W czwartek rano odwiozłem
Ewę, przyjechałem do Grunewald; siedzę w porannym słońcu nad jeziorem,
mam całą godzinę, polska misja otwiera się o dziewiątej. Zostawiłem wóz
na ulicy, poszedłem przed siebie w aleje; to piękna dzielnica, ogrody,
wille, lasy i jeziora. Czy ludzie tutejsi wiedzą o Kreuzbergu, który parę
kilometrów dalej? nigdy tam nie bywają, bo po co? cóż mają tam do roboty?
Po prawej most nad przesmykiem między jeziorami.
Trawa już oschła z rosy tu, gdzie siedzę i piszę do Ciebie. Słyszę nagle
głębokie stęknięcie, zupełnie nowy odgłos; spoglądam, a po moście spaceruje
kawalkada słoni; jest też parę wielkich aut; z tej strony mostu wielki
wóz ma od tyłu dostawiony ku ulicy pomost, ludzie w oranżowych kombinezonach
wyprowadzają tyłem młodego, nieco mniejszego słonia.
Oczom się wierzy przecież, prawda? Na środku mostu słoń robi wielką kupę,
po chwili ciężki ciepły zapach dociera do mych nozdrzy, zupełnie nowy;
przypomina nieco końsko-krowskie łajno, przecież to wegetarianie.
Teraz się wszystko uda w misji; to dobry omen, tak potrzebny, bo paszport
był ważny do wczoraj! Gudrun medytuje o tej porze w Münster; mówiła o
centrum medytacji i czasie od siódmej do dziewiątej; posyłam jej parę
choler serdecznych na mantrę.
Czwartek się kończy, piątek zaczyna od imienia
Dorothy; opowieści będą o nim krążyły cały dzień, jak się wyśpię; jest
już trzecia, wstawiony, bo tyle szampana. W pierwszą wiosenną pełnię dotknąłem
ustami kącika ust Dorothy zalotnie i cudnie nadstawionego mi przez resztę;
jej taniec zwinny i swobodny, bladość zwiastująca długą do mnie tęsknotę!
czemu właściwie ją zostawiłem beze mnie w tę noc? by mieć teraz tę chwilę
nostalgiczną z Tobą, gdy ona tam przeczuwa szloch i szczęsny spazm? Gdybym
się starał, albo - gdybym nie potrzebował tej nostalgicznej chwili - mogła
się przytulać zamiast do siostry do mego ramienia, brzucha, uniesienia.
Dobranoc, pośpię teraz, sam!
Wielkopiątkowy wieczór zastaje mnie na balkonie
Rotraut. Znów cały dzień w słońcu, daję sobie leniwe bezmyślne wakacje,
niezdatny do malowania. Teraz wraca nostalgia tęsknica nie wiadomo o czym
i do kogo.
Nie mam nastroju do malowania, trzeba dzień święty święcić.
Jestem przy świecy, głośno leci z płyty japońska muzyka Zen, czysta i
głęboka jak niebo wysoko, nakłuwane pierwszymi gwiazdami.
Więc 1979 lat temu krzyżowano Jezusa. Dziwne, dziwnie stałe są obyczaje
na tej planecie. Umarł jak człowiek, poprostu, zamęczony przez bliźnich.
Lepiej późno niż wcale odwiedziłem wczoraj polską misję; pan Tadeusz attache
kulturalny mówił mi możliwości wystawiennicze; wziąłem formularze paszportowe,
przyniosę wypełnione we wtorek.
Michael w ostatniej chwili zaprosił mnie jednak na otwarcie nowej Cafe-galerii,
narzekając, że miał tyle pracy, a ja mu nic nie pomogłem; faktycznie robił
sam i w ukryciu. Wystawia Uwe delikatne kulturalne obrazki, łagodność
i rzewność, burżujska sztuka; on miły człowiek, a jego dziewczyna Michaela
to wulkan; rozmowa o miłości i sztuce; maluje duże obrazy, czerwień i
miłość, czerń i nienawiść, zaprasza mnie do pracowni; ma sto metrów kwadratowych,
rozumiem te formaty!
Wielu wszystkich znajomych; bawiłem się dobrze, także zachowaniem Michaela,
który wystawianemu artyście kazał podać szampana dopiero po ostrej i głośnej
interwencji Michaeli. Napiszę Ci, bo zabawne, scena jak z filmu, żarł
z podobnymi do siebie specjalnymi gośćmi kurczaki i świnie, pękały szampany,
leciały grube jointy; kiedy zapytałem, czemu się pali jednostronnie, odparł:
-To zupełnie inny stolik! - ale też odebrał jointa Wolfgangowi i podał
mnie; pewnie, że po sesji jedzenia, picia, palenia rozluźnił się nieco,
i nawet zagadał do Uwe dwa razy.
Jest coraz większy i grubszy, a ukryć się chciałby zupełnie; czarne okulary,
dłoń z papierosem osłania twarz. Biedny bogaty - pojmiesz, o co chodzi?
Tak biedny, że zazdrości mi biedy! wolności, sztuki, braku pieniędzy.
Ma za złe innym, że inni; pomieszanie z poplątaniem. Przedstawia mnie
ludziom wszakże chętnie jako przyjaciela artystę.
Dużo z Ritą i George, to były judoka dużej klasy, teraz maluje mieszkania,
tapety i podłogi, bo była z nimi Doris tak urocza, że gotów byłem się
zakochać. Ale serce dziurawe, kapu kap wszystko przecieka, albo kończy
się na zawrocie głowy; oceń sam, co gorsze.
Pajacuję? Gdy poznaliśmy się w Zielonym Palcu przed tygodniem, byli wszyscy
na tripie lsd, teraz się wyjaśnia; ciekawe, oni tu na tripie piją alkohol!
Wspomnieć Hashima z Iraku, 10 lat w Berlinie, 8-letnia córeczka, młodszy
ode mnie, a już szpakowaty, mówi, od nadmiaru przeżyć.
Wieje wiatr, świeca migoce. Dzwoniła Mane po powrocie z Togo, lubię ją,
jest dobra. Wielki złoty księżyc, pierwsza wiosenna pełnia; nie powieszę
się, pewne. Mam wino, nie smakuje dziś reńskie, naparzyłem herbatę. Nastawiam
płytę z sonatami Bacha na flet. Grzmi w niebie odrzutowiec. Wraca ten
moment z galerii, gdy Gudrun miłośnie chwyciła mnie dłońmi za gardło.
Dziwna miłość, wielką się zdała, jak wiatr się rozwiała.
Gdyby mieć jedną godzinę ciszy z dala od łoskotu miasta!
Po świętach, które spędzę w słońcu, bo dnie idą pogodne, będzie kupa zajęć,
misja i paszport, Urząd i transport obrazów, Cafe Einstein spotkanie i
Cafe Anzelmo. Michael mówił wczoraj, że powinienem zrobić wystawę u niego.
Pewnie, jeśli mówi poważnie, trudno się przecież rozeznać.
Jedenasta, niepokoję się trochę, Petra i Christian mieli dziś wrócić z
Maroka, a wciąż ich nie ma.
Wielka sobota to rozjarzony i upojny dzień;
o dziewiątej telefon Petry, prysznic szybki, wóz, flaszkę szampana po
drodze, opowieści o ciepłych przecie krajach Maroka, pomrukiwania na Zbyszkowe
nieporządki, skręt z Christianem albo pięć, jako że szczęśliwi wdechów
nie liczą, i jeszcze opowiadania.
Spacer do domu i leniwe popołudnie w słońcu, jak trzeba, ale nerwowy podryg
wieczorem i próba malowania, bo zapomniałem o przyrzeczeniu, że stop;
klęska i guzik z pętelką; zniszczyłem dziewięć kartonów.
Przeglądam zatem całą produkcję, wybieram najlepsze obrazy do pokazania
gdzieś w galerii. Trudna praca; reguła, że najwyżej jeden obraz z serii.
Wyszło sześćdziesiąt sztuk, gruba teczka, kawał roboty; więc myślę okolicznościowo,
że chciałbym pochodzić po galeriach, pokazać berlińskim manszardom. Dziwne,
w Amsterdamie odwiedzałem z teczką wiele galerii, w Sztokholmie znalazłem
dobrą galerię przy pierwszym podejściu, w Berlinie się nie fatyguję; a
jest przecież parę miejsc, gdzie wystawa może radować.
