CZŁOWIEK OKO, 08

blog 22.07.1978 - 22.07.1979

Wis - Wieslaw Sadurski

Wtorek południe wspomagam Christiana w przekładzie Michaela na polski; zdumienie, proste i mocne, chociaż ciemne wiersze.
Wieczór z Gudrun ogniście; potem nieporozumienie, duszności, milczenia i zapaść ogólna; omal nie powiedziałem, aby poszła. Noc miłosna, lecz niespokojna; ona po paru nieprzespanych nocach, dzisiaj nie mogła zasnąć. Wstałem rano i zrobiłem śniadanie; poszła do pracy, zasnąłem i spałem do trzeciej.
Michael
Gdy byłem na górze, karmiłem koty i namawiałem Rozynę na porzucenie tchórzostwa, zadzwonił telefon, to Waldi w błahej sprawie; przyjeżdża na kawę, pogawędka, wizyta w galerii Kwarz, gdzie Polak Mariusz wystawia grafiki , krzyżówka wizji i realności warszawskiej Pragi, dosyć tradycyjna wibracja.
Obiad w hinduskim barze Ashoka obok galerii, po czym jedziemy do mojej galerii; uwagi Mariusza o wystawie zabarwione niepokojem i fascynacją. Odwozimy go do galerii, w niej ciekawy gadacz Haka, życzliwy człowiek.

Późnym wieczorem pada niezwykle obfity śnieg; Waldi odwozi mnie do domu, zapraszam na herbatę, on zaprasza na wino; ma właśnie dobrą flaszkę w swej kolejnej norze, jedziemy, pijemy świetnego burgunda, palimy i rozmawiamy. To ostatnie jak zwykle nie ma większego znaczenia. Jest przyjaźnie i dobrze między nami, ale... Zobacz nas w tej niewielkiej przytulnej kuchni, ze świecą i flaszką na stole, żółtą lampą przy oknie. Wierzysz, żem świadom otoczenia?
Waldi opiera łokcie na stole, jego ręce w czasie rozmowy i popijania wina bawią się otwieraniem i zamykaniem wielkiego noża; po drugie stronie stołu siedzę na krześle swobodnie, dłonie wsparte na kolanach, patrzę w oczy, lecz spojrzenie mam nie-widzące.
Wiesz, wykształciłem w malowaniu szczególny stan widzenia, kiedy masz oczy otwarte, ale nie koncentrujesz wzroku, widzisz niejako pasywnie, tzn. wszystko przed oczami jest równie widoczne; ciekawe, gdy ten rodzaj widzenia staje się naturalny - wtedy niesie ze sobą uwagę i totalny relaks.
Co widzą nie-widzące oczy? Trochę z boku i za mną stoi oparta o framugę drzwi siekiera, pewnie rąbie nią drewna do pieca; jakby co, jest w zasięgu skoku. Mijają nam wartkie tematy, że wspomnę o "ścieżce zdrowia" na Krakowskim w Warszawie, knajpa pełna pijaczków, monety poukładane w odstępach na podłodze między krzesłami i stolikami, które zbiera pełzając babcia klozetowa. Tymczasem nóż i toporek balansują się na spokojnej wadze; narzędzia jak narzędzia, żadnej grozy; w pewnej chwili nareszcie słyszę:
- Co ja bawię się nożem jak kto głupi! - mówi, rzuca zabawkę gniewnie w róg pokoju; nie dotykam siekiery. Nerwowy jest pracuś, musi coś obracać lub robić. Dobry człowiek; ale dłonie, psy niewierne, muszą biegać.
Przyjemne gadanie także o teatrze i maju; w lot chwyta koncepcję. Parę słów o naszym "braku kontaktu", że to nazwę oględnie, sprzed paru miesięcy. I moja opowieść o pomyśle sprzed dziesięciu lat
- że my, grupa artystów, przyjaciół, kochanych - żyjemy na scenie miesiąc, w teatrze otwartym dzień i noc, gdzie wszystko jawne.
Słyszę, że jestem jego pierwszym gościem, odkąd tu był Mario; w wietrze czarna nitka trzepoce w czasie, leci nad Berlinem, zaczepia o domy.

Chce wreszcie mnie odwieść do domu, ledwo odkoWieslawpujemy auto spod zwałów śniegu. Napalam kotom na górze, teraz to robię u siebie, parzę mocną herbatę i piszę w poranku środy. Wciąż pada śnieg, w Berlinie ruch kołowy ustał zupełnie, nad milionami ludzi zalega wielka biała cisza. Otwieram się na nią i czuję, jak wypełnia mnie chłodna, bezwietrzna prawie, bez żadnej tęsknoty.
Pomedytuję teraz, niech się rozpuszczą ulotnią wrażenia. Niech będzie we mnie przestrzeń jasno. Gdyby jaki bóg przechodził w pobliżu - żeby mógł wstąpić i zagościć w sercu.

Wczoraj Mariusza poznałem, dziś odwiedził mnie w domu, wyraźnie wzburzony, być może żartowałem wiele na temat klasyczności konfliktów; kto daje mi prawo na takie bezprawie? Jest szczupły, wysoki, siwostalowe oczy a dusza wrażliwa; czuję, niekiedy kryje się przed światem, aby móc szlochać. Co niepokoi go we mnie? może cisza wczorajsza, serdeczna beztroska? chwila, a będzie agresywny.

Dzień pod znakiem rozmyślań, co dalej. Czy podołam trudom tworzenia teatru? znajdę ludzi chętnych do współpracy?
Pojechałem o piątej na Teodor-Heuss-Platz, aby zrobić niespodziankę Gudrun; czekałem pod biurem dwadzieścia minut na próżno; wróciłem do metra, a tam po chwili objęła mnie ona radośnie zdziwiona; w torbie łyżwy, w drodze na lód, więc tylko pocałunek i słowo serdeczne; przyjedzie wieczorem; przez ostatni tydzień postarzała się znacznie. Może to przelotne wrażenie? tęsknota już za odmianą? ach, nie pozwalać wykluć się głupim pytaniom, niech zostają w jajach.

Doprawdy, myślę. Wibrujący, niespokojny jak struna reaguję na każde dotknięcie, wibrację. To dobre dla Przekazu, myślisz z uśmiechem? Chcę robić teatr między ludźmi. Czy tu? w Berlinie? w parę tygodni nauczę się niemieckiego, jeśli będzie trzeba, ale.
Wydaje mi się, czy już wiem, dlaczego wybrałem Berlin na pobyt? miasto sprawia, że przeżywam swą polskość, którą nierzadko pojmowałem jako obcość; a jestem tu ledwie parę miesięcy.

Kobieta przyprawia mężowi rogi - on każe przyprawić jej jaja. Zabawne?
Wczoraj Waldi powiedział, że jestem jego pierwszym gościem od czasu, gdy odwiedził go Mario. Dziś Christian zaprosił na jutro, snuje się nitka czarna z kłąbka wszechrzeczy, bo przyjdzie doń Mario; odrzekłem, że nie gustuję w szmatławym towarzystwie. Za co się wstydzę, kimże jestem, aby oceniać bliźnich.
Fakt! wolę być z Tobą.
Wrabiał mnie w trip śmiercionośny, ale nie znam lęku. Zagrożenie czyni mnie silnym wewnętrznie; pojawia się wolność. Tak, gotowy na śmierć w sekundzie - i ta gotowość czyni mnie wolnym. Poznawałem bandytów, oni czują momentalnie, kochają mnie za to; szczęśliwe geny.
Ufam - pożyję długo, ponieważ mam wiele do zrobienia; ponieważ człowiek nie umiera, gdy jest gotowy, lecz kiedy życie opuszcza ciało. Stań się światem, nigdy nie umrzesz; nie będzie początku i końca, żadnych podległości.

Jestem dziś zagubiony, sprzezroczyściały; może za dużo miłości? może nie ma przyczyn, rosną skutki? Mając co robić trzy tysiące wcieleń, na dzisiejsze nie mam sensu i ochoty. Gudrun dzwoniła i zapraszała, ale śniegi są bujne, cisza wielka, ja samotny.
Wiesz, jak mało mam miejsca, zmontowałem w mym pokoju stół; we framugach okna przykręciłem śrubami dwie listwy, blat stołu wsuwa się pod nie ukośnie, trochę pochylony ku mnie, nie potrzebuje nóg. Po obu stronach dwa reflektorki pożyczone od Rotraut.
Pięknie to wygląda, już mogę malować, ale nie dopuszczam tego, czuwam i patrzę; postępuję, jakbym nic nie wiedział; możliwe jest, że doświadczana jasność to iskra na końcu nosa, zwidzenie albo projekcja. Cisza we mnie i noc wielka, dopuszczalna. Jak wyrazić, że jestem? Mój list do Ciebie, czułe udawanie.
Doświadczam energii, chciałbym stąd jechać w jakiś świat ludzki, skoro wystawa się kończy; i zabrać obrazy, nic nie zostawić hienom. Agresja, autoagresja, nazywaj, jak chcesz.

