| Środa wieczorem dwudziestego grudnia;
umówiłem się z Henrykiem na Kaiserdamm, ale nie przyszedł; pewnie pomylił
stacje; przyszedłem do Zielonego Palca, aby Ci popisać, bo gorączkowość
ostatnich dni nie pozwalała na wiele; przychodzą do mnie ludzie licznie
jak w Warszawie, zabiera to wiele czasu; dużo jest malowania, zwłaszcza
wczoraj; są duszne gorączki w głowie z dreszczami i chłodem dłoni i stóp.
Wczorajszy dzień spiszę Ci dziwny; po śniadaniu z Rotraut zszedłem na dół, po chwili Henryk W, ugwarzyliśmy godzinę, przyszła Rotraut, malowałem, po chwili Christian, po godzinie Petra i Kristin, zaraz także Michael, wiele jointów; już nie malowałem, bo nie ma jak się w ciasnocie poruszać. Przed północą obiad z Rotraut, poznałem jeszcze jedną kobietę zaangażowaną w terapię, Juta, i dałem jej zaproszenie; jej chłopiec to mim-tancerz, którego oglądałem w Cafe Einstein z Rotraut na początku naszej znajomości. Nocowałem u siebie, gdyż o 7 rano przywieziono mi węgiel, cztery i pół cetnara za 60 marek; zostaje mi 50 i dwa tygodnie do wystawy, jakoś bidę opędzę. Byłem w południe w galerii, zdejmowałem obecnie wiszące obrazy ze ścian i nosiłem do magazynu; mierzyłem ściany i planowałem. Okazała będzie wystawa, pół setki płócien! Ściany są czyste i rozległe, ale koszmarny bałagan, w dużym pokoju skrzynie, w biurze burdel, w korytarzu opakowania i szmaty; mają to jutro sprzątnąć. Ulga, że Kreacja wejdzie ukosem przez drzwi, mając nawet 3 cm luzu. Źle, bo słyszę, że galeria od dawna nieczynna, czyli nie ma "miejscowych" gości. Malarz i pomieszanie zmysłów; cierpię, że mało maluję w Berlinie, brakuje pół setki płócien. Jest nowy Demon, Pożegnanie jesieni, Stan pełni; skończone są zaczęte w Warszawie Otwarte wybrzeża i Poranna piosenka. Tymczasem Galaktyka traci niesamowitą energię, jaką promieniowała w pierwszych dniach po wybuchu, pogłębia się przestrzeń, spowalnia ruch rozbryzgu. Wiele tracę, nie wiem, co przyjdzie; może skończę na wystawę? Przy stoliku obok pianina siedzi Michael z dwoma fajnymi dziewczynami, teraz to zauważam; bo do tej chwili zauważałem co chwila, że kelnerka ma śliczne wypukłości a oczy ciemne i łatwopalne. Ciekawe, nie pojawił się Henryk; jest dobrym, mądrym i wrażliwym człowiekiem, ale nie korzysta z energii płynących przez ciało, komplikuje się metafizycznie i śmiercionośnie. Dobry malarz, takiego nic nie zmoże, może się pomęczyć! Zadał mi pytanie, bo na zaproszeniu stoi Sadurski i Polen, czy reprezentuję Polskę. Tak, bez wstydu, chociaż moja twórczość najpierw ludzka, dopiero potem polska. Ale jest wiele chmur, zwierzę się Tobie, życie mną miota, wieczorny przypływ gorączki. Nie jest mi dobrze tu, na północy, w zgodzie ze sobą nie jestem. To Salvatore Quasimodo.
Wieczorem przed siedmioma laty też miałem gorączki, mieszkałem na Maklakiewicza
u pana Jana, co wrócił z rentą z Kanady i kupił sobie mieszkanie, które
mi odnajął, gdy wróciłem ze Sztokholmu i szybko przestałem mieszkać u Basi;
pokochałem Wandę.Pięknie tam było, czysto i kwietnie; miłość, przyjaciele poeci i muzycy, otwarte wieczory autorskie nagrywałem na magnetofon, przedłużały się w dyskusje do rana; działo się dużo i nic, zwłaszcza to drugie, ale nadzwyczaj intensywnie. Przed rokiem porzuciłem rysunek piórkiem, po meskalinie i lsd znalazłem zajęcie niezgodne z moim charakterem; może charakter się zmieniał? Pisałem jakieś bzdury. Pod koniec roku zacząłem chorować; zawodzili lekarze, antybiotyki obniżały gorączkę na parę dni ledwie, leciałem trzy miesiące między 38 a 40 stopi celsjusz. Wreszcie, a było to już w marcu - ta prześliczna dziewczyna od Michaela przechodząc włożyła mi do ust pistacjowego orzeszka - Marysia oficjalnie jako psychiatra doradziła, żebym coś odmienił: - Wróciłeś do Warszawy i chorujesz, jedź tam, gdzie będziesz zdrowy! - powiedziała, a ja momentalnie uwierzyłem, przecież starsza ode mnie o dobre pięć godzin! Paszport miałem, okazja się trafiała, mogłem wrócić do Sztokholmu z Andrzejem i Leną, jechali dużym Pontiac. Przez Berlin. Na Ringu berlińskim wjechał nam w rufę z tyłu mały VW; zostaliśmy w Zach. Berlinie ze względu na ubezpieczenia, w hoteliku na Kantstrasse. Andrzej wyszedł z ciosem: kupa pieniędzy na naprawę wozu, który kosztował nie powiem ile, zwrot kosztów za pobyt w Berlinie, hotel i bilet lotniczy dla Leny, która odleciała po trzech dniach - ale ja przez te 3 tygodnie wydałem wszystkie pieniądze. To wczesną wiosną zdarzyła się noc, która drastycznie przyśpieszyła dojrzewanie. U Ali i Christiana w pięcioro. Mario, pisać go jeszcze? wybitna osobowość, dobitna lisica; postać dziwna, ale nigdy mi nie wadził, ani w Warszawie jako pisarz, ani w Berlinie jako piskorz. Wróżył mi z kart z własnej inicjatywy, mówił długo, delektując się mową, wzruszając się sobą - to tylko potrafi! - tak pięknie i mądrze nawijającym na szpulkę wciurności. Streszczę: wkrótce zacznę robić coś zupełnie nowego, wielkie osiągnięcia; a ponieważ nie mówię "nie", ponieważ ludzie mają do mnie sympatię, ponieważ jestem jaki jestem, przyciągnę wielu psychopatów, nocne motyle do światła; nudzą mnie przecież i męczą, ale ich rozumiem i nie potrafię odtrącać, więc jeden z tych... Michael podszedł, przywitał, poradził, bym przestał pisać i usiadł przy ich stoliku; złożyłem życzenia urodzinowe prześlicznej dziewczynie, co kończy w tej chwili lat siedemnaście, rozkwita w oczach, świetlista promienność. Beztrosko zakłada nogi na poręcz krzesła, ileż uroku w tym swobodnym rozkroku! Wiosenność jest piękna. Zbliżyła się do mnie, hej! to słoneczny wiatr, elektrycznie naładowane cząstki lądują na skórze brzucha i przemieszczają się w dół, sprawiają, że wystawiony ku Suzannie front mojego ciała. Zapędziłem się; widzisz? już oto front, zaraz wojenka, a to tylko prześliczna panienka! Zawrócił mi w głowie drugi, nie, to trzeci kielich szampana, zakochuję się z bąbelka na bąbelek, zarazem temu nierad zawracam do pisania, widziałem ją w twarzach innych kobiet. Basia spod znaku lwa nagle zakochana w rzeźni lubelskiej, wśród świńskich połówek; tam mnie nosiło, pracowałem czas jakiś doglądając załadunku bekonów do wagonów z lodem; plombowałem je i wysyłałem do portu w Gdyni; sam jechałem autostopem, bo miałem trzy dni czasu do ładowania na statek do Anglii. Fajna robota na lato, gdy Basia z ząbkami każdy oddzielnie żarłocznie we mnie wśmiechnięty. Dziwnie spędzają czas ludzie; nudzą się, piją piwo, gapią się w mecz telewizyjny, leniwie gawędzą; ja jeden jestem z elektrycznych zawirowań, rżenia koni, pędzących cząstek elementarnych, przenośni i szumu wiatrów. ![]()