Po świętach.
Wszystko na po świętach. Na dzisiaj - wyznam Ci chętnie, podoba mi się
sześćdziesiąt obrazów, każdy inny kolorystycznie, wizyjnie, technicznie,
przez wszystkie dźwięczy śmiech wolności.
Przyszedł Lim irlandczyk, przyniósł afgana, że omal nie padłem; prawda,
nasza nostalgia z dala od rodzin, opowieści.
O 10-tej wieczorem wdrapałem się na górę,
siadłem w medytację godzinę czy dwie przy świetle świecy i kadzidle; uspokoiłem
się, wydobrzałem. Posprzątałem odkurzyłem, przestawiłem niektóre rośliny
na balkon, inne w księżycowe światło - niech mają coś z pełni. Nie dostały
wody, potrzebują lekkiego przesuszenia w słońcu. Pootwierałem wszystkie
okna, jest wietrznie, przestrzennie. Prosto tutaj i jasno, taka dobra
wibracja!
Czy pani tego domu, gdzieś pod afrykańską pełnią, jest pełna jasności?
Zapewne! Czy Gudrun grzeje się w rodzinnym ciepełku, czy może w ramionach
tego pana nauczyciela, żeby po doświadczeniach ze mną spróbować raz jeszcze?
O, patrz, jak kiepsko ze mną, wstąpił Michael, jedzie do Cafe-galerii
a tam jest Dorothy i złoty księżyc nad nami ewentualnie! Ale ja malutki,
dostałem kłonicą afgana między uszy! Nie chcę jechać, żegnam się z miłością
zanim rozbłyśnie.
Powinienem się oczyścić, przepościć, medytować, oddychać; przygotować
się do acidu. Pochodzić po galeriach. Moja twórcza epoka lata nie doczeka,
być może reszta kartonów długo na akcję poczeka. Teraz zamierzam odpocząć.
Chodzić i patrzeć. Robić hatha-jogę w parku i leżeć w słońcu. Pokazać
się w galeriach, ewentualnie robić wystawę z Michaelem.
Za oknem paru chłopców wyje "pijmy jednym duszkiem" po niemiecku,
co podobne jest świadectwom mej bylejakości na kartonach, które zniszczyłem;
teraz pośpię, bo trzecia.
Wielka Niedziela nago w słońcu, w muzyce
miasta przez cały dzień wchłaniam skórą blask. Wieczorem u Christianów,
gdzie Waldi; ależ u nich chłodno! nie chciałem zostać ani z Waldim na
kolację jechać; zjadłem kolację u siebie, chłodna noc, szumi Berlin w
otwarte okna. Więcej czasu poświęcać sobie, więc pośpię.
Bardzo istotne: jutro jest dziś.
Odkładam na jutro. Dziś - chodzić po galeriach, zrobić głodówkę, przedłużyć
paszport - skoro nie ma jutra, skoro tylko w dzisiaj jest szansa na przełamanie
czarownego kręgu bylejakości i nędzy. Jakże bym rozkwitł w podróży! Jak
długo jeszcze podróż zakotwiczona do alei Zamkowej w Berlinie?
O wystawie z Michaelem myślę w rezygnacji; maj już za pasem, rozwiały
się sny, a dzisiaj list od Moniki z Paryża, gotowa przyjechać we troje
z teatrem marionetek! Czy inny projekt u czarnego bossa może wypaść lepiej?
Pisałem Ci o jego zachowaniu z wystawianym artystą! Nie szukaj tego, co
ciebie nie szuka.
To poniedziałek, dzisiaj wstałem wcześnie,
piję herbatę, medytuję w muzyce Zen. Gdy nocą zasypiałem, zadzwonił telefon;
podszedłem doń taki senny, gdy skojarzyłem... że nikt z przyjaciół nie
dzwoni, to może być Michael, lub Gudrun, nie podniosłem słuchawki.
Nie jestem przyjaźnie usposobiony do bliźnich; do ich wibracji właściwie;
wczoraj u Christianów ten chłód i miedzyludzka beznadziejność! sami ludzie,
własnoręcznie, stwarzają swój los, mówieniem lub nie-mówieniem, robieniem,
lub nie-robieniem.
Jutro jest dziś, innego nie będzie, a skoro świąteczne mam ferie - trzeba
je spacerować. Dzień się robi mglisty, nawet pochmurny, nie spędzę go
w słońcu, nie szkoda wcale, jest czas wiosny, piękna każda pogoda. Słucham
Wiosny Vivaldiego.
Refleksja, że, dzieląc się z Tobą, dzielę się mym życiem z innymi. Jestem
artystą, mówisz; ależ znaczy to tyle, co: jestem hutnik, jestem rolnik,
jestem ciocia szwaczka; istotne w tych wypowiedziach jest pierwsze słowo
"jestem"; a to czym jestem, jak jestem - dzielę z Tobą, to wszystko,
co posiadam.
Jesteśmy razem, jakkolwiek samotnie się złudzi, i życie ze wzlotami i
przycupnięciami, bólami i radościami może być dzielone - na tej planecie,
zgęstku materii i energii wirującym w przestworzach; wiem, chętnie sięgasz
przeczuciem i myślą w układ słoneczny, przepastne przestrzenie galaktyki,
we wnętrze życiodajnego kosmosu.
Ale tymczasem Wiosna się skończyła; ocieplę pantofle gazetami, bo są w
chujowieńkim stanie, i pójdę w prawdziwą wiosnę, ha ha!
Pędzi zeschłe liście zeszłoroczne wiosenny wiatr,
słońce świeci żółtawo w pierwsze pączki,
pachnie donośnie, wilga
oznajmia swój rewir nad wodą.
Dźwięk piły mechanicznej na obrzeżu parku,
tło dźwiękowe miasta spoza szumu wierzb.
Biegacze ciężko dudnią na ścieżce, albo śmigają lekko,
matka i córka w granatowych sukienkach, jak dwie
czasowe kopie jednej tajemnicy,
para duża z córeczką,
której z dzieciństwa zostało tylko dziewictwo.
Idę tędy dla Ciebie, siebie i przekazu
i widzę piękno, dobro, prawdę.
Mógłbym chcieć czegoś więcej?
wybrać inną drogę?
Wieczorem w domu po wizycie Petry i Christiana; są opaleni i zdrowo wyglądają
jeszcze, a już potykają się w jamy głębokie; ach, sam człowiek robi dołki,
w niewiedzy, w którą wpada! Nie ma przebaczenia, styl życia ku zapaści
prowadzi; nic tu powiedzieć, ani przekazać nie można, jedne sprawy wynikają
z drugich, wszystko jest koherentne i samosprzężne.
-
Życie jest bez wartości - mówi Petra.
- Dlaczego więc go nie zmienić? jak? radykalnie! nie roić, nie marzyć,
zmieniać!
Robi to zresztą Petra, zmienia, uczy się hiszpańskiego, co pozwoli zrealizować
marzenie o południowych krajach, lecz to jest powolne. Po co te orzeczenia
wszakże? wyroki zaciemniają życie. Nie doradzę jej przecież przygody erotycznej
z kimś takim jak Christian.
Tymczasem zapadł zmierzch, piszę przy biurku Rotraut; stała mi się znów
bliska przez pobywanie tutaj, w domu, który mógł być naszym domem. Nie
dla psa kiełbasa, dla wariata wstążka. Młoda pupa widziana po drodze przyprawia
mnie o rozstrój jajników, czy jak to się tam nazywa - jej jajników! niepokalany
instynkt płodzenia, wiesz przecież, co na przyzbie myśli.
Kwiaty i rośliny tutaj dobrze ze mną mają; wiem wszystko o pochodzeniu
i potrzebach, troszczę się miłośnie beztrosko, jak lubią.
Napisałem list do Kasi w Londynie; szkoda, że nie mam adresu Basi w Paryżu
i Ani w Amsterdamie; miałbym do zakomunikowania wiele o wiosennym życiu
erotycznym kosów, o tym, jak się motyle motylą, przy biurku Rotraut wypadłoby
to czysto i przekonująco.
Wypełniłem kwestionariusze paszportowe, odniosę je rano; wykąpałem się,
jem banana.
Zmęczył mnie dzień; mogłem pójść tam i spotkać Dorothy, którą widziałem
zaledwie dwa razy, Dorothy, którą raz pocałowałem, Dorothy, która mnie
smuci, taka jaka jest, zasmucona, że nie przyszedłem.