Minęła godzina, stół czeka, wypiłem butelkę wina, zelżało. Nowe gazety do butów pakuję i idę do parku. Szkoda, że Cię tu nie ma. Dobrze byłoby iść razem w śniegi, milcząc, wskazując dłonią lub ruchem oczu cokolwiek, co dziwi.

Dzwonił Christian; Rotraut nie zastała mnie w domu, dzwoniła do niego; przyjeżdża jutro z Belgii, przyjdzie po klucze do galerii o szesnastej. Dzwoniła Gudrun, abym przyjechał; odmówiłem, dziki wilk szczerzy kły, w tym stanie lepiej nie widzieć jej karku. Doświadczenie bytu jest niewyrażalne w słowach.

Siedemnasty, w południe sobota jest przewiana śniegiem i zesztywniała w mrozie; w galerii ciepło; nie byłem tu od tygodnia, obrazy jarzą się wewnętrznym światłem, nigdy go nie utracą. Prawda, przekonuję się ze zdziwieniem, że dla pewnych ludzi są niepojmowa-ne, za bardzo wychylone w przyszłość? Ci, którzy medytują, mówią o doświadczeniu świata astralu, a inni?
- Bardzo mi się podoba, lubię twoje kolory, ale nie wiem, co to znaczy - oto wypowiedź częsta. Znaczenie pojąć niełatwo; a cóż dopiero brak znaczeń? a byt samoistny? Żyją w świecie nierzeczywistym, obrazy zdają się im śnione, z fantazji i wyobrażenia; dla śniącego akt bytu zdaje się marą senną, a rzeczywiste są tylko majaki.

Niecierpliwię się, radbym zmienić tryb życia lub zawód; pakować obrazy, spierdalać, gdzie pieprz rośnie. Robić jakąś żywą wystawę, malować i działać z ludźmi; to straszne, co się dzieje z malarzem; chwila za chwilą i rok za rokiem samotnie, naprzeciw płótna, którego biel i niewinność niszczy, zwrócony plecami do świata.

Parę osób długo ogląda wystawę. Zapewne szkodzi mi powietrze w galerii; stawiałem na kaloryferach miski z wodą, lecz to niewiele pomaga; czułem się tydzień chyba dobrze, prawie nie pamiętam, a teraz znowu gorączka, ból głowy. Ale czym innym chciałbym się z Tobą dzielić; to w sercu poczucie, że uniwersum, natura, my wszyscy - to jedno. Dlaczego stawiamy się poza i ponad, poniżej i obok? czy to konieczne? chcę sobie pomóc, chcę stać się sobą; jeszcze mnie nigdy nie było, więc skąd mam wiedzieć, jak to się robi? Bhagawan mówi: doświadcz swej identyczności z bytem. Rozumiesz, Przyjacielu, wysoce abstrakcyjny problem? Jeśli jest tylko byt, wtedy - niepotrzebny Przekaz. Tymczasem byt mój cząstkowy, masz jakąś radę?

Coś zmienić, wychylić dziób ego z piwnicy na światło dnia; doświadczam, że jesteśmy razem, pracujmy razem. Jak? Nie wiem, nie będę wymyślał, lecz podążał w kierunku, dokąd stopy jedyne chcą iść; więc nastąpi.
Była Rotraut godzinę, szczuplutka blada siostra serdeczna, jakby silniejsza w sobie po pobycie w Holandii. Dałem jej klucze od mieszkania i jest miło, za chwilę powitają ją koty oraz ciepło i jasność domu, który podtrzymałem w istnieniu.

Szedłem piechotą szybko aż do ZOO, żeby przegonić wariata, i po peronie chodziłem lubiąc sprężystość mych mięśni. Pociągu nie było; obok chodziła szczupła dziewczyna w czarnych skórach; ominąłem dwa razy i odwróciłem się do kwiatów w budce - pachniały do mnie przez szybę. W pociągu dziewczyna usiadła przy mnie, ani chybi na polowaniu, ale tak wibrująca, że odsunąłem się zaraz do rogu, gdy zrobiło się miejsce. Zamknąłem oczy, nie chcę żadnej baby. Podniosłem powieki dwie stacje później - naprzeciw mnie siadała inna dziewczyna, również w czarnych skórach, ale brązowa, świadoma siebie, piękna, żadnych chichów. Wstałem, aby otworzyć okno, bo duszno. W palcach mały kamyk, który noszę jak zeszyt, obracam, aż mi mówi, jestem twardy krzemień. Patrzyła na mnie, siadając spojrzałem w oczy. Ciemne spokojne świetliste mogą opromienić miłością; leciutko skinąłem głowę w pozdrowieniu, odpowiedziała cieniem uśmiechu i zamknęła oczy, pozwalając się dotykać spojrzeniem. Patrzyłem w szybę, w dłoni kamyk ciepły ocali. Wysiadała, zobaczyłem, że spodnie u dołu ma poplamione farbami; piękna malarka!
Zapamiętać trzy jasne smugi we włosach, skoro nie staną się trójcą przenajświętszą!
W domu wraca napięcie, że omal serce nie pęknie. Wytrzymać i zwrócić w twórczość, boże bądź miłościw grzesznej duszy mojej. Ale oto Michael zaprasza do siebie.

Pierwsza nocą, niespodzianie wysoko. Mówiłem do Michaela o projektach majowych, o żywej wystawie pod tytułem: dowiedz się, kim jesteś. Znajdą się inni poeci, muzycy, błazny, malarze; zrobimy coś razem. Michael odniósł się do pomysłów z sympatyczną werwą. Harmonizuje się tej nocy, co było, co będzie. Co było staje się zrozumiałe; co będzie - możliwe.
Uniesiony wysoko w szczęśliwe zbiegi okoliczności bez mdłości, w znaki, talenty, prawdy, błazeństwa, zmyślenia, wariactwa, pracowitości, zadumy, wędrówki, poznania i doświadczenia. Życie jako kreacja; tak, Przyjacielu, kreacja nas łączy.
Poranek poniedziałkowy pokraka, w domu zimno, natychmiast opalam, bo noc spędziłem u Gudrun. Kochanie się bez końca, więc o poranku stosowne zmęczenie i brak uwagi dotkliwy w skutkach; złapała mnie w metrze kontrola i musiałem przy Operze wysiadać, płacić haracz marek dwadzieścia, i jechać do domu już sam; Gudrun pojechała dalej do pracy zasmucona.
Tom i Christian
Wczorajszy pożegnalny wieczór autorski w galerii wypadł okazale. Czytał Wolf znacznie lepiej niż pierwszym razem; przeczytałem mu wiersze po polsku, by wiedział już, o co chodzi; także Rotraut i ja, trochę po niemiecku, więcej po polsku, dla rodaków. Na gitarach pięknie grali Christian i Tom. Sporo wina od Katii, ludzi, tańców i swawoli; taniec ekstazy z Gudrun; w jej łóżku kontynuowany parę lat, stąd mandat o poranku? opłata opiata?

Co? co ci powiem?
cokolwiek!
ale o wietrze, płomieniach,
tak!
o morskich mewach,
źrebiętach, natchnieniach,
powiem ci, tak! że cię kocham.

I powtórzę chętnie razy kilka. Wieczór udany, ale większość nie płaciła za druki, zwłaszcza Polki, przemilczę imiona, niech wstydzą się anonimowo, ich pieska niebieska.
Siedzę w Zielonym Palcu, chwila pisania o zmierzchu. Trzeba Ci donieść, że dzisiaj pozostanę czas jakiś w Berlinie; ciekawe, jak zdołam przetrwać, najgorsze chyba za mną, wkrótce idzie wiosna. Wystawa kończy się fiaskiem tylko finansowym, ale to niemało. Umówiłem się tu z dziewczyną, ale nadchodzą znajomi.

Przeszkodzili w pisaniu, zakrzyczeli bzdurami bez ładu i sensu, dla pustej zabawy, w której chodzi o to, żeby się napić; nocą jestem w domu. Dzwoniłem do Gudrun; po przyjeździe do pracy była tak zmęczona, że chwilę posiedziała, popatrzyła w okno, pojechała spać do domu. Umawiamy się, że jutro przyjadę do niej z galerii.

Odwiedziłem Rotraut; spokojna, słaba ale dzielna; opowiedziałem o pomysłach i wątpliwościach. Jej się to nie podoba; czarna nitka w atmosferze psychiki trzepoce; ona twierdzi, że teatr wyssie ze mnie energię, że te suche trupy, których tylu ożywionych krząta się wokoło, bo tak widzi bliźnich, potraktują mnie jako pokarm, i zeżrą z marzeniami, z mięsem.
Że potrzebuję życia w miłości i prawdzie; słowem, radzi mi wracać do Warszawy albo Sztokholmu. Dobra i mądra, ale cóż mogę robić, jeśli wie swoje. Miłość i prawda są ewentualnie w sercu - nie między ludźmi. Pytam się: co za sens zmieniać miasta, jeśli nie można zmienić planety?

