Wtorkowy poranek w śniegach,
co padały zaciekle od wczoraj, zastaje mnie zdrowego; wariatkowo w pełnym
rozbiegu. Wczoraj Gudrun po pracy przyszła na obiad, następnie figle w łóżku
fantastyczne od śmiechu; o 10-tej odprowadziłem do metra, malowałem do ósmej
rano w pełnej zaciekłości, jakbym nadrabiał zaległości.
Jest wieczór; kiedy pisałem powyższe zdania? dziś rano? wczoraj? jest chyba
środa, ach, dowiem się jutro.
Popołudniem szedłem do pałacowego parku i chodzilem długo, po powrocie do
domu zwalając się w sen. Wieczorem Rumpel i Ruichard przyszli na herbatę
z prezentem: dwa lsd wielkiej klasy. Malowałem cztery obrazki. Jadłem kolację.
Jest druga nocą, noc zimna, wszędzie pełno śniegu, trudno zimować; otwieram
okna, paląc bez przerwy w piecu; znów malowałem lakierem, śmierdzi w wychodku
cywilizacji. Może od tego moje istnienie się tępi? Gudrun daleko, trzeba
wytchnienia w kochaniu. Ciało jako ekspresja ducha.
Śniłem nad ranem wiele snów; pamiętam?
Rozległy pofalowany wzgórzami las, wspaniale nad nim górujące korony kwietnych
białych drzew, podobne do gigantycznych storczyków; jakże dostojnie i pięknie!
coś z nimi robiłem? Coś...
Nagłe gwałtowne burze i deszcze wprawiają las w żywy ruch. Spotykam w lesie
brata. Chce, żebyśmy coś w związku z drzewami robili, żebyśmy je rozkwitali?
ale ja zobaczyłem grzyby i wołam do Andrzeja: - Grzyby! zbierajmy grzyby!
- było ciepło, czysto, pachnąco.
Wolał rozkwitać drzewa, więc poszliśmy swoimi drogami. Cieszyłem się grzybami,
wspaniale rosną po deszczu, miałem pół worka.
Następne kadry widziane wyraziście jakby z góry: gwałtowny ruch w lesie,
sarenka w ucieczce, gigantycznych rozmiarów maszyna ciągnięta przez potworne
rumaki przeczesuje las, dopędza sarenkę, dwaj chłopcy biegną po bokach,
ach! jeden z nich smagły o ciele dzikiego psa skacze na sarenkę i uderzeniem
kija przetrąca kręgosłup! Coś takiego! Oburzony podchodzę do mężczyzny,
który prowadził a teraz zatrzymał straszny pojazd, on ma wąsy, zielone spodnie
i bluzę, to leśniczy; krzyczę, jak śmie, on i jego synalkowie, kłusować
w lesie i zabijać zwierzynę!
Gniewna odpowiedź, że nie jest leśniczym, mam się odczepić, zostawić naturę
w spokoju. Odchodzą, odbiegają z sarną; pojmuję, ile mam szczęścia, gotowi
byli mnie zabić!
Obraz chłopca skaczącego na sarenkę z kijem towarzyszy mi w dzień, gdy w
parku witam się z drzewami; chwile skupienia i kontemplacji, gdy pojmuję
żywe organizmy, tak różne ode mnie z korzeniami i gałęziami, żyjące ziemią
i słońcem. Poczucie wzajemnego poznania się, gdy dotykam kory dłonią i ustami.
Oddany światu zajmowałem przestrzeń ciała; cokolwiek pomyślałem fałszywie
lub smutno - dostawałem powiewem wiatru w twarz, lub przejmujący świst suchych
liści grabu chwytał mnie za ucho - w momencie, gdy wiersz składałem o braku
liści! Obecność ludzi mnie nie znosiła! dziwny spacerek po drugiej stronie
snu.
Dość pisania. Lubię dzisiejsze cztery obrazki, chcę zrobić jeszcze dwa,
żeby nie przegapić spostrzeżeń w parku; te zbiegi okoliczności co chwila!
Ach, przy okazji grypy rzuciłem palenie papierosów; trułem się prawie rok.
Czwarta nocą, zamiast dwóch zrobiłem cztery
obrazki na srebrnych i złotych kartonach. Chcesz wiedzieć, jak dzisiaj?
Rozlewam na kartonie czerń łyżką, formując lekką i lotną formę okręgu, mieszam
w misce i kładę szpachlą parę odcieni szarości, poruszam kartonem i farby
mieszają się w ruchu, wprowadzam strzykawką biały lakier w paru miejscach
i patrzę, kompozycja jest dobra; przykrywam ją drugim kartonem, przygniatam
lekko dłonią; rozdzielam kartony w ruchu obrotowym, jakieś 30 stopni. Ta
operacja sprawia, że kolory mieszają się ze sobą, tworzą gwałtowne przestrzenności;
forma zostaje ta sama, ale jej wnętrze bogate w struktury i i ruch.
Patrzę, analizuję, robię drugą kompozycję wykorzystując świeże doświadczenie,
nazywam ją "Kamień mej twarzy", uważaj, żebyś się nie potknął!
Biedna Rotraut, pewnie ciężko; nie pokazuje się u mnie, mnie też się nie
chce albo nie wypada. A ja? niepoczytalny stary koń nawija Ci o żeniaczce!
czy ja zwariowałem?
Fakt, pożycie z gazelą jest cudne; opowiadam jej po polsku do snu historie,
ale zapominam; w gorączce opowiadałem jej po angielsku, dlatego pamiętam
- historię Króla Gór, ale jeśli ją zacznę spisywać teraz, złapie mnie w
czuwaniu poranek; raczej pośpię.
Sobota wieczorem przy świecy i okolicznościowej
zadumie, przez parę dni nie otwierałem zeszytu; gdzie byłem? w dole! wiesz,
gdzie to jest? Okolicznościowe wariactwo, tak zapisać. Miłość przychodzi
z burzami i piorunami! ta zwłaszcza! wciąż olśniony, piszę poparzony.
Tak, ja Ci to po prostu opiszę. Widzisz, czemu służy list do Ciebie? także
samopoznaniu; jeśli coś zapisuję, choćby bezwiednie, to później, w czytaniu,
mogę obejrzeć się lepiej niż w lustrze. Ach, List! nie ma na nim nadawcy,
adresat niewidoczny.
Dnie ostatnie to życie rozchwiane. Bowiem Gudrun. Bowiem mój dygot wewnętrzny,
który zestraja się z hukiem miasta i sprawia, że to Berlin szumi, w całej
głowie nie ma nic innego. Zbrodniczo trują mnie farby, kaszlę, samoubójstwo
na raty płacone w dzień każdy. Osłabienie, przepracowanie, w myślach błądzenie.
Nie akceptuję słabości fizycznej, zwalam się w dół psychiczny, a tam, na
dole, jestem zawsze sam. Daleko od Gudrun.
To było w czwartek? Przeglądałem i sygnowałem
ostatnie obrazki, gdy spojrzałem w okno; stała za szybą.
Szyba między nami. Co się stało? Skąd w piersi ucisk, w istnieniu znieruchomienie?
I teraz, kiedy piszę, długopis zawisa nad kartką, oczy gapią się w płomień
świecy. Uległem bólowi, nie powiedziałem słowa. Poszliśmy na spacer, świat
nie do uratowania. Teraz nie ma szyby, lecz na mej głowie szklany klosz,
skafander, łączność nie funkcjonuje, kable przecięte; robot posuwa się do
przodu, ciało wyprawia łamańce, ględzi, potyka się, patrzy, drzewa się nad
nim litują, je pizzę rodzinną we dwoje z wielkiego talerza. Gudrun dziewczyna
wrażliwa, więc nastrój się udziela, ale też wie, że w ciężkich przypadkach
kontakt seksualny może.
Ale kiedy już go mamy i kochamy się w pracowni, to widzę brodatą facjatę
Andrzeja zaglądającą do okna; przyjechał na parę dni z Małgosią, zapowiadali
wizytę, już mówiłem Gudrun, powtarzam to teraz; przerywamy nasz akt strzelisty.
Czemu się tak śpieszę, skąd nawraca dygot? Ubieramy się, wchodzą goście,
gawędzimy przy reńskim winie. Małgosia piękna gwiazda filmowa, Gudrun patrzy
w święty obrazek, dziewczyny rozumieją się świetnie; moje napięcie rośnie.
Gdy wychodzą, Gudrun mówi, że czuje się dziwnie, chwilami patrzy na mnie
i zupełnie nie rozumie, dlaczego we mnie tyle nerwowości, dlaczego ja właściwie
zachowuję się jak wariat. Rozmawiamy, światło świecy, czuły dotyk.
Pukanie do okna, to Heniek w drodze z Bremen do Warszawy; nie udzielę gościny,
widzi rozgrzebaną pościel i nas gotowych, ale jest znów lampka wina, gadanie.
Zabawne te odwiedziny w obecności Gudrun, która nie znosi całowania w dłoń,
jest wyemancypowana i ją to poniża! Jakże ma rację! Bo polaczek bywa przy
damach z gracją, ukłonem i całusem w dłoń, a pod ich nieobecność mówi "dupy";
zamiast przecinków w wypowiedziach używa "kurwy" - jeśli takie
są dane wejściowe, jaka powstaje sztuka?
