wnętrza i ściany są w przestrzeni głowy, mecz piłki na dziedzińcu, bitwy na kamienie z chłopakami z Kaliny, którzy robili tam jako wrogie plemię.
Powrót do domu przy słońcu skłaniającym się do zachodu, piosenki, ach, wspaniały smak przygotowanego przez mamę na drogę grzybka, czyli omletu.
Z radia słyszę "Piéce Heroique" Caesara Francka, znasz to? Poznaj koniecznie - mroczne romantyczne organy wznoszą dźwięki w noc ku światłu nieskończonemu.
Z BBC słyszę o aresztowaniach prawicy w Hiszpanii - policja, Guarda Civil i wojsko - faszyści gotowali się do zamachu.

Wstąpić w trawiący wszystko płomień nieśmiertelności.
Stać się tym, czym się naprawdę jest.


We śnie uliczka w Lublinie biegła nieco pod górę, a pod drzewami biegła ku mnie Katja z cudnymi piersiami i włosami powiewającymi na wietrze; Przytuliła się do mnie, zwarliśmy się w pocałunku; obejmując ją czule po chwili otworzyłem oczy i zobaczyłem naprzeciw mnie ścianę - łaciatą, niemal pozbawioną tynku, który spadając odsłonił pęki rur, kabli i przewodów, kranów i złącz, pykającą szumiącą dygocącą machinę.
Ach! pojąłem, że widzę maszynerię wszechmocy, która urabiała moje i Twoje dzieciństwo i steruje młodość, że właśnie tędy tłoczy się moje nasze przekonania, uczucia, poglądy!
Zniszczyć to, zniszczyć! Kable odizoluję i zrobię spięcia, rury porozbijam łomem; głaszcząc ją po włosach i przytulając planowałem zamach.

Zawiniły nożyczki!
Ksiądz salowy był wysoki i chudy, ale z wielkim brzuchem; tam wbiłem nożyczki porwane ze stolika; byłem zupełnie niewinny, a on mi wykręcał przemrożone i spuchnięte ucho. Trzeba było pożegnać klasztor.
Pierwsza stancja we dwójkę z Jóźkiem od sąsiadów.
Staruszka miała maleńki pokoik, gdzie wszedłem po raz pierwszy dopiero w dniu jej śmierci, i maleńką kuchnię, gdzie stały nasze żelazne łóżka, stoliczek między nimi do jedzenia i robienia lekcji, na oknie wątła pelargonia, kwiatek ubogich.
Mama dowożąca jajka, kaszę, mąkę i kurczaka, co stanowiło dla mnie pokarm i za mnie zapłatę; staruszka chciała mi wciskać lepsze obiady niż Jóźkowi, mój bunt. I bardzo dużo książek do czytania - w tym aspekcie byłem w Lublinie bogaty nieskończenie.
Dwa zwierzątka były dzikie, mocne i żywe, łase na doświadczenia, zwłaszcza obmacywanki z wnuczką, która nosiła staruszce zupki i lekarstwa.

Nie mam żadnych emocji, zużyłem wszystkie. Nie maluję ani nie piszę emocji. Tworzę raczej przestrzeń - ze snów i marzeń, myśleń i kojarzeń - miejsce na emocje.
Nie opisuję, tworzę.

Niedziela dziewiętnastego listopada zaczyna się miłością; bez tej miseczki w pochwie mogłem wejść głęboko i było znowu po raz pierwszy. Bez orgazmu, żeby nie robić ciąży; kochanie się jest miłe, wytrysk niepotrzebny, energia, gdy zatrzymana, robi ze mnie tytana. W południe pięknego słonecznego dnia ciało pobolewa słodko po wspaniałym pierdolonku nocą; to może być urocze! dziwię się, jak zwykłem.
- Czuję się głęboko dotknięta we wszystkich tego słowa znaczeniach, ale co będzie, jeśli zajdę w ciążę?

Dwudziesty, przed południem idziemy z Christianem do Berta, aby umówić się na kolejne spotkanie w czwartek, w Galerii gotowej na moją wystawę, ciekawe. Kawał dnia z Michaelem, pomagając mu sprzątać knajpę i robić zakupy - czyli mamy wstęp do prac nad wystawą? Cierpi nieznośnie, drażni go wolność mej niedoli i śmiech. Bo tego nie kupisz za żadne pieniądze.
Narąbałem mnóstwo drewna dla mojego piecyka i sprzątnąłem po pracy piwnicę.

Jesienne niebo nad Berlinem miało dzisiaj błękit lata, które minęło. Mocny zapach drzew przeniknął mnie mocno i czysto. Wewnątrz mnie wisi chmura; zbyt podległy warunkom, żeby wiedzieć, jak jest naprawdę. Dopóki jest coś do osiągnięcia poza mną, dopóty życie nie ma sensu, jest szamotaniną.
To w sobie - wewnątrz - mam poszukiwać spełnienia.
Szukać w pracy - więc bez szukania, i bez oszukiwania się.

Rotraut zlota kruszyna ogromnie wrażliwa na przeciągi wibracji; Michael wszedł z pretensjami do mnie, a ona w minutę osłabła, pobladła, jakby z niej życie uszło; zapewne rzadko spotyka się z chamstwem.
Kruszynką nazywałem Teresę przed 20 laty. Śliczna i smagła przyniosła do naprawy radio turystyczne "Szarotka"; pracowałem w warsztacie Stacji Obsługi Radiowej w Lublinie; po odbiór przyszła o piątej, gdy zamykałem warsztat. Poszliśmy na kawę, gdzie nie pozwoliła się pocałować. W parę dni później na przedstawienie opery objazdowej "Straszny Dwór" w Hali Sportowej, gdzie nie pozwoliła się pocałować. Gdy ją żegnałem pod drzwiami mieszkania po trzecim spotkaniu i nadal się nie pozwoliła całować, chciałem odejść zły i na zawsze, ale nie wypuściła mej ręki, przyciągnęła do siebie. Śmieszne dalej między nami, nawet to, czego nie było; nie chce się pisać.