Piękne zdjęcia zrobił Wolfgang, zwłaszcza to: rozmazana w ruchu człowiecza
plama dotyka pędzlem nieruchomego, patrzącego na mnie autoportretu. Narobiłem się dzisiaj w galerii, pisałem? Jutro uprzątną klamoty, a ja poproszę Berta o pięć, może siedem szkieł metr na siedemdziesiąt na duże grafiki, i dziesięć małych formatu A3. Chciałbym wigilię spędzać w galerii montując wystawę; nie zdążę na święta, też powiem Bertowi, zresztą sam widzi. Drzwi galerii otwierał mi dzisiaj starszy ujmujący pan, profesor Jaenisch ma tam atelier; robi piękne delikatne grafiki i obrazy, które dziś bezwzględnie usuwałem ze ścian. Jest pozytywnie zdumiony moim malarstwem; pokazuje jak ordynarnie podpisałem niektóre akryle w rogu. - Ten podpis jest z innego świata, nie pasuje do subtelności koloru - mówi. Odtąd te sygnatury będą bolały mnie w oczy. O! Telefon w barze zabrzmiał dla mnie: Henryk! Będzie tu zaraz z Andrzejem, Christianem i Waldi, aby - pojechać do mnie! Ależ u mnie wszędzie porozkładane print-paintings, które jutro wiozę do galerii! Ależ ja mam tęgą gorączkę! boli głowa, pieką usta i skronie, dłonie są z płomienia; upojnie lecę w ten wieczór. Michael mówi, że to dla mnie zupełnie nowe natchnienie, jego siostrzenica, co ma lat siedemnaście a taka dojrzała. Ale Suzanne nie mówi po angielsku, a ja? czy nie wystarczy, że kocham? coś jeszcze robić? nie wiem, napalony, upity. W telewizorze tymczasem strzelono gola, dobrze, że nie wiem komu, tak będzie lepiej dla Ciebie a także pieprzonych kosmitów. Dziwnie; czy wizyta Mario i wpływ grawitacji tak mnie uświadamia? wskazuje, że odrywam się od przeszłości, staję się innym, widocznym zewsząd, nie mającym nic na własność ani do ukrycia, przez którego prześwieca światło, a który temu nieomal nie może podołać. Może i może. Wstałem do pożegnania, powiedziałem, że piękna, już tyle znam niemieckiego; pocałunek dwojga kochanków; czy me usta kiedykolwiek dotykały olśnienia tak delikatnego? Na pewno nie dzisiaj. Siedzę już z Henrykiem, Michaelem, Andrzejem i Waldi - tylu mężczyzn w mym życiu! Druga godzina nocą; jakbym trochę przycichł. Śmiesznie wygląda nasza grupa: tłuściejący Christian zamyślony przy pomocy wąsa, fajny Henryk skryty za pracowitą ręką i brodą, brodato-brudnawy Waldi, brodaty-lśniąco-tłuszczący-się Michael, zeschnięto-brodaty i niewątpliwie speedujący Andrzej - ubrani w stroje ciemne, typowe mundury maskujące lub szare; ja biało-niebiesko jak jestem. Przyjechali do mnie, wypili pół litra, pogadali, poszli. Spala mnie gorączka, błaznowałem ostro, dobrze się czuli koledzy - mogło się wydawać w kontekście, że są zupełnie normalni. Przejęty samoświetlnością i promiennością jej skóry niemal wspomniałem Rotraut, ale boli mnie głowa, natarcie konnicy Budionnego łomoce w skroniach. Pada śnieg. 20 lat temu idąc ulicą w Lublinie w obficie padającym śniegu układałem pierwszy wiersz. Szedłem do miejskiej sypialnicy w wielkiej sali, dwa sześćdziesiąt za spanie na górnym łóżku. Pada śnieg. Dziś nie mam żadnych przyjaciół, ach, oprócz Ciebie! śnieg od morza do morza, nic mnie z nikim nie łączy, nic od nikogo nie dzieli. Chyba, że tajemnica, nieznane, ale kto ma na to czas? W czwartek obawiam się - czy moje gorączki i bóle głowy nie zwiastują torbieli nad zębami w górnej szczęce. Wyraźnie czuję to miejsce obrzękłe i obolałe, szykuje się niemoc z okazji wernisażu? Jaka znów ciemna wibracja leci od kolegi. Dziś piątek malowałem, galaktyka wiruje w gorączce, ale mnie nie spala. Wspomnę Suzannę, lecz nie pamiętam twarzy, jest jakaś przebitka, nasuwa się na nią twarz innej dziewczyny; recytowała wiersze, śmiała się rozszczęśliwiająco; nie pamiętam imienia, tylko ten śmiech i spazm. Wstępne wybuchy petard za oknami, właściwa kanonada za parę godzin, trzeba się ogolić i przespać. - Czy chciałbyś być w domu? - zaskakująco pyta Rotraut. - Mój dom jest ze mną - odpowiadam - a ja nigdzie. Taka świąteczna rozmowa. Bóg się rodzi, moc truchleje, ma granice nieskończony. Ale naprawdę, wiesz? naprawdę chciałbym być tam, gdzie naprawdę jestem. Tyle, że czuwam. Boże Narodzenie idzie w wielkim deszczu, usamotnia się czysto moja dusza. Tyle, że jestem. |
||||||||||||
| Poniedziałek wieczorem dwudziestego
piątego grudnia u siebie - napalam w piecu, wietrzę pokój, zapalam
świecę i pałeczkę kadzidła. Om Mani Padme Hum. Siadam w medytacji i pobywam
z rodziną, odwiedzam zdalnie przyjaciółki, przyjaciół. Dzień wigilijny pełen zajęć, dopiero wieczorem Rotraut i spacer w pustym wietrznym parku. Po czym składamy wizytę pani Danowski w domu starców po drugiej stronie alei. Wyschnięta szczapka bieluśka w loczkach - życie mieszkała w moim obecnie pokoju. W ostatnie święta Rotraut odwiedziła ją jak dzisiaj z kwiatkiem i ocaliła od śmierci; gaz się ulatniał, a starowinka nie mogła się ruszać. Teraz mieszka wygodnie: dwupokojowe mieszkanko z wszystkimi darami cywilizacji - ale nie jest szczęśliwa. Widuje w swym mieszkaniu osoby. Dziewczynki z piłką na balkonie, młodego mężczyznę, który się goli w łazience, kobietę z dzieckiem na kolanach w kuchni. Dziś nawet czuła przypalone mleko. Wstaje rano, jest przecież starszą osobą, krępujące, wolałaby być sama, mówi owym osobom zupełnie otwarcie, ale - pytałem o to, Rotraut tłumaczy na bieżąco - nie jest przez nie zauważana; ach, raz chyba zobaczyła ją jedna z dziewczynek, roześmiała się wskazując palcem i rzucając piłką, ale piłka przeleciała przez starszą panią nie wyrządzając jej krzywdy. Doprawdy żenujące, co się tutaj dzieje, Frau Danowski w kłopocie, boi się mówić o osobach do innych ludzi, wie, że ich status podejrzany, nie chce uchodzić za wariatkę; nas nie uważa za innych. Wigilia jak wszystkie dnie samotnie; częstowała nas lampką wina, przejmujący nastrój. Zadziwienie widokiem Rotraut, rozpraszającej mroki i zadumy starszej pani uśmiechem, prostotą i życzliwym słowem; we mnie leciały rolki filmu snute z tej opowieści, moja gorączka znakomicie przyswaja, adaptuje, wspomaga. Pod drzwiami pokoju kwiaty