Życie jest tycie tycie, albo ja punk.
|
17 kwietnia w chłodzie, pada
sobie śnieg; jestem w Polskiej Misji, papierów się nie oddaje w okienku;
czekam na przyjęcie przez bardzo ważną osobę, piszę na kolanie.
Tłusty wielki pan Przemysław wymyślał jak poddanemu; fakt, powinienem przyjść
wcześniej, ale przesadził! uderzał paszportem w stół, krzycząc, że paszport
wielokrotny mogę przedłużać tylko w kraju, że dostanę trzydniowy na powrót
do Polski - jeszcze zanim wziął podanie do ręki!
Ty wiesz, czego on nie wie - nie mam dokąd wracać. Tu jest dziupla pracownia
i coś się dzieje twórczego. Tam? gdzie się podzieję ze stertą obrazów i
warsztatem? gdzie zamieszkać? u przyjaciół, których w międzyczasie utraciłem?
Jak reagowałem na krzyk? niech gwałt się gwałtem odciska! Ja zacząłem krzyczeć
tak głośno, żebym ewentualnie słyszany był w korytarzu albo u sąsiadów;
czy to za takie zachowania on dostaje polskie pieniądze, ja tu robię kulturę,
a on uprawia terror. Zelżało momentalnie; mam wnieść opłatę - czyli wygrałem
sprawę! i wrócić z paszportem raz jeszcze. Jakże to wzburzyło, przyprawiło
o ból głowy.
Kos siedzi na gałęzi za oknem; wyśpiewuje swoje mimo chłodu i śniegu. Tak
trzymać! Rotraut ma pewnie ciepło w Afryce. A Gudrun? jest w Münster, prawda?
a niech sobie będzie z kim chce jak chce!
Ale nie pojmuję, co się narobiło; kiedy to się stało? kiedy to minęło? gdy
zobaczyłem jej brzydotę, jeśli mnie pamięć nie myli.
Pada śnieg; ostatni tydzień były szczęśliwe wakacje, jestem opalony indianin;
bodajże odpocząłem, nabrałem energii nie po to przecież, żeby ją wydatkować
w spotkaniu z biurokratą.
Wpadł na herbatę Michael i poszliśmy na pizzę; wcale nie jest zachwycony
moim ewentualnym wyjazdem; chce zrobić mi wystawy w galerii obok i Cafe-galerii
równocześnie; jutro dalsze rozmowy.
Dziwnie mi bez kobiety, chciałbym się chyba sparować.
I smutno; któryś z moich demonów - bo niby dlaczego mam być niepodległy
paranoi! - nadaje mi teksty: - Co, z galaktyki jesteś? to my ci, kurwa,
pokażemy, skąd, kurwa, jesteś! ty chuju jebany, ty gówno, ty psie! Do budy
łachudro, gnoju, głupku! artystą jesteś? łobuzem, kurwa, jesteś, do dupy
ci nakopiemy.
Dziwaczne to szalenie; jeszcze żaden demon nie mówił do mnie w liczbie mnogiej!
Rotraut kruszynko droga pozłocista, masz jeszcze parę dni w afrykańskim
słońcu, złotniej i rozkwitaj!
A może ja żadnej nie kocham? może te ekstatyczne miłosne wzloty - to tylko
pragnienie miłości większej?
Gudrun, jeszcze nie mogę pamiętać cię tkliwie, jeszcze jestem królem śmierci
- śmierci naszej miłości. Nie złamiesz mi kręgosłupa, nie napijesz się krwi;
nie pozwolę się dotknąć! precz ze mnie, skorpionie, żabo, tajemnico!
Nie wiedziałem, co począć popołudniem, uważnie przejrzałem plony bieżącego
roku; pięć setek obrazów - owszem, przeliczyłem, trzeba wariata zająć, żeby
mnie nie powiesił.
Nieźle? naprawdę nieźle, są cudne; przy przeglądaniu ogarnia mnie uniesienie
- ich energia udziela się, pozwala żyć.
Michael dziś zatroskany o mnie i ciepły, więc zapytałem dlaczego mnie nie
lubi.
- Ja ciebie nie lubię? Przecież ja cię kocham!
Wiem, co wiem; nie lubi mego pobywania jako artysta, nie zna mych cierpień,
zazdrości śmiechu i piękna chwili, które tak ulotne.
Mam wrażenie, że w efekcie krzyków przedłuży się paszport; zatęskniłem do
Polski, chciałbym tam pojechać, zobaczyć przyjaciół, poczytać ich wiersze.
Ouspensky tak odróżnia pragnienie i wolę: "Pragnienie realizujesz,
robiąc to, co chcesz. Wolę - gdy możesz robić to, czego nie chcesz."
W moim pokoju od jakiegoś czasu mnóstwo mrówek. Nie wiedziałem, jak je traktować;
pędzić? nie pędzić? Próbowałem je namówić na zmianę mieszkania, prósząc
sól w miejsca schadzek, aż dzisiaj, widząc je na słoiku z miodem, pomyślałem,
starcza miodu dla mnie, starczy dla wszystkich; łyżeczkę miodu rozlałem
w kuchni; niech się posilą, skoro mają żyć.
Ale nie powinienem robić niczego, co nie jest konieczne!
Wstałem dziś wcześnie, całodzienny kociokwik czyni swoje - nie mogę zasnąć;
jest czwarta, przeleżałem w łóżku niepotrzebną godzinę; filiżanka herbaty;
siedzę przy piecu. Znalazłem na półce książeczkę o ciekawym tytule "Leczenie
kolorem"; zaczyna się od obserwowania aury; ważne dla mamy i brata,
bo oboje mają nadciśnienie: codziennie możliwie często przymykać oczy i
wyobrażać sobie, że wdychane przez nos powietrze ma kolor jasnozielony.
Kolory Zodiaku: Aries czerwony, Waga niebieski, Byk zielony, Skorpion głęboka
czerwień, Bliźnięta żółty, Strzelec purpura, Rak srebrny, Koziorożec czarny,
Lew złoty, Panna brązowy, Ryby fiolet.
18-tego znalazłem długopis ulubiony w pisaniu do Ciebie; dostałem
list od mamy z życzeniami i ślicznie miłosny od Gudrun; jednak trochę chorowała;
wraca jutro pojutrze.
Co dziś robiłem? wielkie porządki! Najpierw u Rotraut, następnie w moim
mieszkaniu, zajęło kupę czasu, aż lśni! Przemeblowałem pracownię, śmiech
bierze, materac z lewa na prawo, regał z prawa na lewo, ale jest inaczej,
więzień odmienił swój los.
Petra i Christian proszą o pomoc - płatną - w remontowaniu mieszkania w
podwórzu, Christian oferuje dwie setki, chcą się przeprowadzać wkrótce.

Piątek po północy w Zielonym Palcu; po kolei
od wczoraj: malowałem wraz z Petrą cały dzień mieszkanie i szło nam dobrze;
gdy po pracy poszedłem na górę i wziąłem prysznic - zadzwonił telefon; to
Gudrun z pytaniem, czy otworzę drzwi; są zamykane o ósmej, takie berlińskie
zwyczaje.
Otworzyłem - spojrzałem, oto znów szczęśliwy; Gudrun wróciła piękna, zakochana
może jeszcze bardziej. Rodzina, przyjaciele, spacery, medytacje, wizyty
- opowiada o wszystkim; a Markos? ach, przecież dotknąłem ją tak głęboko,
nie zbliży się żaden mężczyzna.
Wróciła do Berlina, czyli, przede wszystkim, do mnie. Wspaniale się kochaliśmy
nocą i porankiem.
Więc dzisiejsze malowanie mieszkania szło szybko i sprawnie, w śpiewie radości
i tanecznych pląsach. Gotowe są wszystkie sufity! Pojechaliśmy na obiad
do ich starego mieszkania, ziemniaki z pieczarkami, a ponieważ czułem się
jak na budowie - w drodze powrotnej namówiłem panią majster Petrę na zakup
pół litra wyborowej - jak remont, to remont! Spowodowałem niechcący zajścia
historyczne, histeryczne.