Wpadł znowu Michael uskarżając się, że kobiety są niemożliwe; ledwo wyszedł zapukała do okna Kristina, abym otworzył drzwi, zamykane w domu o dwudziestej; pobiegła na górę do Ewy i na całe podwórko słychać podniesione głosy; zbiegła z powrotem, aby wyjść, ale rozmyśliła się i zapukała do Michaela. On kocha się w Ewie, a Kristinę wziął sobie, bo śliczna. Cóż, miałem jej nie wpuścić? Nie jestem dozorcą ani ochroną; to raczej ja powinienem być pod ochroną, taki rzadki zwierz; w bogu nadzieja, że się nie pozabijają, bo kto mi zrobi latem wystawę?

Przebudziłem się przed godziną, lecz mi się nie chce wstać. Szedłem we śnie z siostrą Halusią i Rotraut poprzeczką obok zabudowań Woźniaków ku mostkowi nad strumykiem w porannych mgłach; nad łąkami wschodziło wielkie czerwone słońce. Halusia trzymała mnie pod rękę z lewej, z prawej Rotraut. Nic nie mówiliśmy, było tajemniczo i dziwnie, a nasze sylwetki rzucały cienie na słoneczną tarczę. Obejrzałem się do tyłu - gdzie jest to źródło światła, co rzuca nasze cienie na słońce? ale wokoło było szaro, nisko wisiały mgły, sennie i mglisto było też między nami.

Dwudziesty drugi i środa o drugiej. Stworzyłem z pomocą Rotraut teksty zaproszeń, u Michaela w galerii piliśmy likier a ja mozolnie - przecież to pierwsze lekcje niemieckiego - przepisywałem teksty na elektrycznej maszynie. Ach, jaki M ożywiony, gdy R zeszła do nas, przynosząc kawę i orzechy; gadał jak kataryna!
Urzekła go swym pięknem wewnętrznym, powiedział.
Wieslaw i Feliks
Teraz Feliks ociera mi pyszczek o twarz, pociesza i mruczy; wiem, gruczołami pyszczka zostawia wydzielinę na skórze, znaczy mnie jako swoją własność. Domaga się pieszczoty, nie pozwala pisać, czyli użalać się, mądrzejszy ode mnie.

Więc powiadasz, że wszystko jedno, co piszę?
Feliks, królewski lekarz w Sztokholmie, powiedział, że nazywa się tak, bo przynosi szczęście. Wszedł do galerii, w pierwszym spojrzeniu zakochał się w malarstwie, kupił wszystkie duże obrazy i sprawił, że mogłem spłacić długi i pracować dwa lata bez troski o jutro.
Jakiż ja skołatany, boże bądź miłościw grzesznej duszy mojej!

Michael miał ostrą przeprawę, a potem rżniątkę z Kristiną; Ewa skłonna do wybaczania, bo co może zrobić? ale dzisiaj długo nie wraca do domu, Michaela biorą dreszcze.
Rano było tak ciepło! pachniało wiosną i bzami.
Specjalny dzień Rotraut miał miejsce podczas seminarium w Instytucie terapii oddechem; w czasie treningu doznała, jak wdech wchodzi w jej ciało i wieje przez dolną połowę od stóp do bioder; czuła każdy wdech i wydech jak wiatr! Przewiana oddechem wzruszyła się bardzo, musiała przerwać trening i opuścić salę, położyć się na kuszetce i odpocząć, szlochając serdeczne pół godziny. Jestem u niej. Dlaczego chcę stąd iść?
Na dół.
Na dół, czyli do nieba. Gdzie trzeba napalić w piecu.

Parzy się czarna herbata, w piecyku huczy ogień, momentalnie robi się ciepło i trwa, póki się pali. Musiałem wrócić do siebie; w obecności Rotraut nie mogę Ci o niej pisać, chociaż zna tylko trochę polskiego. Chciałbym się może z nią żenić i robić trojaczki; całkiem to możliwe, skoro jej babcia i matka były z bliźniaków, jeśli się mylę, a może z czworaczków. Ale znam wariata, który we mnie mieszka i wiem: tak wrażliwy na światło bijące ze skóry i jędrne ciało, że pofrunie za pierwszą panienką, jaka się nawinie. Co za dola, ja pierdola! No, boję się jej trochę.

Pozdrawiam cię oddechem.

Pozdrawiam cię swym oddechem, tak,
rzędem brzózek na wzgórzu, wiosną,
lotem kosa, tym, co przynosi los.

Jest czwarta rano, pozdrawiam cię każdym zmierzchem,
ogniskiem rozpalonym gdzieś wysoko w chmurach,
kromką chleba, śniegiem.

Spójrz: w moich oczach jest jak nad morzem,
parę skał, wiatry,drzazga jakaś uparta
tak sobie.

Pozdrawiam cię życiem
jak to robi kwiat,

pozdrawiam cię w czas.

Popołudnie, dziś Niemcy obchodzą święto pokory i żalu za grzechy. Wcale im się nie dziwię! Zrobiłem na obiad soczewicę z ryżem i ziemniakiem, sałatę. Zaczekam na powrót Rotraut. Ona tak naturalnie pokazuje, jak należy postępować i pilnować własnych spraw; być nieskazitelnym w świecie, aby być wolnym od świata.
Piszę Ci fragmencik Bhagawana:
"Kiedy patrzysz przez oczy - to nie oczy widzą.
One się tylko otwierają do widzenia, patrzący jest poza oczami.
To, co patrzy przez oczy - to nie oczy. Oto dlaczego możesz je zamknąć i wciąż widzieć: marzenia, wizje, obrazy.
Patrzący jest poza zmysłami, porusza się przez zmysły ku światu.
Ale gdy zamkniesz swe zmysły - patrzący zostaje wewnątrz.
Jeśli patrzący, ta świadomość, jest scentrowana, staje się świadoma siebie.
A jeśli jesteś świadom siebie - jesteś świadom całej egzystencji, ponieważ ty i istnienie to nie są dwie różne rzeczy."