Wychodzi po północy, miła wstanie przed siódmą, idziemy do łóżka, sen nie
przychodzi; słyszę:
- Myślę, że jednak dobrze będzie, jeśli na trochę wejdziesz we mnie - wchodzę.
Rano zmęczeni, ona po śniadaniu do pracy, maluję, wieczorem pójdziemy do
kina. Ale wieczorem gazela śpi w domu; jak przez sen opowiada telefonicznie
sen, w którym miałem do niej okropne pretensje, że w kochaniu się jest z
drewna; zapewniam, że jest wilgotnym płomieniem.
Heniek nocuje u mnie, przyjeżdża Waldi, nie chcę z nimi do knajpy, więc
jadą we dwójkę, maluję do późna.
Heniek budzi mnie rano, aby się pożegnać. Wstaję, parzę mocną herbatę, jadę
do sklepu, kupuję belkę białego kartonu. Płacąc rachunek orientuję się,
że drzwi swego pokoju zatrzasnąłem za sobą, zostawiając klucze w środku,
taki skołowany.
Dźwigam papier do domu, przyjeżdża Petra i Christian z wizytą. Próbuję użyć
ich kluczy, przechodzi Dorothy, klucze też nie pasują, jej mąż przynosi
wielkie dłuto, ale dom stuletni, budowany solidnie, nie udają się próby
wyważenia okna lub drzwi. Widzę przez okno moje klucze na krześle. Decyduję
się odwiedzić Rotraut i prosić o siekierę; otwiera blada, wystraszona? Pożyczam
narzędzia, ale mam pomysł i druciany wieszak, obcęgami robię zeń wytrych;
już w pierwszej próbie otwieram drzwi. Petra i Christian jadą, śpieszy im
się nagle, bo Małgosia i Andrzej zapewne pod drzwiami. Przywracam wieszakowi
pierwotną formę, odnoszę wraz z narzędziami do Rotraut; akurat przychodzi
Klaus pacjent, na szczęście nie ma czasu na rozmowę. Tnę karton na arkusze.
I tak idzie tydzień bez ładu i składu. Obrazki zrobiły się czarne - nie
tylko w kolorze, ale i nastroju, dramatyczne, tragiczne.
Noc z niedzieli na poniedziałek; dzień to kochanie
się aż do zmroku, zauroczeni pięknem. Maluję; dzisiejsza praca to jeden
obraz udany, dziesięć podarłem w strzępy. Kocham Gudrun, ciało zmęczone,
chce spać. Ona wyczerpana ze szczęścia; przed odjazdem wiecz-rem mówiła
z trudem, takiej dostała chrypki; nie z przeziębienia! darła się szalona
w miłości. Jutro 12 godzin pracy, dzisiaj nocuje u siebie. Chcemy zamieszkać
razem.
Noc jakaś, nie mam siły na długopis, zmęczony, jakbym robił w gnoju,
a nie w malarstwie; śmierdzi jeszcze gorzej. Otwieram okno na deszcz, ubieram
kożuszek, zaraz pójdę nad jezioro, zostawiając też drzwi otwarte, niech
przeciąg suszy lakiery i pędzi zapachy.
Ale narzekałem, że brakuje mi czasu; żeby mieć o czym myśleć na spacerze,
przepiszę Ci z Bhagawana, niechże Cię pocieszy: "Dzielimy czas
na trzy części: przeszły, teraźniejszy, przyszły. To podział absolutnie
fałszywy. Czas to przeszłość i przyszłość. Teraźniejszość nie jest częścią
czasu. Co minęło, jest czasem; co będzie jest czasem.
To, co jest, nie jest czasem, ponieważ to nigdy nie przemija. To zawsze
jest. Teraz jest zawsze. To jest tutaj zawsze. To teraz jest wiecznością."
Kochany ględoła! Przeglądam prace ostatnich dni, tępię w strzępy dwie trzecie
obrazów. 26 marca poniedziałek; sam
w pracowni, ale w obecności Gudrun i zapachu miłości w pościeli. Gapię się
na wiszący nad półką karton 70 x 50 cm; czarno-biała kula wisi w wieczności
na srebrze. Mam ochotę powtórzyć motyw bardziej wizyjnie, użyć mniej farby,
tylko obrys i formy we wnętrzu, oszczędnie i walorowo; biorę się do pracy,
aby nie żałować.
Trzecia nocą; zrobiłem serię kręgów i tarcz, bo jeszcze nie planet; formaty
60 x 50, biel, szarość i czerń; wprost się napatrzeć nie mogę. Ale chcę
przecież pisać. Dzień cudny, spacery, wizyta u Petry i Christiana; zabawne
przygody, bo Andrzej poszedł z pieniędzmi kupić samochód i przepadł; dziewczyny
w akcji ratunkowej.
Pierwszy naprawdę wiosenny dzień chodziłem po parku w koszuli; wykorzystuję
chwile słońca w ostatnim tygodniu jak słonecznik, zwrócony zawsze twarzą;
schodzi mi skóra z czoła. Wiesz, jak złakniony słońca? zima była nielekka.
Dobrze się dzieje na stole w pracy. Wiosna zaczyna się wcześnie. Niels kupił
grafiki, mój bilans pozytywny, chociaż z szaloną rozrzutnością kupuję farby
i papiery. Jest sporo wina, mniej trawy. Kończy się ważność paszportu, trzeba
do polskiej misji.
Ach, zasnąłem momentalnie i obudziłem się o pierwszej w południe. Chyba
pójdę na spacer; sprzątnąłem pracownię po nocnej robocie, piłem kawę z Paulito
portugalczykiem, który usiłuje pracować u Michaela i zaczepić się jakoś
w Berlinie; ma wiele pytań do malarza.
Jest ciepło teraz, pochmurnie. Wczoraj zamieniłem słów parę z przechodzącą
Rotraut. Nie, nie gniewa się. Tak - leci na dwa tygodnie do Kenii.
Co znaczy, że czuję się rozkojarzony? towarzyszy mi to uczucie od jakiegoś
czasu, może po prostu przytruty farbami.
Piszę stojąc w otwartym oknie. Wczoraj i przedwczoraj uwijał się w ogródku
czarny kos z rozdziawionym dziobkiem; usiłował dziobać w ziemi, ale dziobek
na wpół otwarty, jakoś zaklinowany. Próbowałem doń podejść, mówiąc, że śpieszę
z pomocą; popatrywał czarnymi ślepkami, pozwolił podejść bliżej, ale nie
dał się dotknąć, to nie sen. Dzisiaj nie ma, pewnie zjadły go koty. Natomiast
Michaelowi zmarła babcia, się wydało, Wiśniewska.
W parę godzin później przychodzi jasna Suzanne, dzisiaj smutna, bo Mariusz
wrócił do Warszawy, następnie Gudrun; roześmiana i śliczna w fartuszku gotuje
makaron z jarzynami na obiad. Chcemy mieszkać razem, szykuje się nowe życie.
Otworzyłem dzisiaj ten zeszyt, długo patrzyłem
na pustynną kartkę. I zapisuję nic.
W środę
popołudniem obolały po nocnych miłościach i dziennych pracowitościach leżę
na ławce w parku, słonko przygrzewa, niebo lekko przemglone; oddycham, słucham
śpiewu ptaków, patrzę w słońce nie mrużąc powiek, żeby po chwili mieć zabawny
powidok świetlnej plamy; gdy patrzę w aleję plama przesuwa się po ścieżce,
mogę nią kierować jak puszczanym z lusterka zajączkiem.
Porywisty wiatr, szumią gałęzie drzew i zeszłoroczne liście grabów, które
wciąż się uparcie trzymają gałązek. Wśród drzew jest czarno, brunatno, brązowo,
ale już każdy pączek nabrzmiewa, poświadczam Ci osobistym wglądem. Dobrze
mi na bezludziu, w poczuciu tylko Twojej obecności; trzeba uciekać z domu,
jeśli chcę pobyć sam, ale lubię gości i zgiełk; przekazuję moje impresje
kartonom. Około północy w Zielonym
Palcu po latach nieobecności; czas psychologiczny różni się od kalendarza.
Gdzie jestem? w poszukiwaniu wspólnego z Gudrun mieszkania. Niezłe jest
w podwórku, ale Petra i Christian nic nie mogą znaleźć, i z musu, jak się
wydaje, zamieszkają w Zamkowej.
Naprzeciw Michaela, w czerń jak zawsze ubrany czyta gazetę; unika, żałuje
chwilowego entuzjazmu dla teraźniejszych obrazów i projektów; galerię chce
przerobić na biuro, żadnych wystaw.
Przerwałem zapiski, aby z nim rozmawiać. Właściwie to monolog na temat:
jaki jestem biedny. Szczerze: czuje się samotny, widzi przed sobą wielką
ścianę, której nie może podołać; szuka miłości wiecznie niezaspokojony;
śpi z jedną kobietą a w trakcie stosunku łaknie innej i wyobraża ją sobie;
doszczętnie zajęty interesami szuka w forsie oparcia, poczucia bezpieczeństwa.
Nie znajdzie; moja diagnoza jest bezwzględna: nie znajdzie miłości, bo nie
ma jej w sercu; nie znajdzie bezpieczeństwa, każde okaże się złudne; nie
znajdzie akceptacji wśród bliźnich, bowiem siebie nie akceptuje - nie mówiąc
o bliźnich!