Przyszedł Lim ze skrętem słynnego afgana, pomaga przy malowaniu, w trakcie
sączymy wódkę malutkimi łykami. Christianowi trzeba maleńko, żeby się zaprawić,
zmęczył się, upił i zasnął w fotelu. Petra się wścieka na widok; pracowała
intensywnie i dzielnie dzień cały.
O siódmej przyszła Gudrun głodna, wypiła kielonek, poszła z Limem na pizzę;
wróciła w chwili, gdy uprzątałem już malarski kram. Jesteśmy roześmiani
i zakochani, co nie poprawia Petrze humoru, może bardziej spina; widzi szczęście,
jest nieszczęśliwa, jakie to wyzwala emocje?
Robota skończona, możemy iść.
To ja mam budzić Christiana, ona go dziś nie chce. Budzi się, chce iść do
toalety, mylą się kierunki, Petra krzyczy brutalnie, on równie głośno, ona
go popycha, on przewraca się na podłogę w toalecie. Podnosi się niezdarnie,
bo ma przecież zakłócony zmysł równowagi, sapie, lecz w ręku trzyma wieszak
do ubrań duży z trzema hakami, drze się okropnie, wznosząc jak topór do
góry; Petra ucieka do kuchni krzycząc. - Polskie gówno! - co także mnie
spina. Christian wygląda strasznie. Wchodzę między nich w momencie, gdy
Petra pada, usiłując go kopnąć ślizga się, albo przezeń popchnięta; rozdzielam
zdecydowanie małżonków; odbieram wieszak Christianowi, który wobec mnie
łagodny, żadnej agresji.
Gudrun tu przyszła roziskrzona, jak ona potrafi, w czasie eksplozji schroniła
się do drugiego ciemnego pokoju; teraz wydaję stanowcze polecenie, aby natychmiast
wzięła stąd Petrę i wyszła. Czynią to niemal biegiem. Uff.
Christian marudzi chwilę w toalecie, a kiedy wychodzi, gaszę światła, zamykam
drzwi, prowadzę go pod ramię do samochodu.
Petra mówiła mi wiele razy, czemu nie chciałem wierzyć, że Christian po
napiciu czy napaleniu staje się potwornie agresywny; doświadczam go takim
raz pierwszy.
- A ona już nie będzie się na mnie rzucać? - pyta Christian.
- To raczej ty rzuciłeś się na nią.
- Ależ nie - stanowczo zaprzecza - atak nie leży w mojej naturze, ja nienawidzę
walki, ja tylko się bronię, kiedy mnie atakują.
Nie oczekujesz ode mnie uwag nt. samozakłamania? to dobrze, nie jestem specjalistą
w przedmiocie. Refleksja tylko, że można się okłamywać nic o tym nie wiedząc.
Wsiedli do samochodu i odjechali; może jej nie zabije, bo kto go będzie
podpierał! Ciężka ludzka sytuacja, mrok egzystencji, która nie dopuszcza
słońca.
Poszliśmy z Gudrun na spacer w aleje, wyciszając wibracje; nie nastraszeni,
nie rozbawieni bynajmniej; to było jakoś ludzkie - chociaż wydarzyło się
w krainie snu.
Może pora na spisanie historii? krótko, prywatnie, i tylko dla Ciebie? Ja,
widzę, nie posiadam prywatności; siedzę w pubie, w moim łóżku śpi miłość,
zmęczona dniem, kochaniem i przepastnością życia w nas i wokoło; ja jestem
otwarty z wygody, bo wtedy jest się naprawdę.
Dlaczego z wahaniem naruszam prywatność bliźnich? Dlaczego, mówiąc prosto,
akceptuję prywatę? Przecież to, że widzę, a także jak widzę, należy do Przekazu.
Wola czy niedola, ość w dziąśle czy miłość - wszystko co się manifestuje,
jest w sobie i sobą - jest także dla! Jakbym wciąż łagodził, przemilczał,
zatajał? zrozumiałe, że nie będę zwierzał się z czynów karalnych, nie chcę
do mamra ładować siebie lub kogo, pomijam; dlaczego przemilczam bliźnich?
z tego samego powodu, by uchronić. Dobrze, będę chronił przed więzieniem,
lecz nie przed prawdą, na boga! Oko patrzy i widzi, nie sądzi.
Porzucam fikcje!
Przestaję liczyć zalety przyjaciół. Wracam do śpiącej zapewne w moim pokoju
spokojnie, w milczącym świetle zapalonej świecy, czy tak? została z pocałunkiem,
ale jest ze mną wśród głupawej muzyki i młodych ludzi, pijących piwo i spokojnie
gwarzących w tę noc.
Gudrun, jesteś, jaka jesteś; w miłosnym przegięciu widzę cię może większą
niż jesteś. Widzę nie tylko ciebie, ale optymalny twój zasięg. Nie proponuję
więcej, o czym gadania było za dużo; nie ulegajmy przesądom o rodzinie.
Idę, biegnę, odpoczywam, oddycham. Idź ze mną. Gdzie droga prowadzi, gdzie
oczy poniosą. A oczy prowadzą w kolory do ludzi, w muzyki i kwiaty, gdzie
rośnie światło na grządkach. Idź ze mną, gdzie możliwe. Gdzie niemożliwe
- poniosę.
Odpoczywam, zapalam skręta, proszę o drugie piwo; kelnerem jest młody, ubrany
w homoseksualną opaleniznę, jasną koszulę i białe spodnie; za barem urzęduje
Wolfgang; zmienił się Zielony Palec wiosną, dużo młodzieży, żadnych pijaków;
popatrują z zaciekawieniem na piszącego. Rozpływa się w dymie opowieść o
Petrze i Christianie, bohaterach dzisiejszego wieczoru, co tak mnie podekscytowali,
że po prysznicu, północy, kolacji, kochaniu, zamiast położyć się spokojnie
obok mej kobiety i spać - przyszedłem tutaj i piszę do Ciebie. To kobiety
mnie tworzą - na miarę swych marzeń.
Zaraz, jak długo jestem w berlińskim tle dźwiękowym szumiącym milionami
aut do wtóru memu niegłośnemu długopisowi?
20 września malowałem dziuplę, dziś 20 kwietnia. Piję tu piwo od siedmiu
miesięcy!
Dobrze się czuję fizycznie, cudny był słoneczny tydzień. Dziś znowu ciepło
wraca, nocą dwanaście stopni. Wiosna atakuje skokami; przychodzi ciepły
wiatr i słońce, płyną soki, a potem znów chłody; to korzenie się budzą teraz,
potrzebują więcej czasu.
Zrobiłem wielkiego skręta z ostatniej drobiny afgana, dopijam piwo. Od siedmiu
miesięcy jestem na kredyt, teraz proszę o rachunek Wolfganga, jest niewielki,
zamawiam jeszcze Bacardi z Colą, aby dociągnąć sumę do setki.
Tak dobrze mi tu z Tobą jak w domu.
Wolfgang się zwierzył, że pijaków niemiłosiernie wystawia za drzwi i już
nie wracają, teraz młodzież się bawi, gra w szachy, flirtuje. Dopijam Bacardi,
płacę stówę; gdybym wiedział, jakie to miłe, może płaciłbym częściej? pójdę
do domu, może okrężną drogą, by trzeźwieć i wzruszać się.
Sobota 21 kwietnia, wieczorem w domu. W kącikach oczu odrobina kaca
porankiem, ale miłość, śniadanie i zakupy na markecie zmęczenie rozwiały.
Po zakupach likier jajowy we dwoje, pub Ruina doszczętnie zatłoczony, w
połowie zrujnowany, ze szczątków murów wyrastają drzewa, lecz sala z barem
ma sufit i ściany całe; jakże malowniczo wśród ludzi, ubranych swobodnie
i na wskroś oryginalnie, same cudaki! Cały dzień malowanie mieszkania z
Petrą; prysznic, teraz chleb, herbata; wkrótce idę na spotkanie Gudrun.
O wpół do jedenastej w Zielonym Palcu, za pół godziny przyjdzie miła. Będzie
o Michaelu, którego dzisiaj nie lubię. Byłem w jego galerii jedynym malarzem,
który przyniół profit. Zaprosił mnie za to do atelier z fikcji, czy tak
się traktuje gościa? wypomina każdą pożyczoną markę albo robi awanturę,
jak dzisiaj! bowiemm ośmieliłem się zapłacić mój dług w Zielonym.