Komunikacja z bliźnimi?
Wyrażać się przez sztukę - porzucić inne środki porozumienia, jako i złudzenia.
Dwudziesty trzeci listopad, czwartek, jak dobrze! Wielkie płótna były w Warszawie do transportu zdjęte z blejtramów i zrolowane w belkę. Dzisiaj je rozwinąłem, naciągnąłem na blejtramy i powiesiłem na wysokich ścianach. Pokój stał się rozległy, jest w nim widok na kosmos.
Zabawne snów koleje; byłem we śnie w KaDeWe, gubiąc po drodze grafiki, w poczuciu nieszczęścia oglądałem tam potwornie drogie obrazki. Po herbacie porannej pojechałem na jawie do KaDeWe, a tam obrazy na ścianach taniutkie, choć równie nijakie jak we śnie; dwaj faceci zmiłuj się boże od sztuki gotowi kupić wszystkie grafiki po 50 marek od łebka, czyli trzy razy za tanio.

Bert zostawił wiadomość z adresem, stara się coś dla mnie zrobić - po powrocie do domu jechałem więc znowu - do Folk Galerie, tam ludzie życzliwi i konkretni, zwłaszcza Nafti; za tydzień będzie kontrakt - płacę dziesięć procent od sprzedaży, mam trzy sale do dyspozycji, zmieszczą się duże płótna; dostanę klucze i będę musiał obsługiwać, otwierać i zamykać; wystawa na początek roku, niestety, jest doń 5 tygodni, jakoś przetrzymam. Szkoda, że to piętro, bez widoku z ulicy.

Ulga, nie muszę robić wystawy z Michaelem; ciężko się będzie nam polubić po jego oświadczeniu publicznym na przyjęciu u Ewy - że jest dlań wielkim ryzykiem łączyć swe nazwisko z moim.
Dobrze, że ma dla czegoś szacunek, choćby to było własne nazwisko; źle, że przy dużym brzuchu człowiek się robi malutki. Dziwna zrobiła się ta przyjaźń, ale czy nie za dużo pretensji? Niech sobie będzie jaki chce! Ja raczej winienem zająć się sobą. Nie egocentryzm, lecz centryzm, Christianie. Scentrować się, skoncentrować!
Masowe samobójstwo Amerykanów w Gujanie. Mawiał Janik pan stary: - Panie, czego to ludzie nie wymyślą! - i uważnie wkładał połówkę papierosa do lufki.
Będę miał czas, aby Ci o nich wszystkich napisać? Tylu ludzi spotkałem, poznałem, uszanowałem w duszy. Jak mam wyrazić tę miłość, jaką do nich czuję? Miłość bez uczucia.

Z Folk Galerie pojechałem do Christianów, jadłem zupę, piłem kawę i gwarzyłem z Christianem. Poszedłem przez park do domu i byłem w samą porę - był już Christian! autem, bo Petra ma przecież hiszpański w domu obok.
Następnie Rotraut, wkrótce Petra i Kristin greczynka, ciepłe czyste oczy, chciałbym w nie patrzeć; mówiła do mnie po grecku, piękne melodie, ja do niej po polsku, nie pozwalając Christianowi na złośliwe przekłady!
Kolacja z Rotraut.
Goliłem się przed lustrem, aby jej za chwilę nie drapać, zadzwonił Richard - czy nie wezmę na parę dni na przechowanie psa. Chce z Rumplem jechać na weekend do RFN. Zgodziłem się. Przyjąłem po chwili trójkę; pies typu czarny wariat, złakniony domu i wody, głodny. Chłopcy wyszli natychmiast, żeby złapać ostatnie metro, a pies zaczął szaleć, więc musiałem odbyć jeszcze jeden długi spacer, uspokajać, tłumaczyć, przylać po dupie smyczą, bo wyciem budził dzielnicę. Postanawiam oddać im jutro! Teraz leży pod drzwiami nakarmiony i śpi, pojękując. To samo się układa - Rotraut śpi z kotem, ja z psem, czy pełna harmonia?

Dwudziesty czwarty, nic mi się nie śniło, mister Black zachowywał się, sikał i szczekał; gdy R i R przyszli z puszkami żarcia i paliwem - zatrzymałem paliwo, prosząc o zabranie puszek i psa. Poszedł.
Chwila z Rotraut, przyszła powiedzieć, że dzwonił Christian, do niego Michael, żeby się umówić na zasadniczą ze mną rozmowę o czwartej. Wpadła Ewa; sądzi, że między mną a Michaelem mota Christian; gruntownie nieszczęśliwy czuje się lepiej, gdy inni w nieszczęściu? To nadmierny optymizm.
Jakiż ja skołowany, uderzyłem się ścianą o głowę! Nie ma sposobu na Michaela, żyje lękiem. Poza nami dwoma nie ma żadnych przyjaciół, kontakt z ludźmi wyłącznie przez pieniądze; zarabia wiele a pieniędzmi trzeba administrować, inwestować, kasować, pożyczać niekiedy. Ta wolność materialna, Mercedes i Jaguar, wielka jak wewnętrzna niedola. Czuję się przyjacielem jak kot Louis; trzega być czujnym, nie wpadać pod koła.
Ach, jeszcze nie zapytałem, doprawdy, kto Louisa przejechał!

Po zakupach chleb z serem i mleko, jeszcze filiżanka kawy i list do brata; ciekaw jestem, czy udały się zbiory trawy, którą siałem w ogrodzie, czy dostanę świeże zioła. O czwartej przyjechali Petra i Christian, Michael przyszedł na rozmowę z godzinnym spóźnieniem, niosąc Humphrey"a na ręku; Christian pośpiesznie potępił spóźnienie, a rozżalony Michael natychmiast wybiegł. Tyle o dyplomacji.