i życzenia od Dorothy czekoladowej z drugiego piętra, zaraz także spotkanie i nieutulone opowieści o rodzinnej Gujanie i Francji; Rotraut udziela znowu pierwszej pomocy psychicznej z prostotą słonecznego promienia, ciemność nie może się ostać. Ojciec Dorothy ładował w matkę morfinę i skopolaminę, dali jej coś domięśniowo przy porodzie bez wiedzy o narkotykach, więc sparaliżowało jej nogę; Dorothy urodziła się, żeby dostać potężną dawkę chininy. Jeszcze jest w opowieści mąż, mały synek, starszy syn i "jego siostra"; ale nie powiem więcej, jeszcze nie zgłupiałem; dramat ze zbyt wielką liczbą finałów. Rotraut ślicznie się cieszy otwierając koperty z życzeniami i paczuszki z prezentami. Ode mnie "Pożegnanie z jesienią", malowane przecież w poczuciu jej przemożnej obecności; dla mnie cieszy Polaroid, maszynka dla malarza. Niezwykły prezent przyniósł Michael - ukośną świecę. Ogromna, gruba, i nadtopiona ukośnie, że nie może stać, leży. Patrz, kto inny, mniej wrażliwy, wyrzuciłby na śmietnik, a on spożytkował twórczo, podarował przyjacielowi z radości, że Pan się nam narodził. Przy wszystkich zapalonych lampach i świecach w mojej duszy mroczno; chciałem napisać: w pokoju, ale się samo przekręca. Gwiazda przynosi noc - tak namaluję ten dzień. Był Michael raz drugi, przyniósł mi zaproszenie na czwartkowe party do Anette, koleżanki Suzanny. A Ruth patrzy mi w oczy, czuje, kojarzy i wie. Kocham jedną kobietę - tę, która prześwieca przez wszystkie. Dwudziesty czwarty, dochodzi czwarta rano, czekam u Rotraut, aż wanna napełni się wodą. Za 10 godzin wiozę obrazy do galerii, mam wziąć wszystkie, bo Urząd Celny chce kolory czarno na białym. Stoją przed oknem z rogami opakowanymi w tekturę, ustawione w kolejności, w jakiej mają znaleźć się w wozie. Który przyjedzie o pierwszej, znowu troszczy się o coś Bert. Wieczorem party i Suzanne, z której pamiętam tylko gwiezdną przestrzeń oczu. Czy dodać, jaka to klamra spina dzień i noc do kupy? Potworny ból głowy. Żyję zdrowo jak umiem. 29-ty grudnia. W południe przyjechała ciężarówka z dwoma fachowcami sprawnymi w transporcie obrazów; szybko poszło, można im zawierzyć. Ale od ciężarówki nosiłem już sam do bramy i na piętro; zmachałem się setnie, stoją w galerii, nawet wypociłem z siebie ból głowy. Nie dość, że maluję, to jeszcze noszę i noszę. Znalazłem w kuchni opodal ulubioną herbatę Darjeeling, popijam ją teraz, streszczam Ci w zeszycie. Wiesz? kiedy w Sztokholnie zaczynałem malarstwo - przeżywałem szczęście, wiedziałem, że wstępuję w wolność, święta rzeka porwie z mego życia wszelkie bariery oddzielające; wolność, światło maja! A potem? A teraz? Przecież nie narzekam - tylko noszę i noszę! Wkręcałem po herbacie haki w ramy, dwadzieścia obrazów, jeździłem z Wolfgangiem po śruby i listwy do sklepu; potrzeba mi dwieście metrów bieżących, a to kosztuje sto sześćdziesiąt marek; czy zrezygnuję? Kolejna herbata u Rotraut, podejmuje właśnie dzieci Dorothy; tancereczka Joell ma lat szesnaście, studiuje balet w Londynie, złota indiańska skóra po matce, to o niej mówi się per "jego siostra"; Yves ma jasną karnację, uroda po ojcu, francuskość wychowana w Anglii gubiąca się nieco w Berlinie; chce wstąpić na ochotnika do armii albo zaciągnąć się do farmerskiej komuny gdzieś na pustyni, ale matka twierdzi, że nadaje się tylko do domu wariatów. Wierzę, trudno mu matkować, jest bystry, nadwrażliwy, niebywale rozkręcony, samotny. Po szybkim obiedzie z Rotraut spotkanie Michaela i jazda czarnym Jaguarem przez Berlin, w prawo od Clayallee, żywopłot, bzyknięcie automatu otwierającego drzwi, żwirowana ścieżka, domek jednorodzinny o przemyślnej nowoczesnej architekturze; w drzwiach Anette śliczna w koronkowej białej bluzce, czarny atłasowy kombinezon obwieszony świecidełkami Bagdadu. W obszernym living room o brązowych ścianach kilkanaście osób spokojnych i rozgadanych, dobre jedzenie, dużo wina i haszu, chociaż nie wszyscy piją i palą, muzyka. W rogu duża choinka pachnie, chociaż funkcjonuje jako ilustracja anarchicznego stosunku do tradycji, jest obwieszona pustymi opakowaniami po ciastkach i paczkami po papierosach Camel. Powiedz o tym moim rodzicom, a wyda się im, że wiedzą wszystko o berlińskim życiu; bardzo by współczuli. Suzanne naga, pomalowana w koczownicze farby biegnie pod prysznic; dziewczyny malowały się do fotografii i błaznowały. Wydaje się nieosiągalna, choć ciało smukłe i chętne, odbiega boso po rosie marzeń w swój rok osiemnasty. Rodzice wyjechali, młodzież robi prywatkę. Wszyscy swobodni, rozgadani! nie ma właściwie zabawy, nikt nie tańczy, nikt nawet się nie ściska po kątach. Michael wskazuje palcem: obaj chłopcy Suzanne rozmawiają ze sobą przyjaźnie, żartują. Ona całuje wilgotnie, ale w pocałunku nie ma namiętności, jest zimna jak ja, kiedy jestem zimny. Jan mnie rozpoznaje, był na wystawie przed laty; piękny koncert chłopców: Tom na fortepianie, Christian na gitarze; różana śliczna Betty mała lady w rozgardiaszu tka spokojnie na szydełku krawat. Nie pojmuję, w jaki sposób wchodzą do Przekazu, czy ma znaczenie notatka, wystarcza spojrzenie i uśmiech? Niestety, w Zielonym Palcu - bo tutaj mam kawę i trzeźwieję - gasną światła, pora iść, Przyjacielu, w poranek, niechże nas coś dobrego spotka. Kończy się piątek, leci woda do wanny Rotraut; przyjechałem z galerii, cały dzień wkręcałem w ramy haki i naciągałem linki, przygotowując obrazy do wieszania, no, powiesiłem przecież akryle. Jutro będę wiedział o ekspozycji coś więcej; tymczasem ona tak miła, że po kąpieli będzie masa zajęć - bardziej czułych niż dzienne, lecz nadal fizycznych. Ostatni to dzień starego; świta w galerii. Pracowałem sobotę, wieczorem przyjechała Rotraut i pomagała dzielnie przez noc; pomoc niezbędna: - Lewy róg do góry, obraz 5 cm w dół - i temu podobne. Okazuje się o świcie, moje klucze od Berta nie otwierają bramy wyjściowej, wracamy na górę, śpi kruszynka na kozetce w biurze, nie mogę zasnąć w fotelu, chodzę po galerii i myślę, przestawiam obrazy do wieszania jutro, staram się widzieć całą salę na raz, piszę te słowa. Noworoczny już dzisiaj poranek; w południe dopiero byliśmy w domu; kąpiel, sen, noworoczny szampan, i zaraz drugi w towarzystwie Dorothy i Yves; bąbelki na szkle przemglonym, ognie sztuczne na niebie, okazjonalne