W dodatku życzy mi się, żartując, że najlepiej dla mojej sztuki byłoby,
gdybym umarł, łatwiej by poszła sprzedaż obrazów. Uważa, że to pyszny żart
i powtarza innym. Wielki brzuch, tłusta twarz, czarna podkoszulka, czarna
chustka pod brodą, czarne okulary i spodnie, czarny charakter; rozwiązłość,
wóda, niewiedza; biedaczek w czarnym Jaguarze, w zakłamaniu i strachu.
Jest mi pryzmatem, w którym załamuje się i rozszczepia światło kapitalizmu;
w Berlinie jest kapitalizm w bezwzględnej postaci; czy ma postacie inne?
Forsa jest punktem wyjścia i dojścia, człowieczeństwo przejawia się w zarabianiu
i wydawaniu, człowiek podporządkowany międzyludzkiej machinie. Tu forsa
jest demonem, wyjada ludziom serca.
Byłem w innych krajach, słodka Norwegia i Szwecja to socjalizm przyszłości,
Holandia to demokracja i przyjaźń człowiecza, a tutaj? To, co masz, określa
cię wobec innych i wyznacza miejsce! Buntują się, zwłaszcza młodzi, szukają
jakiejś alternatywy, uwikłani beznadziejnie. Mówiłem o tym dziś z Petrą,
po paru latach w Berlinie czuje się zamotana w sposób ostateczny.
- Jeśli tak dalej pójdzie - mówi - trzeba będzie stąd emigrować!
I marzy o przeniesieniu się do południowej Ameryki, Anglii lub Hiszpanii.
Dzisiaj wyglądali zgodnie; ona nie rozumie polskiego, Christian opowiada,
że to jej agresywność zmusza do zachowań stanowczych, że na kobietę trzeba
kija, że groził bezwzględnym wieszakiem wiedząc, że go powstrzymam.
Jakie to przejmująco wyraźne w świetle nagiej żarówy, wśród rupieci i kubłów
z farbami! Wrzask jego i dłoń wzniesiona, furia zmieniająca ją w dzikie
zwierzątko. Nie mało tego, jak na ludzkie możliwości - nie wiele.
- Nie potrzeba wyjaśnień, Christianie, tajemnica jest nie do wyjaśnienia
przecież, jest tylko do objawienia.
Przerywam, bo przyszedł wilk, którego mówię, czyli Michael, a oto jest i
Gudrun.
|
Niedziela 22 kwietnia wieczorem.
Pięknie jest między nami, spokojnie, miłośnie i czule. Wyspaliśmy się porządnie
i wykochali znakomicie, spacerowali w pałacowym parku, gadali z drzewami
i wszystkim.
Dobrze się składa z Michaelem, bo czynimy ustalenia wystawiennicze; coś
się wydarzy po siedmiu latach chudych?
Dziś przerwa w renowacji Christianów, umyłem zatem okna w mieszkaniu Rotraut,
wraca pojutrze, będzie jej miło. Skończyłem o zmroku, zszedłem do siebie,
zjadam jabłko, zapalam pałeczkę kadzidła. W pracowni jest czysto mimo kleksów
farby, pięknie. Mam na ścianie przed sobą dwie grafiki, dwa obrazy, dwa
nowe kartony; zdawało mi się, że każda technika przynosi zupełnie nową wizję,
teraz z radością widzę, że jest w nich ta sama wibracja, wolna i niepodległa,
mimo, że światy różne.
Pogoda dziś prawdziwie wiosenna, zielenią się drzewa, wielokrotnie padał
deszcz, dwa razy po drodze z przyjemnością zmokłem. Czy Ty wiesz, jak się
cieszę wiosną?!
Gudrun pojechała w odwiedziny do siostry, wkrótce zapewne wróci. Rozmawialiśmy
o nieszczęsnym tygodniu agresji; fakt, była w głębokim stressie, ja również,
jeśli mi się nie zdawało. Tłumaczyć Ci się z nienawiści do niej świątecznej,
gdy wyjechała z Berlina? Myślałem: wymusiła na mnie zachowania nieładne,
aby móc się oddalić - w stronę rodziny, przyjaciół, mężczyzny, którego nie
kocha. Nie tłumaczyć zbyt wiele, Wieś, czuwać we śnie. Niepokoi się moją
sytuacją i ewentualnym wyjazdem, ale jest między nami przyjaźnie; tak lubię
ją rozśmieszać! a wiesz dlaczego? robi się jej wilgotno, kiedy się szczerze
śmieje; i znowu! Poniedziałek w
deszczu na chwałę kłączom; wstałem wcześnie na śniadanie z Gudrun, teraz
nie mam co robić, piję herbatę, patrzę w otwarte okno. Wczorajszy wieczór
w nowej restauracji Luciano, maleńka urocza knajpka przy gmachu Opery, świetna
kuchnia na obiad i atmosfera. Podjął nas deserem, czyli melonem, winem i
kawą, słonymi ciastkami. Dam mu grafiki do wystawienia.
Wróciliśmy północą zmęczeni, ale dość siły na pieszczotę i miłość; a co
na dobranoc? opowieść o kwiatku jaśminu, który przejęty wieściami południowego
wiatru zachciał koniecznie wędrować; co? kwiatek jaśminu wędrować? tak,
czyli się trudzić w przemianach pachnąco. Mówiłem też, dlaczego dociekam
początku kosmosu i życia. Jest tyle światów istnienia, galaktyk i zjawisk,
a wszystkie fascynujące! tego nie podobna objąć umysłem. Ale kiedy się zbliżam
w sobie do początku, do punktu, który w stanie przedeksplozywnym zawiera
w sobie wszystko, z czego stanie się przestrzeń, energia, masa i czas -
w stanie początku intuicja porusza się sprawnie, ona tylko ona może sprostać
istnieniu. A może mi się zdaje, skoro słowa na temat nie umiem powiedzieć?
Gdy tak mówię, a Gudrun zasypia na moim ramieniu, mnie także unosi fala
liryczna i zabiera w sen.
Piszę to rozmarzony, a jakże, przebudzony! pójdę na górę, wyniosę śmiecie;
wkrótce będzie tu Petra, ruszymy do roboty.
Dochodzi chyba północ w nowej Galerii-cafe; przyszedłem tu pisać po dniu
rozżarzonym do boleści, nie wiem czym i jak; nie mówię, że do białości,
bieli dość dzisiaj, wiele godzin ją smarowałem po ścianach na pohybel szarościom.
Petra przyjechała do pracy wstrząśnięta; Christian rano na badaniu oczu,
trwało parę godzin, nie zostało ukończone, czekają go nowe badania, a także
prawdopodobnie operacje, w liczbie mnogiej; grozi mu pełna ślepota.
Mario i tu przykłada cegiełkę do absurdalnej budowli, powiedział mianowicie
do Petry, przyjacielskie zwierzenie, że Christian umrze w ciągu roku. Rozmawiamy
chwilę, a właściwie słucham skarg na jego permanentną agresję; Petra usiłuje
sprawę pojąć przy pomocy wujka; umierał na raka i ostatni rok życia zamienił
w piekło, wyprawiał straszliwe harce, nienawidząc wszystkich i wszystko
wokoło; może tu podobnie? Wyraźnie boi się Christiana, jego ataków wściekłości.
Boi się także siebie; znużona jego ustawicznymi pretensjami do życia, codziennymi
zapewnieniami, że śmierć byłaby wybawieniem, umartwiona wrzaskami, staje
się chwilami okrutna, zdobywa się na proste stwierdzenie: - Umieraj!
Zdaje się chwilami, że tylko pisanie i książka go trzymają przy życiu. Fakt,
pisze codziennie, pracuje bez przerwy, linijka czy stroniczka dziennie przychodzą
mu z najwyższym trudem.
Pracuje na alibi! jestem zawsze gotów do bezpardonowych stwierdzeń, jest
tragiczny z lenistwa. Kto to widział - zdanie lub stroniczkę na dzień! London,
gdy nie miał co pisać w swojej dawce paru tysięcy słów dziennie, przepisywał
rozdziały książek, które lubił, aby trenować dłoń i umysł. Szklanka wina,
łyk haszyszowego dymu lub kielonek wódki zwalają Christiana z nóg, albo
prowadzą do zdarzeń, jakim świadkowałem; przy tym nie może usiedzieć, tak
chce się dorwać do szklanki, fajki.