A przy tym staje się młodzieńczy i radosny, kiedy umie się śmiać. Wrażliwy,
tego nie wyraża; zamienia wrażliwość w drażliwość i nie może jej znieść.
Ciężka karma!
Mnie trzeba stąd zmyku, precz od obowiązków, co ograniczają. Przy okazji
dowiaduję się, że czynsz za mój pokój śmieszne 60 miesięcznie; liczę więc
długi w dzień dzisiejszy: 760 cholerna podróż jak do Nowego Yorku, 360 czynsze,
300 pożyczki, rachunek w Zielonym ze stówę, elektryczność ze dwieście; siedemnaście
setek; to nie wygląda groźnie, chyba, że dla Michaela, sądząc po labidzeniach;
ale kiedy indziej się zwierza, że zarabia dziesięć tysięcy na tydzień. Niels
może kupi upragniony obraz, więc oddam długi. Wybrać się do galerii, załatwić
wystawę? Mam sterty nowych obrazów, setki! wszystko na papierach.
Wczoraj to było? wieczorem, gdy zjedliśmy obiad, przyszła Jeanette ze swym
chłopcem. Mieszka w Steglitz, gdzie do niedawna Gudrun; ma lat 14, jej chłopiec
15, są kochankami od dawna, w tym wieku miesiące zdają się latami. Dziwne
spotkanie nie wiem po co, może chcą wejść do Przekazu? Zostawiłem ich z
Gudrun, poszedłem do Christianów.
Po dniu tak szczęsnym jestem w niespokojnym drganiu. Po co pracuję zaciekle?
co przywalam stosem obrazów, wierszy i stronic?
Ach, pytanie jest retoryczne, nie odpowiesz na nie, bo przecież niczego
nie przywalam - odkrywam!
Dlaczego więc zagubiony? znaleziony w malowaniu? co robić z obrazami? jak
żyć? Wczoraj i dzisiaj nie malowałem - oto, co doskwiera. Pójdę pospać,
dobranoc.
|
To czwartek, ledwo się zbudziłem
a piszę, bo śniłem wiele, a sen to zawsze jakbym żył powtórnie.
Nieprzyjemne śnione okolice chorób; sen ostatni zawiera specjalną wiadomość
dla tego, który ma się obudzić.
Stoję na peronie małej stacji kolejowej w zapadającym mroku, zwrócony twarzą
w stronę pociągu, który rusza z miejsca; przejeżdża pierwszy wagon; zamierzam
wskoczyć do drugiego, lecz ktoś przede mną przechodzi, przeszkadza; oto
trzeci wagon, pociąg jedzie już szybko, skok staje się niemożliwy a ja niezdecydowany.
Stoję jeszcze, gdy przejeżdża ostatni wagon, i zrywam się do biegu, jakże
wspaniale się biegnie, jak lekko! pociąg sunie przede mną, mam szansę dogonić;
biegnę sprężyście, niemal bez wysiłku, dopędzam pociąg orientując się wszakże,
że przebiegłem połowę drogi i skakanie już nie ma sensu; wymijam biegnącego
starszego mężczyznę, śmieje się do mnie i macha rękami, zachęca do skoku;
pobocze toru jest sypkie z drobno tłuczonych kamieni - skok musi być nieomylny!
Wyciągam lewą rękę, dotykam poręczy wagonu, odbijam się stopami - otwieram
oczy, patrzę w okno, dzień jest deszczowy i siwy.
Gonię jak gupi za pociągiem, zamiast wejść doń na peronie, albo, jeszcze
lepiej, pójść piechotą przez las! Ale, ale! a co z doświadczeniem biegania?
Siąpi deszcz. Napalę w piecu, zjem jabłko, pójdę do sklepu po brykiety;
cóż jeszcze?
Rozwiałem deszcze i mgły gwałtownymi uderzeniami dłoni.
Pierwsza seria w kolorze szaro brunatnym wpadającym w czerń; druga w głębokich
zieleniach wpadających również w czerń, gdzie farby dużo. Uwaga ogólna -
lepiej przygotowywać się do sesji pracy, medytować! nie marnować kartonów
i farb na rozgrzewkę!
Dzień ciepły i dżdżysty.
Dzwoniłem do Katii, mamy jutro oglądać mieszkanie ewentualne do wynajęcia.
Dzwoniłem do Gudrun, pracuje dziś długo, przyjedzie na obiad: ryż i sałata
z pomidorów, avocado, ogórka i czosnku, w sosie majonezowym. Męczące życie:
prawie mieszka ze mną, wstaje wcześnie, gdy ja, zdarza się, jeszcze pracuję;
dziupla mała dla dwojga żyjących w innych rytmach ludzi.
Od troski i rozterki wyzwala mnie praca; wiesz? jest taki stan przy malowaniu,
szczególna jasność w głowie, poczucie niemal złości, agresji, stan energii.
Energia - to lubię! ślady mych palców i dłoni na kartonach wyglądają jak
fotografie kirlianowskie, są obrzeżone delikatną aureolą rozbryzgów farby,
pajęczych linii, dziwnych wzorów o matematycznej precyzji. Kocham je, cóż
z nimi począć?
Właśnie jest Gudrun; widzi, że piszę, śle Ci pozdrowienia.
Oczekuję wizyty Petry i Christiana, obejrzymy razem mieszkanie, które jest
wolne, lecz raczej dla nich. Jadą na dwa tygodnie i zostawią mi wóz; przywiozę
wtedy przynajmniej część obrazów z galerii do domu. Dzwoniłem w tej sprawie
do Berta, ale go nie było.
Śpi, ma twarz piękną, dziecinna dziś i pachnąca, świeża jak kwiat azalii,
która kwitnie na oknie od stycznia. Taka otwartość sprawia, że jest się
samym życiem. Jakże ją kocham w tej chwili każdej. Cudna - od małego palca
stopy, który wychyla się ku mnie spod śpiwora do charakteru pisma; od dźwięku
głosu do zapachu pachy. Olśniewająca wiosna i kwitnienie skupiły się w kształt
ciała, które jest otwarte i przyjmuje mnie w radość i wilgoć. Moja
miłość zasnęła;
szelest ognia w piecyku, głos wiosennego wiatru,
odgłos kropel uderzających o szyby,
szum opon samochodowych na mokrym asfalcie
nie przeszkodzą jej we śnie.
Jej cichy oddech wszystkie inne dźwięki
łączy i harmonizuje, oświetla.
Jej lekko zrogowaciała skóra pięty
wysuwa się spod dwóch śpiworów,
bo okno otwarte i marzec.
Jej sen, mój oddech.
Zbyszek i Waldi przyjechali, kiedy jedliśmy sałatę z ryżem, w chwilę później
Petra i Christian. Pijemy wino ode mnie, palimy jointy od Waldi. Idę z Christianem
i Gudrun na oglądanie mieszkania. On jako Arsen Lupin w nowej bluzie skórzanej,
pod wąsem, w czapce i z pękiem kluczy.
Mieszkanie miłe, ale mało słońca. Fajne okno kuchenne na wschód i za oknem
fajnie, ale okna zachodnie są naprzeciw okien Rotraut i niżej, słońce zagląda
tylko latem. Gudrun przejęta jak ja, robimy coś pierwszy raz. Prysznic trzeba
instalować w kuchni, przebić ścianę i wstawić drzwi między dużym i małym
pokojem, wszystko czyścić, malować, pracy co niemiara; czynsz półtorej setki
miesięcznie. Jutro mamy oglądać inne mieszkanie, do którego nie chce wprowadzać
się Katja.
Co za akcje! atrakcje!
Dzisiaj od stacji metra szedł za nią mężczyzna; omal nie zapytała dlaczego.
Wyobraź sobie - wspaniale maszeruje, śmieje się, wygląda zakochana, oczy
jej błyszczą - jak nie pójść za taką, choćby, żeby poczuć rytm kroków. Żartuję,
że gdybym ja za nią szedł, miałaby odwagę odwrócić się i zapytać wymagająco,
jak potrafi:
- Co to znaczy? dlaczego za mną idziesz?
- Ja? Idę za tobą? - skłamałbym ze śmiechem. - Ależ ja idę do tej kafejki
na rogu, o, widzisz? mają tam kawę po irlandzku.
- Po irlandzku? - powiedziałaby Gudrun, a oczy by się rozszerzyły i rozbłysły,
jak to robią co chwila. - Pewnie, że chcę spróbować!
Po czym zapewne byśmy się przewrócili do akcji.
Kochamy się, nasze uprzednie przeżycia i osobiste historie przygotowały
nas na to, co się dzieje.
Moja gazela to pani o smukłym ciele
i złotniejącym w słońcu wdzięku.
Przez ciebie pada deszcz za oknem,
przez ciebie wieje wiosenny wiatr,
przez ciebie nie śpię, gdyż cię kocham,
przez ciebie pisząc, malując i dźwięcząc
jestem.
Chcę życia w pokoju i przestrzeni rozległej - napisałem Ci kiedyś. A słowo
ciałem się staje. A ciało jest piękne.
Opowiadała mi wczoraj, tak, wczoraj, bo jest już druga lub trzecia godzina,
jak zamieszkała w Steglitz; przyszła do tego domu i w trakcie pierwszej
wizyty widząc 14-letnią dziewczynę pomyślała, że może mieć z nią kłopoty.