Wtorek o dzień odwilży; kolosalne ilości śniegu sprzed tygodnia zapewne długo poleżą, brunatniejąc zwolna, nim zanikną. Po nocnych dywagacjach o wyjeździe / powrocie spałem dobrze; wróciłem do Polski niezwłocznie, bo we śnie.
Chodziłem w sobieszczańskim podwórku karmiąc gołębie i kury; zmierzchało się łagodnie, nieliczne obłoki różowe sunęły po niebie. Na dachu wozówki przysiadła para obcych gołębi; czerwonobrązowy zerwał się i odleciał do sąsiadów, drugi przeleciał na dach obory; popatrzyłem z nadzieją, że może zostanie, chłopiec łasy na polowanie; sypnąłem ziarnem. Krzątałem się, nabierałem wody ze studni, a była to stara studnia z dzieciństwa, z cembrowiną okrytą mchem, stojąca tuż przed chatynką, w której się rodziłem.
Zdziwiłem się na widok gołębia tuż pod stopami; piszczał, niby uciekał, lecz bardziej chciał do mnie. Pewnym ruchem chwyciłem, spojrzałem; pojdka wyskubana i naga, pośrodku piersi rana, niewielki otwór; długi młody, bo jeszcze żółty dziób.
Pokazałem ptaka kobiecie stojącej obok; były to dwie kobiety, moja matka i Rotraut, wszakże w jednym kształcie fizycznym; ptak nie zdawał się już być gołębiem. Zaczerpnąłem dłonią wody i obmyłem zranione miejsce; dziób otwierał się i zamykał, podsunąłem garść wody, dziób się natychmiast zanurzył. Zbliżyłem ptaka do wiadra z wodą, zanurzył w niej dziób i łebek cały, raz i drugi, głęboko, widocznie spragniony; obmyłem ranę raz jeszcze, znów zaczerpnął wody - wzniósł główkę do góry i oto ujrzałem, jak od dzioba do góry przez łebek i grzbiet powstaje i wyprostowuje się wspaniały pióropusz z barwnych, zielonkawo, srebrzyście, niebiesko i czarno połyskujących piórek; jakby rozbłysło światło. Uradowałem się pięknym widokiem, otworzyłem dłoń, lecz ptak nie odleciał, siedział na ręku, patrzył na mnie przekrzywiając łebek; parę razy machnął skrzydłami; powiew powietrza poczułem na twarzy tak wyraźnie, że się przebudziłem.
Transformacja się dokonuje przy moim współudziale; grzbiet rumaka dinozaura, pióropusz ptaka, grzbiet kotka, na co znaki wskazują? gdzie sens ukryty? czy może ecie-pecie amo się splecie poecie?

Nie opowiedziałem Ci jeszcze o rekordowym śnie, w którym budziłem się kilka razy w tej samej rzeczywistości, lecz na coraz to niższym poziomie agonii.
Naszkicuję Ci snu warunki i sen. Zimowa pełnia przed rokiem w Warszawie. Dwie czy trzy doby bez snu, malowałem niezwykle intensywnie; w łóżku śpiąca Ania; położyłem się przy niej o drugiej, zasnąłem po jakiej godzinie. Obudziłem się w domu rodziców w Sobieszczanach, powiększonym jakby, przestrzennym; byłem w pokoju sam; za oknem szeroko w środku lata otwartym jaśniała pełnia księżyca.
A piszę w galerii przy herbacie po robocie; zdejmowałem wiersze i obrazy ze ścian, wyjmowałem spod szkieł grafiki. W metrze widziałem człowieka, który wyglądał jak koń; możliwe, że to był koń, który wyglądał jak człowiek. Zaraz jadę do Gudrun, ale zwierzę Ci się z dziwności - oto jakbym sobie coś przypomniał, a jeszcze nie wiedział, co! Może ten człowiek-koń w pociągu by wiedział?

I znowu przerwa na pierdolec gigant!
Jestem u siebie.
Po pracy w galerii pojechałem na ZOO i kupiłem róże; przywitała mnie Gudrun mile, lecz jestem dzisiaj rozwibrowany, co chwila inny, no nic. Piliśmy herbatę, poznałem dwie inne tu mieszkające dziewczyny; piliśmy wino, gawędząc; Regina leży w łóżku z grypą i atlasem Berlina, wkuwa adresy, bo wkrótce zdaje egzamin na kierowcę taxi. Gudrun zrobiła zupę; to nam się należało! przerywały pobywanie ze sobą telefony, mnóstwo telefonów; po kolacji idziemy do jej pokoju w rozmowie i pocałunkach. O dziesiątej telefon i jakaś długa rozmowa; rozebrałem się do naga i wszedłem do łóżka, przeglądając album; rozmowa się przedłuża, czuję się niewyraźnie, majaczy myśl pierwsza, aby wyjść. Nie, tego nie zrobiłem, jednak na powrót ubrałem się. Weszła Gudrun i zrzuciła suknię, bla-bla i pocałunki. Zapytałem, czy fotografia na ścianie to Markos, z którym spędziła ostatnie lata, lecz przed paroma miesiącami opuściła wyjeżdżając z Münster.
- Tak, to Markos. Tak, kocham go. Tak, długo byliśmy ze sobą i być może będziemy żyć razem w przyszłości.
Nie mogłem sobie dać rady z odkorkowaniem butelki, ten głos obojętny, korek krzywy, wreszcie udało się; stuknęliśmy się kielichami, łyk wina, po czym poprosiłem, by otworzyła mi bramę, chcę iść. Krótka przepychanka, pytanie:
- Why?
- Because of the sky.
Rozumiesz nonsens rymu, który wymyśliłem? znaczy: dlaczego? bo niebo. Buzia Gudrun skurczyła się, zbladła; wróciłem do domu. Wrócę do siebie?

Była to pełnia księżyca kiedyś, malowałem intensywnie dwie trzy doby bez snu; położyłem się do łóżka o drugiej, miła zbudziła się na chwilę, aby mnie pocałować w wargi, szyję, pierś, brzuch, aby mnie wziąć w usta i zasnąć znowu; jeszcze długo nie spałem, patrząc na księżyc; a potem obudziłem się o czwartej, czyli spałem bardzo krótko - i jakże treściwie!
Przygotuj się na chwile horroru, rzecz jest o umieraniu. Sen dział się w paru fazach; akcja doprowadzała do omdlenia z bólu; następował powrót do przytomności czyli w nowy sen, którego akcja doprowadzała do konania. Opiszę snu część ostatnią.
Zbudziłem się gdzie straciłem przytomność, w miejscu, gdzie upadłem - na podłodze kuchni rodzinnego domu w Sobieszczanach.
- Dobrze, to było omdlenie, nie śmierć - stwierdziłem. Wyszedłem przed dom. Ciepły zmierzch lata, oranżowo-złota pełnia księżyca i spokój rozległy pachnący maciejkami z klombu. Ojciec niósł ze stodoły worek obroku dla koni; stałem długą chwilę ciesząc się spokojem, zapachami, kolorami nieba. Wśród kwiatów grządek po prawej postrzegłem ruch, podszedłem, ach! to czarny mały kotek, którego znalazłem wczoraj po drodze i przyniosłem do domu, sprawiając radość siostrzeńcom - teraz ciągnął wielokrotnie od siebie większą połówkę indyka! Wiem, będzie bankiet, dom pełen śpiących gości. Ze śmiechem schylam się, chwytam kotka za skórę na grzbiecie i podnoszę do góry z myślą, że pokażę tacie, co to się dzieje, obaj się uśmiejemy z jego bezczelności. Ale widok jest nie do śmiechu, sam oceń: łebek jego to żywa trupia czaszka obciągnięta małpią skórą, szczerząca w świetle księżyca ostre kły, usiłująca mnie ugryźć. A łapki - nie kotka przecież a montrualnego stworu, co zwija się, szarpie i usiłuje uwolnić - zakończone są szablastymi pazurami! Jego grzbiet jest pokryty zębatymi ostrymi kośćmi, jak piła tną moje ciało, leje się z dłoni krew. Przerzucam potworka w powietrzu do drugiej dłoni i biegnę do wozówki, gdzie ojciec wszedł przed chwilą.
- Zobacz! - krzyczę - zobacz, co się dzieje! - ale ojciec milczy, nie widzi grozy sytuacji? Raz i drugi pazury rozorują mi ciało, gdy sięgam po siekierę, kładę potworka na pniaku do rąbania drewna, przyciskam ostrzem silnie, napieram ciężarem ciała, aż przecinam na dwie połowy, które padają na boki w drgawkach; drży wielka cisza.
A cóż się dzieje dalej w grozie bezistnienia? Przednia połowa potworka we krwi i drgawkach unosi się do góry na dwóch łapkach i biegnie dookoła pniaka! dosiada tylnej połowy - i monstrualny stwór, już na czterech nogach, biegnie, by skryć się w ciemności - kopulując! To właśnie groza - ta kopulacja! pojmuję, że będą następne potwory.
Krzyczę do ojca:
- Patrz, patrz! to zupełnie jak w moim śnie! - bo śniłem to wszystko niedawno jako ostrzeżenie; dzieje się strasznie, bo sen zapomniałem, moja wina. Uderzam obuchem siekiery w tę straszliwą parę; obłoczek kurzu i nic! żadnego śladu!
Ojca tu nie ma; idę ku domowi, aby budzić ludzi, opowiedzieć, ostrzegać, bo nie wiem, czy stwora zgładziłem, a jeśli nie - wszystkim grozi koszmarne niebezpieczeństwo. Ale iść prawie nie mogę, drętwieją nogi i ręce; rozumiem, że pazury i grzbiet kościsty wsączyły we mnie truciznę. Z najwyższym trudem otwieram drzwi, wiem, że umieram, nie mogę dobyć głosu. Ostatni wysiłek świadomy, żeby padając zawadzić ramieniem o regał z naczyniami, rozebrzmi alarm; słyszę blaszany szczęk garnków, wszystkich obudzą, kiedy padam na twarz.
Wracam do jawy w łóżku wsparty o wysokie poduszki, wokoło parę zaniepokojonych bliskich; głos siostry wyjaśnia:
- Już dobrze, Wieś, już dobrze. To wszystko przez tę Tereskę Wężarkiewicz, która sypiała z ojcem swego męża. Wyjaśnienie ma moc uspakajającą, zasypiam w błogości.
Budzę się naprawdę; nie umrę we śnie raz jeszcze, ale niepewny, co jest naprawdę. Kojarzę teraz dla Ciebie zębaty grzbiet kotka, grzbiet jak piła szablasta rumaka gwiezdnego - i pióropusz ptaka. Czy przynależą do Twojego świata?