Ugotowałem makaron z marchewką i groszkiem; przyjdzie Rotraut, dodam jajko sadzone, kiszony ogórek - czy dla kosmitów kalorie nie są zagadkowe?
Masada zwała się żydowska wioska, kilkuset ludzi skoczyło w przepaść nie chcąc się poddać Rzymianom. Jedyny wypadek zbiorowego samobójstwa przed tą makabrą amerykańską w Gujanie. Każda godzina to coraz więcej znalezionych trupów. Prawie tysiąc. Jonestown, ostatnie miejsce pobytu natchnionego w latach pięćdziesiątych kościoła. Piękne pierwsze 10lecia, komuna jezusowa pod skrzydłami natchnionego Jim Jones. Żadnej własności osobistej, całkowita równość ras i klas, w tamtych czasach rewolucyjne zjawisko. A czym się kończy? Tłumy piją cjankali, najpierw dzieci do nieba, potem rodzice i reszta wiernych. Załganie i śmierć. Gdzie człowieczeństwo w pstrokatym śmietniku?

Oni wszyscy ze sobą ptaszkują! Ach, ta dzisiejsza opowieść Rotraut przy obiedzie o jej związku z amerykańskim czarnym indianinem Rony; matka kochała go bardziej niż męża, wypuściła ze swej sypialni w wieku lat osiemnastu, nic dziwnego, że życie seksualne rozpoczął po trzydziestce. Rotraut była mu żoną, Iltraud kochanką, chociaż była żoną Tacha, który kochał się w Helen, a mieszkał w komunie z Iltraut; w Tacha kocha się wszakże Greta. Jutro się wszyscy spotkają na weekendowym treningu w Utrechcie. Żartowałem, że w tym sekstecie są możliwości jeszcze nowych związków; prawie płakała z bólu, jaki jej wyrządzam, pozłocity kaczeniec.
Ma tyle pragnień, jakże ludzkich! Ale pragnienia się nie spełniają, tworzą tylko formy - puste, w które może wpłynąć ból.
Co mówi mistrz na temat wystawy u Michaela? Nie szukaj tego, co ciebie nie szuka!

Boli mnie głowa, od szczęścia daleka.
Ciekawe, odwiedzić Dietera? Dzisiaj już za późno. Ciekawe, Ryś i Kasia przyślą mi jakieś pieniądze?
Nocą się wyjaśnia, że Michael się spóźnił, bo chciał nam kupić haszu. Przyszedł teraz ze skrętem na chwilę, zaraz wołała go Ewa.

Już 25-ty południe. Obudziło mnie pukanie do drzwi, ale kiedy się zerwałem, nie było nikogo. Byłem sam jak we śnie, gdzie wielkie obrazy wieszałem między drzewami wzdłuż szosy, żeby chociaż ludzie jadący na jarmark i z powrotem mogli je obejrzeć. Niedobrze, Wieś, niedobrze.
Potem malowałem na biało pokój dziadków w Sobieszczanach, och, już za chwilę wniosę sztalugi. Wybierałem się za granicę, ktoś mnie telefonicznie ostrzegał, że jestem śledzony, mam przed wyjazdem spotkać się z panią, która udzieli informacji. I temu podobne ilustracje drastycznej niepewności śniącego podmiotu lirycznego.

Ach, dzisiaj nie lubię snów, nie kocham jawy. Nędza i poniewierka, zima na czatach; brykietów starczyło na miesiąc, dwa czterdzieści w kieszeni.
Rotraut gościła i podejmowała śniadaniem kuzyna w moim wieku, bodaj generała. W dzieciństwie bardzo się lubili i przyjaźnili; w wieku dojrzałym spotkali się po raz pierwszy w czerwcu na pogrzebie matki.
Opiszę jej mieszkanie, abyś poznał śmiesznotę porównań. Ostatnie piętro stuletniego domu, od ulicy trzy wysokie pokoje w amfi-ladzie, zdobione gzymsami, z wielkim balkonem, po drugiej stronie obszernego korytarza sypialnia, łazienka, kamera i kuchnia. Jasne drewno podłóg, biel ścian i sufitów, minimum mebli, białe dywany, obfitość regałów z książkami i roślin, srebrne sztućce, stara porcelana. Mógłbyś powiedzieć - piękne mieszkanie, czystość i elegancja.
Kuzyn odwiedził ją dzisiaj, a jest tak wrażliwy, że musiał dwa razy wychodzić do toalety, bo płakał; miejsce widział jako dno upadku, podobne widywał rzadko w najuboższych dzielnicach - tak strasznie, strasznie biednie!
Rodzina z wyższej sfery, wysokościowiec społeczny; Rotraut z rodziną w konflikcie? czy mnie pamięć szuka? ma dzisiaj czyste oczy i ciepłe światło przez nią promieniuje.
Że nieco plotkuję?
A znasz to?
"Nie mów przyjacielowi, czego wróg nie powinien usłyszeć".
Gdy wszystko ma być Przekazem - jakże mi wątpić? co? Co dalej z nocą? się czuję, pójdę do łóżka, dam odpocząć bolącym mięśniom karku i kręgosłupa.

26 listopad, w nocy niebywały trip, przyszła Rotraut i zrobiła masaż moim wszelkim bólom, otwierając czy uświadamiając mi czakram trzeci; jaka ulga!

Dzisiaj niedziela, Akademia Sztuki, dobra wystawa "Artykulacje przestrzeni", dwie setki obrazów różnych; nic porywającego czy inspirującego - poza wrażeniem, że powinienem malować, bardziej ufać pędzlom, czy nawet - oddać się im we władanie. Czy to profesjonalne skrzywienie?