iskrzenia w głowie; wysyłam pocztą telepatyczną życzenia bliskim i przyjaciołom, widząc ich oczy twarze w rozbryzgach kolorowych ogni na niebie i po drugiej strony oczu. O drugiej już cicho i tylko we dwoje wśród kwiatów i kotów, w jasności świec, poduszki na białym dywanie. Rozwijam sreberko, dostałem noworoczny prezent, kręcę tłustego skręta z czarnego świątynnego nepala. Popalała ze mną niekiedy, więc z nowym rokiem. Skręt jeszcze w mej dłoni smaczny i pachnący, a z pierwszym wdechem czuję lekkie uderzenie w splot słoneczny; spowalniam wydech, siadam prosto i rozluźniam się, drugi wdech dymu i podaję dalej; gorąca fala obmywa tył głowy i wznosi mnie do góry, że ach! Tymczasem Rotraut osuwa się na podłogę blada, już traci przytomność, gdy niosę ją do łazienki, żeby zdążyć - w pierwszym ataku torsji pochyla się do wanny. Zdarzało się, wiem, co grane, nie ma powodów do niepokoju, natomiast są godziny torsji i wymierań ogólnych. Pomagam jej jakby chodziło o parzenie herbaty,, ale to, co się dzieje, jest reanimacją ze dwa i pół raza. Już śpi spokojnie, wzruszona, że przeżyła, że będzie żyć dalej. Na końcu sprzątam pokój wraz z popielniczką, wracam na dół do siebie, rozpalam ogień i dopalam jointa, gdy huczy mile w piecu i wtóruje wiatrom. Wszystkiego dobra Ci życzę, Przyjacielu, w tym roku i zawsze. Zdrowia, szczęśliwości ogólnej, pokoju. Jeszcze Nowy, ale wieczór: Rotraut przeżywa tak mocno. Kocha, chce kochać więcej, jakby sobie nie wierzyła. A ja się nie daję. Przeglądam wiersze; spędzamy wiele czasu z przekładami, poznaję, jaka uważna, gdy się angażuje; poznaję słowa niemieckie, teraz to moje słowa; robię w tekstach skróty - w niemieckim trzeba więcej słów niż w polskim, aby znaczenie wyrazić. Jeżdżę codziennie metrem, zwierzę się, że na gapę; czuję się zbyt intensywny dla współtowarzyszy podróży jeśli nic nie robię, więc czytam dobre rzeczy; przepiszę Ci fragment z Ouspensky-ego: "Wzrost wiedzy oznacza przeniesienie ze szczególnego w ogólne, od detalu do całości, z iluzji do realności. Prawdziwa wiedza pokazuje nie tylko detal, ale również miejsce, funkcję i znaczenie tego detalu w relacji do całości. Rozumienie jest rezultatem doświadczenia; wymagane jest pewne doświadczenie w istnieniu i pewne doświadczenie w wiedzy. Wszystkie nasze energie są zdeterminowane przez poziom istnienia, na którym jesteśmy." Skończył się trzeci stycznia; półtorej doby w galerii; oprawiam obrazy w listwy drewniane, które mi się zacnie funduje i przywozi ze sklepu, chwała Bertowi! oprawiam grafiki w szkła, wieszam obrazy na ścianie na żyłkach od sufitu, ciężko w pojedynkę, coraz to róg jaki za nisko lub za wysoko, i znowu na drabinę. Uruchamiam instalacje elektryczne, kable, oprawki, wkręcam żarówki. Myję okna! W chwilach odpoczynku przepisuję wiersze na elektrycznej maszynie w biurze; kiepsko to idzie bez znajomości języka, popełniam błędy. Teraz odpoczywam dla Ciebie przy świecy w towarzystwie Feliksa i Rozyny; siedzą po obu stronach i patrzą na zeszyt. Piękne koty; czarnobiałe bliźniaki różnią się jedną łatką na nosie Rozyny, mądre i odważne. Zwłaszcza Feliks. Codziennie znajduje mą twarz jak teraz, ociera się pyszczkiem, mrucząc; ma oczy intensywnie przyjazne, wizualna stacja nadawcza. Herr Oberschmuser zwę go po niemiecku, czyli Pan Superpieszczoch, ale jest londyńczykiem; gentleman jak się patrzy, po niemiecku rozumie więcej niż ja, a jeszcze mniej mówi. Pani Olimpia staruszeńka z ulicy Zielenieckiej miała osiemnaście kotów na parterze maleńkiego domu. Bardzo biedna, zarabiała roznosząc butelki mleka o świcie. Codziennie komuś jednemu brakowało mleka pod drzwiami, ale ludzie nie sprzeciwiali się, wiedząc, że to podatek na koty. Żeby jakoś sobie i gawiedzi pomóc zamieszkała w kuchni, a pokój wynajęła lokatorce, też dobrze pod siedemdziesiątkę. Ta miała kota na tle zamążpójścia, czyli wizję albo proroczy sen, że to się zdarzy lada dzień; okrągła i malutka, kolekcjonowała z tej okazji tapczany. Dwa stanęły w pokoju zajmując niemal całą powierzchnię, trzeci się zmieścił pionowo pod ścianą. Praktycznie nie było już dla niej miejsca, więc całe dnie spędzała w kuchni, pilnując, aby żaden z kotów nie wszedł do pokoiku i nie naszczał, na litość boską, na tapczan. A było czego pilnować! Lokatorka kupowała staruszce i kotom trochę jedzenia, spłacając komorne w codziennych ratach. Zacisznie było w tej kuchni, gdy zaglądałem z podwórka; pojąłem wtedy, jak się powiększa grono jej oblubieńców - oto dwóch małych urwisów przyniosło kotka i domagało się pieniędzy na lody. - Ale ja nie mam żadnych pieniędzy, synkowie. - To my zrobimy kotkowi kuku! I oto już było dziewiętnaście kotów; czujesz ten zapach? Pani Olimpia. Kojarzy się z Olimpem, ale jej cienkie nóżki w białych skarpetach przypominają o Hamlecie. Przepiękna zima. Śnieg i mróz umiarkowany, przecież wszystko wybieli, roziskrzy. Ćwiartka księżyca na niebie. W moim pokoju straszne zimno, napaliłem wszak wczoraj rano! Siedzę przy huczącym piecyku i piszę czekając, aż się trochę ogrzeje; z lewej mi dobrze od ognia, z prawej powietrze kąsa przez ubranie. Szedłem z galerii piechotą, trzy kilometry powietrza. W domu kartki od bliskich, lotne znaki miłości, pamięci. Nie piszę, nie ślę znaków, pamiętam i kocham. Świt czwartkowy, jutro wernisaż. Dożyję. W piątek rano wystawa wisi, skończyłem przepisywanie przekładów, popołudniem powieszę je między obrazami, przytwierdzając do ściany klonowymi liśćmi, które zbierałem w parku. Leci wanna do wody, mam chwilę czasu dla Ciebie. Ach, jeszcze uprać różowe dżinsy, które dostałem od Ani w czasach, gdy ktoś się mną opiekował; do tego będzie rycerska sukmana od Danusi i Promyczka, i czarny koronkowy szal hiszpański od Kasi. Kto ma malarza ubierać, jeśli nie kobiety? O butach lepiej nie wspominać, włożę do nich świeże gazety jako dnia każdego. Teraz się kąpię i śpię parę godzin: wieczorem będzie ludzka nawałnica. Napadało śniegu! robi się zima, że hej! |
||||||||||||
Świta
sobotni poranek, czyli jest po wszystkim, wernisaż się odbył znakomicie.
Prawie miałem czas wyspać się wczoraj, a po śniadaniu wziąłem ostatni płatek
śniegu czyli speedu, aby na czas zdążyć; telepie mną jeszcze teraz, po 16
godzinach i setkach rozmów, kielichów, powitań, uścisków, dyskusji, odpowiedzi.
