CZŁOWIEK OKO, 10

blog 22.07.1978 - 22.07.1979

Wis - Wieslaw Sadurski

W czwartek rano odwiozłem Ewę, przyjechałem do Grunewald; siedzę w porannym słońcu nad jeziorem, mam całą godzinę, polska misja otwiera się o dziewiątej. Zostawiłem wóz na ulicy, poszedłem przed siebie w aleje; to piękna dzielnica, ogrody, wille, lasy i jeziora. Czy ludzie tutejsi wiedzą o Kreuzbergu, który parę kilometrów dalej? nigdy tam nie bywają, bo po co? cóż mają tam do roboty?
Po prawej most nad przesmykiem między jeziorami.
Trawa już oschła z rosy tu, gdzie siedzę i piszę do Ciebie. Słyszę nagle głębokie stęknięcie, zupełnie nowy odgłos; spoglądam, a po moście spaceruje kawalkada słoni; jest też parę wielkich aut; z tej strony mostu wielki wóz ma od tyłu dostawiony ku ulicy pomost, ludzie w oranżowych kombinezonach wyprowadzają tyłem młodego, nieco mniejszego słonia.
Oczom się wierzy przecież, prawda? Na środku mostu słoń robi wielką kupę, po chwili ciężki ciepły zapach dociera do mych nozdrzy, zupełnie nowy; przypomina nieco końsko-krowskie łajno, przecież to wegetarianie.
Teraz się wszystko uda w misji; to dobry omen, tak potrzebny, bo paszport był ważny do wczoraj! Gudrun medytuje o tej porze w Münster; mówiła o centrum medytacji i czasie od siódmej do dziewiątej; posyłam jej parę choler serdecznych na mantrę.

Czwartek się kończy, piątek zaczyna od imienia Dorothy; opowieści będą o nim krążyły cały dzień, jak się wyśpię; jest już trzecia, wstawiony, bo tyle szampana. W pierwszą wiosenną pełnię dotknąłem ustami kącika ust Dorothy zalotnie i cudnie nadstawionego mi przez resztę; jej taniec zwinny i swobodny, bladość zwiastująca długą do mnie tęsknotę! czemu właściwie ją zostawiłem beze mnie w tę noc? by mieć teraz tę chwilę nostalgiczną z Tobą, gdy ona tam przeczuwa szloch i szczęsny spazm? Gdybym się starał, albo - gdybym nie potrzebował tej nostalgicznej chwili - mogła się przytulać zamiast do siostry do mego ramienia, brzucha, uniesienia. Dobranoc, pośpię teraz, sam!

Wielkopiątkowy wieczór zastaje mnie na balkonie Rotraut. Znów cały dzień w słońcu, daję sobie leniwe bezmyślne wakacje, niezdatny do malowania. Teraz wraca nostalgia tęsknica nie wiadomo o czym i do kogo.
Nie mam nastroju do malowania, trzeba dzień święty święcić.
Jestem przy świecy, głośno leci z płyty japońska muzyka Zen, czysta i głęboka jak niebo wysoko, nakłuwane pierwszymi gwiazdami.

Więc 1979 lat temu krzyżowano Jezusa. Dziwne, dziwnie stałe są obyczaje na tej planecie. Umarł jak człowiek, poprostu, zamęczony przez bliźnich.

Lepiej późno niż wcale odwiedziłem wczoraj polską misję; pan Tadeusz attache kulturalny mówił mi możliwości wystawiennicze; wziąłem formularze paszportowe, przyniosę wypełnione we wtorek.

