Siedemnasty i środa, wiele
dysput; jest chwila ciszy, siedzę w dużej sali, obrazy jarzą się spokojnym
pięknem. Dobra rozmowa z Hansem panem profesorem, który tu ma pracownię,
o muzyce w malarstwie. Widzi mnie jako romantyka i metafizyka. Miły z cichym
uśmiechem, bieluteńką głową i cygarem; maluje delikatne urokliwe obrazy
abstrakcyjno-morskie, że się wyrażę, przełamane jakąś płaszczyzną żagla,
falowaniem światła. Jesteśmy sobie podobni - w delikatności, lecz moje światło
jest barbarzyńsko bezwzględne.
Wielu innych pominę; ludzie jak ludzie, żyją na poziomie asocjacji, zajęci
bieganiem po jawie głowy, o prawdzie słyszą przez sen.

Wystukałem 70 stron tekstu, zepsuła się maszyna do pisania. Leniwy w stukaniu
pomijałem wiele ach wypchanych różową watą, zostawiam wszakże wzloty abstrakcyjne,
więc maszyna przestrzega?
A chłopiec widzi wszystko, niewidzialny. Co widzi?
Płacze maleńkie dziecko w sercu.
Noc jest samotna, z dala od gwiezdnego domu.
O czym ostatnio tęsknie nawijałem?
Patrzyłem w autobusie na Magrę, ale wiesz, zdziczały, kochałem z daleka
Barbarę, sam, daleko od kobiet, leciałem raczej lirycznie wizyjnie. Poszedłem
swoją drogą, gdy wysiedliśmy o dziwo przy Lapisie na tym samym przystanku.
Dieter odważny poszedł za nią, zaproponował towarzystwo i fajkę haszu, odmówiła.
Zapytała, czy ma acid, powiedział, że kolega wie wszystko i przyprowadził
ją do mego pokoju. Oglądała porozrzucane szkice i rysunki, była moja fajeczka,
nie było herbaty. Było zaproszenie Dietera na herbatę i dalszy ciąg u niego;
fakt, u mnie nieprzytulnie, u niego lampki, świece, kolory, wspaniałe stereo.
Opowiedziała o sobie; ojciec wiedeńczyk, mama indianka z amazońskiej puszczy;
studia filozoficzne, aktorskie, od paru miesięcy w Europie, od paru dni
w Sztokholmie. Od dawna nie ma acidu.
Powiedziałem, że kupię jej jutro. Dobrze nam w wieczorze. Dieter miał na
dziewczynę okrutną ochotę, ja byłem zachwycony, lecz nie podjąłem tematu.
Przygotowałem wielką fajkę, żartowałem, śmiałem się szalenie. Magra wyciągnęła
rękę, aby dotknąć grubej żyły, która mi występuje na czole od śmiechu. Otwarcie
trzeciego oka na pieszczotę zewsząd? poruszyłem głową delikatnie, aby popieścić
jej palec. Bardzo powoli przychodzi dotknięcie mej twarzy i uścisk. Już
się nie rozłączamy paląc tę wielką fajkę; wkrótce zrezygnowany Dieter zostawia
nas, idzie do dyskoteki. Nie kochamy się tej nocy. Ani następnej. Jesteśmy
ze sobą w pocałunkach, dotyku, pieszczotach. Rozpoznaje swego białego księcia,
ja w niej sarnę objawioną. Trzeciego dnia miłości zjadamy razem acid.
Wczesny poranek. Przyszedłem wczoraj wieczorem
do galerii i zaledwie usiadłem, gdy weszła. Zanim odeszła. Gudrun-piorun.
Za parę godzin ale znów otwieram galerię, się przespać, ona potrzebuje czasu,
by wejść do opowieści. Streszczę tylko: patrzymy sobie w oczy, robi się
miętko w kolanach, padamy na podłogę.
Niedziela 21 stycznia. Otwieram galerię, piję kawę, popalam i rozmawiam
z gośćmi; ona bardzo warszawska, on niski silny blondyn, patrzy w oczy i
mówi powoli, właśnie znajdując proste trafne sformułowania, że moje demony
świetliste, z tej samej materii co pejzaż, że pejzaż to idea pejzażu, bo
natura jest częścią tego, co maluję.
Naprawiłem maszynę do pisania w galerii. Niedziela
mija w przemożnej obecności i nieobecności Gudrun; piękne, co się stało;
była mi piękną. Silne gładkie prężne ciało, nieco wyższa ode mnie, skóra
sucha i promieniująca, długie białe włosy; tyle wyrafinowania i słodyczy
w pieszczotach, że tak mogło być raz jeden, być może, albo nieustannie.
Wszedłem wczoraj wieczorem i usiadłem w fotelu, gdy w korytarzu, gdzie byli
Nafti i Wolfgang, usłyszałem pytanie, jak długo jeszcze będzie galeria otwarta.
- Jeszcze godzinę - odrzekł Nafti - malarz jest obecny.
Zobaczyłem smukłą skromną dziewczynę w czarnym futrze, jasne włosy i okulary;
nasze oczy spotkały się, a głowy skłoniły; poszła do dużej sali. Po pół
godzinie poszedłem i ja, żeby ją ocalić; przywitałem się, coś mówiłem, nieco
onieśmielony widokiem; a skoro szklaneczka wina w mej dłoni, więc pytam,
czy też się napije.
- Tak - odpowiada, po czym wszystko jest na tak; mówimy o życiu i obrazach
idąc do małego pokoju, gdzie fotele i ciepło, pijemy wino. Studiuje architekturę,
również maluje, lecz zawsze miesza farby, gdy ja używam czystych. Pytam
o okulary; dlaczego, jak widzi, co widzi. A kiedy przynoszę z kuchni herbatę
dla niej i kawę dla siebie, mówi bez okularów:
- Wiesz jak to jest? skupiam wzrok na twej dłoni, widzę tylko plamę.
- Zobacz ją z bliska - odpowiadam, podając jej dłoń; dotyk sprężysty i miękki
to kilometr bliżej; właściwie wystarczy mnie dotknąć, reszta idzie sama;
elektryzująca pieszczota skóry dotykającej skórę, zetknięcie głów, dotykanie
ustami włosów, wąchanie, ocieranie policzków, gra poszukujących warg, godzina
pocałunków i pieszczot.
Żeby było ciekawie - już w minutę po naszym pierwszym dotknięciu dzwoni
Rotraut i mówi:
- Masz ochotę na spacer? Jest taka mroźna noc, wyjdę naprzeciw, to się spotkamy
wpół drogi.
- Dobrze - kłamię - ale chcę jeszcze pobyć w galerii, zadzwonię do ciebie
przed wyjściem, to się spotkamy wpół drogi.
Zamykam galerię ale od środka, gaszę światła, zapalam świece, nastawiam
cichą muzykę; kiedy leżymy już na podłodze, na futrze - ktoś wchodzi do
galerii, zapala światło; zrywamy się śmiesznie, ale ktoś idzie do kuchni;
po chwili światło gaśnie, zatrzaskują się drzwi. To mogła być Rotraut; wzięła
klucze od Wolfganga po drodze, by zrobić mi niespodziankę?
Ale teraz ma czas i miejsce to opisom niepodległe!
Figle są czasochłonne nawet w warunkach polowych, dopiero nad rankiem opuszczamy
galerię, odprowadzamy się do ZOO i odjeżdżamy autobusami w przeciwne strony.