W takich opałach byłem parę razy zgubiony, tym razem nie lepiej. Pomimo szalejącej zimy stulecia było niemal tłumnie. Witałem własnoręcznie, podając dłoń i parę słów; po angielsku mówią niemal wszyscy; Bert w ładnym przemówieniu przyrównał Twego przyjaciela do liścia, który tu z nieba gwiaździstego spada; a tu Lord-mayor prostuje, że liść ten do nieba się wznosi! Czyli tak i siak. Rotraut przekłada na bieżąco. Tyle o liściach, a ktoś podał mi skręta ze świeżych kwiatów, i tak się rozlistniło, że ja, ze szczętem zaganiany przez ostatni tydzień i jeszcze zziajany, zdołałem ledwie dodać, że liście są od was, a mnie jest miło. Mądry po szkodzie; mogłem przecie sformułować trzy pytania i dać dwie odpowiedzi, przybliżyć dalekie. Co, znowu narzekają? ![]() A przecież miałem takie zachowania tępić! Chwalić się! Ludzie przemili, ich reakcje cudne; co chwilę ktoś mi meldował olśnienie i zachwyt, albo zrozumienie; byli też tacy, co nic np. nie pojmują, ale lubią kolor. Fajny plakat w zieleniach ze śmiejącym się Wiesiem; na boga! upomnieć się u Berta o honorarium za fotografie dla Wolfganga! Uważaj, jego portret strzelam w chwili, gdy pokazuje kciukiem i palcem wskazującym, że trzeba sprzedać zarobić pieniądze! Fajnie było, żałuj, że Cię nie było; ludzie szli do domu roześmiani i zadziwieni. Czuję się dobrze, spełnia się los doczesny, życie stabilizuje się na cztery tygodnie, mam wystawę i jasno określone obowiązki - otwierać ją, czuwać, zamykać codziennie. Meldują się też ochoty - zatrudnić elektryczną maszynę do pisania, która jest w galerii. Przyjaciele namawiają na przysłanie reportażu z podróży; dawno przyrzekałem, nie realizowałem, więc może? przecież piszę Ci niemal reportaż, i całkiem pewne, że z podróży. Akurat trafia się wytchnienie na początek roku, w galerii maszyna, przepiszę pierwszy zeszyt, poślę do Warszawy, niech coś się narodzi. Na wernisażu nie sprzedałem wiele, ot, dwie małe grafiki, żeby opędzić bieżące wydatki. Ceny nie są przystępne, oleje od tysiąca do dwudziestu trzech, bo chociaż biedny to dumny; swe obrazy lubię, chyba się tylko domyślam, ile w tym pracy życia. Mając tak dobre ceny nie muszę niczego sprzedawać! Gorzej, że właśnie nie umiem sprzedać obrazu, nie chcę o tym rozmawiać, ba! Rotraut mówi, że robię obrażoną minę, gdy ktoś się ośmiela. Trudno się dziwić - kiedy ja się wyśpię? Albo, poważniej - kiedy się obudzę? Ukryłem listę cen, chcę sprawę traktować nowatorsko - praca za pracę; pracowałem z płótnem powiedzmy tydzień, kosztuje Cię zatem tyle, ile dostajesz za tydzień swej pracy; jaka właściwie jest sprawiedliwość na ziemi?
Popołudniem sobotnim w galerii palą sie wszystkie
światła. Chcesz mnie odwiedzić, Przyjacielu? Podaję Ci oto namiary: z Drogi
Mlecznej bierzesz kurs na Berlin Zachodni, z Ku-damm skręcasz w Leibnitza,
po 200 metrach zielone światła pubu po lewej, wchodzisz w bramę przed nimi,
pierwsze piętro, drzwi galerii otwarte. Naprzeciw ciebie w końcu korytarza masz "Tunel miłości"; dwumetrowe płótno, prawie dwa laty pracy, ale też jarzy się; prawda, tu dokonuje się przerób materii w ducha, wiele pokoleń farb olejnych żyło w tej ewolucji, żadne nie przeminęło. Po drodze masz na ścianach serię barwnych print-paintings, robiłem je w Berlinie przed trzema laty, wystawiając i malując w galerii Michaela; może będzie kiedy trochę luzu, to Ci opowiem technikę, która poprzedziła malowanie obrazów a powstała w pasji, w awanturniczym okresie żywota. Ale tymczasem po lewej masz pokój wypełniony akrylami; tu wisi ostatni rok pracy, ręka chodzi swobodnie po niebie, obrazy jasne. Tak, to ja siedzę w fotelu z żółtym zeszytem na kolanie i szklaneczką wina, cześć, możemy sobie odpowiedzieć na pytania, ale uprzedzam, że będę się migał; piszę tekst, mam mało czasu.
Lepiej idź do dużej sali, obejrzyj Kreację i oleje, podejdź do kartek podtrzymywanych
przez klonowe liście, poczytaj na zdrowie. Rozmowa z piękną siwą, a przecież młodą i rześką panią Irene, świetnie czuje malarstwo; prosi o przesłanie wierszy, kiedy je wydam, prowadzi bowiem Joga Centrum, poleci je ludziom do medytacji, coś takiego! Rozumie moją pracę, najbardziej lubi w niej światło i wolność; widzę, że zna je z osobistego doświadczenia. Ale oto mam następnych gości. Gundula przyprowadziła Normę z Argentyny, śpiewa podobno heroicznie, wkrótce opuszcza Berlin; nieśmiało zapytała, czy pozwoliłbym jej na koncert pożegnalny w galerii; jej córeczka Wirginia bębniła w zachwycie piąstkami po obrazach. Ósmy stycznia jest smutny, bo poniedziałek; przytłacza mnie ciężar niezrealizowanych istnień; odwilż za oknami, wilgoć pod powiekami. Wzrusza się dusza, nie rusza w samoubójstwa. ![]() Wkrótce pojadę do galerii - patrzeć, czy obrazy na mój widok nie spadają ze ścian. Właściwie mieszkam w tych dniach bardziej u Rotraut niż u siebie, gdzie teraz siedzę przy piecu otulony w kożuszek, notuję. Ludzie różni mówią, że jesteśmy podobni jak siostra i brat. Michael przyniósł do niej Humphreya kota, co wygląda na dziadka Feliksa i Rozyny; są przepychanki, miauczenia i groźne odgłosy; kot jest po śmierci Louisa zupełnie szalony, chodzi i ciągle miauczy, woła, dostaje spazmów, kiedy go pogłaskać. Rotraut gotowa go zatrzymać, jeśli trójka kotów potrafi się akceptować, czyli ma miejsce eksperyment; na razie Humphrey pędzi Feliksa, a sam obrywa od Rozyny. We wtorek wieczorem nie ma już nikogo, pogoda zresztą taka, że psa się nie godzi wyprowadzać na spacer. Stukałem parę godzin na maszynie, zamyślając się okazyjnie. Przepisałem pierwsze trzydzieści stron tego tekstu do Ciebie, jestem tam jeszcze w Polsce, z niejakim zdziwieniem widzę w maszynopisie, jak było. Ostatnio prawie nie ma wierszy, ale nie przejmuj się, zima mnie zwykle uziemia. Kwestia poważniejsza - widzę, że nie znalazłem czasu na omówienie Przekazu. Zbyt zalatany, aby sprostać sprawie? jakbym odkładał najważniejsze na jutro? Tekst tymczasem zamienia się w dziennik podróżny, dobre chęci nie mają czasu na realizację. Nawet - wyznam Ci dzisiaj, w wietrze hucznym i szalejącej za oknem śnieżycy, że sprawa Przekazu zdaje się ciut abstrakcyjna; jakbym się znalazł na innej płaszczyźnie, gdzie to, co zdawało się rzeczywistością podstawową - staje się fantazją, załganiem? Czy Twe wiadomości były wymysłem? co ja tu robię, pisząc?