Za oknem świeci słońce w środę, lecz nie jest mi jasno; dlaczego sprawiłem ból? Nie dzieje się dobrze, jestem maleńki jak literki, którymi piszę.
Za oknem nagląco kląska ptaszek. Gudrun powiedziała, to ona jest ptakiem z mojego snu; jest ranna, ale to ukrywa. Dlatego trzasnęły ją wilcze kły? poczuły krew? coś głupio; tak opuściłem nagle Magrę, śliczną kochaną indiankę. Dzień się dopiero zaczął, nie będzie krótki. Co było powodem? Mówiłem coś o wyjeździe do Polski, ona o powrocie do Münster; o innych sprawach, które rozdzielić nas mogę; że związek nasz jest śmiertelny.
- To, co śmiertelne, niech umiera teraz, nie poświęcajmy mu czasu - myślałem, dając sobie dzikie prawo, by cokolwiek orzekać. Jak mogę żyć; doprawdy, gubię się; nie odnajduję się w prawdzie, nie żyję w niej dzisiaj.
Dotkliwie przeżywam dzisiaj to, co przed laty - że moje zachowania miny gesty barwa głosu - to gra. Jakbym sam siebie przedrzeźniał. Jakby moje ciało, myślenie i pamięć - chiały mnie zagrać.
Czy ja jestem grą? i o co, na miłych bogów? kto dyktuje stawki?
Jej wiotkość i bladość zwalają mnie z nóg.
W rozterce zająłem się czymś prawdziwym jak drewno, skończyłem robić stół wygodny i duży; dwie listwy na parapecie okna tworzą mu ramę podtrzymującą w poziomie, nie ma nóg ani podpórki; po pracy mogę go wyjąć, nie zajmuje miejsca. Dokładnie sprzątnąłem pracownię. Widziałem przelotnie Rotraut; dzisiaj uważa, że jestem obłąkany; prosi o adres mej siostry i rodziny, na wypadek, gdyby coś się stało. Pojadę do galerii pakować obrazy, ale ogolę się przedtem, skoro wszyscy powariowali.

Trzecia nocą, zmęczony, ale nie ma przeproś, winienem Ci słów parę o minionym dniu. Pojechałem do galerii, zdjąłem resztę obrazów ze ścian, spakowałem obijając rogi falistą tekturą. Skończyłem o ósmej, wstąpiłem na wystawę Mariusza, poznałem jego przyjaciółkę Suzanne, przyjechał Waldi, piliśmy flaszkę wina, które przyniosłem ze sobą. Rozmowy leniwe, lecz Mariusz cały czas rysował, jakby się chciał bronić; myślałem cierpliwie, czy zadzwonić do Gudrun; siedziałem przy telefonie, więc wypadło na "tak". Jeden sygnał, drugi, postanawiam zaczekać do pięciu, czwarty, piąty, podniesiono słuchawkę, gdy moja dłoń opadała na przycisk, rozmowy nie było. Raz jeszcze Waldi zaprasza do knajpy na sałatę i wino. Wiele o tym, co wydarzyło się przed półroczem; opowiedziałem mu Mario i przepowiednie, echa harmoniczne i skojarzenia, list do Ciebie i cały ten wir, w ruch którego się dostał przez spotkanie ze mną. Trochę go oszołomiło. Fajnie było i miło. Ważne.

Teraz po trzeciej; oczy się zamykają, lecz śnię o wolności; nie zamieszkam w Warszawie, będę żył w podróży, pięć lat, czyż nie tak postanowiłem ostatniej wiosny?
Zatem pośpię, nie będę planował, sram na przyszłość, nie wiem, co zrobię jutro. Kocham Gudrun sercem i zwątpieniem, tajemnicą i natchnieniem. Dobranoc sarenko, koniczynko, kwoko.

Południe dwudziestego lutego, dzień słoneczny i piękny; maluję bez uciech.
Ale oto wszystko się zmieniło; czekałem, gdy wychodziła z pracy, pozwoliłem jej przejść, chwilę za nią szedłem, potem delikatnie wziąłem pod rękę. Szła właśnie do mnie; zjedliśmy obiad, pojechała na godzinę do siebie, wróci później, zdecydowana złagodzić mą okrutną stójkę. Przyjedzie też pewnie Katja.
Przyjechała z Rainerem, Rotraut przyszła z innym Rainerem; obaj podobni do siebie: cisi, spokojni i smutni; obaj też muzykują. Na przyjście Gudrun Rotraut reaguje trzęsiączką, wkrótce wychodzi pod pretekstem, że.
Posiedzenie krzykliwe i alkoholowo-miętowe.
Potem długa i piękna noc; o boże boże, ile erotyzm może! Akt
Wstaliśmy wcześnie rano na radosne śniadanie; pojechała do pracy. Ja pociąłem kartony, wsunąłem nowy stół w okienną ramę, wlałem do miski z pół litra czerni, w miseczce utarłem pół tuby błękitu pruskiego i trochę manganowego na półpłynną masę, dodając oszczędnie wody. Na podłodze położyłem koc; parę ruchów i skoków w powietrzu dla rozgrzania ciała; kładę się na kocu, dłonie po bokach otwarte do góry, stopy lekko na boki, a następnie relaks w ciepłej fali oddechu, co wieje przez ciało rytmicznie, spowalniając się; teraz kilka asan jogi powoli i w rytmie oddechu; usiadłem przed ścianą i zamknąłem oczy, zostawiając za sobą pokój i miseczki z farbami, kartony i kwiaty, zapalone świece, ciało moje i resztę.
Wstałem już po kwadransie, zmieszałem lekko kolory, natarłem prawą dłoń tłustym kremem, osuszyłem i włożyłem do miski z czernią; zanurza się w farbie, zanika, bąbelki powietrza; unoszę dłoń, polewam palce od wewnątrz błękitem. Przede mną jest czysta możliwość, karton 70 x 100 cm, przede mną nie ma nikogo; ze mnie jest tylko oko patrzące, widzące taneczny ruch palców na nieruchomym papierze.
Dobrze jest - zmienił się świat.
Przechodziła Rotraut wracając z zakupów, wreszcie wyraźnie na mnie obrażona. Ech, żegnaj, krzyżówko marzeń i braku ochoty!

Zaniedbuję Cię, Przyjacielu w mym żółtym zeszycie. Jest niedzielny poranek, leżę jeszcze w pościeli, która przejmująco wprost pachnie miłością; Gudrun pojechała do siebie, zostawiając mnie z zapaloną świecą i herbatą.
Wczoraj malowałem, dziś będę malował.

Gudrun, BarbaraPomyłka; niedziela jest dopiero dzisiaj, a właściwie już była; rano pojechałem do Gudrun, poznałem przyjaciółkę Barbarę, co przyjechała na weekend do Berlina z 10-letnią córeczką Anną, śliczną małą lady.
Śniadanie wypadło nam u Gaby; zachwyt Rembrandtem i Magnasco w Dahlem muzeum. Wieslaw
Słoneczny dzień, spacer po zamarzniętym jeziorze, Grunewald; jest jakoś tkliwie, żartobliwie, wzniośle.
Wracamy do domu na chleb z avocado. Jakże kochamy się oboje; każda minuta jest promieniująca. Znowu idziemy do Gaby, na kolację; Klaus i opowieści o południowej Ameryce; Kalle i Sigfrid z Hanoweru, którzy coś robią w filmie, jeszcze parę osób; mięsa wkładane na długich widelcach do wrzącego nad ogienkiem oleju; piję tylko wino.