Michael w ostatniej chwili zaprosił mnie jednak na otwarcie nowej Cafe-galerii, narzekając, że miał tyle pracy, a ja mu nic nie pomogłem; faktycznie robił sam i w ukryciu. Wystawia Uwe delikatne kulturalne obrazki, łagodność i rzewność, burżujska sztuka; on miły człowiek, a jego dziewczyna Michaela to wulkan; rozmowa o miłości i sztuce; maluje duże obrazy, czerwień i miłość, czerń i nienawiść, zaprasza mnie do pracowni; ma sto metrów kwadratowych, rozumiem te formaty!
Wielu wszystkich znajomych; bawiłem się dobrze, także zachowaniem Michaela, który wystawianemu artyście kazał podać szampana dopiero po ostrej i głośnej interwencji Michaeli. Napiszę Ci, bo zabawne, scena jak z filmu, żarł z podobnymi do siebie specjalnymi gośćmi kurczaki i świnie, pękały szampany, leciały grube jointy; kiedy zapytałem, czemu się pali jednostronnie, odparł:
-To zupełnie inny stolik! - ale też odebrał jointa Wolfgangowi i podał mnie; pewnie, że po sesji jedzenia, picia, palenia rozluźnił się nieco, i nawet zagadał do Uwe dwa razy.
Jest coraz większy i grubszy, a ukryć się chciałby zupełnie; czarne okulary, dłoń z papierosem osłania twarz. Biedny bogaty - pojmiesz, o co chodzi? Tak biedny, że zazdrości mi biedy! wolności, sztuki, braku pieniędzy. Ma za złe innym, że inni; pomieszanie z poplątaniem. Przedstawia mnie ludziom wszakże chętnie jako przyjaciela artystę.
Dużo z Ritą i George, to były judoka dużej klasy, teraz maluje mieszkania, tapety i podłogi, bo była z nimi Doris tak urocza, że gotów byłem się zakochać. Ale serce dziurawe, kapu kap wszystko przecieka, albo kończy się na zawrocie głowy; oceń sam, co gorsze.
Pajacuję? Gdy poznaliśmy się w Zielonym Palcu przed tygodniem, byli wszyscy na tripie lsd, teraz się wyjaśnia; ciekawe, oni tu na tripie piją alkohol!
Wspomnieć Hashima z Iraku, 10 lat w Berlinie, 8-letnia córeczka, młodszy ode mnie, a już szpakowaty, mówi, od nadmiaru przeżyć.

Wieje wiatr, świeca migoce. Dzwoniła Mane po powrocie z Togo, lubię ją, jest dobra. Wielki złoty księżyc, pierwsza wiosenna pełnia; nie powieszę się, pewne. Mam wino, nie smakuje dziś reńskie, naparzyłem herbatę. Nastawiam płytę z sonatami Bacha na flet. Grzmi w niebie odrzutowiec. Wraca ten moment z galerii, gdy Gudrun miłośnie chwyciła mnie dłońmi za gardło. Dziwna miłość, wielką się zdała, jak wiatr się rozwiała.

Gdyby mieć jedną godzinę ciszy z dala od łoskotu miasta!
Po świętach, które spędzę w słońcu, bo dnie idą pogodne, będzie kupa zajęć, misja i paszport, Urząd i transport obrazów, Cafe Einstein spotkanie i Cafe Anzelmo. Michael mówił wczoraj, że powinienem zrobić wystawę u niego. Pewnie, jeśli mówi poważnie, trudno się przecież rozeznać.

Jedenasta, niepokoję się trochę, Petra i Christian mieli dziś wrócić z Maroka, a wciąż ich nie ma.

Wielka sobota to rozjarzony i upojny dzień; o dziewiątej telefon Petry, prysznic szybki, wóz, flaszkę szampana po drodze, opowieści o ciepłych przecie krajach Maroka, pomrukiwania na Zbyszkowe nieporządki, skręt z Christianem albo pięć, jako że szczęśliwi wdechów nie liczą, i jeszcze opowiadania.