Wieczorem wizyta Petry i Nandy; ona pani psycholog o bardzo słowiańskiej urodzie, sobieszczańskie światło w oczach; on ze dwadzieścia lat młodszy, mistyczny, mówi o obrazach z zapałem, przyniesie mi jakąś księgę o kolorze. Przyjaźnie i tak normalnie! chyba do normalności tęsknię. Piękna orchidea od Petry na stoliku cieszy się wraz ze mną. Sprzedałem dwie grafiki za czterysta, czyli mój ostry kryzys finansowy był fikcją, trwał krócej niż przeziębienie czy sraczka.
Jak pięknie Rotraut mówiła?
- Kocham cię, a to zmienia cale moje życie, wiesz o tym?
- Wiem -odpowiadam - ale momentalnie zapominam, więc powiedz, co zmienia?
- Byłam sama, przez ostatnie lata uczyłam się, studiowałam, medytowałam nad sobą, pracowałam nad sobą, byłam coraz bardziej sobą. A teraz jesteś ty tutaj, z tysiącem twarzy, zmienny, różnorodny. Jest nas dwoje, właściwie troje, bo przestrzeń między nami jest żywa osobowa. Jestem jak kwiat wiosną, w kwietniu; przebija ziemię czując słońce, ostrożnie, bo jeszcze mróz może wrócić, niepowstrzymanie - korzenie głębiej w glebę, w górę pierwsze listki. Lada chwila kwitnę!
Seks fajny do zabawy, lecz tu jest wszystko na ach! Jakby seks ograniczał komunikację? Niezwykłe? bo i ona niezwykła! Jakby nasze bycie miało miejsce wyżej? Serce wyżej niż seks! Prawda, jeśli się stoi. A jeśli się już leży? to choćby dla rymu człowiek rypie jak należy.
- Czuję cię wokół siebie, cały świat dotyka mnie z zewnątrz i od wewnątrz przez ciebie - mówi, a wilk we mnie łagodnieje; gryzę szyję, zaciskam zęby na krtani, przyciągam i odpycham.
- Nie boisz się wilczych kłów na krtani?
- Nie boję się - śmieje się Rotraut.
- Co to za dziwna owca, mówi we mnie wilk, co z taką owcą począć?
- Zachowaj ją na deszczowe dnie.Kochliwa jak przepiórka w szczycie sezonu.

27.11. Człowiek, który widzi rzeczy takimi, jakimi być powinny, jest bardziej szczęśliwy niż człowiek, który widzi rzeczy takie, jakie są - mówi na dzisiaj Great AFN.
29-ty dokładnie przemalowany jako i obraz; już się stabilizował w istnieniu jako "Stan niepokoju", teraz zanosi się na "Stan pokoju".
Wykochałem wczoraj Rotraut ten jeden raz w życiu! Jak w czasach, kiedy to lubię. Piszę, zeszyt leży na desce, deska na kolanach, a mnie staje pod deską; przyjemne, jakież normalne uczucie. Tęsknię do normalności. Wrócę do obrazu.

Ha, nalatałem się dzisiaj między oknem, gdzie odchodzę, by widzieć z daleka, a obrazem, który się staje błękitny, świetlisty.

Gdzie jestem? gdzie
ja właściwie jestem?

szukam po lasach, wybrzeżach, pośród gwarnych miast,
widzę czasem ślad stopy,
czasem mnie dobiegają o mnie opowieści,
lecz siebie nie spotykam -

wokoło
jest przestrzeń i tyle istnienia,
że na "ja" chyba nie starcza już miejsca.


Żeby pojąć Händla, trzeba pojąć jego symfonie, mówiłem, a Christian w ogóle nie lubi muzyki symfonicznej. Wrócę do obrazu, skoro do pióra nie dopływa krew.

30 listopada czwartek przemalowany bez wytchnienia, w bólu mięśni od poprzednich malowań i kochania się z R.
Efektem jest wizualne wyrażenie wizji II Koncertu Brandenburskiego Bacha, który mnie wzruszył na tripie i poratował w potrzebie. Pod nim jest zamalowany "Stan niepokoju", a wcześniej były tam szczęśnie wibrujące smugi; przemalowuję obraz niepotrzebnie, gdy brakuje płócien.Zmęczenie wszego rodzaju i poziomu.
Co obraz przedstawia? Powiedzmy, ziemskie pejzaże zdążające w porządku objawionym do światła.

Powiedzmy,
jest górskie jezioro i wiatr,
fale widzisz na moim obrazie,
a czujesz zapach wiatru, co porusza wody?
przestrzeń, w której wiatr wieje?
ruch fal i nieruchomość jeziora?
wewnętrzną
sprzeczność obrazu?

Wieslaw i Rotraut
Piątek pierwszy grudnia po nocy miłosnej i gadaniu o dzieciach. Zasnąłem w jej ramionach z wrażenia - ona myśli o domu, dzieciach, byciu moją żoną; cóż począć z takim nagłym trojaczkiem?

O jedenastej rano przyszedłem właśnie do Urzędu Sztuki, dostałem filiżankę kawy i piszę czekając na Berta. Miałem być o dziewiątej, cóż, kiedy zaspałem, a jeszcze szedłem na piechotę, przedłużając drogę pod wpływem niepokornego jointa libańskiego, którym obdarzył mnie po drodze Dieter. Nic nie straciłem, Bert spóźnia się wciąż jeszcze i chwała mu za to.
Czuję się zgnębiony myślą, że ją kiedyś porzucę.
Siedzę w wygodnym skórzanym starym fotelu, patrzę przez okno na szumiącą Heerstrasse; kto siadywał w tym czarnym fotelu jakie 40 lat temu? Stawiam głupie pytania, lecz znika ze mnie mniemanie, że to naród morderców.
Ładny dzień, słoneczny, wyraźny.
Piotr
Poczyniliśmy z Bertem ustalenia wystawiennicze: wernisaż piątego stycznia o dziewiętnastej, ale wystawa ma być gotowa na Boże Narodzenie, otwarta dla dziennikarzy, którzy coś o mnie z okazji świątecznej napiszą. Zrobić mam projekt zaproszenia; cztery strony, czarnobiałe zdjęcie malarza, barwna reprodukcja obrazu na okładce. I projekt plakatu, bo nowy rok przynosi w Urzędzie luzy finansowe, druki są już możliwe.
Czyli radośnie w ogrodzie róż oszklonym, który mnie znalazł na swej drodze przez czas; o, gdybym mógł Ci przekazać ten zapach! Opromienia duszę! Jak to jest z zapachami, jak można przekazać informację o zapachu róży? co zrobią kosmici z moją pamięcią zapachu?