Co na pożegnanie?
- Do zobaczenia, jeśli będziesz chciała - mówię tak szalenie rycersko, no
nie? Żadnego miłosnego słowa w stanie krańcowego zmęczenia i głodu.
A dzisiaj jestem niespokojny, zakochany ze szczętem; suną przeze mnie spojrzenia,
rozmowy, pierwsze delikatne pieszczoty i nagła porywczość objęć, czuję rozkoszne
wklęsłości i wypukłości jej ciała, długie uda, ciepłą płaskość brzucha,
słodycz uśmiechu, smak skóry i śliny; przepełniony tęsknotą za dotykiem
czułym i mocnym, za widokiem jej oczu w jeszcze dziecinnej oprawie. Gudrun-piorun.
Przewróciła mi w głowie, przewracając się na podłogę.
Jest Skorpion, jak Magra; o! twórcza mocy wspomnień!
Był Helge młody malarz raz drugi z dziewczyną, także inni młodzi, już przyjaciele;
o połowę młodsi a młodzi jak ja, mózgi im nie zarosły przekonaniami; nasze
nieskończone rozmowy o życiu i tajemnicach, o czasie, przestrzeni, miłości.
Zamknąłem galerię, jestem w pubie na dole, przy barze i piwie; zaraz koncert,
Pete Wyoming i "Life is too short"; życie jest zbyt krótkie, a
on wie, co mówi.
Pub się zapełnia powoli; Pete w bieli, dżinsy, koszula, kapelusz; nieduży
mocny indianin popija piwo, patrzy na tłumnie wchodzących ludzi. Pięknie
narasta we mnie tęsknota do Gudrun.
Ja
to tęsknota,
śnieg
padający na morze.
Tęskno mi nawet do melodyjnego jej niemieckiego, którego to języka nie lubię.
Kocham nawet jej okulary, których nie zapomniała; nie wygląda wszak na osobę,
która cokolwiek zapomni.
Dość pisania dzisiaj, raczej napiję się piwa, zamknę zeszyt, pójdę do muzyków.
Zamknąłem zeszyt, gdy podeszła wysoka dziewczyna w czarnych jedwabiach i
skórach, i zagadała po polsku; Katja
jest z NRD, była żoną Polaka czy nawet dwóch, śpiewała rock&roll także
w Polsce, nauczyła się polskiego i trochę za Polską tęskni.
Usiadłem z nimi. Patrick fajny z Paryża inżynier dźwięku, wódeczka i wódeczka,
przepiękna królowa Izraela obok, ciemna szczupła szlachetna. W przerwie
koncertu Pete mi gratuluje obrazów, ja jemu ostrego rock&rolla.
Nie wiem jak szukać Gudrun, trzeba czekać, aż ona mnie znajdzie! Jest z
Münster, pracuje u architektów, ach! miała się prze-rowadzać na Wittemberg
Platz, może wtedy zadzwoni? Jeszcze ją pamiętam, jej twarz rozpoznałbym
w tłumie. Ale za tydzień?
Ależ mnie bije po oczach gorączka, atak konnicy w skroniach, niebywała fizyczna
zapaść; ledwie siedzę głową do góry. Ta inkarnacja to ciągła perturbacja!
Pada śnieg albo marznący deszcz typu upiorna mżawka, serce bije szybko,
dokąd się śpieszy?
Dzwoniła oto Rotraut, przyjdzie do galerii, przyjdzie pora zwierzeń.
Gdy wyruszałem przed laty w podróż mą ojczystą,
ważka nad ląką wzniosła się przejrzyście,
zboże pachniało i szumiało latem,
kobieta pomachała mi kwiatem ode mnie.
Dlaczego mówię o tym?
dlaczego nie?
gdy nie wiem, co jest mną, co nie.
Czwartek radosny, dzień wiosenny
słoneczny, śniegi gwałtownie topnieją i ja się im nie dziwię - wczoraj do
galerii przyszła Gudrun. Przyszła z serca łomotem, zatrwożona dziwożona
o czystych oczach i gibkim ciele. Uścisk wyjaśnia, że potrzeba ich bezlik.
Wchodzi Katja z przyjacielem italiańskim Luciano, także jej pianista i kompozytor
Rainer; jedziemy wkrótce kupą do Cafeterium na kawę i rozmowy. Katja chce
okładki na płytę, Luciano praktycznie ciekawy technologii print-painting,
Rainer nuci i marzy, Gudrun czeka.
Po dwóch godzinach jesteśmy we dwoje, czyli w dwójnasób; ona ma wielkie
oczy miłosne; tyle, że miałem dzwonić do Rotraut, ale co powiem, gdy siedzimy
we dwoje, dotykając się i całując? Gudrun jest architektem, teraz zrobi
architekturę pionową, schody wiodące w chmury.
- Zabiorę cię tam ze sobą, chcesz? Zabiorę cię ze sobą w chmury i pokażę
jak swobodnie żeglują, można się z nimi zabrać w dal, będziemy się na nich
kochać, są sprężyste miękkie przyjazne, a kiedy będziemy chcieli być w słońcu,
wystarczy skoczyć w górę, w upał, gdzie jest szalenie zimno i wszystko,
wszystkie gry i kłamstwa widać zupełnie wyraźnie. Wiesz, będą się z nami
bawić, wirować i walczyć, bo chmury umieją walczyć! Zlękniesz się, to zawsze
możesz schować się za mnie, ja sobie z nimi poradzę. Ale ty się nie zlękniesz
i to będzie dziwne, życie zupełnie bez strachu.
Tak się mówi o życiu i chmurach, ociera policzkami, całuje i śmieje. Cóż
jeszcze robić o północy? Mój pokój tam krzepnie w mrozie, ona mieszka gdzieś
przy rodzinie, zresztą wstaje o szóstej rano do pracy. Odprowadzamy się
znowu do ZOO, wśród pieszczot wymieniamy adresy. Patrzę, jej oczy rozszerzają
się, jestem w świetle; mówię niespodziewanie, że kocham.
Wracam do domu, napalam w piecu, parzę herbatę, myję pod kranem twarz, dłonie
i małego, idę do Rotraut.
Patrzy na mnie i wie, jestem przecież przewiany wibracją innej kobiety;
pyta dyskretnie, jest skupiona podniecona otwarta. Rozmawiamy, świat staje
się z chwili na chwilę, jest mi bliska jak siostra, ale kobieta w niej płacze.
Idzie spać, zostaję w pokoju; jak tu zasnąć? wstaje, robi i dla mnie herbatę.
Idę pod prysznic, niech nie drażni jej zapach innej, odpoczywam w strumieniu
wody; biorę ją w objęcia, zaczynam pieścić i kochać, kontynuujemy to zwycięsko
do świtu. Krótki sen, węglarze przynoszą brykiety, pijemy herbatę, przyjeżdżam
do galerii, siedzę w muzyce i piszę.
Rotraut wie, że jestem ptakiem przelotnym, nosiła jak mi się zdaje foto
do Romay, a ta mnie dotknęła czarodziejską różdżką? Mówi mi tajemniczo,
że coś w miłości wykluczam, dlatego nie mogę zapuścić korzeni, poruszam
się w zmianę.
- Zapytaj sam siebie, co to jest - mówi.