Naparzyłem kawy, zapaliłem skręta, chodziłem po salach patrząc na obrazy. Dzisiaj mnie przerastają. W kosmicznym Przekazie pauza na małość. W obliczu tego, które nieznane, boże bądź miłościw. Piękne klonowe liście na ścianach suszyłem w papierach, nic nie straciły z koloru. Wpominam spacer z Rotraut, kiedy je zbierałem, ożywiony miłością, a przecież umierający beznadziejnie na piękną chorobę, co życiem się zowie. Wciąż pachną! Niech nas ten zapach poniesie w jesienie dzieciństwa, moje się działy na wsi, pamiętasz? parę miesięcy temu pisałem stamtąd do Ciebie. Wiesz, nie posługiwałem się pamięcią przez życie, nigdy nie miałem czasu ochoty na wspominanie; zwłaszcza ostatnie dziesięciolecie plastyczne żyłem w teraz, nieustannie w tworzeniu. Pisanie do Ciebie zmienia nieco stan spraw, leci lawina wspomnień, obrazów. Nie mam zamiaru pisać o wszystkich tych polnych drogach, parzącym w stopy piasku, o burzach, pożarach, przygodach, jarmarkach, Niemcach, Rosjanach, o szkole sobieszczańskiej jak okno w świat, o ogniskach, strumieniach, koniach, żniwach, strzelaniach nocnych, powodziach, bandytach, polowaniach, pogoniach. Tylko widok ze skraju lasu; krowy pasły się na łańcuchach; ja wchodziłem na szczyt drzewa; jeden komar był odłamany uderzeniem pioruna zapewne, i w majestatycznej koronie dębu miała miejsce wyrwa, a w niej widok na panoramę lasu. Zwykle pasałem tam krowy popołudniem, jesień skrzyła się wielobarwnie, mogłem patrzeć i patrzeć. Schodziłem na dół w porę, aby iść z krowami trzy kilometry piaszczystą drogą do domu, pod zachodzące przed oczami słońce. Tym razem byłem tam wczesnym rankiem, pewnie niedziela, bo inne dnie szkoła; popędziłem krowy wcześnie, aby szukać grzybów, ale zachciałem obejrzeć świat z góry, bo ziemię zalegała gęsta, ciepła mgła. Wdrapałem się na drzewo wysoko jak można, było cicho, bezwietrznie, także we mnie, gdy patrzyłem na las. Po prawej nad fioletowymi zwałami chmur wschodziło słońce, oświetlając niematerialną przestrzeń lasu we mgle; siwa niebieskość masy perłowej rozelśniona złotoochrowo, zielono, czerwono. Czuby wielkich dębów i sosen ponad mgłą świeciły w słońcu. Mogłem zostać tam na gałęzi całe moje życie! zastanawia się małpa, po co zeszła z drzewa.
Środa; o poranku przygotowałem do renowacji
środkowy pokój Rotraut, wynosząc z nią meble, osłaniając folią podłogę przyklejoną
taśmą dookoła, przygotowując wałki do malowania i pędzle. W galerii pisałem na maszynie, rozmawiałem z gośćmi, wspominam. Oczy miałem widzące, a zacząłem malować tak późno! W szkole bez trudu najlepszy, przyjęty do drugiej klasy, bo umiałem pisać i czytać. W piątej klasie chciano mnie przenieść do szóstej, lecz pani nauczycielka fizyki się nie zgodziła. Prowadziła również lekcje rysunku, i oto kiedyś - zadanie: narysować szkolną ławkę w klasie. Zrobiłem to inżynieryjnie: płaskie plany, prostokąty jeden nad drugim we właściwych proporcjach, wyglądało to nader abstrakcyjnie; nauczycielka wyśmiała mnie wobec klasy, biedna, musiało ją moje mistrzostwo uwierać! Czarek, kolega z ławki, zrobił to przepięknie, w rzucie perspektywicznym z cieniami ławka stała jak żywa. Został maszynistą kolejowym i po pijaku wypadł z parowozu na zawsze. Zapomniałem zdarzenie w klasie na lat dwadzieścia ciśnienia; znalazło mnie wreszcie malarstwo; pani Jasnos i zdarzenie wróciło w pamięci po malowaniu pierwszych wielkich płócien. W warszawskim dziesięcioleciu mego pobytu blokada była przemożna, powtarzałem Ryśkowi i Kasi, Irkowi i Januszowi, a więc malarzom, którzy namawiali do próby: - To ostatnia rzecz, jaką mógłbym robić - czułem się w tym aspekcie jako beztalencie. Dzisiaj jest to ostatnia rzecz, którą robię; życia nie starczy. Szkoła prowadziła w zaułki; także druga, w Lublinie; nie chciano mnie nigdzie przyjąć, za młody, wreszcie technikum energetyczne, dyrektor kumpel szwagra. Tak zostałem technikiem, specjalizacja: urządzenia nastawcze elektrowni cieplnych; matura jeszcze w szesnastym roku; na siedemnaste urodziny pracowałem; technik, jako robotnik w zakładzie remontowym; naprawialiśmy elektryczne silniki i transformatory sieciowe zniszczone przez pioruny; pół roku nie mogłem domyć zapachu spalonego oleju i izolacji, za osiemset złotych brutto miesięcznie robiłem jako "pijaczek". Wczesną zimą zrobiłem maszynę do spawania i robotę rzuciłem; byłem niemal wynalazcą, gdy spawarkę sprzedałem. Grono niebieskich ptaszków, pierwsza dziewczyna, zagrania gangsterka; nowe przygody kończą się skrajną poniewierką i bezdomnością w zimie; do domu rodzinnego nie było jak wracać. Każdy dzień długi jak kiszki grające z głodu, każda noc epopea. Wiosną miałem już nową robotę jako radiotechnik; byłem wszak amatorem, przed paroma laty zbudowałem pierwsze dla rodziców radio, gra do dzisiaj. Wkrótce zarabiałem ponad tysiąc dziennie, naprawiałem radia błyskawicznie, wszystko o tym wiedziałem. Miałem lat osiemnaście, to pięćdziesiąty ósmy, po Poznaniu w 56 odwilż polityczna w Polsce, wychodzą arcydzieła literatury świata, czytam zaciekle; codziennie teatr lub koncert; pierwsza w życiu wystawa malarstwa, ekspresyjne obrazy Kantora w lubelskim Zamku; przeżycie wstrząsające, wgląd w nowy wymiar istnienia; Zamek obmyty z krwi i więziennych mroków działał już jako dom kultury. Nigdzie nie zamieszkałem; tanie były najdroższe hotele i restauracje. Niczego nie miałem, kupowałem piękne białe koszule w butikach po drodze, wyrzucałem brudne do kosza. Już byłem poetą, poznawałem innych - Andrzeja Tchórzewskiego i Edka Stachurę na ich wieczorze autorskim; powstawały pierwsze przyjaźnie. Nie chciałem iść do woja, przeniosłem się do Warszawy, rozpocząłem studia filozoficzne. Następne lata jak z bicza strzelił - przyjaźnie i miłości, dysputy, studia, wieczory autorskie, rozmaite okresowe prace, nagrody poetyckie, pierwsze wydane tomiki. Rozpoznanie społeczne; pracowałem na budowie i jako reporter w Kamenie, przy remanentach w miasteczkach i w radioreklamie. Czy to dla Przekazu robię jako wieloczynnościowy kombajn, taki co to węgiel dziobie w kopalni i pszenicę młóci? Pożegnałem ostatnich gości; wycieczka szkolna z Zachodnich Niemiec, przyszli zobaczyć coś z Polski i zostali długo, przepisując wiersze ze ścian. Gaszę światła w galerii, robi się późny wieczór. Mam tu filiżankę herbaty, parząc ją myślałem o kontynuowaniu pisania, ale tymczasem pióro od ręki odlata, jakby powiedział Ryszard; ciekawe, co go doświadcza w Londynie. |
||||||||||||
Czwartek
wieczór w galerii po wielu rozmowach budujących nadwątlone architektury
malarza. Przy kawie po długim dniu. O poranku malowałem bielą gzymsy, rogi,
kąty dużego pokoju Rotraut, jutro przelecę wałkiem i będzie po robocie.