Zamieszkała, i okazało się, że ta mała kobieta, tak, kobieta! przeurocze
zjawisko Jeanette! wstaje wcześnie rano i je samotnie śniadania; Gudrun
też wczesna, więc jedzą śniadanie razem. I zaraz Jeanette jej opowiada o
miłości i życiu erotycznym, a miła rewanżuje się opowieścią, się bowiem
składa, że mała jest pierwszą osobą która o mnie słyszy, o naszym spotkaniu
i przewróceniu się na podłogę w galerii. To dlatego ją tu zaprosiła!
Moja pani po dzisiejszym wieczorze była przejęta maleńka, rada się schować
w mysią norkę; tak mi powiedziała, z nadzieją, że też będę w mysiej dziurze,
a może, o tak! może będę ziemią dookoła norki. Chłodna miała dreszcze, więc
okryłem ją pościelą i sobą, rozgrzany jak trzeba ująłem jej stopy między
moje stopy, czuwałem i doznawałem jej zasypiania, oddechu, który uspakajał
się zwolna, w wielokrotnych dreszczach spowalniając rytm.
Opowiadałem jej, mając czas i miłość, o krzaczku poziomki rosnącym na skraju
lasu, otwierającym pierwsze listki wiosną; rozwija się, gdy krążące soki
i słoneczne drobiny energii skupiają się w jego życie. Rośnie, ze środka
bytu wypuszcza łodyżkę, na jej szczycie wyłania się pączek, a z niego kwiatek
o pięciu płatkach delikatnych, niemal przezroczystych w żółtozielonym skupieniu
pośrodku. Nieskończenie powoli i niepowstrzymanie rozwija się, w otwarciu
i skupieniu przeistacza się jego energia; wchłania w siebie blask, pozwala
w sobie uczestniczyć kropelkom rosy, wilgotności gleby, deszczom, wiatrom,
obłokom i całemu światu - rosnąc wśród trawy skromnie, prawie niewidocznie,
niezauważalnie. A kiedy dojrzewa, przeistacza swe molekularne zgęstki w
coś o kolorze, zapachu i smaku.
Tyle we mnie miłości w tej nocnej chwili, gdy mogę ją ofiarować źródłu,
z którego bierze początek. Zapaliłem kolejną świecę, chwilę pobywając z
Gudrun; zbudziła się bez wiedzy, gdzie jest, szczęśliwie odnajdując się
w dotyku, gdzie miłość .
Znów śpi.
Jeszcze wrócę do minionego wieczoru.
Więc Zbyszek jakoś dziwnie spięty, Petra niezmiernie ostro traktowana przez
Christiana. Więc Christian chwilami wzruszony; lecą do Maroka, proszę o
przekazanie pozdrowień od krewnego z Berlina dla małp, jakie spotkają w
górach Marakeszu. Życzę Christianowi, żeby nie załamywał skrzydeł - aeroplanu,
żartując z fobii latania. Waldi został dłużej i męczył zaproszeniem na obiad
do knajpy, ale wolimy we dwoje.
Jutro pojutrze udam się do misji z przedłużeniem paszportu, a na święta
wielkanocne, jeśli się wyrobię, pojadę do Polski; zawieźć ze dwadzieścia
płócien, ile się zmieści do samochodu. Zaraz no, jakiego samochodu? Renault
od Alka zabrała policja; ach, da się coś pożyczyć?
Dobrze, że Gudrun do pracy jutro na dziesiątą, wyśpi się miła.
Jest zachwyt uważności, gdy patrzę na kwiat azalii lub wychodzę przed dom,
aby posłuchać, czy to woła pomocy ów kos z otwartym dziobkiem.
Piątek, popołudnie 30 marzec. Gudrun poszła do pracy, długo zostałem
w łóżku, leniwie słuchając muzyki. List od Kasi z Londynu, tam wiosna, ptaszyna
ożyła, śpiewa, rozpościera skrzydełka.
Malowałem, ale bardzo mi nie szło, tzn. jeden obrazek piękny, cztery sam
nie wiem, trzy do śmietnika.
Pozdrowiłem przechodzącą Rotraut, jest sterana, szczupła, podałem herbatę;
nie pocieszyłem mówiąc, że szukamy mieszkania. Litery, którymi piszę, malutkie.
Gdzie żyjemy? Opisać małego ogrodnika, co trafia do wielkiego świata; ten
świat ma bzika - wydaje się sobie tak wielki, że dzieli się na państwa i
rasy, systemy, osoby. Pokazać zakłopotanie ogrodnika; gdzie kwiaty, gdzie
chwasty? nie wie, kogo podlewać.
Sobota wieczorem rozżarzona do białości. Co drażni? Gudrun powiedziała,
że po pracy spotyka się z przyjacielem; mimo szybkości ruchów refleks miewam
spóźniony, znaczenie tego, co powiedziała, pojawiło się później; więc to
tak? zostawia się mnie w sobotę wieczorem samego, aby spotkać się z przyjacielem?
Odrzekłem, że będę w domu od ósmej; rozdrażnienie podrzuca żaru do paleniska,
szalona seria obrazków o wysokim poziomie energetycznym sama z siebie.
A co zamierzam? napiszę zostawię w oknie karteczkę "czekałem, życzę
miłego weekendu", pójdę w miasto; zadzwonię do Zbyszka, który mieszka
u Christianów i opiekuje się kotami, wezmę wóz Petry; zostawiła go w mej
dyspozycji; pojadę w miasto, może do dyskoteki Bowie, gdzie dawno nie byłem.
Może na spacer, dyskoteka później?
Jak to jest między nami? wybornie, ale poroniony pomysł, żeby mieszkać razem.
Wiązać się? z Gudrun? z Berlinem?
Owszem cudnie się kochamy, jest najwspanialszą kochanką pod słońcem - może
zbyt dobrą, jak na żonę? nie samą idyllą miłość się żywi, ale od dawna nie
było nieporozumień.
Moja zemsta się nie udaje; Zbyszka nie ma pod telefonem, wozu zatem też
nie ma. Już po dziesiątej. Przygotowałem farby i serię kartonów, same duże
formaty 100 x 70 cm. Kończy się flaszka wina od niej. Dobre malowanie ocala
od głupot raz jeszcze.
Przyjacielu, jestem szczęśliwy; piszę to lewą dłonią, bo prawa w farbie.
Poznaczony pręgami wielkiej nocy.
W królestwie nie z tego świata.
Jak gwiazda
wznosząca się tam
gdzie nie ma już góry i dołu.
Jak pięknie! Pierwszego kwietnia,
Przyjacielu, żarty; sytuacja kołem błędnym się toczy, powtórka z historii:
Gudrun śpi, nie mogłem zasnąć, ubrałem się znowu, zaparzyłem herbaty, zapaliłem
świecę. Melancholijnie, jedenasta wieczorem, miłość przemija, jest chłodno.
To było dopiero wczoraj? moje uniesienie doszło do zenitu, zrobiłem serię
najlepszych obrazów.
Około północy wracała z miasta Rotraut, zwierzyłem się z kłopotu, że flaszka
pusta; zaprosiła do siebie - tam butelka Genevieve, którą przegrał Michael;
wspominałem Ci o tym? Zarzekał się, że nic nie sprzedam na wystawie, Rotraut
przyjęła zakład, i oto wypiłem ze dwie trzecie flaszki, ostra wóda.
Sam widzisz, pijam wiele i niewiele, nie upijam się; dziś potrzebny wyjątek?
Jeszcze rozmowa o życiu przy herbacie, na drogę "Silmarilion"
Tolkiena. O pierwszej czy wpół do drugiej byłem na dole, Gudrun nie było;
nie zwlekałem chwili, poleciałem jak wiatrak do telefonu. Odebrała Malize,
Gudrun już śpi, ale dźwięczałem stanowczo, więc ją obudziła; pytałem, dlaczego
nie przyjechała, co znaczy? Źle się czuła, chciała być sama, zmęczona i
wyczerpana, położyła się wcześnie spać.
- Sama?
- Sama! jak możesz?
- Mogę to i więcej, nie przyjechałaś, możesz w ogóle nie przyjeżdżać, nie
fatyguj się - tak oto poleciałem, powiedziałem żegnaj, jeszcze parę słów
bez wahania, wróciłem do domu zimny jak powietrze.
Jakże poczułem się wolny! wolny od niej, od obaw, Berlina, od myśli i obowiązków
jutra, wolny od decyzji. Pijany!
Malowanie piękne chłodne uniesienie. A jeszcze - znaleziona w pamięci i
wydobyta z szafki butelka Retzina, którą piję. Wizyta dwóch lekko przyprawionych
młodych ludzi przy oknie, adzia-badzia, sprzedanie za stówę jeszcze mokrego
obrazu; proszę, do czego dochodzi, moje dotknięcie kosztuje setkę! jeszcze
malowanie!
Dzień nadszedł bezwzględnie jasny, przysnąłem w drodze między czynnościami.
Obudziłem się koło jedenastej, zza okna patrzyła Gudrun. Leżałem poplamiony
czernią, w ubraniu, owinięty w koc, niemiłosiernie skacowany. Dostałem aspirynę,
głaskany po głowie.
Ból głowy powoli mijał, umyłem się, ogoliłem, ubrałem, tymczasem na materacu
Gudrun zapadła się w sobie. Pod ścianą siedziała czarna dziura, przenicowana
na wylot, blada i brzydka.
Wiesz, zachwycała do dzisiaj, a teraz? straszne!