Kupić po drodze do domu pistolet do obijania płócien i biel tytanową. Przeprosić po drodze Michaela za to, że istnieję. Tobie opowiedzieć dziurę w niebie, która się pojawiła latem nad leżącym w trawach. Chmury skupiły się w wirze nade mną, w spiralnym ruchu oko wstępowało po kolejnych obłokach ku otworowi, hen, w górze, gdzie nieruchomo świeci oko nieba, jasny błękit przestrzeni.
Namaluję te chmury, skacząc po nich w górę.
Zawsze skakałem, podskakiwałem, porzucałem wszystko po drodze, każdy dom możliwy na rzecz nieznanego. Tyle może się wydarzyć, nie trzeba stawiać mu nic w drodze.

Ciekawa dziewczyna poznana u Dietera, pogłaskana w locie; lubię kobiety, lubię patrzeć im głęboko w oczy, widzę urok i dobroć, wdzięk i zachwycenie, pewnie, że niekiedy stłumione borykaniem się z losem. Mężczyźni tworzyli kulturę, czy dlatego tyle krwi i barbarzyństwa?
Kultura Zachodu to coś, z czego trzeba się leczyć. Do głosu dochodzą kobiety z ich naturalną biologiczną skłonnością do dawania i pielęgnowania życia.
Rotraut weszła w moje życie nagle; nie mam innego wyboru, jak powstrzymywać napór jej miłości?

Wspomnę dom na Mariensztacie, patrzyłem nań przed pójściem na herbatę do Związku 31 lipca, lecz zapomniałem napisać, widząc Kazika; to ogromna ściana ślepa bez okien; po lewej połowie rytmicznie romboidalnymi płatami poodpadał tynk, po prawej pięła się winorośl, rysując ten sam wzór rozedrganych planów przestrzennych. Dwa różne zjawiska, a ten sam rytm; zapewne oba należą do szerszego planu łaski. Łaskawa pamięć.

Odrywam się od malowania o trzeciej nad ranem trzeciego grudnia - jakie dokładne parametry, co? - aby Ci się zwierzyć ze szczególnego zapachu; Bert życzy mi jak najlepiej, chce abym otworzył wystawę na święta dla dziennikarzy, pod tytułem - oto polski artysta w święta pracuje, nie może do mamy, może mieć kłopoty z paszportem. Kiepski interes, mój paszport pozwala na przyjazd jutro i wyjazd przedwczoraj, a wystawę mogę robić wolniej niż mi się w planach zdawało. Będę na czas właściwy.

Feliks i kwiaty Dzwonił Christian, bo szuka mnie Dieter, zapraszając na party, ale pędzel zagrodził mi drogę, nawet nie oddzwoniłem.
Wczoraj siedziałem u niego i patrzyłem na kota na piecu; przygotowywał się do skoku, zdążyłem wyciągnąć palec, nie zdążyłem powiedzieć; wylądował przednimi łapami celnie na półce obok dłoni ślicznej młodej kobiety, lecz tylną łapą zaczepił o szklankę, wylało się mleko. Cudny wyraz jej ust, kiedy mówi: - Ach, Nono... - wyciera mleko, zabiera z półki drugą szklankę, a kot rozsiada się wygodnie, aby na nas patrzeć. Tacy są Niemcy, których spotykam: uważni, harmonijni, pełni życzliwości; może mam szczęście do takich?

Święta Bożego Narodzenia po raz pierwszy w Berlinie, niejedno kolorowe zjawisko może się wydarzyć.
Życie to narodziny, śmierć - próg dojrzałości.
Się zatem piszę.
Może trochę ostro począlem sobie z Ryszardem listownie, ale przynajmniej jasno postawiłem sprawę - niech się nie przewraca.

Już po północy; Rotraut nie przyjdzie; żal, nie pomogłem w wieczornej pracy. Aby mieć delikatne wyrzuty sumienia? Uczę się szybko, może liczyć na poprawę mego zachowania. Dziwnym zaiste człowiekiem jest ten tu Twój przyjaciel, wciąż nieco zawstydzony książęcego pochodzenia, występujący w przebraniu trampa i malarza.
Ona śpi pewnie smacznie; za parę godzin, jeśli przetrzymam nocną nawałnicę i nie zwalę się w sen, pójdę do niej na śniadanie.
Nie lubię w sobie bezradości, gdy zjawia się źle postawione pytanie.
Dlaczego maluję łąki? Z tęsknoty do krowy.
Twierdzi księga Tao, potwierdza pan Ciekawao.

Ósma rano ma watę w mózgu i pustkę w oku. Przemalowałem noc na niebiesko, o świcie przesadziłem żółte kwiatki do nowych doniczek, a zielone jałowce Rotraut do skrzynek. Moje przekonania, np. że nie chcę mieć dzieci, o czym powiedziałem, czy to nie stereotypy?
- I tak jest nas za dużo, po cóż zapraszać kogoś do życia w tym piekle? - mówiłem, ale wytłumacz kobiecie!
Nadciąga zima, kracze na topoli wrona.
Cóż począć z ojczystym ciepłem?
Piąty grudnia słoneczny, już nieco mroźny. Wczoraj malowałem jasną "Madonnę" cały dzień i noc, o świcie szmatą wytarłem oleje do czysta; i tak już ponad rok z tym płótnem.
Czuję się bezsensowny. Jest we mnie pustka. Długo siedziałem w lotosie, by uspokoić oddychanie; zrobiło się płytkie i nieregularne. Prawe ramię omdlałe od pędzlowania. Powoli wracam do ciepła relaksu. Jakże tęsknię do przestrzeni, malując w tej maleńkiej dziupli! Zły dzień; rozeznaję się w położeniu patrząc na moje obrazy; kiedy nie podobają się wcale, znaczy, dzień chujowieńki, zmykać z domu.