Spacer do domu i leniwe popołudnie w słońcu, jak trzeba, ale nerwowy podryg wieczorem i próba malowania, bo zapomniałem o przyrzeczeniu, że stop; klęska i guzik z pętelką; zniszczyłem dziewięć kartonów.
Przeglądam zatem całą produkcję, wybieram najlepsze obrazy do pokazania gdzieś w galerii. Trudna praca; reguła, że najwyżej jeden obraz z serii. Wyszło sześćdziesiąt sztuk, gruba teczka, kawał roboty; więc myślę okolicznościowo, że chciałbym pochodzić po galeriach, pokazać berlińskim manszardom. Dziwne, w Amsterdamie odwiedzałem z teczką wiele galerii, w Sztokholmie znalazłem dobrą galerię przy pierwszym podejściu, w Berlinie się nie fatyguję; a jest przecież parę miejsc, gdzie wystawa może radować.
Po świętach.
Wszystko na po świętach. Na dzisiaj - wyznam Ci chętnie, podoba mi się sześćdziesiąt obrazów, każdy inny kolorystycznie, wizyjnie, technicznie, przez wszystkie dźwięczy śmiech wolności.
Przyszedł Lim irlandczyk, przyniósł afgana, że omal nie padłem; prawda, nasza nostalgia z dala od rodzin, opowieści.

O 10-tej wieczorem wdrapałem się na górę, siadłem w medytację godzinę czy dwie przy świetle świecy i kadzidle; uspokoiłem się, wydobrzałem. Posprzątałem odkurzyłem, przestawiłem niektóre rośliny na balkon, inne w księżycowe światło - niech mają coś z pełni. Nie dostały wody, potrzebują lekkiego przesuszenia w słońcu. Pootwierałem wszystkie okna, jest wietrznie, przestrzennie. Prosto tutaj i jasno, taka dobra wibracja!
Czy pani tego domu, gdzieś pod afrykańską pełnią, jest pełna jasności? Zapewne! Czy Gudrun grzeje się w rodzinnym ciepełku, czy może w ramionach tego pana nauczyciela, żeby po doświadczeniach ze mną spróbować raz jeszcze?

O, patrz, jak kiepsko ze mną, wstąpił Michael, jedzie do Cafe-galerii a tam jest Dorothy i złoty księżyc nad nami ewentualnie! Ale ja malutki, dostałem kłonicą afgana między uszy! Nie chcę jechać, żegnam się z miłością zanim rozbłyśnie.
Powinienem się oczyścić, przepościć, medytować, oddychać; przygotować się do acidu. Pochodzić po galeriach. Moja twórcza epoka lata nie doczeka, być może reszta kartonów długo na akcję poczeka. Teraz zamierzam odpocząć. Chodzić i patrzeć. Robić hatha-jogę w parku i leżeć w słońcu. Pokazać się w galeriach, ewentualnie robić wystawę z Michaelem.

Za oknem paru chłopców wyje "pijmy jednym duszkiem" po niemiecku, co podobne jest świadectwom mej bylejakości na kartonach, które zniszczyłem; teraz pośpię, bo trzecia.

Wielka Niedziela nago w słońcu, w muzyce miasta przez cały dzień wchłaniam skórą blask. Wieczorem u Christianów, gdzie Waldi; ależ u nich chłodno! nie chciałem zostać ani z Waldim na kolację jechać; zjadłem kolację u siebie, chłodna noc, szumi Berlin w otwarte okna. Więcej czasu poświęcać sobie, więc pośpię.
Bardzo istotne: jutro jest dziś.

Odkładam na jutro. Dziś - chodzić po galeriach, zrobić głodówkę, przedłużyć paszport - skoro nie ma jutra, skoro tylko w dzisiaj jest szansa na przełamanie czarownego kręgu bylejakości i nędzy. Jakże bym rozkwitł w podróży! Jak długo jeszcze podróż zakotwiczona do alei Zamkowej w Berlinie?

O wystawie z Michaelem myślę w rezygnacji; maj już za pasem, rozwiały się sny, a dzisiaj list od Moniki z Paryża, gotowa przyjechać we troje z teatrem marionetek! Czy inny projekt u czarnego bossa może wypaść lepiej? Pisałem Ci o jego zachowaniu z wystawianym artystą! Nie szukaj tego, co ciebie nie szuka.