Wyszliśmy na Kaiserdam, dla niej pizza, dla mnie sałata, spacer nad jeziorem;
nawet miło, przyjaźnie, ale bez pieszczot i pocałunków. Popatrywałem na
nią z boku widząc rysy zgrubiałe, ponurą opuchliznę wokół ust, przeraźliwą
w twarzy tępotę. Potworni zdawali się inni ludzie. Wróciliśmy późno, szczęśliwie
zmęczeni, poszliśmy spać bez pieszczoty; zasnęła, po godzinie czy dwóch
ubrałem się - i masz mnie oto. Przejętego niewiedzą. Gdzie moja czułość,
miłość i prawda? oddanie i troskliwość? Dziesięć tygodni oczarowania to
cała epoka.
Wieje zimny wiatr wiosny, wywiał ze mnie uczucia.
Na ścianach pysznią się potworne, energetyczne i agresywne obrazy ostatniej
nocy. Bezczelna, świadoma siebie i trudu istnienia energia. Czyli nie jest
źle! Tylko serce uwiera, jakby klatka piersiowa zamknęła je w przestrzeni
ciasnej dla śpiewu.
Przewiany wiatrem wczesnej wiosny, zziębnięty
nie widzę dalszych ciągów.
Na drzewach rozwijają się pierwsze listki,
zwinięta w kłębek dziewczyna w mym łóżku
śni bez miłości.
Jestem zbyt ciasny dla świata.
Chmury.
Dopiero pojutrze
spodziewam się słońca.
Dzisiaj go nie ma, powtórzę raz jeszcze.
Jaka odpowiedź
gdy nie ma pytań?

Nie ma odpowiedzi. Parę
dni temu chcieliśmy razem mieszkać, mówiliśmy o wspólnym życiu; dzisiaj,
gdy o tym wspomniała, mój dreszcz. Nie ma przebaczenia, wolny do szpiku
kości. Chłodny jak moje kości w ziemi odpoczynku.
Trzeba pracować!
To mam dla siebie co zrobię dla Ciebie. I paru nam podobnych. Prawda, w
obrazach na płótnie jest urok i delikatność, światło medytacyjnych przestrzeni;
teraz dominuje tragizm, energia! tyle pociechy.
Nie mogę czytać Silmariliona, nudne. Pójdę do łóżka, przecież nie boję się
Gudrun.
|
Drugiego kwietnia wieczorem
tnę na duże formaty belkę kartonu, którą przydźwigałem ze sklepu.
Dzień? budzimy się o dziesiątej, kochamy przez trzy godziny, Gudrun robi
zakupy, ja śniadanie, kochamy się znowu i zasypiamy. Budzę się o piątej
cichutko, zostawiam śpiącą, jadę po karton. Budzi się kiedy wracam, idzie
na spacer do parku, jadę do Zbyszka, którego znów nie ma; wracam, gdy skaczę
z metra, na peronie Gudrun.
Uścisk i pocałunek, pojechała do domu.
W pracowni karteczka z komunikatem miłosnym. Gudrun wchodzi przez okno.
Zostawiam je zawsze otwarte, jest wiosna, niech się wietrzy; kto kocha może
wejść i robić, co chce; śmieję się szczerze, bo każdy berlińczyk dźwiga
wielki pęk kluczy ze sobą. Jestem sam, kartony pocięte i zwinięte w rolę
- w odwrotną stronę niż na belce, żeby się prostowały.
Jestem sam, chciałbym odwiedzić kogoś, albo zaprosić.
Wtorek, zmęczenie zwiastuje grypę? spałem dwanaście godzin, boli
głowa, są dreszcze; piję aspirynę. Trzeba mi coś zrobić, zarobić pieniądze,
pojechać do Polski, ach! żeby było mnie stać na wynajęcie pracowni, więcej
mi nie trzeba.
Przygniatają mnie stosy nowych obrazów.
Co z moją dziewczyną? teraz poznaję historię; żyła dwa lata z mężczyzną,
pierwszą wielką miłością, wyjechała do Berlina wciąż z nadzieją, że potrafią
być kiedyś razem; do niego jeździła po naszym spotkaniu; też był w Berlinie,
przyjechał na tydzień, ale wyjechał po dniu; były jakieś strasznoty.
Czy zazdrosny? zapewne, ale, z drugiej strony, wszystkie związki śmiertelne,
a ja - desperado. Piję drugą aspirynę i idę do parku; niechże mnie zachwyci!
Zrodzony ku prawdzie i śmierci
idę przez park,
wśród dźwięków gałęzi i ptaków
nie omijam niczego,
nic
zatrzymuje się przy mnie, przeze mnie
nic podąża ku tobie.
Czy widzisz,
jaki beznadziejnie prawdziwy dziś jestem?
Patrz!
nic
mnie nie zatrzyma,
przeminę!
Taki oto wiersz na park i wtorek.
No i dobrze! Dzięki życiu, że jestem śmiertelny!
Czyniąc mnie Przekazem - świat odziera ze złudzeń do gołych kości.
Dziwnie było w parku, boleśnie. To ja byłem parkiem rozległym i spokojnym,
ze zdumieniem patrzyłem na zgorączkowanego i płaczącego siebie, biegającego
w tęsknocie bez celu i długich alejach. Patrzyłem w obojętności czułej i
troskliwej, bez serca.
Znowu noc i powtórka, Gudrun w łóżku, ja czuwam; pisałem list do siostry,
teraz do Ciebie. Mieliśmy śmieszny wieczór w żartach, ale gdy się nieco
oddalam, popadam w malignę.
- Powiedz, kochasz mnie? - zapytała; spojrzenie w oczy, wołanie: - Nie!
nie! nic nie mów! ja o nic nie pytam!
Dziwaczna architektura głowy; wznosiły się jakieś konstrukcje, to z tym,
tamto z owym, absurdalna budowa; dach się właśnie wali, pękają ściany.
Nie chcę mieszkać razem. Nie poproszę o rękę. To nie ma sensu, skoro nie
chce mieć dzieci; tak mi przyczasiało?
Czwarty kwietnia słaby jestem dla wieści ze świata; katastrofa reaktora
w Pensylwanii, egzekucja Bhutto, atak przeciwników Amina i Tanzanii na Kampala,
zbliżenie Egiptu i Izraela; codziennie słucham dzienników, wiem wszystko
na bieżąco, rzadko Ci wspominam; sądzę, że jesteś również w nasłuchu. Dzielimy
przecież los, więc także zainteresowania, zapewne.
Wiele snów nocą, śmiesznie wplątują się w jawę, sam zobacz.
Czułem się słabiutko-malutko, Gudrun zapytała, czy ma jechać, czy zostać;
powiedziałem, żeby wracała do domu, tak właśnie to formułując, skoro uważa,
że dom jest tutaj; nie posłuchała, i dobrze.
Położyłem się obok i szybko zasnąłem. Budzimy się do pieszczot. Chcemy się
kochać, ale nie mogę wejść, jest za ciasna, za sucha.
Budzimy się, Gudrun mówi, że przez sen ją szturam, obudziła się podniecona
szturaniem, więc może; próbujemy, nic z tego, jest za ciasna, za sucha.
Budzę się naprawdę, mój człon wyprężony jak struna typu maczuga.
Gudrun śpi, rozpalona jak piecyk; przytuliłem, zasnąłem.
Aby znaleźć się wraz z nią w Warszawie, na rogu Mokotowskiej i Placu Zbawiciela
przydzielono nam na pracownię stary i omszały sklep z wielkimi oknami od
ulicy; oglądam, kombinuję, co zrobić, to może być piękne miejsce. Nie pamiętam,
co jest na rogu na jawie.

Wpadł na pół godziny serdeczny przyjaciel Michael, rozmawialiśmy - z jego
inicjatywy - o wystawie już w przyszłym miesiącu.
Dziś rano, gdy poszła do pracy, zasnąłem raz jeszcze i śniłem w Polsce nadzwyczajne
party, wiele znajomych i Wanda gwiazda wieczoru, piękna i w pełnym rozkwicie
z Sebastiankiem na ręku; za nią pochylony usłużnie Stasiek kolega dzieciństwa,
kierowca jej długiego czarnego auta. Dobrze jej życzę, pewnie. Pozwól, że
przerwę, aby napisać list do niej.
Prawda, mam wóz Petry, zawiozłem więc koty i Rotraut do zaprzyjaźnionej
komuny; Martina, Michael, Ewa i inni, ciekawe piętro, życzliwi ludzie; mieszkają
i pracują razem jako komuna psycho-terapeutyczna; bardzo nowe, dziwne, egzotyczne.
Koty zostaną tu na okres jej nieobecności, żegna się z nimi wzruszona.
Jedziemy do Zielonego Palca pogadać przed jej odlotem do Kenii i napić piwa;
leci z Rony; ciekawe, jak on, ciemnoskóry amerykanin, poczuje się w czarnej
Afryce; Rotraut jest cała w nerwach; ma być jego tarczą?
Daje mi japoński olejek z mięty: dwie krople na pół szklanki ciepłej wody
małymi łykami; mój migrenowy ból głowy się rozwiał.
Gudrun nie przyszła, odpoczywamy na luzie. Napiszę jeszcze list do rodziców.
W pachnącej kwietniem przestrzeni
kraczą wrony lecące nad domem
od niepamiętnych świtów.