Ach wiem, wiedziałem zawsze, to nienasycenie. Kochanie miłe i troskliwe,
cóż poradzę, że krzyczy pode mną miłośnie inna kobieta? niezbędne, bym się
od ciebie oddalał, niech to nas sobie przywróci.
W galerii rozmowy i goście; bywam wzruszony głębią przeżywania; w Berlinie
widać, jak rdzennie polskie jest to, co maluję; Niemcy stąd niosą serdeczne
przeżycia; mówią, przeżycia polskości; niektórzy nawet pojmują, że w obrazach
idzie o niepojmowalne!
A jeśli o niemieckości... oglądałem film, właściwie tylko kwadrans w ogólnoniemieckim
programie TV. Sceny masowych egzekucji dokonywanych przez Niemców w 41-ym
na wschodzie; rzędy nagich przed wykopami, serie karabinów maszynowych,
dobijanie rannych strzałami rewolwerów w głowę. Wśród przyjaciół wokoło
kolosalny wstrząs; mnie zdaje się, że byli chronieni przed takimi obrazami.
Ostatni odcinek jutro, chcę go obejrzeć w całości.
Nie wiem jaka godzina, przy pisaniu czas biegnie inaczej; gdy człowiek się
zamyśla, czas ma inną podstawę czasową, czasami.
Piję kawę, sam; nie wiem, co mnie czeka. Panie wczoraj rezerwowały zaciekle
dwa berlińskie obrazy, dziś nie wróciły; człowiek prosił o numer i adres,
chce koniecznie "Punkt styku"; wcale nie zadzwonił. Ludzie błaznują
nie wiem po co. Gudrun wyjechała do Münster.
Na ulicach dziś pusto i w pubach, naród niemiecki siedzi przed telewizorami.
Amerykański film Holocaust to wstrząsające dzieje rodziny Weiss.
A potem żywa duskusja w telewizorze: redaktor, pisarz-więzień Oświęcimia,
politolog, lekarz, psycholog; tłumaczy Rotraut na żywo, razem przyjechaliśmy
do Katii. Byli żołnierze potwierdzają prawdę filmu, ślą dokumenty i listy;
inni protestują, że film antyniemiecki. Jedna taka pani melduje, że żydzi
powinni zostać wybici; taki pan melduje udział w masowych egzekucjach. Bronią
się też, o niczym nie wiedzieli, zatajane do dzisiaj.
- Dlaczego dopiero dziś? - pytają, albo: -Dlaczego wciąż te stare historie,
płaciliśmy ciężkie miliardy, kiedy się okupimy od winy?
- Dlaczego nie puszczacie filmu w dzień? - pyta dwunastolatka.
- Chłopcy rysują w szkole swastyki, powinni film obejrzeć, żeby nie zostać
faszystami - młodzież reaguje ostro; wojna była przedstawiana jak zabawa,
żądają prawdy, niczego nie da się ukryć w epoce informacji. Siwy pan mówi
o wdzięczności dla świata, że nie postawił go w konieczności wyboru.
Gdzie był kościół? Gdzie papież? Mówi się o antyżydowskich tradycjach kościoła
katolickiego; że Hitler był ubóstwiany jak prorok, a egzekucje uważano za
mniejsze zło, niezbędne do osiągnięcia "dziejowego skoku".
- Rozumiem, że niektórzy oburzają się - mówi redaktor TV. - Bo jak to pogodzić,
znać takie fakty i siedzieć w fotelu, w kulturalnych warunkach, i dyskutować?
Moja twarz jest maleńka zmięta po nocnych przekrzykiwaniach się o obozach
koncentracyjnych, historii, miłości i sztuce, którym towarzyszyła flacha
Chianti niezwykłych rozmiarów, bodaj pięć litrów, wysuszona do kropli. Katja
biała lady w czarnych skórach jest żywo przejęta obrazami i wierszami, interesuje
się tekstem do Ciebie, gotowa tłumaczyć na niemiecki; jej mieszkanie z ciężkim
zapachem farb; Luciano z wielkim talentem malarskim widocznym na ścianach,
bo mieszkają razem; Rainer tokujący o obrazie Kreacja, który wznieca nowe
melodie w jego kompozycjach; jest w Berlinie od jesieni, udało mu się na
zachód, teraz czeka na przyjazd żony i dzieci z NRD; K laus trąbka jazzowa,
wielkie chłopisko mówi trochę po polsku, bo bywał i grywał, także z Namysłowskim,
którego kocha jak brata; straszne jego opowieści o Nowym Yorku i przepowiednie
powszechnej rewolucji.
Szarutki ze zmęczenia, nie zdążyłem się golić, życie jest szorstkie przy
pomocy brody.

W sobotni pogodny niemal wiosenny poranek jestem
znowu w galerii, ktoś musi ją otwierać dla ewentualnych gości. I zaraz wspaniały
pan Theo, któremu dziewiąty krzyżyk; zafrapowany obrazami, ściąga telefonicznie
znajomych.
- Musisz przyjechać, czegoś takiego w życiu nie widziałeś! Pęka z okazji
wódeczka, nie doczekała poety Witolda, poznała Rauschenbacha rysownika.
Telefon Christiana o Holocaust, wszyscy goście mówią o filmie.
Tymczasem w galerii spaceruje para; zastanawiają się, który obraz kupić;
doprawdy, wystawa się kończy.
Noc ciemna, opalam i sprzątam moją dziuplę, jakby przygotowując ją na coś,
na kogoś. Tęskno do zapachu i smaku Gudrun, do obecności sprężystej. Nowe
zajęcie - z pomocą klonowych liści, przesłon i czarnego sprayu zrobię obrazki
do wierszy, powielę na kolorowych papierach; kopia kosztuje jak tekst, a
będzie także obrazkiem.
Nocy styczniowa, pobłogosław mój wysiłek,
spraw, aby stał się bezinteresowny
przynosząc szczęście i pokój na ziemi.
Oto odrywam się
od moich wspomnień, poglądów, wizji,
porzucam przyjaciół, wyobraźnię i rozum,
dotkliwie odpadam od zachwytu.
Nocy styczniowa, śniegu, wietrze,
bądźcie moją rodziną,
unieście
ciężar braterstwa,
bo nie znam swych dróg.
Gdzie więc jestem zwrócony
z mą niespokojną pełnią?
z czym się żegnam, co witam?
czy - jestem?
Niedziela zaczyna się po północy w Zielonym
Palcu; nie mogłem usiedzieć w domu po napisaniu powyższego wiersza; szerzy
się atmosferyczna schizofrenia w postaciach Rotraut i Gudrun; powinny poznać
się i pokochać, byłby święty spokój. Widzisz i wiesz przecież - w wolnych
chwilach przeżywam szalenie głęboko.
Druga sprawa przy drugim piwie na jawie; przepisałem 100 stron tekstu, przesłałem
do Warszawy; ciekawe, koledzy? czy jest to tzw. tekst literacki? czy życie
to sztuka? kto wie, pani nauczycielka powie, że za dużo erotico i narcotico;
a brzydkie słowo bodajże wymknęło mi się dwa i pół raza zza zagrody zębów.
Jest pytań dodatkowych - tekst się zmienia i nie wiadomo, co trójcy szanownej
może się przydarzyć, czyli tekstowi, mnie i Tobie. Czy sprostam zadaniom
samooglądu, które mi zadałeś? na ile uświadomię esencję Przekazu, i kiedy?
teraz? dopiero w momencie śmierci?