To poniedziałek, dzisiaj wstałem wcześnie, piję herbatę, medytuję w muzyce Zen. Gdy nocą zasypiałem, zadzwonił telefon; podszedłem doń taki senny, gdy skojarzyłem... że nikt z przyjaciół nie dzwoni, to może być Michael, lub Gudrun, nie podniosłem słuchawki.
Nie jestem przyjaźnie usposobiony do bliźnich; do ich wibracji właściwie; wczoraj u Christianów ten chłód i miedzyludzka beznadziejność! sami ludzie, własnoręcznie, stwarzają swój los, mówieniem lub nie-mówieniem, robieniem, lub nie-robieniem.
Jutro jest dziś, innego nie będzie, a skoro świąteczne mam ferie - trzeba je spacerować. Dzień się robi mglisty, nawet pochmurny, nie spędzę go w słońcu, nie szkoda wcale, jest czas wiosny, piękna każda pogoda. Słucham Wiosny Vivaldiego.

Refleksja, że, dzieląc się z Tobą, dzielę się mym życiem z innymi. Jestem artystą, mówisz; ależ znaczy to tyle, co: jestem hutnik, jestem rolnik, jestem ciocia szwaczka; istotne w tych wypowiedziach jest pierwsze słowo "jestem"; a to czym jestem, jak jestem - dzielę z Tobą, to wszystko, co posiadam.
Jesteśmy razem, jakkolwiek samotnie się złudzi, i życie ze wzlotami i przycupnięciami, bólami i radościami może być dzielone - na tej planecie, zgęstku materii i energii wirującym w przestworzach; wiem, chętnie sięgasz przeczuciem i myślą w układ słoneczny, przepastne przestrzenie galaktyki, we wnętrze życiodajnego kosmosu.
Ale tymczasem Wiosna się skończyła; ocieplę pantofle gazetami, bo są w chujowieńkim stanie, i pójdę w prawdziwą wiosnę, ha ha!

Pędzi zeschłe liście zeszłoroczne wiosenny wiatr,
słońce świeci żółtawo w pierwsze pączki,
pachnie donośnie, wilga
oznajmia swój rewir nad wodą.

Dźwięk piły mechanicznej na obrzeżu parku,
tło dźwiękowe miasta spoza szumu wierzb.

Biegacze ciężko dudnią na ścieżce, albo śmigają lekko,
matka i córka w granatowych sukienkach, jak dwie
czasowe kopie jednej tajemnicy,
para duża z córeczką,
której z dzieciństwa zostało tylko dziewictwo.

Idę tędy dla Ciebie, siebie i
przekazu
i widzę piękno, dobro, prawdę.

Mógłbym chcieć czegoś więcej?
wybrać inną drogę?


Wieczorem w domu po wizycie Petry i Christiana; są opaleni i zdrowo wyglądają jeszcze, a już potykają się w jamy głębokie; ach, sam człowiek robi dołki, w niewiedzy, w którą wpada! Nie ma przebaczenia, styl życia ku zapaści prowadzi; nic tu powiedzieć, ani przekazać nie można, jedne sprawy wynikają z drugich, wszystko jest koherentne i samosprzężne.
Christian- Życie jest bez wartości - mówi Petra.
- Dlaczego więc go nie zmienić? jak? radykalnie! nie roić, nie marzyć, zmieniać!
Robi to zresztą Petra, zmienia, uczy się hiszpańskiego, co pozwoli zrealizować marzenie o południowych krajach, lecz to jest powolne. Po co te orzeczenia wszakże? wyroki zaciemniają życie. Nie doradzę jej przecież przygody erotycznej z kimś takim jak Christian.

Tymczasem zapadł zmierzch, piszę przy biurku Rotraut; stała mi się znów bliska przez pobywanie tutaj, w domu, który mógł być naszym domem. Nie dla psa kiełbasa, dla wariata wstążka. Młoda pupa widziana po drodze przyprawia mnie o rozstrój jajników, czy jak to się tam nazywa - jej jajników! niepokalany instynkt płodzenia, wiesz przecież, co na przyzbie myśli.