O jedenastej Anna idzie spać, a nasza trójka - jaki ożywiony pełen akcji dzień! - udaje się do pubu Zapáta; Gudrun jest tam umówiona z kimś z komuny, gdzie chce zamieszkać.
W pubie tłum; Gudrun przeciska się do drugiego końca stołu, my siadamy z brzegu, młodzież się ścieśnia, żeby zrobić miejsce; rozmawiam z Barbarą, jest profesorką architektury w Münster; przyjaźnią się bardzo. Pyta, jak długo będziemy razem, Gudrun i ja.
- Jak długo będziemy razem? - powtarzam pytanie; nie wydaje mi się, że to potrwa długo, Gudrun po drugiej stronie stołu jest zajęta brodaczem, nie ma czasu na spojrzenie w tę stronę. Słyszę, że w komunie architektów, gdzie chce zamieszkać, jest trzech mężczyzn i jedna kobieta. Zatem brak spojrzeń ma swoją, powiedzmy, przyczynę? Zazdrość przeczuwam, czy tylko znużenie?
Po pół godzinie opuszczamy Zapáta; odprowadzam je do domu, żegnam Barbarę; umawiałem się z Gudrun, że u niej zostanę, lecz teraz mówię:
- Dobranoc - i odsuwam się, żeby uniknąć pocałunku. - Jak będziesz chciała mnie zobaczyć, to wiesz, gdzie szukać.
- Jak to? Przecież jesteśmy umówieni.
- Ale mężczyzna zmienną jest!
Wracam do domu wściekły i oburzony, że nie powiedziałem jej żegnaj. Ach, pośpię, niech jutro niesie zawały jak chce.

Czwartek to chyba pierwszy marca, piszę cholerne zmęczenie.
Jakbym oddał się przeznaczeniu.
Zanurzam dłonie w farbę i walę o papier; z uderzeń, rozbryzgów farby i plam kształtując - co? co właściwie?
Namalowałem dziś "Imperialistę", a potem "Idziemy na wojnę"; we wściekłej bestii budzi się pacyfista. I ach, wielka brązowo-czarna kompozycja na metrowym kartonie - jeden ruch ręki wykreślający rytm przeznaczenia. Oddany nieznanemu spazm czerni okazuje się głową, to szejk afrykański składa nocną wizytę.
Wieslaw
Właściwie to samo, za każdym razem inaczej, robiłem w grafice i olejach. Przestrzeń dla istnienia. Teraz to twarze i sylwetki.
Zabawny wieczór wtorkowy: Heniek, Waldi i Christian widząc mnie tańczącego wokół prawej dłoni - wprost nie chcą wierzyć oczom. Próbuję im wytłumaczyć: nie każdy człowiek spotyka w życiu geniusza, to brak doświadczenia sprawia, że oczom nie chce się wierzyć.
Natomiast Michael odwiedził mnie ostatniej nocy, no i oszalał z radości, wykrzykując, że wreszcie, meldując objawienie! Traktuję zachwyt sceptycznie, zaliczył przedtem pół litra.
Nieważne, nieważne.
Budzę się ze snu niebycia; tańczę przy głośnej muzyce z radia, napinam mięśnie ciała w rozgrzewce i rozluźniam w medytacji, oddy-chając głębiej, ładując się energią, której bezmiar wszędzie.

Patrzę na kartkę, za nią jest nic, wywiewa ze mnie wszystko.
Tymczasem dłoń miesza w misce farby, są to ciężkie emalie dzisiaj, rozgrzewam je ciepłem własnym, aż stają się ciekłe; koncentruję się i centruję, a kiedy jestem - uderzam raz jeden o karton.
Dotykam tęskniąco, pieszczę miłośnie, odpycham agresywnie i drwiąco - różne są przedwiosenne pogody a kartonów wiele.

Gudrun była owszem miłośnie w poniedziałek i poszła, aby nie wrócić we wtorek. Wczoraj mnie odwiedziła Monika, malowaliśmy razem w fioletach, że co? ach, całując się trochę. Rotraut wciąż rozkochana i przepełniona nadzieją; mówiłem jej o dłoniach - one walą w karton, nie chcą cię dotykać. Gdy mowa o miłości, mylę fatalnie imiona, mówiąc jej: - Gudrun, moje serce zimne.

Heniek mieszkał noc u mnie i czytał pierwsze 100 stron tekstu do Ciebie, zdawał się pochłonięty; podoba mu się, co chcę robić w maju; będzie wracał z Kolonii, może się twórczo przyłoży. Także Monika; wyrasta na spokojną i dobrą dziewczynę, niestety nie wiele robi, toteż gubi się między ludźmi, no ale z ludźmi jest trudno. Henryk, gdy jechał do Warszawy, zdawał się tryskający energią; teraz wrócił smutnawy, stłumiony.

Czy moje serce zimne? ach, nie; ale nawet Gudrun, której miłość słodka jak Anny i otwarta jak Wandy, nienasycona jak Rotraut i tkliwa jak Basi - nawet ona nie może mnie zabrać do nieba lub piekła na długo. Żyję na ziemi, malarstwo to najwspanialsze uczucie, studzi wulkany, wycisza emocje. Tu miłość ma imię boga.
Dziś list kochanej mamy i sympatyczny Dudiego ptaka czuba-tego, co teraz nad Stanami fruwa muzycznie; mnie do Nowego Yorku robi się coraz to dalej.
Rotraut miała wczoraj natchnienie mówić długo i mądrze, że nie lubię kobiet i sobie na moje nielubienie nie pozwalam, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Że Gudrun nienawidzi mężczyzn; ha! jej drapieżny uścisk na szyi i słowa: jesteś moją kobietą! że jeszcze to i tamto.
Rotraut się myli, choćby sądząc, że nadal ją kocham. A może? Wzięła do ręki ze stolika fotografię, na której był Heniek. - Ma kłopoty z żoną, i co on ma jeszcze? acha, pięcioletnią córeczkę - nie dziwię się prawie, gdy mówi, że widać na fotografii wszystko, co opowiadał Henryk. Dobrze, wierzę, a siebie zdecydowanie odmawiam.

Potykam się, gubię prawie i poruszam chaotycznie, spodeczek leci z rąk, mleko się wylewa, ale gdy stoję przy stole - jestem precyzyjny i pełen blasku. W zawierusze pięć fotoportretów polaroidem - twarze tak różne, aż dziw, że serce jedno.
Teraz wrócę do stołu. W czystą czerń. Aż dziw, że czerń jest blisko światła! dopóki nie robisz, nie wiesz; jakbym od innej strony atakował przestrzeń.

Druga nocą. Zrobiłem osiem obrazków, seria struktur sprężystych kolczastych żywych w czerni, dwa w żółciach i chłodnych różach. Gudrun nie przyszła, bo ile można. Ach, kochamalbo nie kocham jej wcale; jestem, gdzie dwie niemożliwości spotykają się. Też dobrze, jeśli się na tym skończy; pani Ekstaza podała nam parę razy poziomki ze śmietaną, a jeśli to nie wystarcza - nic nie wystarczy.

Odwiedzili mnie na śniadanie Suzanne i Mariusz, na obiad po koreańsku zaprosiła nas wszystkich Rotraut; ledwie sam, a już wpada Michael na półgodzinny monolog o filmie wspaniałym, który muszę bezzwłocznie obejrzeć; Peter Brook, "Meetings with a remarkable Man", o Gurdijeffie.
Ja jestem wyciszony, popijam sherry, rozłożone są wokoło kartony i farby, dwa reflektory świecą do stołu, lada chwila się zacznie, co jest, święto. Pięć dużych arkuszy zaprasza do bieli.
Farba jest czarna i zielona, tu i ówdzie błyska bąbelek żółci, zmiesza się w uderzeniu.
Dłoń się w tym zanurzy; mnie odciśnie czy byt nieskończony? co się wydarzy?

Wydarzyło się, przyszła Gudrun, a kiedy wieczorem sprzątałem suche już papiery i myłem dłonie - Katja, dwóch Rainerów i Niels, ten dzisiaj cenny, bo kupił dwie grafiki po dwieście i chce zakupić "Poranek stworzenia".
Jakże było wesoło, wysoko i gwarnie! a potem we dwoje miłośnie bez końca. Sarenka zraniona, parę dni bała się przyjść do mnie. Kochamy się także w poranku; przed herbatą, po herbacie, przed śniadaniem, po śniadaniu. Wychodzimy z domu na lekko omdlałych nogach, a tu właśnie nadjeżdża Petra, Christian i Andrzej; ten sądzi, że jesteśmy znarkotyzowani, żartowniś. Odprowadzam ją do metra, wracam do pracowni i sprzątam, wprowadzam ład kolorowy, gdzie trzeba.