Rotraut żartowała na temat pisania, bo przecież opowiadam o Tobie:
- Dawniej literat pieścił swój utwór, pracował nad nim, a potem mówił, patrzcie,
jaki jest piękny, jaki prawdziwy. A ty po prostu bezczelnie wskazujesz na
siebie, i mówisz: patrzcie, jaki piękny! jaki jest prawdziwy!
Niech tam, nie wiem, co mówię; dopiero przez innych można się usłyszeć?
niech tam.
|
W tym miejscu, nocy wczorajszej, wypisał się długopis; też
się zakłopotał? Dzisiaj mam nowy, więc nowe zapały, dwudziesty
dziewiąty styczeń niechże nam będzie przyjazny.
Nie umiem się zachować, nie znoszę sprzedawania obrazu! Niemiecki lekarz
z włoską żoną, oboje bladzi z uduchowienia - wolałbym im płótno darować
niż robić jako piskorz. Wiesz, wypasałem na pastwisku głowy cudny pomysł:
obrazy nie mają ceny, mieniamy życie na życie, płacisz za obraz tyle, ile
w czas malowania zarabiasz. We "Wschód czarnej dziury" waliłem
pędzlami pół roku, gdyby lekarz miał płacić, ile w tym czasie zarobił -
toż to byłaby fortuna! nie stać go na coś takiego. Zrezygnowany podałem
listę cen; wrócą pojutrze, na ostatni dzień wystawy nadzieja.
Z inicjatywy Rotraut i przyjaciół będzie w galerii pożegnalne party.
Środa wieczorem; chłopcy Rumpel i Richard
przyszli do galerii, poszliśmy do Leo na flaszkę wina, po czym zabrali mnie
na wędrówkę po knajpach Kreuzberga pod pozorem organizowania wystawy; nici
z tego, brudne ściany, w powietrzu więcej dymu niż obrazy wolą. Piliśmy
tęgo. 
Ostatnia knajpa to stareńka sto lat i brudna Leydicke, dużo uciech, koncert
na krzesłach z murzynami z Sudanu, morze wina, ściskałem się z jakimiś kobietami;
nieszczęsna dysputa z rockersami o sensie, dzięki niej straciłem piękny
skórzany kapelusz, teraz, kiedy po latach używania był wspaniały łach; Bożenka
przywiozła mi do Sztokholmu prezent z Krety, ubrała odgórnie na trzy lata.
Rockersi ogromne draby w czarnych skórach, sztylety, żelazne krzyże, swastyki,
trupie czaszki tatuowane na czołach i dłoniach; wyglądają na morderców,
łatwo mogą nimi zostać. A ich dziewczątka, małe słodkie i różowe blondie!
Ktoś z nich przymierzał mój kapelusz, a ten z przejęcia stracił głowę -
moją! Dziewczyny, uściski, oczywiste poranne bóle głowy i kac. Miałem szczęście,
trafiłem do domu, stopy znają drogę, gdy głowa pijana.
A jednak dzielnie wstałem wcześnie rano, zrobiłem kąpiel i wielkie zakupy
na party, myłem kielichy i szklanki, przygotowałem sterty kanapek na wieczór.
Sprzedałem obraz tragiczny, wzniosły zatrzymałem dla siebie; blada uduchowiona
para wróciła z pytaniem, czy nie powinni raczej kupić "Wędrującej gwiazdy"
w akrylu, ale ja o ten obraz czuję się zazdrosny, przekonuję, że ciężkie
oleje są wspanialsze, biorą "Wschód czarnej dziury", który jest
droższy, tak dobrze. Mam kieszeń pełną banknotów, fajnie dla odmiany. Nadchodzą
goście.
Późno teraz, nad ranem; po hucznym i tłumnym party, gdzie zwaliło się ze
sto osób, wylądowałem z chłopcami i Heo w barze Billy nocą. Heo jest małą
koreanką, zaplotła w galerii z moich włosów warkocz i przypadła do serca;
chłopcy to Rumpel, Richard, Leo, Cla-udius i Latsch, jeszcze są w stanie
pić, dobra kompania, wszyscy z NRD, po filozofii i więzieniach.
Wieczór miły, przyjazna atmosfera, gubiłem się beztrosko wśród pań.
Była delikatnie i uroczo Gudrun, ale pojechała wcześnie, niepewna, widując
mnie w innych objęciach; Rotraut również około północy, widząc, że bezpowrotnie
przepadłem dla Heo, która siedzi obok mnie w pubie zdezorientowana; że co
to za wariat? pisze wśród pijaństwa! Przypomina dla Ciebie, co istotne w
życiu: trzy lata w ławce technikum siedział obok mnie Kim-Mią-Guon; chłopców
z Korei było w klasie pięciu, w amerykańskich bombardowaniach stracili rodziny,
w Polsce znaleźli dom. Jacy uważni, serdeczni, uprzejmi i giętcy! ale pod
giętkością była twardość stali; nauczyli mnie więcej niż szkoła.
Była kochana pani Maria i pan Witold poeta; lubię ich bardzo, ale nie zgłaszałem
się lata po awanturze, której niechcący świadkowałem, gdy Witold oskarżał
jednego takiego kolegę, że tamten ma w teczce magnetofon i szpieguje; bóg
świadkiem, po latach domyślam się, że podejrzenia zasadne!
Miło się znowu stuknąć szklaneczką; odwiedzę ich kiedyś, mam nadzieję w
życiu.
Wpadł także Bert na party i szybkiego kielicha; zaproponował przedłużenie
wystawy o trzy tygodnie; pełna zgoda, ale nie będę codziennie, dość spotkań
atrakcji dyskusji, przyjdę tylko w weekendy.
Między Richardem a Claudiusem powstaje potężny konflikt. Są przyjaciółmi
życie całe, ale było już z 10 butelek wina, przy czym Heo i ja prawie nie
pijemy. Richard jest zbyt pijany, by zachowywać się czynnie, ale w obronie
zabiera głos przeciągle jego najserdeczniejszy przyjaciel Rumpel - i dostaje
od Claudiusa pięścią w nos. Powtarza wołanie - powtarza się cios. I trzeci
raz, i czwarty! Zrywałem się do akcji nic nie pojmując, ale Heo mnie powstrzymuje,
sprawa jest między nimi i tylko oni mogą to załatwić. Nikt inny nie interweniuje,
spojrzenia obojętne. Rumpel podnosi się z nieprzytomnej podłogi, krwawią
mu wargi i nos, wpełza na krzesło.
Popatrzyłem, pożegnałem wesołą kompanię, nawet uczucie do Heo mi jakoś mineo.
Gwiazda nie gaśnie
w więzieniu.
Ci, którzy budują mury,
znajdują się poza murami.
Ci, którzy walczą,
są już pokonani.
Naturą gwiazdy jest zwykła obecność.
Trafiłem do domu; napaliłem w piecu i poszedłem na górę; okna Rotraut
świeciły. Zapytałem o Gudrun, bo dziewczyny długo rozmawiały w galerii,
i zmroziła mnie wieść: Rotraut dała jej do zrozumienia, że mieszkamy razem.
Wróciłem do siebie.