Kwiaty i rośliny tutaj dobrze ze mną mają; wiem wszystko o pochodzeniu i potrzebach, troszczę się miłośnie beztrosko, jak lubią.
Napisałem list do Kasi w Londynie; szkoda, że nie mam adresu Basi w Paryżu i Ani w Amsterdamie; miałbym do zakomunikowania wiele o wiosennym życiu erotycznym kosów, o tym, jak się motyle motylą, przy biurku Rotraut wypadłoby to czysto i przekonująco.
Wypełniłem kwestionariusze paszportowe, odniosę je rano; wykąpałem się, jem banana.

Zmęczył mnie dzień; mogłem pójść tam i spotkać Dorothy, którą widziałem zaledwie dwa razy, Dorothy, którą raz pocałowałem, Dorothy, która mnie smuci, taka jaka jest, zasmucona, że nie przyszedłem.
Życie jest tycie tycie, albo ja punk.

17 kwietnia w chłodzie, pada sobie śnieg; jestem w Polskiej Misji, papierów się nie oddaje w okienku; czekam na przyjęcie przez bardzo ważną osobę, piszę na kolanie.
Tłusty wielki pan Przemysław wymyślał jak poddanemu; fakt, powinienem przyjść wcześniej, ale przesadził! uderzał paszportem w stół, krzycząc, że paszport wielokrotny mogę przedłużać tylko w kraju, że dostanę trzydniowy na powrót do Polski - jeszcze zanim wziął podanie do ręki!
Ty wiesz, czego on nie wie - nie mam dokąd wracać. Tu jest dziupla pracownia i coś się dzieje twórczego. Tam? gdzie się podzieję ze stertą obrazów i warsztatem? gdzie zamieszkać? u przyjaciół, których w międzyczasie utraciłem?
Jak reagowałem na krzyk? niech gwałt się gwałtem odciska! Ja zacząłem krzyczeć tak głośno, żebym ewentualnie słyszany był w korytarzu albo u sąsiadów; czy to za takie zachowania on dostaje polskie pieniądze, ja tu robię kulturę, a on uprawia terror. Zelżało momentalnie; mam wnieść opłatę - czyli wygrałem sprawę! i wrócić z paszportem raz jeszcze. Jakże to wzburzyło, przyprawiło o ból głowy.

Kos siedzi na gałęzi za oknem; wyśpiewuje swoje mimo chłodu i śniegu. Tak trzymać! Rotraut ma pewnie ciepło w Afryce. A Gudrun? jest w Münster, prawda? a niech sobie będzie z kim chce jak chce!
Ale nie pojmuję, co się narobiło; kiedy to się stało? kiedy to minęło? gdy zobaczyłem jej brzydotę, jeśli mnie pamięć nie myli.
Pada śnieg; ostatni tydzień były szczęśliwe wakacje, jestem opalony indianin; bodajże odpocząłem, nabrałem energii nie po to przecież, żeby ją wydatkować w spotkaniu z biurokratą.

Wpadł na herbatę Michael i poszliśmy na pizzę; wcale nie jest zachwycony moim ewentualnym wyjazdem; chce zrobić mi wystawy w galerii obok i Cafe-galerii równocześnie; jutro dalsze rozmowy.
Dziwnie mi bez kobiety, chciałbym się chyba sparować.

I smutno; któryś z moich demonów - bo niby dlaczego mam być niepodległy paranoi! - nadaje mi teksty: - Co, z galaktyki jesteś? to my ci, kurwa, pokażemy, skąd, kurwa, jesteś! ty chuju jebany, ty gówno, ty psie! Do budy łachudro, gnoju, głupku! artystą jesteś? łobuzem, kurwa, jesteś, do dupy ci nakopiemy.
Dziwaczne to szalenie; jeszcze żaden demon nie mówił do mnie w liczbie mnogiej!