Moje nie-moje ciało przy oknie,
w dole, aż po horyzont,
moje, nie-moje miasto.
W przestrzeni, którą jestem.
Wiersz zapisany przed rokiem na Reymonta, tam miałem widoki! Dzisiaj też
kwiecień. Sam widzisz, Przyjacielu, list staje się prywatny, powątpiewam
w literackość pisania w tym sensie, że nie wyobrażam sobie publikacji w
Polsce. Jeszcze parę tygodni cierpliwości, skończę pisanie do Ciebie.
Dzisiaj mi dobrze, że Gudrun gdzieś tam, w Berlinie; kocham i nie kocham
zarazem. W niedzielę rano po owej wariackiej rozmowie telefonicznej przyniosła
kopertę, zaadresowaną do mnie zamaszystym pismem.
Otworzyłem dopiero, kiedy już zasnęła; acha, gwoli wyjaśnienia, słowa "wszystko
lub nic" napisałem na drzwiach, gupi, już znowu zamalowałem, ale pod
farbą czuwają. Treść listu: "Wszystko lub nic; nie jestem wprawdzie
wszystkim, ale też absolutnie nie jestem niczym. Zraniłeś mnie, mam ranę
w piersi, ale widzisz mnie, jak ja Ciebie - jestem Twoją kobietą, chcesz
tego, czy nie.
Jest to raz pierwszy, że nazywam się kobietą mężczyzny. Wieś, taka jest
moja miłość. Weź ją. Życzę Ci, abyś był ze mną. Gudrun."
Miła sarenko, kurtyzano rokoko, kocham cię przecież, ale porzucę, niewątpliwie,
dla innej kobiety, gotowej ze mną dzielić te wariactwa, tworzyć dom i życie.
Czwartego spałem krótko. Zrobiłem pranie w misce, a nie u Petry,
jak zamierzałem, wczorajsza wizyta nastawiła mnie niechętnie do Zbyszka;
zostawili mu mieszkanie w dobrym stanie, Petra to brylantowa czystość, a
zastaję tam śmierdzącą wibrację kaca i niemocy; aż dziw bierze, że w parę
dni można tak zapuścić dom.
Powiesiłem pranie na sznurku, pojechałem do galerii, nosiłem, woziłem i
nosiłem znowu, zostały tam płótna największe; czterdzieści obrazów w domu.
Krzesło, po nim na regał, ustawiłem wszystkie wysoko. Dziwnie zasłabłem.
Poleżałem w łóżku, poszedłem na pocztę wysłać listy. Przyjechałem na Savigny,
zjadłem sałatę po grecku, piję kawę i piszę. Od paru dni ani obrazka!
Malowałem wprawdzie przedwczoraj i wczoraj, ale poszła w strzępy słabizna!
Czyżby okres twórczy się kończył, na zasadzie, że ile można? Właśnie teraz,
gdy nowa belka kartonu i sporo szarych i złotych kartonów?
Gudrun zapewne nie przyjdzie dzisiaj, musi się czasem wyspać; Rotraut jutro
jedzie do Holandii, pojutrze leci dalej. Przyniosła mi właśnie klucze od
mieszkania, mam je opalać ze względu na kwiaty i rośliny; bardzo mnie to
urządza, wrzucę bieliznę pościelową do jej automatu.
Bzdury tu piszę?
Co Cię obchodzi moje pranie, ziewanie, ból głowy i sraczka? czy w ogóle
mam coś do pisania?
Zdaje mi się, owszem, początki Listu interesujące, działo się więcej, oczekiwałem
gruntownych zmian w życiu. Widzisz, jakie nastąpiły. Już nie podbijam świata,
odbijam ślad mego istnienia w kolorze. Czarnym, bo Berlin.
Nie czuję się źle; listy, które pisałem do rodziców, Wandy i siostry tryskają
zuchwałą radością - tu jednak, do Ciebie, zdaję się sobie spiczniały.
Poszedłem do toalety, żeby się zdrowo wysrać, i mnie wzięło natchnęło. Pojadę
stąd do Blebtreue, kupię kawałek haszu, tak dawno już nie paliłem, może
przełamie niemoc twórczą; a czuję, że nie powinienem pić wina.
Zaraz to zrobię, kawa się kończy, dla Ciebie nie mam inwencji. Ciekawe,
porzuciłem ów trip płomienny z Holendrem, tyle się w głowie kłębiło; pewnie
się ukoiło, nie chce mi się wracać. Ciekawe, czy zastanę w domu Gudrun;
coś mi się widzi, że nie; nikt nie wejdzie przez okno.

O ósmej w domu czuję gwałtowny przypływ miłości, idę do kiosku i dzwonię,
nie ma nikogo. Po maleńkim joincie stoned jak trzeba; kupiłem za dwadzieścia
kawałek marokana, ździebko afgana.
Był tu Karuna cejlończyk; osiem lat w Londynie, studia dziennikarskie i
ekonomiczne, doktorat właśnie w Berlinie; gada jak kataryna ale rozsądnie;
pochodzi z rodziny buddyjskiej, uważa się za ateistę; ma sensowne i bliskie
moim poglądy społeczne o futurystycznym zacięciu; lat 50 a zdaję się młody;
15-letnia córeczka. Poszedł. Siąpił deszczyk drobny, lecz się wypogodziło;
połówka księżyca srebrzy się na niebie; jestem zakochany w kobiecie, niech
będzie to Gudrun lub inna, i tak kocham jedną.
Totalna przebudowa świata. W nastroju zuchwałym i modlitewnym mówiłem:
-Świecie, który jesteś, dopomóż! - kreśląc dłonią czule bezczelnie na bristolu
formy lotne i błyskawiczne, mocno osadzone w wieczności.
Czerń z ultramaryną. Czerń z głęboką rembrandtowską zielenią. Ułożyłem papiery
na podłodze do schnięcia, przygotowałem nowe farby w ciszy i pokoju.
Chwila odpoczynku.
Zanurzam dłoń w farbie, w momencie uderzenia zamykam oczy. Wyłączam światło,
przecież obraz powstaje szybciej, niż oko może zobaczyć; świeca za mną na
stoliczku wystarczy.
Pracuję w ciemności, zanurzam dłoń w farbie a siebie w wibracji, którą jestem;
uderzam w karton, melodię, stan tęsknoty; śpiewając, pokrzykując, mówiąc
wiersze, płosząc to wszystko ze mnie na zawsze, amen.
Kompletne wyczerpanie, wielki strumień energii.
Kładę się na materacu, mięśnie drgają, jakby do niedawna krew do nich nie
dochodziła. Odpocznę, zasnę, obrazki wyschną, nie ma jak chodzić, są wszędzie.
Czym jest moje malowanie?
Czasem radością,
czasem tęsknotą,
czasem bólem,
czasem zachwytem,
czasem gniewem,
czasem modlitwą,
czasem natchnieniem, czasem melodią,
czasem światłem, czasem bytem,
czasem wściekłością, czasem przywołaniem,
czasem wspomnieniem, czasem marzeniem,
czasem
jest czasem - i drogą dalej.
Chyba odpocząłem, także przy pomocy powyższego Credo, ale obrazki mokre,
teraz widać, jak nie mam co robić! może pójdę na spacer albo pomedytuję.
Siedziałem w półlotosie dobrą godzinę przy całkowicie otwartym oknie; w
powolnym głębokim oddychaniu rozgrzałem ciało, rozluźniłem mięśnie; dobrze
mi to zrobiło. Obrazki już suche, włożone pod teczkę, żeby się prostowały;
teczka tak ciężka, że nie mogę jej podnieść, tylko przesuwam.
Nocą w łóżku notuję, że będzie czas na kolory, których nigdy nie lubiłem:
szarości, brunatności i błota.

Miło zaczął się piątek piątego kwietnia; pierwszy
raz tej wiosny zakupy na markecie; zmieniłem wystawę na moich ścianach,
karmiłem przylatujące na okno gołębie. Podeszła Ewa do okna na rozmowę;
uśmiechnąłem się do dziewczyny przechodzącej ulicą, podeszła do nas urocza,
również Ewa, uczy się w szkole alternatywnej, pracuje w Kastanii, ale wina
nie pije, reaguje alergicznie na wszelki alkohol; więc stuk szklaneczką
do pierwszej Ewy; podszedł Peter, chłopak drugiej i student prawa; nie lubią
ich sąsiedzi za wieszane na ścianach i drzwiach plakaty proletariackie.
Poszedłem do parku, po powrocie zjadłem dwie pajdy chleba z serem i miodem.
Szejk Saadi, wielki mistyk z Shiraz w Persji, mówi o żołądku: "Dwie
jego części winny być wypełnione
czystym i prostym pożywieniem,
jedna część świeżą wodą,
a czwarta część winna zostać pusta,
gotowa na boskie światło."
Napiłem się więc kawy, zrobiłem skręta, pociąłem kartony. Wieczorem piszę
w oknie szeroko otwartym; Przyjacielu, zauważasz? nie ma żadnej zimy! Podłoga
zasłana mokrymi obrazkami.
Użyłem bieli, czerni i jasnego fioletu, który zrobiłem z błękitu turkusowego,
bengalskiego różu i bieli. Przy świetle świecy i rozproszonym z ulicy. Muzyka
Haydna.