Jestem u Christiana; Bodo ma na parterze warsztat samochodowy, proponuje, że naprawi i przeprowadzi przez kontrolę techniczną moje Renault, żebym miał czym jeździć; chce w zamian obrazek olejny, wybierze sobie, różnicę w cenie dopłaci. Alek napisał list, żeni się! Ma chłopak szczęście, hej, będą dzieciaki.

W nadchodzący weekend trzecia rocznica urodzin malarza; bezstronnie, efekty kolosalnego wysiłku na płaszczyźnie życiowej są żadne: jestem bez domu, pracowni, pieniędzy i płócien. Jest już tego kilkaset kilo, bagaż ma możliwości rozwojowe, jak dalej jechać z takim ciężarem? Im bardziej indywidualne robią się obrazy, tym większe kłopoty mogą być z wystawieniem, sprzedażą, nie mieszczą się w ramach galerii, businessu.
Lecz mam co robić, jak nigdy nie marzyłem, a to sens życia na własność. Chcę obić wielkie płótno na nowy rok pracy.

Nadchodzi pełnia księżyca, już piąta na obczyźnie; po raz pierwszy w podróżach czuję, że jestem na obczyźnie i tęsknię do pobytu w kraju, ale teoretycznie tylko - nie ma powrotu, aniele - do czego wracać? dokąd? do kogo?
Kojarzę z pełnią obawy. Skądinąd, gdyby prześledzić inne regularności, np. wtorki mogłyby okazałyby się sensacyjne. Przyjaciel lama tybetański mi mówił w Sztokholmie: pełnia jest okresem szczególnej energii, winienem zachować ciszę i skupienie, bez seksu, alkoholi, używek; jeść mało, pić wodę, medytować, żeby nie rozniosło.

Piątka jest moją cyfrą, więc może się pełnia przekręci; może montaż wystawy?
Dzwoniłem do siostry, jedno rozczarowanie! Bo nie wysłali trawy, nie wspomagają w biedzie! Jej komentarz:
- Braciszku, bieda jest wtedy, kiedy nie ma chleba!
Och, siostrzyczko, guzik wiesz o biedzie, w ludowej Polsce nie mogłaś jej poznać ani doznać! O zgrozo! I nawet nie znasz smaku trawy, będąc moją siostrą!
Siedzę już ze dwie godziny, Petra zrobiła obiad z kaczką, a nie mam siły pofrunąć. Ręce, która pisze, już nie chce się pisać. W pracowni jak w dziupli, brak miejsca na oddychanie, duszno od farb; szczerze mówiąc, to trujące, ale i tak nie będę żył wiecznie na ziemi. Pójdę na długi spacer, zmęczę się do końca, napalę w domu w piecu i zasnę. Patrz tylko, ile dziś wiem o przyszłości!

Źle nocą po przepastnym spacerze, Rotraut masażem kręgosłupa mnie przywracała do życia i wydobywała z dziury, gdzie wpadłem z pomocą znów malowanej Madonny. Poznałem jej przyjaciółkę, Lizę. Otwierałem bramę, śmieszne oniemienie na widok, jakbyśmy się dawno nie widzieli i spotkali nader niespodzianie.
Te kobiety, niestety, spójrz takiej w oczy - o rety!

Zamiast głowy mam kocioł z wrzątkiem, gotuje się bulion obrazów, realne i fantastyczne równie męczy i boli. Czy grzeszę, narzekając? Mam dach nad głową, żywność i przyjaciół, a ilu na planecie bezdomnych, zamęczanych w więzieniach? dzieci umierających z głodu, matek z usychającymi piersiami, starców umierających w pyle dróg do nikąd!

Szóstego sennie robię projekt zaproszenia. Ania ma nic do dodania.

Siódmy, noc miłośnie w radości, zaśmiewaliśmy się do łez a spali ze cztery godziny; porankiem pomogłem Rumplowi i Richardowi w odstawieniu Szarego Zwierzęcia Opla do warsztatu, a Forda na złom; kupili go za 50 marek, przejechali parę tysięcy kilometrów - domyślam się jak! Częstowałem herbatą, nastawiałem Bacha, trochę malowałem; zrobiłem pranie, się senny, na górę nie idę. Gdy jej nie kocham, to także nie lubię chwilami. Biedny Wieś. Tyle, że mam to gdzieś. Tyle, że mam to w tyle.

Moje obrazy, będzie im tu obco? W Szwecji były u siebie, bo mistyczne niebo, tam zacząłem malować. W Polsce były u siebie. A tu? Spałem godzinę wieczorem. Złożyłem do kupy dwumetrowy blejtram z krzyżem, jutro obiję płótnem, osłonię się przed światem. Obecny dół to zapewne dołek startowy.

Ósmy grudnia wraz ze mną gruntuje i szlifuje nowe wielkie płótno, robimy to trzy razy i właśnie schnie, niepokalane. Na czwarte urodziny malarza - widzisz, jaki chłopiec! Malarz młodziutki - zaczął malować w wieku, gdy święty Vincent umierał.
Odwiedziła mnie Mane, obdarowując szczyptą trawy z własnej plantacji na dachu - jakże to współbrzmi z pracą!