- Ach, przyjacielu, jak nie umiemy żyć! - takie westchnienie rwie się z
piersi do lotu na widok Christiana. Ma zakłócony zmysł równowagi, a chodzi
uparcie w drewniakach - dla elegancji, żeby się wydać wyższym, bo mają podwyższony
obcas; na boso chyba nigdy po trawie nie biegał. Chodzi źle w sztywnych
butach, zatacza się i przewraca, nic dziwnego więc, że z domu na spacer
nie wyjdzie, chociaż właśnie ruchu i powietrza najbardziej mu trzeba. Całe
życie brzydzi się pracą fizyczną, a ciało, nieużywane, psuje się. Pali mnóstwo
papierosów i robi wszystko, co szkodzi. Chce przyśpieszyć swój koniec? Nie,
chyba nie, kocha żyć, ale - chciałby żyć inaczej, powszechna choroba.
Liczy na to, że wkrótce skończy pisanie książki i rozbłyśnie jako geniusz,
ale jego książka, ha! chętnie nie znam się na literaturze, nie może być
aż takim wydarzeniem! Pewnie niełatwo ją będzie wydać, skoro tak ciężko
czytać. Z różnych powodów; mnie się widzi, że przepojona jest nienawiścią
i złością; żadnego pozytywnego uczucia, nic zadumy, miłości. Ironia, szyderstwo,
zjadliwa zaciekłość. Jakie dziwne jest życie. Jak jasne to, że tworzymy
los. W niewiedzy. Nie wiemy, co robimy; spotykają nas nieszczęścia, upatrujemy
przyczyn w świecie albo u innych ludzi, a przecież to wszystko sami robimy!
Działaniem albo lenistwem, mozołem źle skierowanym, radością albo krzywdą
- stwarzamy los, gotujemy życie.
To nie są abstrakcyjne rozważania, odnoszą się do niego i do mnie; dotykają
Ciebie?
Spotyka mnie cierpienie, i często widzę jak powstało - z moją pomocą, lub
moim brakiem pomocy; że narzekam chwilami? boli, więc narzekam. Dobrze,
że pojmuję, przerabiam swe życie na pasze treściwe - jest tylu złaknionych
i głodnych.
- Na paszę dla świń! - powie anarchistka Ewa.
Niech mówi, co chce, życie przyniesie - jeśli bozia jest naprawdę łaskawa
gdzieś tam za brodą malowaną przez tylu malarzy - jeszcze wiele obrazów
i wierszy, na tym tekście się sprawa nie zaczyna, nie kończy.
Na ile to moja osobista sprawa? co działa przeze mnie, gdy działam? czym
jest energia, której dreszcze śmigają przez mięśnie, kiedy maluję? To nie
jest moja energia, powiem Ci w zamyśleniu, to ona przecież sprawia, że rozwijają
się zielone liście.
Też się rozwijam.
Przerwałem malowanie, jak widzę; belka bristolu leży bezużyteczna, nie przyda
się więcej.
Chyba się narobiłem setnie; chyba tęsknię do wielkich formatów i głębokich
przestrzeni; ech, mieć setkę płócien!
Zawsze byłem dostatecznie wrażliwy, nieśmiały; w Berlinie przemiana, kształci
się nowa jakość cenna w pracy artystycznej: bezczelność; jest zawsze na
miejscu, gdy działa w parze z czułością. Nie oglądać się na nic i nikogo,
pracować z otwartością i bezwzględnym oddaniem - oto droga; innej nie ma.

Ach, jutro wraca Rotraut; bardzo ją polubiłem zdalnie w te słoneczne dnie
spędzane na balkonie, ale będę ją nazywał siostrą.
Gudrun podjęła dziś studia, nie chce pozostać tylko inżynierem; wielkie
wydarzenie, dostanie jutro z tej okazji kwiatek; piękne, że chce budować
domy! hej, jeden dla nas świetlisty! pojechała dzisiaj do siebie, ale gdzie
będzie mieszkać za tydzień? gdzie, kiedy odjadę? nienapisane życie wspólne.
Niedobry dla niej dzisiaj w mym odczuwaniu. Nie jestem dobry dla Michaela,
wystawa jest mi potrzebna, ale już nieznośna; nie chce mi się następnego
malowania - teraz galerii; nie chce mi się robić projektów zaproszeń i plakatu;
nic. Zwierzę Ci, że chciałbym jechać - ale nie mam na bilet. Mam długi;
spłaciłem już drobne, u Michaela zostaje tysiąc. To drobiazg. List do Ciebie
wkrótce się zakończy w tym 150-stronicowym czerwonym zeszycie od Gudrun;
liczę tygodnie, jakby coś jeszcze miało się przydarzyć.
Przyjacielu, może to zwykła tęsknota do przyszłości?
|
| Środa i już 25 kwietnia.
Wczoraj: nudny poranek aż do przyjazdu Gudrun na kochanie; moja podróż
do galerii B, aby się przedstawić, ale szef zajęty, mam wrócić jutro;
powrót do domu na obiad, nadzwyczajne kochanie; praca z Petrą i prawie
Christianem w ich mieszkaniu, a sen nie przychodzi.
O trzeciej nocą pomyślałem już bodaj raz trzeci w miesiącu, że wiosna,
czyli nie potrzebuję kraść prądu; wstałem, zdjąłem pokrywę licznika i
odkręciłem druty; kable zostały nagie, ale pokryłem je dużą warstwą kurzu.
Założyłem pokrywę, wkręciłem śruby, również pokrywając je kurzem. Na oko,
parę lat kurzu. Dobrze zasnąłem.
Teraz uważaj! o siódmej rano budzi mnie pukanie do drzwi, otwieram zaspany,
a przede mną młody człowiek z narzędziową torbą, mówi, do kontroli instalacji.
Zapraszam do środka, czuję się zupelnie przebudzony, wkładam spodnie i
myję twarz wodą, gdy za mną od strony licznika słyszę coś w rodzaju: -
Ho ho! - ale nie interesuję się widocznie. Młody człowiek wychodzi do
auta, powraca z kablem do wymiany. Jeszcze chwila i dziękuje, już mogę
włączać wodę na herbatę. Co Ty na to? niby jestem chaotyczny i zalatany,
ale w porę robię swoje! to słynna łaska pańska, która głupka strzeże?
Gudrun kasłała już na święta, dzisiaj chora na dobre: potworny kaszel,
gorączka i słabość; teraz zasnęła. Też mam kaszel i katar, ból głowy;
bez sił. Nie mam Ci do powiedzenia ani energii do pracy; czuję się jak
zużyta opona samochodowa; już do niczego, a długo potrwa, zanim się rozpadnie.
Się przecież nie wyspałem, dlatego kiepściutko.
Dzień zaczynał się słonecznie, teraz ciągną chmury.
Rotraut jeszcze nie wróciła, co się dzieje? Pójdę na spacer, żeby nie
narzekać.
Czwartek lekko rozchwiany po wczorajszych
szampanach w nowej galerii Michaela; dobrze się czułem, świetny kontakt
z ludźmi, zwłaszcza kobietami; bawiłem siebie i innych żartami i tańcem,
błaznowałem w przeczuciu nowego zawodu? Gudrun dostała z tego wspaniałą
pąsową różę.
Dziś jasno i ciepło, znów prawdziwie wiosennie, przecież to koniec kwietnia;
siedzę i piszę na tej samej trawie nad jeziorem - dzi-siaj bez słoni -
ale prawie po faktach! Głosy ptaków, plusk wody, czyste powietrze i cisza,
jak w środku natury. Południe. Wracam z polskiej misji. Zdarzenie podobne
temu sprzed dziesięciu dni zaledwie w dekoracjach: ta sama ulica, budynek,
drzwi i tęgi pan Przemysław - jakże inne w szczegółach.
- Znowu będzie pan na mnie krzyczał? - powiedział na mój widok; musiało
się to spodobać. Przedłuży jak mu wolno, o trzy miesiące, a ponieważ prosiłem
o rok, prześle papiery do kraju. Dziękuję uprzejmie; sam pojadę do kraju,
poproszę o przedłużenie na trzy lata. Więc wszystko zależy od humoru urzędnika?
Gbur wtedy, przyjemniak dzisiaj; a może na mnie ktoś przyjaźnie doniósł?
Dostałem od Michaela kontrakt na wystawę; wstąpię do galerii B w drodze
do domu, jutro się przejdę do galerii K; może coś zdziałam przed wyjazdem.