Późny wieczór; popołudniem sherry z Andrzejem, co z Hannoweru wraca do Warszawy. Była jakaś eksplozja w warszawskiej rotundzie, a teraz żart: - Słyszałeś, że nam ostatnio złotówka podskoczyła? - wydał się dzisiaj spokojny i ciepły, bez łobuza w oczach.

Malowałem lakierami i emaliami pięć obrazków, badania i zachwycenia, gdy wróciła Gudrun; nie będzie mieszkać w komunie, raduje się i smuci; zasnęła, trzy dni napięć, wczorajszo-dzisiejsza miłość, rozładowanie w erotycznym uściśleniu, jakie miało miejsce, sprawiają, że sen jej chce być lekki i głęboki. Nie znałem miłości do dzisiaj? Oto się budzi na uśmiech, pocałunek, pytanie:
- Co się ze mną dzieje?
- Śnisz?
- Tak, od popołudnia. - Śpi znużona kochaniem, odświeżona pięknem. Patrzy na nas w świetle świec miłość, nadziwić się nie może.
Tyle uroku w nocnej chwili. Piszę do Ciebie, towarzyszy muzyka, Liszt z radia, obok śpi moja kobieta; kiedy pójdę do niej rozbłyśnie wspaniale w zdumieniu i zachwyceniu. Poznaję ją, jej drogę do wolności. Czy będzie to wspólna wolność? Dobranoc, Przyjacielu, życzę Ci, co mnie za chwilę użyczy miłość i los.

A teraz wtorek; szalenie intensywny weekend; miłość, spacery, kino 2001 Space Odyssea, posiłki po drodze, spektakl o Joannie dArc w Tanzfabrik na Kreuzbergu, spotkania, przygody, rozmowy. W ten wieczór Gudrun maluje, ja względnie odpoczywam. Przyniosła mi ciężkie pąsowe kwiaty amarylis. Z radia preludia Liszta; emanuje z nich cisza górskiego stoku porośniętego ciemną kosodrzewiną; parę skalistych szczytów w oddali pośród spraw ludzkich i wzniosłych.

Poranek czwartka. Od niedzieli intensywnie pracuję. Wiele obrazków. Płomieniem jestem chłodnym i zmęczonym.
Odkrywam duchowy rytm natury. Kolory, stół, ciało, papier, melodia istnienia, którym dźwięczy "ja". Każde dotknięcie jest doświadczeniem ontologicznym, aktem bytu.

W popołudnie czwartkowe bolą mięśnie, ciężko idzie pisanie, ręka zużyty ochłap.
Jakbym osiągał stan istnienia nie-osobowego, jestem używany do malowania jak papier i puszki z farbą, niezbędny i wolny; na stole spotyka się przypadek i konieczność.
Nie zawsze w poczuciu radości. Wczoraj i dzisiaj towarzyszy cierpienie; na papierach pojawia się twarz śmierci. Wziąłem czarne emalie, chciałem wyrazić schizofreniczny skurcz ducha; wścibski Schiz i rozpustna Frenia w rytmicznych wstrząsach opuścili mnie i przylgnęli do kartki na zawsze. Następny karton to "Galaktyczne zwierzę" - żebym, już wyzwolony, miał rumaka. A moja miła wybaczy, że użyłem zazdrości, szalonej miłości i wrodzonej rozpaczy,, aby móc rzygnąć wizyjnie? "Wypatrujący" jest na kolejnym kartonie w organicznych strukturach.

Minęła godzina, teraz herbata z mięty i skręt.
Chwała czerni na wysokości - uwalnia od życia szarości.

Czy żyję jak trzeba? Prawie, bowiem winienem zadzwonić do Gudrun, uporządkować galerię i obrazy, płacąc imperialistom imperialistyczny haracz. Przywieźć obrazy do domu, dać Rotraut adres siostry w Warszawie; niech ma, skoro prosi, skoro nic się nie stanie.
Idzie wiek męski, nie będzie to wiek klęski!

Poszedłem do łóżka o ósmej rano, a już w południe budzą mnie Petra i Christian; jego momentalna wypowiedź:
- Mario by powiedział, że medium oszalało, cały czas maluje. A moja reakcja?
- Jeśli geniusz jest medium, to co znaczy pętak?
Będą tu mieszkać w podwórku, muszą opuścić swój dom z ogrodem i od paru miesięcy nie mogą znaleźć mieszkania, zaś Michael zmienia, etc.
Gudrun mówiła, boi się o siebie, nie może podołać, ma tyle do zrobienia a zawala, bo wciąż przychodzi do mnie.
W kochaniu ma się znakomicie, ale w głowie tysiąc spraw na utry-maniu, wspólnych niekiedy z pradziadkiem. Jestem światem, czy to nie zbyt wiele na smukłości blond i śliczności wgłąb?
Co jeszcze w opłotkach?
Michael zdołał wczoraj obejrzeć wszystko, co zrobiłem, zmęczył się entuzjazmem.
List Janusza, że właśnie odchodzi z redakcji, że cały jej skład się zmienia; radzi składanie tekstu jako książki, ale jestem zaledwie w połowie pisania. Znam panów redaktorów - zgorszą się zanim przeczytają; ani chybi będzie dopiero wydanie pośmiertne.

Piszę przy świecy, bolą mnie oczy, prysnęło w nie nieco emalii z terpentyną; za oknem kroki, nie, to nie Gudrun; zadzwonię, przecież we wtorek źle się czuła i miała gorączkę, może chora.

W późne popołudnie piątek wciąż jeszcze u Gudrun, śpi chora. Miała wysoką gorączkę, gdy przyjechałem wczoraj; przytuliłem serdecznie spoconą rozgrzaną; uspokoiła się znacznie. Rano zrobiłem zakupy: mleko, miód, pieczywo i sery, a także dwie wspaniałe róże. Wkrótce wracam do domu; mam sklep wyborny po drodze, gdzie kupię srebrne, złote, szare, czarne i białe kartony.

Niedziela kończy najbardziej intensywny tydzień, może miesiąc życia. Dziś, w pełnię, malowałem godzinę, nie mogąc się skupić.
Jakby Ci tydzień streścić? Około setki obrazów na kartonie i bristolu w paru różnych technikach; farby i narzędzia dobieram stosownie do samopoczucia.
Zdumiewam się, w każdym ruchu szpachli czy dłoni, pędzla czy sprayu - tryskają z niebytu rzeczy piękne i straszne.
Więc tak się robi sztukę!
Po prostu zgadzasz się na to, czym jesteś, a to, czym jesteś, staje się płomieniem.
Co Ci to przypomina? Wszystko jest prawdą! - dziecko macha rączkami i krzyczy z radości, śmieje się do łez.

Gudrun nadal chora, byłem dwa razy a dzisiaj dzwoniłem, sam podziębiony. Nadal wyjada ją bronchit, ale już bez gorączki. Tak bardzo się kochamy, że to, co przydarza mi się w metrze z dziewczyną, wprost onieśmiela; nie muszę Ci pisać.
Coś przydarzyło się także Christianowi, uciekł od Petry w tę upojną noc, bywa szalenie agresywny; ona ma nadzieję, że nie wydarzy się to, co Mario wywróżył; komu znów? Christianowi?

Siąpi marznący deszczyk, za oknem zimno i nieprzyjemnie, masz szczęście, że nie jesteś bezdomny.
Petra przejęta mówiła chaotycznie o jakimś strasznym zawodzie Christiana, coś z jego książką, ale nie wiem, o co chodzi; że w nią nie wierzy? że była dla niego wszystkim; kto właściwie, Petra? książka?
Czy to wpływ Mario, który bywa u nich częściej, odkąd bywam rzadziej? Ha, lepiej truć się farbami, niż zapachem ścierwa.

Rozbłysły mi dzisiaj dwa obrazki niebywałej urody: tańczące pnącza w zieleniach, błękitach, żółciach; drugi to potworny łeb.

Wieczór z Rotraut, kruszyna spłakała się dziś w me kolano; jest nielekko, ale cierpienie uszlachetnia, pocieszam i życzę najlepiej, jest dobra i obdarzona wiedzą; jak na mój gust trochę wiele cudów i wiary, ale ja przecież cynik.

Wątki i myśli, piszę jak żyję bezładnie, w oczekiwaniu wiosny, która lada chwila. Co robię? To, co przychodzi do głowy lub wychodzi z serca, co chcę - a nawet czego nie lubię, jeśli tak każe obowiązek wewnętrzny.
Gudrun przeżywa chorobę, lecą przez głowę obrazy, wspomnienia i wizje. Mówię:
- Pozwól się temu toczyć, niech się odkrywa, ujawnia. Patrz na to, bądź wewnętrznym okiem, a nie tym, co oko widzi.
Pada deszcz, robi muzykę; w ostatnich obrazach nie ma namiętności, jest wiele energii. I chłód.