Mieszkamy praktycznie razem, cieplej we dwoje w zimie stulecia. Ale jest między nami dziwacznie, uczucie ześlizguje się w stosunek familijny - brata i siostry, nie - żony i męża. Zmęczyło mnie dzisiaj grono wytrawnych entuzjastów mej sztuki, popisy wrażliwości i zrozumienia. Wolę kontynuować zwierzenia. Dziś będzie o pierwszej w życiu kobiecie, wcześniej były tylko dziewczyny, oraz o pierwszych pracach plastycznych. Już wiele lat robiłem za literata i przerabiałem wielkie ilości czystego papieru na makulaturę, żyłem pośród artystów i cyganów, przyjaźniłem się z malarzami; całkiem romantyczny facio z kwiatkiem za uchem, zarabiałem pisaniem, wynajmowałem mieszkanka; miałem właśnie komfortowe i, jak się okazuje, jedyne w życiu roczne stypendium, gdy poznałem Barbarę. Wkrótce podarowała mi pudełko węgli i dwa bloki papieru. Była bardzo francuska i elegancka, przyjechała z Paryża. A ja słuchałem dniami nocami późnych kwartetów Beethovena, nie mogłem skończyć szalonego abstrakcyjnego dramatu. Którejś nocy, jeszcze zanim żeśmy się pokochali, zaskoczyło; węgle czarne, perlący się papier, opuszki palców, mięsiste drapieżne formy w spiralnych splotach wszechrzeczy; zaskoczyło krótko, za narzędzie pracy uważałem maszynę do pisania, Mercedes Prima mianowicie. W pół roku później kochaliśmy się pięknie i mieszkali razem, gdy przyszła seria akwarel, znów jednorazowo. Pierwsza w życiu seria rysunków zaczęła się śmiesznie. Moja śliczna odjechała na dwa tygodnie, aby odwiedzić męża. Dała mi papiery, piórka, tusz, zaleciła terapię zajęciową. Próbowałem rysować jej ciało naprzeciw wielkiej nocy i polubiłem zajęcie. Na całe dwa lata. Basia piękna i mądra kobieta malowała niewiele, ale prosto, wzniośle i barwnie; doprawdy, przeszkadzał jej wstyd, nie chciała niczego nikomu pokazać, tylko ja nieproszony wchodziłem do jej pokoju pracy, zresztą bez jej wiedzy. Ja już od dziesięciolecia żyłem sztuką; ona mi pokazała sztukę każdej chwili i każdego działania, nadała mi połysk; bóg jeden wie, ile jej zawdzięczam, maleńki pyłek dzisiaj. Wreszcie po dwóch latach w trosce o moją przyszłość i z miłości do mnie - wyprawiła mnie zagranicę, aby półtora roku beznadziejnie tęsknić, gdy ja kochałem się tymczasem po drodze. Jestem taki zajęty, wplątany w sprawy, ludzi i godziny, że, Przyjacielu, pewnie nie widać już nieba przeze mnie. W piątek zabawnie po drodze do galerii. Wysiadłem na Bismarck, aby zmienić pociąg, ba! wyskoczyłem w biegu jak inne pętaki - i wskoczyłem w nic, w dziurę niebytu, z której ocknąłem się równie nagle, pod tytułem kim jestem gdzie jestem. Zanik pamięci równa się olśnieniu; światła, cywilizacja betonowa, ach tak, to Ziemia, Berlin. Rozglądam się w sytuacji, to peron, gdzie jadę? acha, siódemką na Rudow, w porządku, jestem we właściwym miejscu. Moje ciało wiedziało! zeszło do ruchomych schodów, zjechało na dolny peron, ustawiło się po właściwej stronie - podczas, gdy mnie nie było! Jakiż luz, sam sobie bywam zbyteczny! W porannej sesji szybko skończyłem malowanie pokoju, nawet folie i śmiecie wyniosłem do śmietnika idąc do galerii. To szósta pełnia księżyca w mym liście do Ciebie, piątek nocą jestem u siebie w pokoju, z którego chciałbym daleko wyjechać albo z daleka nie wrócić; nie mogę zasnąć; wstałem po poleżeniu, żeby podotykać pędzli i donieść soczyście, że pierdolec w zenicie. Napić się herbaty, patrzeć na drzewa w śniegu, zniszczyć ten obraz? Po zamknięciu galerii piwo w pubie i rozmowa z Nanni; chętnie da krzesła, kable i mikrofony na jutrzejszy koncert. Norma jest argentyńską pieśniarką, wśród moich obrazów robi pożegnalny koncert w Berlinie. Po piwie szybki spacer do domu, szybki posiłek z Rotraut i Yves, przyjazd Petry i Christiana, wszyscy jedziemy do kina Tali, spotykamy innych i Thomasa, który nam kupił bilety. Tłum przy wejściu, film idzie 67-my tydzień w tym kinie przy kompletach widzów! Sami młodzi ludzie, żartują, nikt się nie popycha, ktoś posypuje nas z góry ryżem, co to, zaślubiny? Jest obskurnie, włochato, kolorowo, punk. Sala czarna i zaśmiecona, puszki po piwie, butelki, kolorowe confetti. Freaks wszelkiej maści, fajki, skręty, flaszki, brawa, gwizdy, tupania, zapachy dymów, napis na ekranie "cygara, papierosy, nikotyna - fuj! tu się tego nie pali", wiadomo, gdzie jesteśmy. Film super-kuper! musical, ostry rock&roll; dwoje zdrowych Amerykanów, młoda para wychodzi z kościoła, sypie się ryż na szczęście, tajemnicze obstawy, podróż poślubna autem, burza, błyskawice, pień drzewa na szosie, noc ciemna; na sali zapalają się zimne ognie, świeczki i zapalniczki, tupanie, chichoty, okrzyki, komentarze sali, nastrój swawoli i rozbawienia, ja też mam flaszkę wina; państwo młodzi szukają schronienia w zamku; zaprasza się ich do środka, a tu się bawią transwestyci z planety Transsylvania i akompaniujące pokraki; uwodzenia i kopulacje, podchody, śmierć i ludożerstwo, blond adonis wskrzeszony z niebytu; mknie to szybko, nie mr-gaj, bo przegapisz, wśród tupań i podśpiewania wokoło. Bogate dekoracje, fantastyczne przestrzenie, jawna i ujawniana sztuczność akcji, pupa z gęby. Bezczelny film, sexy kpina z amerykańskiej way of life, jej wynaturzenia i sztuczności, i kultury europejskiej, chociaż to wszystko w ciemnym kolorycie; czy się powtarzam? widziałem film wcześniej, na tripie, nie mogę wszakże znaleźć w zeszycie miejsca, gdzie go zapisałem. Następny seans bezpośrednio po filmie jest ciekawszy; ma miejsce w samochodzie podczas jazdy do domu. Zdenerwowanie Petry i Christiana, ba! wzniosłe oburzenie. Christian gotów całować policjanta na rogu w rękę - za to, że stoi, że zapewnia jakiś ład i porządek! Tylko dlaczego nie wejdzie pluton policjantów do kina i nie wystrzela z pistoletów maszynowych tej całej gawiedzi na widowni?! Skąd takie święte uniesienia, oburzenie, wybuch i eksplozja? ano, są reguły gry i kultury, myśli ukryte, pretensje do prywatności, malutkie zboczoności, a ktoś się z tego bezczelnie naigrywa. Rozstrzelać! ani chybi wąż w jajach! są obrażeni głęboko osobiście śmiechem na sali i zabawą innych. Dygotki stereotypów, spazmy mieszczańskie; w tych warunkach powstaje literatura konserwatywna, Christianie. Tymczasem cudna księżycowa noc. Pełnia przeziera przez tumany śniegu. Blade jest niebo, mroźne powietrze drzewa drżą pod ciężarem płatków. Pełnia jest tym, co się spełnia dziś w śniegach, jutro - bez wczoraj. Południe sobotnie trzynastego stycznia; we dnie weekendowe w galerii od rana do nocy, w tygodniu pierwsze godziny odsiaduje pani z Urzędu Sztuki, ja zaś przychodzę na godziny wieczorne. Bieluteńka, stareńka, jakże urocza pani, wróciła po życiu w Indiach do Monachium, prowadzi medytacje duchowe, nie ma pieniędzy na zakup obrazu, wybrała by Punkt styku drukowany na zaproszeniu; lubi wszystkie obrazy, ale najbardziej akryle ostatniego roku, powstawały szybko, jeden dwa dni pracy. I nagle jak ja wyglądam? Punkt styku namalowałem w jednej sesji, pierwszy akryl, trzy godziny pracy! Jak ja wyglądam? - przecież pani chętnie zapłaci czterdzieści pięć marek, bo zarabia w godzinę piętnaście. Moja koncepcja dotycząca cen jest przez to spotkanie unieważniona. Wciąż pada śnieg, w taką pogodę tylko maniacy chodzą po galeriach, a z maniakami trudno, wiem po sobie; przegadałem mil parę przez ostatni tydzień. Przemknęła para gości w pośpiechu czyniąc notatki; przyjdą z rodziną później; Taha turecki terapeuta przyprowadził Gundę, która mi się podoba; starszy pan inny zapowiada powrót, żeby coś kupić, ale oni tak zawsze mówią, Tonio tancerz i jego ruda wielka przyjaciółka dosłownie przez godzinę mówili o moim malarstwie. Tako to ja formułuję: to joga malarstwa, joga sztuki; sto trzynasta droga; ma za sąsiadów bhakti jogę radości, jnana
jogę wiedzy, karma jogę czynu, hatha jogę ciała, tantra jogę miłości.