Po zamknięciu galerii poszedłem do Katii, był już Rainer i Patrick, jedziemy
wszyscy do Quasimodo na koncert Laboratorium; jazz ciut techniczny, ale
z muzyki powiało rozległą ojczyzną, tyle nostalgii, energii; rozmawiało
się z nimi serdecznie; zaprosiłem na wystawę. Wróciłem do stolika, a tam
na krześle obok najpiękniejsza dziewczyna, obejmowana przez chłopca, co
nie przeszkadza nam w wymianie spojrzenia, uśmiechu.
Kiedy wychodzi do toalety wszczynam z nim rozmowę, tak łatwiej będzie do
niej; wraca i okazuje się, że do Niemiec przyjechała przed sześciu laty
z rodzicami ze Śląska. Martina prześliczna i świeża już zapomina polskiego,
jest spod znaku wagi czyli piękna w miłości; rozmawia ze mną z takim ożywieniem,
że, kiedy opiera nogę na krześle, draoieżnie pieszczę dłonią jej udo. Chłopiec
jest tuż za nią, nie widzi, ona nie reaguje; dopiero, gdy on odchodzi do
baru - wymierza mej dłoni mocnego klapsa. Przyjdzie na wystawę, ale razem
z nim.
Poznałem masę ludzi, jako "ten malarz"; wspomnieć Norwega Olafa!
dobrze spotkałem Waldiego, rozmawialiśmy przyjaźnie raz pierwszy po morderczych
przygodach.
Ależ jestem w cugu! w moich żyłach zamiast ciałek krwi zasuwają wolne elektrony!
Drugi luty wieczorem w galerii.
Dziś rano paliłem w piecu gniewny, po przebudzeniu rozbiłem pięść o ścianę,
by wyładować agresywną energię; jadłem śniadanie i byłem gotów do wyjścia,
gdy przyszła Rotraut po drodze z wykładów, jakie prowadzi w Instytucie Goethe.
Chciała odsunąć Gudrun, położyć na gazelę cień, więc czyni ją droższą. Jest
teraz szczypta boleści za to, mój chłód.
Wychodzę z domu, spotykam Michaela i proponuję zwrot długu; po raz drugi
zapewnia, że nie ma pośpiechu, chociaż w międzyczasie już po raz trzeci
miauczał do Ewy, że go uwiera. Dobra nasza, mam potrzebny luz, dobre i tyle,
skoro nie mam płócien. Tęsknię za odmianą, znużony monotonią wystawy; ostatni
miesiąc to nie kreacja, raczej socjalna palpitacja.
Tęsknię do pracy wśród ludzi, nie tak samotnie wśród płócien; mam wyżej
uszu pracy w pojedynkę i pieprzonej splendid isolation. Film? teatr? co
pozwala i każe pracować z innymi; co na to Wyspiański?
Teatr
mój widzę ogromny,
wielkie powietrzne przestrzenie.
Ludzie go pełnią i cienie,
ja jestem ich grze przytomny.
Ja jestem, czuję i patrzę, widzę ich -
w duszy teatrze!
W tym momencie dzwoni Gudrun z Münster. Moje rozedrganie zmienia
się w kwietną wibrację, już tańczę.
Jej głos - subtelność węża, gdy pełznie przez trawy. Albo - jakby jej ktoś
właśnie łechtaczkę miodem smarował.
Zamknąłem galerię, w drodze do domu posilam się pizzą i capuccino. Dzwoniła
też do galerii Rotraut, mówiłem prawdę, jak bardzo jestem daleko; jakże
to ją wzburzyło i popchnęło w gorączkę! czuję się zażenowany, że ona chce
walczyć. Z kim? Czym? Jak? O co? Oddalam się jako mężczyzna; kocham ją jak
człowiek, ale cóż kobiecie z takiej miłości!
Dopijam kawę, będę szedł do domu, tam wszystko, co potrzebne do zrobienia
obrazków do wierszy, kupiłem kartony i farby. Znowu rozedrgany, rozmigotany;
patrzę, nie, ręce mi nie drżą, to ciało przechodzi w stan energetyczny;
materia znika przetwarzając się - w co właściwie? w dygot!
Pierwsza nocą, zimno w piwnicznej izbie, chociaż bez przerwy huczy
ogień. Będzie cieplej - pojawiło się tu dzisiaj Nowe.
Wróciłem o ósmej i zabrałem do pracy, przygotowując półpłynną farbę akrylową
w misce; chciałem kochany intensywny błękit, ale z ostatnich dni przesączył
się doń jakiś matowy połysk stali.
Patrzę w poczuciu rezygnacji, że tak proste jest dziś niemożliwe! A mój
łokieć zawadza o miskę, farba się leje na karton, patrzę, ścieka na drugi
karton, zmierza w kierunku maty na podłodze.
Cztery lata wcześniej, gdy robiłem print-paintings, jasna noc w pracowni.
Byłem rozgrzany, znużony powolnością powstawania grafik; dłonie promieniujące
ciepłem. Dla ochłodzenia włożyłem prawą do puszki z czarną farbą drukarską.
Bardzo gęsta i chłodna! Powoli rozgrzewana ode mnie, stawała się ciekła.
Skupiłem się - i uderzyłem dłonią w karton. Skoczyły do oczu czarne sylwetki.
"Szaman" wzbudził sporo ironicznej uciechy wśród przyjaciół kulturalnych
smakoszy, jest zapomniany gdzieś w papierach.
Więc nie sprzątam teraz wolno płynącej farby, sięgam na półkę po arkusze
papieru; wkładam dłoń do farby, skupiam się na niczym, którym dzisiaj jestem
- walę dłonią o papier - i oto pierwsza głowa gotowa.
Zaraz też cała seria obrazów; uderzenia dłonią lub tylko palcami, jedno
dwa trzy dotknięcia. Głowy, portrety dziwne, demoniczne trochę, obrysowane
siatką rozbryzgów.
Ten przekaz jest momentalny; dotyka wieczności?
Jestem rozkojarzony, ostro podniecony. To nie ma nic wspól-nego z moim projektem.
To jest zupełnie nowe życie.
Czwarta rano w niedzielę czwartego lutego,
pracownia. Wieczór na Savigny Platz w towarzystwie Rotraut przy korekcie
niemieckich tekstów, pizza frutti di mare i Chianti. Po powrocie do domu
potwornie rozbolał mnie brzuch.
Nie chcę Cię wtajemniczać w historię każdej sraczki, ale nie wiem, doprawdy,
co ważniejsze w świecie. Może ten mikroskopijny pajączek, co spaceruje po
krawędzi zeszytu i bezwiednie wchodzi do Przekazu - może on powie kosmitom
o życiu więcej niż wszystkie me twórcze biegunki?
Byłem zniecierpliwiony na świat - na Rotraut, że cierpi, na Gudrun, bo czuję
w niej zwierza o agresywnym zacięciu.
Wziąłem więc parę kartonów i czarną farbą na bieli pokazałem mej dłoni,
co o tym wszystkim myślę!
Od czasów początku wśród monotypii aż do dzisiaj nie używałem czerni. Ściany,
książki, okno, nawet tu i ówdzie liście roślin pokryte są rozbryzgami farby.