Dziś w pełnej koncentracji na stanach uczuciowych tęsknoty, łaknienia, czułości,
kojarzonych z różnymi doświadczeniami życia; sięgałem w siebie, stawałem
się stanem, i dotykałem papieru.
Dobra koncentracja, gdy dłoń miesza farby w misce i ociepla je sobą.
Taka jesienno-wiosenna pogoda, lada chwila może zacząć padać. Gudrun nie
przyszła, nie mam siły dzwonić, siedzę przy świecy w kożuszku, wokoło leżą
obrazy, które potem będę oglądał. Tyle przyjaźni ze światem.
Gudrun mogła wyjechać do Münster albo Rzymu o którym marzy, a w takiej chwili,
gdy drżę od przepływu energii, chciałbym wtulić się w piersi, zanurzyć w
mrok miłosny rozświetlany przez dotyk, dreszcz lotny i wieczny.
Kocham dziś wszystkie kobiety, które kochałem w życiu; wracały do mnie w
cieple ludzkim. Nieobliczalne miejsca, łowy, księżyce i gwiazdy, obrazy,
twarze, wonie, prześcieradła, dywany, pnie drzew, sytuacje i śmiechy, wszystko,
co towarzyszy uściskom wróciło, abym je wzmocnił, skierował na papier.
Kocham kobietę, gdzie ona dzisiaj i która? jak znaleźć ją w mroku Berlina,
gdzie pójść, aby spotkać?
We wczesnym poranku farba jasnozielona i czarna, obok żółta z bielą; dziesiątek
arkuszy. Wcale nie szalony, tylko trochę gorączki.
Znów cisza i skupienie, lampa w oknie i reflektory oświetlają stół, pali
się świeca, pachnie trociczka. Pracowałem lewą ręką, korzystny wpływ na
balans ciała; nawet charakter pisma się zmienił.
W medytacji przed malowaniem widziałem w ciemności jasny punkt; zbliżał
się i przemieniał w kontury ludzkiej sylwetki, powielającej się tęczowo
w przestrzeni, prześwietlanej od góry. To niemożliwe do namalowania.
Byłem dobrym malarzem, powiem Ci patrząc na wiszące po lewej Linie wznoszenia
i Galaktykę, która jeszcze nie ukończona i drażni, wszyscy ją lubią, a jeszcze
tyle roboty.
Wyrażałem przestrzeń i ruch, czyli czas.
Teraz wyrażam przestrzeń mikroczasu, eksplozje energetyczne mocne i wolne.
Tu byt dotyka niebytu w zetknięciu dłoni i kartki. Przeżycie z natury miłosne
- płachta papieru jest goła, gotowa jak kobieta, zawsze może. Przeżycie
poznawcze - dotknięcie tajemnicy.
Tak, i jeszcze inaczej; chyba się przeinaczę! "Wewnątrz siebie
człowiek może znaleźć i osiągnąć wszystko. To, co osiągnie, zależy od tego,
jak szuka, i czego szuka." Ouspensky.
O drugiej nocą przyszedł Michael, zaraz też Ewa; wydarzyła się wielka
bitwa w języku niemieckim, czułem tylko rozmiar, znaczenia nieznane. Nie
było kiedy spać! Kiedy wyszli, malowałem jeszcze, o ósmej rano przyszedłem
na górę, podałem wodę roślinom, wziąłem kąpiel, po czym bezczelnie władowałem
się do łóżka Rotraut - dobrze, że pod jej nieobecność; tu jest czysto i
pięknie.
Z soboty na niedzielę o wpół do trzeciej w Zielonym; zostawiłem Gudrun
śpiącą i przyjechałem na piwo, moczę wargi w pianie, żeby ochłonąć, nie
bluzgać przekleństwami zza zagrody zębów.
Zadzwoniłem dziś do niej.
- O, wreszcie się doczekałam telefonu! - przyjechała, padliśmy sobie w objęcia,
zaraz też na materac. Nie wiem, co grane, moja miła leci strasznym wariactwem;
ja zachowuję się jak król? nie może tego znieść! król śmierci? Skąd tyle
agresji i nienawiści w słodkiej miłości?
Puma! tygrysica! Skoczy na mój grzbiet i przetrąci kręgosłup uderzeniem
łap! Lubię jej agresywność i pasję, działa jak ciąg elektrostatycznych ładunków
drażniących podbrzusze, ale dzisiaj się zdaje, jakbym nie był na właściwym
miejscu będąc między jej udami. Jest zachwycona, kiedy wchodzę, kiedy się
otwiera; zaraz też krzyczy: - Ale chcę być zamknięta! - przeczy sobie, świruje
w giętkie meble.
Oczywiście, agresja rośnie na miłosnym podglebiu; kochanie się uspokaja
ją, usypia; dla mnie ten uścisk zbyt mocny i ciasny, moje posiadłości zbyt
małe, aby go pomieścić.
A co? miałem zostać sam? patrzeć w okno, nie mogąc zasnąć?
W Zielonym Palcu gasną światła, to i dobrze, bo cóż Ci pisać? ale spać się
nie chce! Właściwie kochamy się chwilami, a te nie zawsze trafiają na właściwe
chwile. Tu zamykają, żegnaj.
Pomyłka, Przyjacielu, nie zamykali, raczej otworzyli, bo wszedł Michael
z liczną kompanią, poznałem George i piękną żonę Ritę, jej uroczą siostrę
Dorothy, która zaraz kręciła wielkiego jointa, jeszcze Arno i Mathiew. Zamówiłem
więc piwo, Michael postawił wszystkim wódeczkę, George jedną whisky i drugą,
w wesołej kompanii pięknie mija noc, i tyle opowieści! Nad ranem jeszcze
Bacardi z Colą.
Ledwo znalazłem drogę do samochodu, który podczas jazdy kołysze się jak
jacht na wzburzonym niebie; dobrze zna drogę do domu, żadna zataczająca
się ulica nie wyprowadzi go w pole!
Czyli wróciłem rano, pamiętam, że w objęcia; zbudziło mnie głaskanie po
dłoni; dziesiąta, Gudrun gotowa do drogi; zerwałem się momentalnie w lekkim
kacu, Gudrun zrobiła śniadanie; pojechaliśmy do Krumme Lanke w cudne okolice.
Spacer do jeziora to dobre parę kilometrów przez lasy i łąki, wygłupiałem
się jak można, siebie przerosłem w żartach i śmiechach. W drodze powrotnej
spowolnienie rytmów i odpoczynek, godzina na leśnym wzgórzu, blisko siebie,
patrząc w pejzaż bez słów.
Wracamy do jej domu, bierzemy ciepłą kąpiel, kochając się w niej zaciekle,
mimo, że kwadrans wcześniej, gdy żartowałem na temat rżniątki, usłyszałem
stanowcze i zimne:
- Nie dziś!
Kiedy odpoczywamy w łóżku, Gudrun wyjaśnia niektóre zachowania przy pomocy
poprzedniej miłości; okrutnie odpychała od siebie mężczyznę, bowiem nic
z kochania nie miała; nie miewała orgazmu, biedactwo! co? ona, co ledwie
ma czas, żeby odzipnąć między jednym a następnym? Spostrzega ze zdziwieniem,
że jej stereotypowy odruch manifestuje się wobec mnie.
Wyjaśnienie rozsądne, miłość to także samopoznanie, prawda?
Kolejna miłość wspaniała; miła roztapia się w szczęściu i otwarciu; jedna
noga na lewej ścianie, druga na prawej, parę metrów bieżących otwarcia!
Szybki posiłek, Gudrun śpieszy na koncert Marka i Wacka, dostała bilet w
prezencie; ja wychodzę również, chcę jechać do domu; jej się wydaje, że
uciekam z mieszkania.
Lubię wracać do domu, dobrze tu pachnie teraz, jak w ogrodzie, kiedy nie
śmierdzi. Napaliłem w piecu, naparzyłem herbaty i ledwo zacząłem pisać,
a Gudrun z powrotem; zażenowana koncertem; oczekiwała polskości, polskiej
muzyki, a zobaczyła spektakl burżujski; rozmowa nt. czemu nie lubię jej
odwiedzać, dlaczego musi wciąż do mnie; wyjaśniam, że lubię być między obrazami,
mogę malować, gdy zechcę, a kiedy nie maluję to patrzę, wyciągam wnioski,
poznaję przebiegi, słowem, maluję w intuicji. Zmęczenie, wśród pieszczot
zasypiamy w sen na dwanaście godzin.
|
W niedzielę budzimy się
do leniwego miłowanie, potem śniadanie, i gra miłosna w całej intensywności,
wyzwalająca - z kogo to? pytam! - mordercze instynkty; drapiemy się do
krwi; omal jej nie pobiłem, prowokowała do tego. Jako tako wracamy do
stanu przyjaznego zawieszenia - ale jednak broni!
Ostrzegam, nie zamierzam brać udziału w grach nienawiści; omal znów nie
mówiłem, żeby poszła, ale i tak nie posłucha.
Biedna sarenka, najbardziej ją kocham, gdy śpi.
Może po prostu spotykać się ze dwa trzy razy w tygodniu, i wtedy kląskać
w spazmatycznych wzlotach i uściskach? Wiesz, akt erotyczny przedłuża
się na godziny, mogę to robić jak ona, do znużenia mięśni. Różnice w akcji
są znaczne, ona się pławi w orgazmach, ja kulminację mam rozsmarowaną
w czasie, w sensie, że rozkoszny jest ruch; nie robię wytrysku, on niewiele
daje, jest, jak dokładnie to brzmi w polskim slangu, spuszczaniem się.