Wieczorem zasłużone znużenie; nosiłem pół setki krzeseł z piwnicy na górę
i myłem je wszystkie, układałem kable; to przygotowanie koncertu. Jeszcze
ustawiam tu i ówdzie świece, już wszystko gotowe. Myślą się przeczucia, mylą się tęsknoty; w tak ograniczonej przestrzeni życiowej może zająć się inną techniką? białe papiery, czarny tusz, pędzelki? Późna niedziela po pięknym koncercie Normy. W tle miała jak aureolę "Tunel miłoścí", śpiewała jak indiańska święta z namiętnym żarem. Wieczór gwarny i pełen otuchy; ona była gwiazdą, lecz malarzowi też się dostało za te przestrzenie kolorowe i miejsce. Szkoda, że nie mam wierszy w kopiach, były przepisywane ze ścian, co chwilę proszono o papier. Ludzie z południowej Ameryki serdeczni są i otwarci; pierwsze lato w Stockholmie przez Magrę poznałem dziesiątki setki ludzi z Brazylii, Peru, Kolumbii, Wenezueli; wszyscy ją kochali. Późna dzisiejsza niedziela lecz mam świeżą herbatę, więc polecimy na chwilę do Sztokholmu i trochę dalej; w jasnym ciepłym pokoju w akademiku wśród skał i lasów mieszkałem już pół roku; pierwsze wystawy rysunków i bida; tripy lsd-owskie, meskalinowe, haszowe - w tej właśnie kolejności; pierwszą książką czytaną po angielsku były "Trzy filary Zen" Kapleau; medytowałem w za-zen, żyłem latem wśród psychodelicznej braci z całego świata, to była ostatnia fala wędrówki ludów hippie; studenci na trzy miesiące dostawali prawo do pracy, gdy Szwedzi na wakacjach. Dieter z Bratysławy, sąsiad z parteru, mówiliśmy do siebie po polsku i słowacku w pełnym rozumieniu: - Popatrz, królewna. - szepnął do mnie, gdy wsiadaliśmy do autobusu w mieście, by jechać do domu. Wysoka szczupła indiańska piękna w czarnym futrze, świecące wielkie oczy. Zaraz, zaczekaj, czemu po skojarzeniu lecę w jakąś partykularną sytuację z przeszłości? Nie gubię się w zimnej nocy? Tak Magrę wspomniałem, że serce bije mocno. Streścić? mój świat był w katastrofie, tonął statek pijany na morzu teraźniejszości, ledwo trzymałem się żałosnej tratwy - a tu płomienna zawierucha; Magra przewiana płomieniem, tancerka, aktorka, poetka ludzko mądra. Oddzieliła się oceanem od dramatu miłości, od pół roku była sama, jak ja. Tyle, że ja przed dramatem. Wtorek, szesnasty, wizyty w galerii, rozmowy. Powtarzają się pytania, jak to się dzieje, że żyję tutaj, podróżuję; czy nie mam kłopotów z paszportem? Dobrze, że mogę odpowiadać prosto: nie mam żadnych kłopotów z paszportem, od roku 70-tego przeważnie zagranicą, lecz zawsze są problemy z przedłużaniem wizy. Nie, nie istnieję w mej świadomości na płaszczyźnie politycznej, moja świadomość jest lotna, pracuję na wewnętrzną wolność, nie uznaję granic. Nie, nie maluję z wyobraźni, ale z doświadczenia; obraz jest przedmiotem wiedzy wewnętrznej, nie można jej opisać, możesz właśnie obejrzeć. Nie, nikt nie bierze mej działalności przeciwko sobie, angażuję się pozytywnie; widzisz, co maluję? jakie piszę wiersze? Zdarza się, jak widzisz, że moje odpowiedzi, pozytywne z natury, zaczynają się od przeczenia. Formułują pytania ludzie, że trzeba przeczyć, by dalej oddychać. Wystawa, gdy idzie o materialne, to klapa. A jednak duchowe dodaje otuchy. Zrezygnowałem z robienia wieczoru poezji, nie trzeba się przemęczać. Wczoraj w powrocie do domu widziałem światło w galerii Michaela, wstąpiłem doń jak się okazało na wódeczkę i słowa otuchy; pieniędzy nie potrzebuje, zaczeka na zwrot długu rok albo pięć. Bardzo przyjemne. Po chwili przyszła Ewa ze szkoły, zakochują się w sobie po kryzysie wspaniale. Po chwili dzwoniła Rotraut, że Humphrey znów naszczał na łóżko, więc przywędrował do galerii; ekperyment się nie powiódł. Po chwili poszedłem do domu i robiłem obiad. Michael jest przecież artystą; ma złe humory swoje i liczne paranoje, ale jest człowiekiem, kiedy się otwiera. Założył się z Rotraut o butelkę Genevieve; twierdzi, że nie sprzedam żadnego obrazu. Siedemnastego srebrno-niebieski "Sokół" Boeing pilotowany osobiście prze szacha leci na emigracje; tyle trupów wymościło drogę na wakacje; to jest prawdziwa rewolucja, więc teraz będą wieloletnie rzezie? Przyszedł z przyjaciółmi Enrique, gitarzysta Normy. Przepisywałem ten tekst na maszynie, pauzy robię tylko, gdy przychodzą goście. Gabriela dziennikarka wróci tu z fotografem, chce coś napisać o mnie, zachwycona. Pieszo odbywam codzienną trasę z galerii do domu. Jest pięknie, pachnie najczystszą zimą. |
||||||||||||
| z powrotem | ||||||||||||
| Sztuki Piękne -
Malarstwo, Grafika, Rysunek, Sztuki cyfrowe, Poezja, Fotografia -
Wiesław Sadurski, polski artysta z Berlina |