Popołudniem w galerii jakże mnie niecierpliwi starszy pan, co chce rozumieć
obrazy przez etykietę mistyka; taki to i mistycyzm! mój świat jest przecież
konkretny, zna smak kamienia powszedniego i chleba pańskiego; joga to praca
i doświadczenie, nie mistyka!
Jestem wszakże zasadniczo niedospany.
Ciężkie westchnienie spod pióra wzbija się ku Tobie - była tutaj Rotraut,
a z nią "zasadnicza" rozmowa; reagowałem wstrząsowo na każde "my";
wniosła nadzwyczajne wartości do mojego życia, a moje życie od niej zmyka.
A przecież podoba mi się bardzo we wzburzeniu i gniewie, łzach i śmiechu.
Zwierzam się jej o przemianie, jaka ma miejsce, o fascynacji kobiecością,
której chętnie ulegam.
Cóż to się stało? skąd szklana ściana między nami?
Ty wiesz, Przyjacielu, z dotknięć, uśmiechów i zapachów innej kobiety. Oczekiwanej
właśnie; dziś wraca do Berlina i wkrótce tu będzie.
Pewnie nie przyjechała, albo pociąg się wykoleił. Zamknąłem galerię, piwo
w pubie na dole. Zadała mi czar najlepszy, nieznanego; niebezpiecznego?
na party w galerii była aż tak szczęśliwa! mocno objęla mi szyję oboma dłońmi,
dusząc.
Życie nabiera rozpędu; jeszcze jest parę zajęć w galerii, w następne dwie
niedziele wieczory autorskie; proszę muzyków poznanych u Anette o wtórowanie
na gitarach, Christian ofiarował się przecież; może Katja zaśpiewa? drukuję
wiersze-obrazki, będę na kartonie, do wieszania na ścianę, skoro mnie nie
stać na książkę.
A więc życie i rozpęd - rozpęd w popęd!
Czeka na mnie dobre malowanie - czernią, przecież jestem w Berlinie.
Poniedziałek rano, w Urzędzie Sztuki
miłe panie puściły już na maszynę moje zaproszenie na wieczór poetycki,
drukuje się, a ja mam szybki kwadrans dla Ciebie.
Jak zwykle - sprawozdanie z wczoraj, ciąg dalszy upojnego dnia. Wróciłem
do domu zawiedziony, ona nie przyjechała. Paliłem w piecu, patrzyłem na
nowe obrazki; nie wiadomo po co odwiedziłem Rotraut.
I stało się ciekawe wydarzenie. Usiadłem przy stoliczku w pobliżu pieca,
podała herbatę, zadzwonił dzwonek do drzwi, to Gudrun. Piorun. Delikatny,
uroczy.
Pociąg się znacznie opóźnił, w galerii mnie już nie było; znalazła mój pokój
oświetlony i domyśliła się, gdzie szukać. Widzi nasze filiżanki, nie ma
wyjścia, napije się chętnie herbaty. Potworne przerażenie na widok kotów;
wyobrażasz sobie? ona zamienia się w histeryczną mysz, kiedy Feliks chce
ją obwąchać. Rotraut niez-miernie uprzejma. Króciutka ta herbata; Gudrun
wstaje, by odejść.
- Stop! - mówię - idę z tobą.
Idziemy na dół i kochamy się z zapamiętałą czułością do świtu. Patrz, niczego
nie ukryłem, byłem wczoraj szczery w rozmowie z Rotraut; jest ból, ale nie
ma kłamstwa, można dalej oddychać.
Wieczorem otwieram zeszyt w oczekiwaniu na pizzę; adresowałem dziś dwie
setki kopert; zaproszenia wyszły w Urzędzie z cieniami i błędem, pomyłka
w godzinie otwarcia, więc jutro zrobię raz jeszcze i na własny koszt, ktoś
przecież musi płacić.
Po zapałach miłosnych z niedospania w sercu kropla goryczy, sam nie wiem,
którą kocham, Rotraut, Gudrun, Heo, Martinę, czy sanjasinkę Maliko? Dziwacznie
świat się dzieje i komplikuje; ale oto jest pizza i zaraz mnie zbawi, nie
muszę już myśleć.
Wtorek wieczorem w La Plaza na Savigny czekam na Rotraut i sałatę
z tuńczykiem. Dziś zaproszenie wyszło przepięknie, ręcznie pisane na zielonym
papierze; setka ptaków w ruchu wzlatywania tworzy przestrzeń. Wysłałem ponad
dwie setki listów, w galerii pisalem na czysto niemieckie teksty, przełożone
przez Christiana i już po korekcie Rotraut. Następne robimy za chwilę.
Posiliła mnie ta sałata; byłem tak głodny, że nie mogłem się doczekać Rotraut,
zajada teraz gorące muszle, a ja przy kawie piszę Ci dalej. Dobrze się nam
pracuje nad przekładami, fajnie czuje te raczej górne regiony i rozrzedzone
powietrze wierszy z początku tekstu do Ciebie; że orły latają wysoko? rodzą
się przecież na szczytach.
Zabawne w takim cugu, gdy nie ma czasu się wyspać; pomyśl! już bez paliwa,
trawka się dawno skończyła. Braciszek raczej nie obiecuje nic w dzisiejszym
liście; jest w sanatorium, nadzieja, że go podleczą.
Jeszcze druki wierszy!
Michael nie chce zwrotu długu, mogę sobie pozwolić na wszystkie ekstrawagancje
związane z wystawą, druki i wino, obiady w knajpkach, słowem: zaspakajać
me minimalne potrzeby, i tworzyć.
Zabawne, chciałem zadzwonić dziś do piorunka, ale zgubiłem karteczkę z numerem.
Zabawne, na Kantstrasse po drodze usłyszałem: - Wiesław! - to Kay wróciła
do Berlina i robi wieczorny spacer; piliśmy kawę, Dieter w Ameryce, może
ją pocieszyć? Mamy świetny kontakt, następnym razem może się okazać dogłębny.
A na murze za oknem wielkimi literami stoi TRAUMSTADT. Miasto snu.
Siódmy, środa i zima gwałtowna; noc miłosna
z Gudrun otwarcie ekstatyczna; jest skromna i wyuzdana, bezczelna i delikatna;
poznajemy się i dopasowujemy, za każdym razem jest piękniej; wrażliwy na
kwitnienie sen w jej ramionach; poszła rano do pracy, ja robię wierszo-obrazki
dzień cały.
Wstąpiła na chwilę Rotraut w stanie rozpaczliwym, że się przeraziłem; Bert
przekazał jej dane o aktorze, który ma czytać moje wiersze; pijemy po szklaneczce
wina od Gudrun, na które nocą nie mieliśmy czasu.
Piątkowy wieczór zagubiony w pustynnej śnieżnej gorączce; nie mogę
wprost oddychać, padam na twarz ze zmęczenia. Rano chciałem robić druki,
ale w firmie tłum ludzi, wszystkie maszyny zajęte. Odwiedzam jeszcze dwa
miejsca, wszędzie jest tak samo.
Znowu przepisywałem więc wiersze na maszynie; potrzebuję je w określonym
układzie graficznym do obrazków, a że nie znam języka, mylę się i trzeba
robić raz jeszcze;
wizyty paru gości; wino z aktorem, co będzie w niedzielę czytał, ciekawe,
jak to zrobi, nie wiem o nim nic jeszcze.