Oddycham głęboko.
Jakże piękne by było, co się nie zdarzyło; gdyby w takim powietrzu przestrzeni
naturze i ciszy malować. Ba, to dla bogatych. Artysta potrzebuje biedy
jak bogaty chleba, umiarkowanie.
Gudrun moja miła chora; okropny kaszel, nie wiem co począć; ma pecha!
Zaczyna studia, powinna zapisać się na zajęcia, wybrać projekty, w których
będzie uczestniczyć i profesorów, z którymi będzie pracować, a tymczasem
choroba! W dodatku traci wkrótce mieszkanie, i co? zamieszka ze mną? mieści
się tyle, zmieszczą się jej rzeczy, ale miejsce do pracy? Dobrze, słonko
grzeje, ciasnota staje się przestrzenna. Ucieszy się miła, bo paszportowo.
W galerii poznałem wczoraj Birgit: ciemna, wyraźna w pinku i czerni, o
duszy jasnej i otwartej; spojrzała, kiedy wchodziłem i uśmiechnęła się,
więc zapytałem, jak się żyje; czasem fatalnie, często wspaniale, studiuje
i robi teatr, ciepło! chce pracować z ludźmi i dla ludzi, zwłaszcza dla
tych, którzy żyją w biedzie. Suzanne blondynka skończyła pedagogikę, parę
lat pracowała z dziećmi, ale ma tego dość ze względu na przełożonych,
którzy narzucają metody wychowawcze. Michaela skorpion rumunka wariatka-sexy.
Dorothy. Jeszcze inne poznane, pocałowane, dotknięte lub nawet pieszczone
różą, która teraz z Gudrun.
Bezczelna to róża, uwierz! Wziąłem najpiękniejszą z bukietu, w ten wieczór
i noc dotykała ust, policzków i piersi, bezwstydnie pieściła kwitnienie
dziewczęce; a kiedy dawałem wąchać, to uprzedzałem, że kokaina miłosna
ten zapach, uważaj! dwa wdechy - i dokąd cię niesie? Zaniosłem ją chorej.
Miłą chwilę ugwarzyłem z rzeźnikiem. Pieściłem Dorothy różą. Powiedziałem
do dystynkcji pana w szarościach zaciekawionego, co sądzę o sądzie albo
coś takiego w sztuce, że ma piękne ucho. Starsza pani małpa w koralach
doczekała się też komplementu, powiedziałem, że ma prześliczną wnuczkę.
Towarzystwo na wieczorze do dupy, intensywnie obecna mała burżuazja, nieduże
mieszczaństwo. Rysunki Uwe nie podobały się publiczności, moje pochwały
widziano jako dalsze błazeństwa; nic dziwnego; słabiutkie toto, bez jaj.
Minęły mi dwa trzy kwadransy z Tobą nad wodą jasną i czystą; wracam do
misji, chyba pieczątka w paszporcie już wyschła.
Noc. Gudrun poważnie chora; zerwała się w gorączce i chciała jechać do
domu w nagłym podejrzeniu, że mi przeszkadza. Uspokoiłem, to miłe troszczyć
się o nią; jedynym elementem zbytecznym jest tutaj choroba. Moją panią,
się zdaje, akceptuję docześnie w każdym stanie.
Jestem zmęczony; wróciłem z paszportem do domu, zadbałem o Gudrun, napiłem
herbaty, pojechałem wozem Petry do galerii B; ten sam młody człowiek,
co we wtorek, ale prosi o teczkę z obrazami i przeźrocza to szefowie zobaczą,
acha.
Pomagałem Petrze w pracach; byli także Kazik i Zbyszek - sprawni w robocie
aż miło. Wściekłem się przy okazji; pomoc, więc także w zakupach. W Bauhaus
fajna tapeta niedroga wszystkim się podoba. Nie kupili. Podróż do innego
sklepu i wybór najtańszej, idea oszczędzania dochodzi do głosu, to jest
tapeta zrobiona z granatowych cegieł; protestuję, przyniesie depresje;
wskazuję na inną, również niedrogą i chujowieńką ale jako-tako; do toalety
godzę się na najtańszą; kupili. Śmieszna oszczędność dziesiątaka, a przecież
z tym ma się żyć. A teraz się oznajmia, że to ja dokonałem wyboru, prawda,
i każdemu opowie.
Tymczasem Rotraut wciąż nie wróciła; dzwoniła do Dorothy, zapowiadając
przylot wieczorem, od dawna noc, i nic.
Pierwsza nocą, zaczyna się sobota. Moja wariatka
poczuła się lepiej, więc poszła na spacer. Oto wraca, wchodzi przez okno,
zatem, Przyjacielu, nie napiszę więcej; nie mogę dopuścić, aby była o
Ciebie zazdrosna; zajęcia będą przecież kontaktowe.
Ostatni dzień kwietnia, poniedziałek, jest
dniem upiorów, duchów i demonów - stwierdziła Gudrun, budząc się o piątej
rano na tyle głośno, aby mnie obudzić. Wstałem zatem, napilem się z nią
kawy; nie chciałem śniadania, nie wiedząc jeszcze, co przyniesie dzień;
tyle miałbym Ci do napisania w ostatnich dniach, ale żadnego czasu, codzienne
przeprowadzki P i Ch, opieka nad chorą, znój czynności powszednich, jedzenie
pranie mycie golenie zakupy gotowanie zmywanie.
W piątek wróciła Rotraut niebywale świeża, opalona i przejęta Afryką,
a może jeszcze bardziej tym, co zdarzyło się ostatniego dnia; kiedyś opowiadała
o śnie, w którym Rony pobiła, a teraz zrobiła to na jawie - na pożegnanie
za udane wakacje? z miłości? Kobiety, niestety, łatwiejsze do kochania,
niż do pojmowania. Była w moim pokoju dwa razy, przyjaźnie mnie i chorej;
bardzo mi się to podoba.
Michael, free-lance-boss, porzucił Kristinę, bowiem wróciła do Berlina
Ewa; kochają się znów serdecznie; on biegnący do samochodu, ona za nim
z rozwianym głosem i szlochem w piąstkach wzniesionych ku niebu.
P i Ch już mieszkają tutaj; ileż roboty z przeprowadzką! dwoje ludzi,
a jaka masa rzeczy, mebli, maszyn, książek, ubrań, automatów! zmęczony
jestem do jutra. Wczoraj uprzątnęliśmy do końca stare mieszkanie, wyrzucając
przez okno do ogrodu starty rupieci i drewna, z krórych następnie zapłonęło
wielkie ognisko, ostatnie dla nas w ogrodzie, pierwsze w tym roku.
Płonęły rupiecie, nadzieje, wspomnienia, paliła się przeszłość, a na końcu
dwa wielkie prostokątne stoły ułożone na krzyż! usiadłem w środku, aby
medytować; gotów płonąć, ale Rumpel i Christian, Ewa i Elize nie potrafili
powiedzieć, za co tak na stosie. Więc pozbierałem mrówki oszalałe biegające
po drewnie i zszedłem, wyniosłem je na trawę, głupi, przecież i tak nie
znajdą mrowiska. Posadziłem na stosie zastępcę, wielkiego smoka z cyny
lub ołowiu, co nie wiadomo skąd w ich domu. Stoły stanęły w ogniu a smok
w płomieniach i dymie nader malowniczo topił się, struga srebrzystego
metalu płynęła po drewnie, podsycając płomień. Czyniłem zaklęcia, mówiłem
wiersze, wszystko na próżno w pociągu znikąd do nikąd.
Natomiast z Leszkiem kolegą z Warszawy nie znalazłem wspólnego języka,
chociaż ideały nam przyświecają.
Sierpniowa pełnia księżyca przed czterema laty tutaj, wtedy wielki krąg
z cegieł wyznaczał zasięg ogniska, a kiedy w trakcie biesiadowania wypełnił
się żarem, przynioslem z Michaelem ogromny okrągły blat stołu z dębowego
drzewa. Niemal przykrył ognisko; przepalał się od środka zwolna, i wkrótce
był kręgiem płomieni, wokół którego siedzieliśmy w kręgu jak oczarowani,
pod okiem pełni.