Dziewiąty, na imieniny własne zaczynam duży obraz, Galaktykę spiralną. Po mroźnym dniu wczorajszym i śnieżystej nocy dzień robi się ciepły i dżdżysty; wietrzę, stoję w otwartym oknie i piszę, odkłaniam się, macham ręką, tutejsi mnie znają, często zaglądają do okna, patrzą, jak maluję. Zrobiłem przeźrocze obrazowi, chcę notować kolejne fazy, utrwalić przemiany. Nie chce się pisać, Przyjacielu, Przekaz leci dziś innym kanałem; czy dotrze do celu?

Noce i dnie,
księżyce i gwiazdy.

Co łączyjedno z drugim?

mnie z tobą?

słońce i łzę?

Co to właściwie jest?

Dziesiąty, w drugiej dobie przemalowałem piętnaście godzin. Obraz, jeszcze surowy w kolorze i dziki, prezentuje potworną energię rozbryzgu.
Wyszedłem nocą na środek alei, aby go widzieć z daleka przez otwarte okna - jarzy się niebywale!
Strojny jak dupa pawiana i krocze św. barana,
o którym legenda pisana i mówiona
mówi, że on to ona!

Pozdrowił mnie właściciel pubu z sąsiedztwa, pytał, ile kosztuje, ale przy porodzie dziecka trudno orzekać o jego talentach, choćby i fenickich. Szkoda, jestem krytyczny, ale też nie mam innych płócien; może powinienem go teraz podpisać, uznać za skończony?

Siren gibka wielkooka gazela przyszła wraz z rodzicami na moją wystawę grafik u Michaela przed paroma laty. Matka cicha i słodka, ojciec smukły, arystokratyczny w obejściu malarz i rzeźbiarz, zajmuje się też miedziorytem; przyjechali z Turcji odwiedzić córkę na studiach w Berlinie; piękne było spotkanie i rozmowa o sztuce i mojej wynalazczości; print-painting to była moja własna technika graficzna. Powtórne spotkanie miało miejsce wczoraj, gdy przyszła ze swym przyjacielem Thomasem odwiedzić Rotraut, i rozpoznała mnie po chwili z uciechą. Robi architekturę i wielkie wrażenie. Daleko śpiewa syrena! Szumu prawdziwej fali nie słyszałem od wieków!
Wyszedłem wraz z nimi do siebie, aby pokazać pracownię i malowanie; o! ja biedny idiota, dlaczego jej nie pocałowałem, gdy byliśmy w kuchni, czyli za obrazem, dzisiaj by do mnie przyszła! Obraz galaktyczny robi z mej dziupli dwie, zajmuje tyle miejsca, że stojąc na sztalugach oddziela część kuchenną od reszty.
Już nowy tydzień, rano wizyta u Berta a wraz z nim w drukarni; ha, słusznie nalegalem na zrobienie korekty - brakowało daty otwarcia wystawy! Ładnie wygląda, obraz trochę ciemny. Mam zrobić projekt plakatu z reprodukcją nowej Galaktyki, radzi mi Rotraut, ale właśnie powietrze uszło z gumki-myszki.

Po kolacji i kawie z Rotraut pogoniłem przygnębienie w przeszłość, wyszedłem wysłać listy do rodziców i brata, w Zielonym Palcu dwie podwójne whisky Ballentines i tegoż zasięgu list do Dudiego, przy trzeciej wyjmuję z torby zeszyt, aby notować na później.
Sączyłem tę whisky w Polskim Instytucie w Sztokholmie; proszono o moją codzienną obecność na wystawie, więc miałem co jeść i pić. Dwa i pół roku temu, zupełnie jak teraz bez forsy; wszystkie widoki na przyszłość do zobaczenia jedynie na płótnach.
Piękne wnętrza, pierwszy w życiu sprzedany obraz, bo malowałem od czterech miesięcy, ale prezentowałem też parę różnych technik; niezwykłe były mi doświadczenia nt. jak funkcjonuje polska kultura i władza, pani szatniarka, cieć, agenci bezpieczeństwa.
Przeczę wszystkiemu, prawda jest prosta olśniewająca, w niej są wszystkie ich szmatki.
Prawda jest taka, że dane jest Wszystko, ograniczone tylko zasięgiem pojmowania. Mniejsze o małe życie, co tak pośpiesznie przemija, przez nie uczestniczę w bycie, który nieprzemijalny. Przyjacielu, składamy się przeważnie z wody, reszta to czysta nieskończoność. Ach, racja, trochę whisky.
Dochodzi trzecia, do domu pójdę okrężną drogą, by trzeźwieć.

Po czwartej jestem już w łóżku, piszę na dobranoc; ledwo urwałem się długopisowi w knajpie, gdy przedstawił się pan elegancki Hans w średnim wieku dziennikarz, postawił whisky, wypytał, i tak serdecznie zaprosił na Święta, spędza je tylko z żoną, dzieci na nartach, że dałem mu telefon Rotraut, chociaż chcę raczej malować.

Bardzo mnie wypogodziło tej nocy: spacery, listy, człowiek, whisky i zaookrąglający się księżyc.

Moje życie jest elementarną cząstką, leci z nikąd do nikąd, jest niemal niczym, doświadcza niemal wszystkiego. Albo się nim staje.
Jest cząstką, całość jeszcze zakryta.
 
z powrotem
dalej
stronice: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

Lubisz Stronicę ? Podaj adres dalej ! wisarts.com

© 2008 Wiesław Sadurski. Wszystkie Prawa Zastrzeżone. Website tworzona i utrzymywana przez Autora.
Żadne Obrazy, Rysunki, Grafiki, Teksty, Fotografie i Filmy nie mogą być reprodukowane lub użyte bez mego zezwolenia.

| Start | Malarstwo | Grafika | Poezja | Foto Art | Dzisiaj |

Sztuki Piękne - Malarstwo, Grafika, Rysunek, Sztuki cyfrowe, Poezja, Fotografia - Wiesław Sadurski, polski artysta z Berlina