Po zamknięciu galerii na ulicy było tak zimno, że wstąpiłem do burdelu przy
Adenauer Platz, aby się może zagrzać rozpustą; ale dziewczyny nieładne,
krzykliwe, i w ogóle padół. Do pizzerii zatem przy Kaiserdamm; tam spotkałem
Luciano, otwiera za miesiąc własną restaurację, zaprasza do powieszenia
grafik; zjadam sałatę, pijemy grappa; odwozi mnie do domu; do rana maluję
obrazki do wierszy.
Wszystko wypala gorączka, jest jako tako gdy w pracy, ale kiedy wypadam
z rytmu - samotność się zaraz szerzy od morza do morza, a one wszak w lodach.
Straszno. Nadchodzi jednak odmiana, nowe twórcze możliwości; naładowali
mnie sympatią i miłością ludzie.
Dziesiąty luty, popołudnie, sobota; spałem krótko, ale solennie;
o dziewiątej byłem przy maszynie, o jedenastej jechałem już do galerii z
wielką paczką druków: trzydzieści trzy wierszoobrazki po 50 kopii, papiery
w pięciu kolorach. Fajnie, tyle, że papier cienki; maszyna nie chciała trawić
kartonu. Dzwoniłem do Gudrun, wczoraj czuła się źle, dzisiaj świeci słońce.
Napisałem list rodzicom, którzy tęsknią za pierworodnym.
Dzwoniła Rotraut chwilę przed odlotem do Holandii na występ Rony; mam opiekować
się kwiatami i kotami, opalać dla nich mieszkanie. On jest zapewne ciekawym
człowiekiem; byli ze sobą kiedyś dwa lata; zacząl tańczyć przed paroma laty
podczas pisania pracy doktorskiej, traktując to jako poranną gimnastykę;
tak to się rozwinęło i usamodzielniło, że robi spektakl, teatr-pantomina-taniec,
muzyką doń jest rytm stóp uderzających o wielki bęben, na którym tańczy.
Rotraut zostanie prawdopodobnie tydzień w Belgii u swej profesorki psychoterapii;
potrzebuje tego, oderwać się ode mnie, oprzytomnieć i pozbierać do kupy.
Jeszcze jeden telefon, spóźniła się na samolot do Hamburga, poleciała gdzie
się dało, dzwoni z Düsseldorfu, dalej pojedzie pociągiem, przyjeżdża o 7,45,
spektakl o ósmej, zdąży taksówką.
Jutro mam wieczór autorski; ostatni był w warszawskim ZLP przed pięcioma
laty, czytałem Końkuta i pokazywałem pierwsze jeszcze niemal monochromatyczne
print-paintings.
Odmieniło mnie malowanie, wiersze są inne, nie ma tzw. pracy nad tekstem;
ręka zapisuje, gdy serce dyktuje; wiem, że zalety istotne jak wady, że harmonia
to akceptacja. No to co, jeśli się usprawiedliwiam! Polskie przysłowie streszcza:
wyżej dupy nie podskoczysz!
Siódma, wkrótce przyjdzie Gudrun; dziś przeprowadza się do nowego mieszkania.
Znowu mam gorączkę, ledwo patrzę na oczy; może galeria nie służy, powietrze
suche. Nadchodzi pełnia, gdzie skierować modły, aby następne dnie i noce
były spokojne? Ona jest skorpion, wnosi w życie niespokojną rozedrganą wibrację;
przypomina Magrę cudną indiankę; co sie z nią dzieje? miałem kiedyś jej
miłosne zaproszenie na podróż i parę tysięcy dolarów; mogliśmy przejechać
obie Ameryki. Wybrałem Wandę, wybrałem Azję, a w efekcie wyboru lądowałem
w zimnej pracowni na Grochowie, aby rodzić się jako grafik.
Odezwać się do Magry! uraduje się widząc moje wcielenie malarskie.
Przyjacielu, gdy jestem sam, często jestem obecny z kobietami, które kochałem;
wciąż je kocham; żyć się z nimi wprawdzie nie dało, bo skoro wciąż na nowo,
to i żona nowa, ale wspomnieć ten zachwyt, zawsze jednorazowy - to mi się
udaje.
Ależ się dziś rozpisałem; prawda, ostatnio odwaliłem kawał roboty przekładowej,
maszynopisania, graficznej, drukarskiej, korespondencyjnej - mogę pobyć
znów z Tobą, czyli ze sobą. Zaraz tu będzie gazela. Towarzyszy mi w pisaniu
Bach w interpretacji jazzowej; to Wolfgang przyniósł magnetofon z pubu.
Niemiła wiadomość to zmiana w płatnościach; nie naciskałem Berta na pisemny
kontrakt, i oto są skutki, mam płacić trzydzieści pro-cent od sprzedaży,
nie dziesięć jak w ustaleniach; ekstra ponad tysiąc diabli wzięli.
Nastrój oczekiwania, lekkiej tęsknoty, samoświetlnej szczęsnej wibracji;
z każdym spotkaniem miłość rośnie; zwłaszcza ostatnia noc piękna, tyle kochania,
tkliwości i wspaniałości serdecznej. Trwoży mnie chwilami; po jakimś orgaźmie
zaczęła szlochać i drżeć, wibrowało każde włókienko jej ślicznych smukłości.
Może wolałbym być mniej kochany? W niedzielny
wieczór pełnia na niebie i we mnie, ja w domu. Doczekałem się wczoraj,
poszliśmy na wino w Bleibtreustrasse, potem na ZOO, żeby wysłać listy. A
w metrze spotkanie! to Bernt, ów chłopiec poznany dokładnie sześć miesięcy
wcześniej, w pełnię zimnej nocy w drodze do Amsterdamu. Pamięta żywo nasze
spotkanie i rudego Holendra; był dziś w galerii, przejął się obrazami i
wierszami, mówiąc, że teraz wszystko rozumie: moje propozycje palenia ogniska,
rozmowy z kierowcą zesłanym przez niebo. Jakże podekscytowany! - tak powstają
legendy. A Gudrun zadziwiona, bo opowiadałem przy winie, wskazując księżyc,
tamtą noc; jest czuła na magię, gadała z Bertem po niemiecku i pytała wiele.
Przyjechaliśmy do mnie na miłość, czułość i wspólny sen; do snu jej opowiadam
historie wymyślane łatwo i chętnie, po polsku zresztą, więc jestem jedynym
znawcą sensów, które zapominam; ona momentalnie zasypia w szeleście strumienia.
Staje mi się droga; rozpoznaję jej twarze, tkliwość największą czując do
małej dziewczynki, której trzeba opieki i miłości.
Dziś późne spotkanie, marsz do galerii, przygotowania, wieczór autorski;
aktor czytał zbyt szybko, zbyt sztywno, nie czuł się pewnie z tą delikatną
liryką do mówienia półgłosem, niepotrzebnie chciał nadać jej patos. Lecz
było sympatycznie, sprzedałem wiele wierszy, zarabiają na siebie, czyli
zwrócą inwestycję w druk.
Jestem zmęczony, senny, pośpię dzisiaj wcześnie?
Nie, jednak nie, jestem sam rzadko! zaparzyłem herbaty, czytam Chuang-Tzu.
Chcesz kawałek?
"Jest początek, nie ma początku. Nie ma nie-początku.
Jest istnienie, jest nie-istnienie. Nie ma nie-istnienia.