Piękny jest wieczór, nie pamiętam wiele z wczoraj; wiesz, jak z przeszłością
- niech zanika i pachnie nikomu, gdy jestem prawie chory; boli gardło
i kaszlę, zmęczony tygodniem. Piszę, prawie zasypiam.
1 maja wieczór, chłodno, jasne niebo, sierp
księżyca, łagodne światło lampy. Gudrun pierwszy raz od tygodnia nocuje
u siebie, od dawna nie malowałem; dziś zmęczony pracami z Petrą, gdzie
montowałem regały i lampy. Jutro mam nowe zajęcie nadobowiązkowe - malowanie
galerii, czyli praca od podstaw - nad wystawą przecie.
Siedzę przy stole, czy to Cię nie dziwi? stare biurko odremontowałem i
pomalowałem lakierem na biało. Wszystko na biało! prawo do koloru mają
tu tylko obrazy i kwiaty. Boli gardło. Na podłodze jasna trzcinowa mata;
mój pokój wiosną jest komfortowy; Kristin greczynka mówi, to pałacyk Momo;
nie wiem, co to znaczy.
Gudrun była u lekarza prawie po chorobie; ma silny bronchit, co wskazuje
na przeciągi w psyche. Trochę mojej zasługi, akceptuję ją w pełni co chwila,
ale hoduję za szafą mniemania o życiu, nie zawsze bywam pusty, nie zawsze
z nią. Inna sprawa, mówi Rotraut, że wobec silnego kontaktu ze mną wychodzą
na powierzchnię świadomości Gudrun jakieś węzły psychiczne dzieciństwa;
trzeba być delikatnym, gburze! bowiem jestem uważnie słuchany.
Wyrażam swą wolę z całym przekonaniem - mówi Gudrun - nie sposób robić
coś innego, niż sobie życzę. Takim zdolny? zatem winienem sobie życzyć
najlepszego i nie mieć życzeń. Spełniać życzenia, które wynajduje.
Dobrze, więc powiem:
W Obłoku Magellana
rzecz niesłychana!
spotkały się dwa słońca, zdziwieniom nie było końca!
szybko się obwąchały,
w spirale porozkręcały,
jęły się kochać, ze szczęścia szlochać.
Wynikły z tego różne planety,
niestety.
O rety rety; a na oknie stoi wielka ceramiczna misa wypełniona jasnozielonymi
pióropuszami rozwijających się konwalii; wczoraj wykopałem z byłego ogrodu
P i Ch połać ziemi z wieloma krzaczkami, ciekawe, że nie widziałem nigdy
przedtem konwalii we wczesnym stadium; wyglądają jak kły bambusa; ciekawe
bardziej, czy po przesadzeniu zakwitną. Stoją na parapecie zewnętrznym,
obok pąsowych, różowych i żółtych kwiatków, co w ogrodzie dzieciństwa
zwały się "babki".
Przychodzi mi do głowy i puka uwaga, że organizmy żywe lubią środowiska
stabilne, w których mogą się mnożyć. Rację ma mama, że jestem odmieniec;
mimo ociężałości ewolucyjnej dążę do odmiany, i nie chcę się mnożyć. Czyżby
zmiana miała być na ziemi celem, wyzwoleniem? Może jest tak, że, będąc
przekazem, jestem tylko innym, co to miejsca nie może znaleźć, bowiem
skądinąd.
Drugi wietrzny, burzliwy; spałem do dziesiątej,
zjadłem śniadanie i znowu zwaliłem się w sen. Śniłem Wandę, przyjechała
do Berlina z Sebastiankiem, gdzieś mieli mieszkać, ale nie wypaliło, wiozłem
ich starym busem do siebie, patrzyłem uważnie, mały spokojny, ona zakłopotana
jakby sobie sprostać nie mogła, pierwsze zmarszczki na szyi, ładna; jechaliśmy
do mego domu, w którym byłem żonaty, czułem się niepewny, jak żona zareaguje
na gości.
Sztormowe popołudnie, napiłem się kawy, myślę o początku świata; nie mam
siły piechotą do sklepu i dźwigać kubły z farbami; Michael nie dał wozu,
tylko kartkę, aby materiały wpisywane były na jego konto; Micky Majcher
dzielnicy.
Teraz późny wieczór; byłem na spacerze raczej biegowym w parku, tak chłodno.
Wziąłem torbę na kwiaty, ale nie łamałem niczego, pozbierałem tylko kwietne
gałązki lipy, połamane przez ostatnie wichury; zrobiłem piękny talerz
z kwiatami.
Piszę przy świecy; Gudrun śpi ciężko, zmęczona życiem: uniwersytet i tyle
pracy, niedobra atmosfera wśród dziewczyn, z którymi mieszka; wariatki
emancypacji, co to polega na używaniu mężczyzny jako obiektu seksualnego;
czyli zamiana tradycyjnych ról, wariatkowo; może zresztą spotykają mężczyzn,
których do czego innego używać nie sposób.
Wizyta P i Ch tutaj zostawiła w powietrzu ciężkie plamy depresji i nerwic;
po ich wyjściu miła poczuła się źle, chciała iść.
- Rób, co chcesz! - odpowiedziałem z życzliwym uśmiechem. Poszła z uśmiechem.
Przechodziła Rotraut potrącając mnie zapytaniem, dlaczego wziąłem jej
talerz i nic nie wspomniałem?! jakby nic innego nie było do powiedzenia,
np. dziękuję za opiekowanie się domem. Kiedy stała przy oknie patrząc
na mój ironiczny uśmiech - wróciła Gudrun, wzięła z parapetu okna klucze,
otworzyła sobie drzwi.
- Mogę tu zostać? - pytanie, jakby nie wiedziała.
- Ależ tak, możesz być ze mną we wszystkich nastrojach.
Poszliśmy do łóżka, wziąłem małą w niej dziewczynkę w ramiona, opowiedziałem,
co się przydarzyło w parku. Pod koniec opowieści przyszedł na nią sen,
wstrząsowo rozluźniając ciało i spowalniając oddech. Śpij, dziewczynko,
mój głos po zamęcie dnia łączy cię z naturą, pozwala być w czasie rozległym,
otwartym na przestrzenie i marzenia, a nie skupionym w bolesną piąstkę,
jak w dzień.
Opowiadałem, że poszedłem do ogromnej wierzby nad stawem w północno-wschodniej
części parku; jej wielkie gąłęzie wiszą nad zamyśleniem łagodnie, jeden
konar wygina się łukiem sprężystym i tworzy wygodne miejsce do siedzenia
lub leżenia, metr nad ziemią, dwa metry od wody. Siedziała tam Gudrun
na którymś spacerze, pozdrowiłem więc wierzbę od niej, przychodząc; usiadłem
na konarze prosto, rozluźniając mięśnie, zamykając oczy, poddając się
delikatnemu ruchowi w wietrze, stając się tą gałęzią w przeczuciu inności
życia między listkami i korzeniami. Otworzyłem oczy i niemal na jawie
widziałem film, jaki bym robił o Berlinie, życiu i miłości.
Podniosłem głowę do góry, spojrzałem w potężną koronę wierzby z wielometrowej
długości witkami, i powiedziałem głośno:
- Pozdrawiam cię! - a w tejże chwili powiał wielki wiatr, wzdęły się witki,
gałęzie, konary w sprężystym ruchu wraz ze mną, szum drzewa był odpowiedzią,
a chwila zdumieniem.
- Królu! - dodałem, i znów powiał przejmujący wiatr, drzewo skupiło się
w potężnie orkiestrowanej odpowiedzi, niosąc mnie w tej muzyce.
- Który mnie niesiesz troskliwie jak ja!
Szum rozłożystej korony raz jeszcze odpowiedział w magii i harmonii, aż
wybuchnąłem śmiechem w poczuciu całkowitego kontaktu; śmiałem się ze szczęścia,
bo śmiesznego nic się nie zdarzyło.
Nic zabawnego w wizycie P i Ch gdy wróciłem, jak dwie kataryny na melodii
negatywności gadali, czego nie lubią u innych! oto temat zwierzeń do dzielenia
się z nami!
Źle to zniosłem, prace fizyczne mniej wyczerpujące, niż psychologie; Gudrun
poczuła się tak zniszczona, że nie znalazła nawet ze mną kontaktu - ale
poszła do parku i dzielnie wróciła, by zasnąć w mych ramionach. Dochodzi
północ, zrobię skręta i pójdę na piwo: noc wielka woła!
|