Już tylko parę stron do zapisania w żółtym zeszycie. Christian czytał życzliwie pierwsze 100 stron Listu, radzi uparcie, abym motyw wróżby i zagrożenia śmiercią traktował pierwszoplanowo, że to uczyni książkę zajmującą. Sram na zaloty, podcieram się niezapisanym papierem! Ani mi się śni, Christianie, życie rozległe, mam tyle do stworzenia, żadnego miejsca na nieprawdę. Dziś żyję.
Gdy śmierć stanie na drodze, to niech się strzeże kostucha!

Pełnia księżyca; z okazji odwiedził mnie Bernt przyjaciel podróży do Holandii; wpadł chwilę, prowadzi taxi, miał kurs w pobliżu.
Przedwczoraj Yves tak przejęty na widok, że na jego oczach powstał w metrowym czarnym kartonie galaktyczny zapis.
Kilka osób malowało ze mną: także Mariusz, który chciał ołówek, a potem, patrząc na moje rozmachy poprosił o bristol, ze szmaty zrobił tampon i w godzinę machnął śliczny obrazek; melancholijny silny kościół, otwarte okna i parę przestrzeni w jasności.

Samoświetly wobec wielkiej nocy.
Ból glowy, nieskończona operacja dokonuje się na moim mózgu. Może widziałem zbyt wiele cudów? Może to znak, że winienem coś zmienić; piję wina i kawy, sen przypadkowy, dużo miłości, mało powietrza. To zwłaszcza! Mój pokój potwornie śmierdzi, wyobraź sobie, codziennie tyle lakierów i emalii, terpentyna i benzyna; tylko szmaty wyrzucam do suszenia za okno.
Kracze wrona wśród nocy.

Chyba środa, rano przyjdzie Gudrun, skoro zaczyna chodzić; czy od niej złapałem wirusa? boli głowa i serce, oczy obrzękłe, ledwo widzę. Po powrocie do domu usiadłem w jakiejś kataleptycznej medytacji, potem jednak skłoniłem się ku pracy, i malowałem do świtu, zanim spostrzegłem, że gorączka wyjadła mnie do połowy.
Seria obrazków dziwnych, mam kłopoty z akceptacją; zazwyczaj niszczę nieudane obrazy nazajutrz; słyszę, bywa, że matka nie lubi bezpośrednio po porodzie dziecka; ale dziwne to życie.
Wieslaw
Dzień następny i wieczór, gorączka i kaszel, świdrujący ból głowy przemieszcza się z miejsca na miejsce. Rano zadbała Gudrun, karmiąc, opalając i sprzątając mieszkanie; wieczorem Rotraut przygotowała napar do inhalacji. Z jakiejś niemieckiej stacji leci Symfonia fantastyczna Berlioza. W iluż miejscach, pokojach, mieszkaniach i pracowniach była mi towarzyszem doli i niedoli! Dlatego lubię czarownice.
Jestem słaby i sam. Podnoszę się, żeby pochodzić po pokoju, ale głowa ciąży, suną ławice obrazów, ludzkie postacie utkane z płomienistych zawirowań; prześledzić możliwości ekspresyjne sylwetki!

Późną nocą poszła Rotraut; tyle już rozmów, a ledwo Ci wspominam - z zażenowaniem! nie może pojąć, że można kochać i przestać. Dzsiaj się wściekłem; leżę słaby, zbolały, a wali się na mnie lawina pretensji, wyrzutów. Np.:
- Stawiasz zatem pieczęci na kobietach, Gudrun jest ci kochanką, mnie nazywasz siostrą.
- Nie stawiam żadnych pieczęci, a jeśli to tylko na Gudrun, na jej skórze. - mówię, a ponieważ zdaje się nie rozumieć, dodaję: - Wiele żółtych, niebieskich, fioletowych pieczęci po moich palcach, zębach i paznokciach.
Albo mówię:
- Muszę ci wszystko tłumaczyć? moja skóra kocha jej skórę, wilgotność, elektryczne ładunki w porach, zapach i smak.
Albo:
- Nie mogę cię dotykać, całować, kochać się z tobą, ponieważ mnie kochasz. Mogę to robić z co drugą kobietą, ale ty mnie kochasz, więc to nie ma sensu.
A potem:
- Dziewczyno, Wieś jest nieobliczalny, i gotów ci tego dowieść - ostrzegłem raz i drugi, czując jak budzi się z uśpienia czarny anioł, przeciąga się w pogardliwym ziewnięciu, szczerzy białe kły.
Poczuła i przelękła się, przecież widzi myślane; blada i przerażona poszła; sam jestem. Chłodno.

Noc czwartkowa i gorzej, amok! było mi duszno, wybiegłem na ulicę, aby się wietrzyć, zostawiając otwarte drzwi i okna, niech się smród ulatnia. Gorączka wysoka, ból głowy szczelny wtóruje śpiewom wolności.

Idę aleją

wiatr wieje przeze mnie
i nie znajduje
kłamstwa ani prawdy,

księżyc świeci.

Zmierzcha się niedziela; słaba muszka, ale znów jadam, czyli zdrowie wraca. Wieslaw choryPo obiedzie Gudrun poszła na spacer do parku; sam jestem i muzyka. Czuję się, odycham przez oba nozdrza, atrakcje grypy się kończą. Było ich co niemiara, zwłaszcza w nocy z piątku na sobotę - wspaniałe halucynacje. Skurczony embrionalnie, przykryty wszystkim, co było pod ręką, bo w dreszczach, skupiony w każdym wdechu do punktu między brwiami, posyłający wydech po kręgosłupie w dół. Oddychałem uważnie, w ostrym ataku gorączki całą energię do walki czerpałem z oddychania; ciało skłonne się poddać.
Stopniowo dreszcze mijały; rozpalony jak piecyk kowalski na jotę nie zmieniałem pozycji, ciała prawie nie czułem, ale przestrzeń przezeń zajęta spokojna była, promienna; żyły na skroniach nabrzmiałe i pulsujące boleśnie. Zaczęło się od punktu; oczy miałem zamknięte, wzrok wewnętrzny skupiony między nimi; początek jak końcówka Odysei Kosmicznej, film widziałem niedawno, było od czego zacząć; z punktu trysnęły kolory i linie, wzory i formy - z tak wielką szybkością, że zawahałem się, czy podołam, czy mogę lecieć w nieznane.
Otworzyłem oczy -
teraz podnoszę wzrok znad zeszytu i widzę za oknem granatowiejącą taflę nieba, a w połowie drogi do niego wzory czarnych już drzew, konarów i gałęzi w alei -
i nic się nie zmieniło, z miejsca na ścianie, gdzie spocząl mój wzrok leciały na mnie kolorowo rozplatające się kształty, świetlne rozbłyski; nic lepszego do roboty więc patrzyłem, bez fascynacji i zdziwienia, lot stawał się powolniejszy.
Przejmująco wyraźnie ujrzałem na ścianie wzór wszechrzeczy, drgającą regularną mozaikę; każda grudka farby na ścianie, każda nierówność i wklęsłość, różnica w kolorze i cieniu ożyły; lśniąc, migocąc i drgając wypełniły się światłem, duchowym rytmem, który naturę przenika i tworzy; z każdego punktu tryska sześć promieni ku innym punktom; wzór widoczny na jednym centymetrze albo całej ścianie, wizja rzeczywistego. Zobacz to raz, a zostanie zawsze; będziesz miał wizję w obłokach na niebie, w liściach drzew w wietrze, w ziarenkach piasku na plaży, w porach skóry czy architekturze Starego Miasta oglądanej z przeciwległego brzegu Wisły o poranku, zmierzchu.
A potem igranie obrazów; pysk konia szczerzy się w potwornym śmiechu jak na Guernica Picassa, ale ma zamiast wędzidła stokrotkę; drewnieje momentalnie, dymi, zmienia się w pysk smoczy wiejący ogniem, co w locie ku mnie rozdziawia się i ogarnia ciemnością w jakimś potwornym jazgocie - ach, tak! był przecież pełny zasięg halucynacji dźwiękowych.
Chciałem Ci pisać na gorąco, lecz zbyt gorący, aby wyjść z łóżka a zeszyt daleko; uczestniczyłem w pokazie bez słów, zaśmiewając się niekiedy - nie dlatego, że wizje śmieszne, to ja byłem szczęśliwy. Pamiętam jeszcze, ale nie bawią już, ani się nie wydają sensowne.

Tymczasem żółty zeszyt się kończy; zaczęty 11 listopada służył nam przeszło trzy miesiące. W procesie urealniania się - czy słusznie tak mniemam? O zawartości będę miał pojęcie, kiedy przepiszę na maszynie, ale na ostatnim kawałku papieru chcę się podzielić z Tobą uwagami. List się robi niemal dokumentem; oddaję się przecież losowi, życzę Ci prawdy, nie zaś miłej do poduszki lektury.

O, nie da się pogwarzyć! Gudrun wraca ze spaceru. Ledwo wyzdrowiała, jest słabiutka, szczupła i blada, ale rumiane teraz policzki. Będziemy się kochać; żartuję, że pierwszy raz w życiu bywam w łóżku z inżynierem.