Kiedy jest podział między istnieniem i nieistnieniem,
nie wiem naprawdę, co jest istnieniem, a co nieistnieniem.
Właśnie coś twierdzę, ale nie wiem, czy to coś jest naprawdę stwierdzone,
czy nie jest naprawdę stwierdzone."
Co? brzmi zachęcająco? zdaje się uczciwe i proste to, co poza słowami; a
wszystko o mnie: niekiedy się gubię a niekiedy słońce. Przeżywam ustawiczną
transformację, szkielet ubrany w mięso i nieskończoność, a w przeżywaniu
odmienia się świat. Idę aleją, nie ma we mnie ruchu, to aleja sunie przeze
mnie. Kiedy siedzę, czuję półdupki, nie mam żadnych zmartwień. Wiatr wieje
przeze mnie, gdy wieje za oknem. Kiedy się naprawdę uspakajam i medytuję,
ma miejsce wibracja; depolaryzacja ładunków elektrycznych w mózgu i kręgosłupie,
mówią uczeni, jak w robieniu seksu. To nie jest stan ciągły, albo ja nieciągły;
trudno na huśtawce; dół, góra, dół, góra.
Według Wei-shih nasza mentalna hierarchia ma osiem rodzajów świadomości,
a każdemu jest przypisana szczególna funkcja. To, czego doświadczamy przychodzi
przez zmysły: widzenie, słyszenie, zapach, smak, doznania cielesne; szósty
zmysł, zwany intelektualnym, analizuje i syntetyzuje co postrzeżone przez
zmysły.
Najtrudniejsza do opisania jest siódma świadomość; z jednej strony funkcjonuje
jako ego i jest środkiem komunikacji między intelektem a świadomością kosmiczną,
z drugiej strony posiada funkcje świadomości czystej.
Siódma świadomość jest konceptualna, gdy zajmuje się tym, co namacalne;
i samoświetlna, gdy zajmuje się nienamacalnym, niezmysłowym.
Ósma świadomość jest kosmiczna, nie umiem Ci streścić, sam nie pojmuję szczytu
paradoksów, fascynuje mnie wszakże następujące pytanie: jeśli jest kosmiczna
- to jaki sens ma Przekaz, sonda kosmiczna, kosmici i ludzie?
Żeby utrzymać ten przelot wysoki, przepiszę Ci jeszcze fragmencik Lao-Tzu:
"Tylko ci, co patrzą wewnątrz
mogą powstrzymać pasje i myśli.
Przez powstrzymanie umysł staje się spokojny.
Uspokoić umysł to nakarmić ducha.
Kiedy ktoś karmi swego ducha - wraca do natury."
Prawda, Przyjacielu, sprawy zasadnicze są szalenie proste? I pracochłonne,
jakże by inaczej.
|
Poniedziałek to pełnia w pełni;
spałem szesnaście godzin; ktoś we mnie był przemęczony. List ekspressowy
od siostry, aby natychmiast kupić leki dla Kuby; wyobraź no sobie: list
ma stemple z przodu z 2 lutego, a z tyłu również warszawskie, z 7-go; jaki
zasraniec trzymał pięć dni, mimo, że jest ekspresowy i kosztuje 16 zł. polskich?
A Kubuś powinien dostać zastrzyk już wczoraj.
Kupiłem, wysłałem leki i wróciłem do domu; obdarowałem Michaela kompletem
wierszy, których nie przeczyta; przyszedłem na górę prać bieliznę w maszynie
Rotraut; dzwoniłem do Warszawy, do Janusza, chciałem się dowiedzieć, czy
drukują pierwszą część Listu; tekst przesłany lotniczym ekspresem dwa tygodnie
temu jeszcze nie dotarł; szkoda, że nie ma dyliżansów, kiedyś było szybciej;
ale ale, może są jacyś panowie czytelnicy po drodze? czego nie bierzemy
pod uwagę - nie musi nie istnieć.
Z moją Gudrun sarenką długa rozmowa telefoniczna; jest ożywiona, ma tysiąc
pomysłów architektonicznych i na życie ze mną; tak pięknie dźwięczy w jej
ustach "my love"; przejęta, że nie rozumie mych wierszy; wyjaśniam,
że nic tu do rozumienia, apeluję tylko do intuicji, wzruszenia; rozum potrzebny
do czego innego.
Stąd wniosek prosty - kładź dupę w osty.
Po czym wracam do prasowania prześcieradeł, w których się będziemy kochali.
Pełnia ma przebieg łagodny; wysłuchane modlitwy?
Ona nie zgadza się, walczy, czuje się w stosunku do mnie zgoła opozycyjnym
biegunem! żartuję, że się nie dziwię, ma przecież tę śliczną wilgotną wklęsłość,
podczas gdy ja prężną wypustkę.
Któregoś dnia zrobię wierszo-obrazki po polsku, tyle że na kartonach, do
wieszania na ścianie, roześlę przyjaciołom; ale do tego trzeba ciut pieniędzy.
Raz pierwszy od dawna naprawdę odpoczywam, sam jeden, i myślę, co jeszcze
rzadsze.
Ciepły mrok wiosenny, zapach bzu i skóry, rybitwy
krzyczą nad wodą, w dreszczu zachwytu wypada z ręki jabłko.
Spełnienie, słońce stałe nad horyzontem życia.
Miriady wydarzeń są w tobie,
i proszą o pokój,
aby rozwinąć się w melodię barbarzyńską i wzniosłą,
która rozbrzmiewa, gdy zanika "ja",
aby rozkwitać i pachnieć jako mrok wiosenny, zapach skóry i bzu.
Chciałbym zrobić w Berlinie więcej, zanim go opuszczę; poznałem ciekawych
ludzi, są czegoś warci, warci wspólnej pracy, razem jakiś artystyczny workshop
lub teatr? w galerii Michaela, który aż się pali do nieokreślonego, w mej
pracowni, w ogrodzie okolonym krzewami przed domem; muzyka, wiersze, przyjaźń
i wino, i miłość, malowanie, wiosna ze wszystkimi, którzy się przyłożą;
zrobić upojny maj lub czerwiec; sierpień z pewnością już będę w Christianii,
gdzie chłopcy robią 2-miesięczny międzynarodowy workshop.
Jak żałuję, że nie jechałem w ubiegłym roku na festiwal do Danii; skończony
osioł! Poznałem fantastycznych Duńczyków, sami do pracowni przyszli, bratnie
dusze, gotowi robić wystawy i zapewnić wszelką pomoc. Sam widzisz, pchałem
się do Berlina, gdzie kapitalizm kanibalizm.
Ale wszystko może się jeszcze przekręcić; dojrzewam tu jako artysta, zapewne
trudności są także by wzmocnić charakter, stać się świadomym siebie i świata;
no przecież! dzięki pracy, ludziom i Tobie.
Poranek czysty, w niebie piorun świeci, pora na alleluja. Wiem,
do ciebie trzeba mówić,
trzeba ci opowiadać historie,
pokazać każdą stokrotkę na łące,
wrony wieść na spacer w podobłoczne przestworza,
zajączki puszczać, biedronki swawolić.
Trzeba ci bywać wiatrem, ciepłym deszczem, śniegiem,
zawyć smętnie wilkiem, rozświergotać skowronkiem,
a wszystko delikatnie.
Wiem, trzeba cię kochać. |