A tak? energia nie przemija, mogę znowu zawsze, energia się wzmacnia.
Dlaczego nie krzyczę, nie gdaczę i nie wołam w stosunku, czy nawet orgaźmie?
Pytają mnie wszystkie. Bowiem nie przeżywam szczególnych uniesień! to
bardzo przyjemne kiedy jest przyjemne, ale kosmiczne przeżycie? jedność
przedustawna, ekstaza? Owszem, z literatury wiem, o czym mowa.
Ale w orgaźmie nie doznaję wszystkiego, ono jest zawsze i wszędzie.
Jest jednak szesnasta, pora iść do sklepu po brykiety, zakupy. Czy się
przeżywa, czy nie, dzień jak codzień, we mgle.
Północ; sklep z węglem był zamknięty, więc zakupy papiernicze, dwie role
bristolu i dziesięć wielkich czarnych arkuszy. Pranie w maszynie Rotraut,
palenie w piecu na górze, po czym sałata z połówką kurczaka w nagłej ochocie
na padlinę. Niebo nocami jest czyste jak dziś i gwiaździste, jedynie dnie
są pochmurne, chmury zjawiają się około południa; po śnieżnej zimie wiele
wilgoci w powietrzu. Słyszę w radio, że w Polsce straszne powodzie; serce
się ściska, po strasznej zimie i to!
Sprawa do omówienia! z prawa i lewa mówi się z pretensjami, że nie chodzę
po galeriach, nie robię wystaw. A może ja nie chcę tu wystawiać, tylko
spierdalać?
Byłem na górze w poszukiwaniu papierosa, bo strasznie zachcialo się palić,
naiwny, u Rotraut szukam papierosa! Ach, pójdę do automatu zanim jeszcze
zaparzę kawy. Nie, nie mam drobnych, poprzestanę na kawie. Polecę Ci fajny
przepis, chociaż nie bardzo zdrowy. Ucierasz żółtko z cukrem lub miodem
na kogiel-mogiel, dodajesz kawy neska, zalewasz wrzącym mlekiem. Mmm,
piłbym cię jeszcze!
A, żeby wrócić do kobiety, wyglądam na kawał drania. Patrzę w zapiski
ostatnich tygodni do Ciebie, lepiej rozumiem agresywność Gudrun. Jestem
czuły, zmienny, chybotliwy brutal, to może rozstrajać, ale - rzucać się
z pazurami? Owszem, doświadczenie to wszystko, mam iść w nim do końca?
A jeśli końca nie ma, początku nie było? Ma we mnie, co w sobie, i więcej;
zwłaszcza tego "więcej" nie znosi, bowiem to właśnie kocha.
Ma we mnie lustro; nawet jeśli ono odmawia odbijania w twarz.
Wiesz, jakiem dziwne zwierzę, niech więc się zwierzę.
Poczułem w prawej dłoni, a trzeba Ci wiedzieć o wczesnym karate, i świecę
gaszę zwykle strzepnięciem palców w pobliżu płomienia, i maluję palcami;
dłoń precyzyjna; poczułem w niej dreszcz, w sobie obraz - rzut palcami
obracającej się dłoni i rozorany dotknięciem policzek Gudrun.
Może jest przekaz w zdarzeniu / widzeniu? Przychodzi mi do myśli, że myślę;
będąc stworzeniem emocjonalnym, nie idę za emocją w akt, myślę, potem
działam; może w braku uderzenia przekaz?
Pozwolić się zdarzać?
Nie przepuszczać przez siebie czujnych obrazów tego, co wydarzyć się może,
lecz zdarzać się, pozwalać się zdarzać innym i sobie? Pytania przypominają
wszakże, że odmawiam uczestnictwa w grach nienawiści!
A gdybym sobie pozwolił? Gdybym uderzył Gudrun, zranił policzek? Przecież
potrzebuje tego! Przecież piszczała z radości, że drapiemy się do krwi.
- Jak koty! Jak koty! - krzyczała; ona, która panicznie się kotów boi.
Konsekwencje pieszczot chcą nas w posiadanie? Sarenko, po jakich to gąszczach
skaczemy? Czyżby ten mały drań o ciele dzikiego psa, przetrącający grzbiet
sarence - to ja?
Trudno bez przerwy krzyczeć z zachwytu.
Dlatego cierpię?
Dlatego doznaję?
Chmury płyną po jasnym niebie, księżyc pełny,
mrok wiosny wilgotny i chłodny.
Trudno w nim krzyczeć, śmiać się, płakać.
Jeszcze potnę kartony na mniejsze, przygotuję na wszelki wypadek, wypadek
wszelki. Jeszcze parę tygodni będę kontynouował pisanie do Ciebie, którego
nazywam Przyjaciem - tak słusznie; kogo innego mogę zwać tym imieniem?
kto inny ma czas i cierpliwość na moje wzloty, upadki? w miarę upływu
czasu samotność wzrasta, przestajesz być ocaleniem. Co z Tobą?
Wtorek cudnie słoneczny leżałem w słońcu,
hobby zawsze nowe. Upalne dzisiaj! Jem kolację, pojadę do Gudrun. Jedzie
rano do Münster; trzeba się ładnie przywitać / pożegnać.
Środa upalna i spędzona w słońcu. Gudrun
w podróży, tym razem do rodziny? wczoraj przeziębiła gardło, głosu nie
mogła dobyć. Wydobrzała? pojechała chora? Ciekawe, czy jej do twarzy w
rozstaniu.
A może tęsknię do nowej miłości? do fantastyki zjawiska, którym jest zetknięcie,
pocałunek, wnikanie wgłąb i lot wzwyż.
Wieczór wibruje z pełnią księżyca na niebie. Zrobiłem serię lotnych form
w jasnych zieleniach, szarościach i czerniach; schną, nie lubią mnie,
na gardle dotyk brzytwy Ockhama, sam w sobie jestem absurdalny. Nie znasz
brzytwy? Dźwięczy: nie mnożyć bytów ponad miarę!
Nie wiem,
skąd wyruszyłem,
dokąd śpieszę.
Pełnia księżyca
mnie oświeca.
Szarości, błękity, róże. - Boże dopomóż! - tak się pozdrawiają, jak chłopy
na polu.
- Szczęść Boże - brzmi odpowiedź.
Poszedłem na górę, dzwoniłem do Berta, zapewnił, że po Wielkanocy załatwi
wóz do transportu dużych płócien z galerii. Jest między nami skrępowanie;
Michael twierdzi, że Urząd Sztuki zawsze kupuje obraz od wystawianego
malarza, oto, co Berta martwi; nie dość, że nic nie kupił, to jeszcze
opłata galerii wzrosła trzykrotnie. Co mnie krępuje? no, dobry jesteś!
Mnie krępuje wszystko! Obiecuje kontakty wystawiennicze w Niemczech zachodnich.
Odłożyłem słuchawkę, zadzwoniła Gudrun już z Münster, pod tytułem: wszystkiego
ci najlepszego, bo święta. Głos jej wrócił. Nie lubię jej dziś okropnie!

Gdy popołudniem stałem w oknie popijając kawę małymi łykami podeszła do
mnie Ewa szlochając, bo Michael, bo Kristina, bo ona musi stąd jechać
na święta do Francji. Wie teraz, że związek Michaela z Kristiną trwa dwa
lata od czasu, gdy odebrał jej cnotę. Mogłaby darować mu skok w bok, ale
coś takiego!
Delikatna, urocza, zakochana jest Ewa, ale Kristine to dziewczyna piec!
Dobrze, odwiozę o siódmej rano na check-point, dobrze, nie powiem Michaelowi.
Smutne te sprawy, Przyjacielu, w niebie nie ma aniołów, tylko wiatr wieje,
strzępi puste skrzydła. Złożyłem suche obrazy do kupy, nie będę malował,
siedzę zmartwiały, nieśmiały.
Przebiegłem ulicami szukając, czego nie zgubiłem, poruszając się na fali
wstrętu i nienawiści do świata, który mnie otacza. W Sztokholmie czy Warszawie
też nie było lekko, ale jakże inaczej, praca była wyzwoleniem, radością;
w męce i trudzie widziałem światło; teraz żyję bez życia, bez kolorów
- bo czerń to śmierć kolorów!
Te tłuste mordy wokoło, terror widzialnego.
Wróciłem do pracowni i zacząłem malować jak kto głupi, ponura seria z
szarości i zieleni - gdzie mi tam dzisiaj do różu, błękitu! Obrazy ohydne,
bydlęca energia nienawiści, widzę w nich to, czego nigdy bym sobie nie
życzył oglądać. Malowałem lewicą, prawej dłoni nie mogę włożyć do farby,
jest podrapana pazurami.
Gorąca jest kawa, a zeszyt otwarty; hej Gudrun, nienawidzę, nie otworzę
cię nigdy, niech kto inny na tobie tyra! Szczuplątko rozkoszne, niech
diabli wbiją cię na rożen, smażą w śmiechu wiecznym!
Piszę już w łóżku; wstałem, żeby poskładać na kupę obrazy, ale jeszcze
mokre; za trzy godziny obudzi mnie Ewa; śpię jak na ulicy, otwarte okna,
szum aut, okrzyki nocy. |