Podaję Ci namiary, jest druga nocą dziewiętnastego marca 1979, w środku Europy parę stopni ciepła, zimny wiatr jest w świetle latarni widzialny, bo niesie tumany kropelek deszczu. Piszę do Ciebie w trzecim zeszycie; kolor okładek czerwony, prezent od Gudrun.
Żadnych ceregieli: ona śpi, a ja jestem daleko odniesiony opowieścią opowiadaną jej do snu, w której ewolucyjnie wykształciły się lotne, niemal energetyczne istoty, aby po milionach lat zawładnąć planetą, układem słonecznym i środkowym pasem galaktycznej ekliptyki.
Jej powrót z parku, kolacja, wizyta Toma; moje poczucie powrotu do zdrowia, nasze kochanie się nocą; opowieść po polsku.

Nie mogę zasnąć, leżę i nudzę się trochę, nie mam co myśleć a sen nie przychodzi, wstaję zatem, parzę filiżankę jaśminowej herbaty, otwieram zeszyt.
Wizyta Toma; lat 28, wysoki blondyn, przystojny, nawet piękny; w pierwszym spojrzeniu w oczy szczerze go polubiłem; skończył prawo i wiele podróżował w Ameryce, od niedawna w Berlinie; jeszcze jeden człowiek nie wie, co robić we wspaniale usystematyzowanym świecie, wyzwala się w trudzie. Czysty. Nie pije, nie pali, żadnych narcotico. Miła rozmowa, opowieści o Stanach.
Pod koniec wizyty fatalne nieporozumienie. Zapytał:
- Czym jest dla ciebie malowanie?
- Wszystkim - odpowiedziałem. - Niczym, jeśli wolisz.
Nie uwierzył a na ścianach nie ma jednego obrazu, jeszcze wszystkie w galerii! Twarz mu się zrobiła zmęczona, pobladła. Przejęło mnie to do głębi. Mówiłem potem do Gudrun, że nie wiem, co mówię, że powinienem to inaczej wyrazić, albo, sam nie wiem.
Ale teraz myślę, że mówię prawdę, nawet gdy sobie przeczę. Kto powiedział, że prawda niesprzeczna! Kto powiedział, że trzeba mi wierzyć? Nie, prawda nie jest wiarą, jest tylko i wyłącznie prawdą. A jednak przykro; spotykam ludzi po drodze i czasami widzę, jak ktoś odskakuje ode mnie w poczuciu wstydu, czy krzywdy. Spowolnij lot, Wieś, więcej uwagi dla bliźnich, skoro kochasz.
Śpi moje nocne słonko, wzdycha przez sen. Osłabiona chorobą ledwo chodzi; uważaj, Wieś, nie za wiele miłości! Ależ to piękne - kochać i być kochanym! Od pierwszego dotknięcia manifestuje się wolność i uczucie; dnie przynoszą odkrycia, noce pieszczoty; jest mi wspaniała. Czyżby znalazły się dwie połówki platońskiego jabłka? zachwycamy się sobą bez końca, jabłko jest cudnie bezbłędne.
Wieś, uważaj! nie zrób się gruszką przedwcześnie!
Ach, śpi niespokojnie gazela, step przez nią pomyka cwałem, głowa ją boli? Dobre duchy, jeśli jakie w pobliżu, sprawcie, niech sen przyniesie wytchnienie, niech obudzi się silna i zdrowa. Nie jesteśmy uważni, dowodem ostre choroby; ależ łapiemy je niemal świadomie, jako wytchnienie od napięć miłosnych i niepokojów. Minęła niedziela, jutro znowu startuje do pracy, pięć dni w tygodniu, dziewięć godzin dziennie przy rajzbrecie kreślarskim. Jeszcze dwa tygodnie, potem przerywa pracę; jest inżynierem architektem, zarabia na dalsze studia, które chce podjąć w kwietniu. Zrezygnowała z mieszkania w komunie architektów, a ja mimo wszystko omal nie doradzałem. Jedyna alternatywa to zamieszkać ze mną, może nawet wyjść za mnie.
U mnie jest jej dobrze. Wracając zawsze mówi, jaka szczęśliwa. Poproszę o rękę, niech się dzieje, co chce; gotów zostać na czas jej studiów w Berlinie, w wolnych chwilach zabierać ją do Warszawy. Czy takie dwie dziczki potrafią żyć razem? Dałem jej rękę bez wahania pierwszego dnia życia w galerii, nie odmówi swojej. Zaczekaj, Wieś, zaczekaj, atrakcji co niemiara, zaczekaj z następnym zawrotem głowy.
Nie wiem, Przyjacielu, niemało już razy, obiektywnie rzecz biorąc, co to za paskudne słowa! przeżyłem uniesienie; zdumiewałem się potem, że nie jest wieczne.
Wątpliwości? np. co przyniesie zwykłe życie. Ach, zwykłe życie dawno temu się skończyło!
Nie mam wątpliwości, potrafimy żyć razem wspaniale. Odczekaj trochę, Wieś, zorientuj się, czy zakładanie rodziny. Owszem, sztukę robię genialną, posłuchaj tylko tych wszystkich, którzy chcą Ci to wmówić; lecz nie wyrabiam na papu, coraz mnie ktoś czymś obdarowuje, zupy w proszku, wazonik, jakoś mogę przetrwać. Trzeba obejrzeć mieszkanie, którym dysponuje Michael, zorientować się w perspektywach pożywania wspólnego.
Berlin.
Berlin wali po głowie kłonicą, prawda chce istnieć! Przyjacielu, parę zapaści i depresji w pierwszych miesiącach Listu przemilczałem, nie chcąc Cię trudzić, skoro nie mogłeś pożyczyć pieniędzy. To, co piszę, ma być Przekazem, moim życiem jak leci, prawda? a przemilczenia robią. Allah jest wielki, czytam Sufi szejka, prawda nad wszystko, nie inaczej, prawda wymaga całej otwartości.
Skąd te uwagi liryczne?
Przeglądam tekst, i widzę, co zataiłem. Co we mnie zostało ze śmietników przeszłych - winno się ujawnić! Nie idzie o pragnienie doskonałości ani o tych pieprzonych kosmitów z galaktyki nieznanej, dla nich tak czy inaczej wszystko jest, będzie, odkryte. Prawda wymaga otwarcia, nie strojenia się w szmatki.
Tu idzie o mnie. Moim obowiązkiem jest wiedzieć.
Może od zaraz? Ukrywać przed Tobą, który jesteś mną w taki magiczny sposób? siedzę przy świecy osłoniętej od Gudrun kartonem, by światło nie raziło w oczy. Rzecz dotyczy Anny, żegnanej dramatycznie w białym pokoju w Amsterdamie o suficie oświetlanym przez refleksy wody; wspominam kochaną i życzę radości, zasługuje na najlepsze, więc dodać? Kiedy z W-wy dzwoniłem do niej, ni stąd ni zowąd opowiedziała mi sen; była ze mną w ciąży, tzn, nosiła mnie w brzuchu; rozmowa nieładna, nic się nie kleiło. W przeddzień pożegnania wziąłem notes z półki, prawda, aby zabrać zdjęcia, dureń! i przeczytalem, co wpadło w oko; we śnie nosiła Fernanda; dlaczego kłamała? bo śpiący był na łonie, a przecież miała coś mówić. Nie miałem za złe chłopca, to byczek z bajki; dlaczego miałem za złe kłamstwo? widzisz tu, jak kłamię? - z nadmiaru fantazji, braku odwagi, duchowego lenistwa. A jakoś siebie nie potępiam, co?
Co to za wariatkowo?! Otwieram pierwszy zeszyt teraz, patrzę i widzę - nie kłamałem, ledwie przeoczyłem! zaskoczenie! A niech to tak zwani wszyscy diabli!
co? czyli w sosie piekielnym smażę cielęcinę?
boże bądź miłościw grzesznym kopytkom w galarecie bzdury!

Niech będzie z innej beczki; Marek mi podarował Strzemińskiego "Teorię widzenia"; nie mogłem się do niej zabrać przez lata, zdawała się nieznośna, ale parę niedziel temu widziałem parę Rembrandtów, a parę dni temu otworzyła się książka na słowach o Rembradtcie tak świetnych, że czytam od deski do deski, jak się mówiło w czasach, gdy książki miały drewniane okładki.
Gudrun śpi niespokojnie, też się położę, chciałbym wstać o siódmej i podać śniadanie.

 
z powrotem
dalej
stronice: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

Lubisz Stronicę ? Podaj adres dalej ! wisarts.com

© 2008 Wiesław Sadurski. Wszystkie Prawa Zastrzeżone. Website tworzona i utrzymywana przez Autora.
Żadne Obrazy, Rysunki, Grafiki, Teksty, Fotografie i Filmy nie mogą być reprodukowane lub użyte bez mego zezwolenia.

| Start | Malarstwo | Grafika | Poezja | Foto Art | Dzisiaj |

Sztuki Piękne - Malarstwo, Grafika, Rysunek, Sztuki cyfrowe, Poezja, Fotografia - Wiesław Sadurski, polski artysta z Berlina