Rotraut kruszynko droga pozłocista, masz jeszcze parę dni w afrykańskim słońcu, złotniej i rozkwitaj!
A może ja żadnej nie kocham? może te ekstatyczne miłosne wzloty - to tylko pragnienie miłości większej?
Gudrun, jeszcze nie mogę pamiętać cię tkliwie, jeszcze jestem królem śmierci - śmierci naszej miłości. Nie złamiesz mi kręgosłupa, nie napijesz się krwi; nie pozwolę się dotknąć! precz ze mnie, skorpionie, żabo, tajemnico!

Nie wiedziałem, co począć popołudniem, uważnie przejrzałem plony bieżącego roku; pięć setek obrazów - owszem, przeliczyłem, trzeba wariata zająć, żeby mnie nie powiesił.
Nieźle? naprawdę nieźle, są cudne; przy przeglądaniu ogarnia mnie uniesienie - ich energia udziela się, pozwala żyć.
Michael dziś zatroskany o mnie i ciepły, więc zapytałem dlaczego mnie nie lubi.
- Ja ciebie nie lubię? Przecież ja cię kocham!
Wiem, co wiem; nie lubi mego pobywania jako artysta, nie zna mych cierpień, zazdrości śmiechu i piękna chwili, które tak ulotne.
Mam wrażenie, że w efekcie krzyków przedłuży się paszport; zatęskniłem do Polski, chciałbym tam pojechać, zobaczyć przyjaciół, poczytać ich wiersze.
Ouspensky tak odróżnia pragnienie i wolę:
"Pragnienie realizujesz, robiąc to, co chcesz. Wolę - gdy możesz robić to, czego nie chcesz."

W moim pokoju od jakiegoś czasu mnóstwo mrówek. Nie wiedziałem, jak je traktować; pędzić? nie pędzić? Próbowałem je namówić na zmianę mieszkania, prósząc sól w miejsca schadzek, aż dzisiaj, widząc je na słoiku z miodem, pomyślałem, starcza miodu dla mnie, starczy dla wszystkich; łyżeczkę miodu rozlałem w kuchni; niech się posilą, skoro mają żyć.
Ale nie powinienem robić niczego, co nie jest konieczne!

Wstałem dziś wcześnie, całodzienny kociokwik czyni swoje - nie mogę zasnąć; jest czwarta, przeleżałem w łóżku niepotrzebną godzinę; filiżanka herbaty; siedzę przy piecu. Znalazłem na półce książeczkę o ciekawym tytule "Leczenie kolorem"; zaczyna się od obserwowania aury; ważne dla mamy i brata, bo oboje mają nadciśnienie: codziennie możliwie często przymykać oczy i wyobrażać sobie, że wdychane przez nos powietrze ma kolor jasnozielony.

Kolory Zodiaku: Aries czerwony, Waga niebieski, Byk zielony, Skorpion głęboka czerwień, Bliźnięta żółty, Strzelec purpura, Rak srebrny, Koziorożec czarny, Lew złoty, Panna brązowy, Ryby fiolet.

18-tego znalazłem długopis ulubiony w pisaniu do Ciebie; dostałem list od mamy z życzeniami i ślicznie miłosny od Gudrun; jednak trochę chorowała; wraca jutro pojutrze.
Co dziś robiłem? wielkie porządki! Najpierw u Rotraut, następnie w moim mieszkaniu, zajęło kupę czasu, aż lśni! Przemeblowałem pracownię, śmiech bierze, materac z lewa na prawo, regał z prawa na lewo, ale jest inaczej, więzień odmienił swój los.
Petra i Christian proszą o pomoc - płatną - w remontowaniu mieszkania w podwórzu, Christian oferuje dwie setki, chcą się przeprowadzać wkrótce.
Wieslaw w pracy
Piątek po północy w Zielonym Palcu; po kolei od wczoraj: malowałem wraz z Petrą cały dzień mieszkanie i szło nam dobrze; gdy po pracy poszedłem na górę i wziąłem prysznic - zadzwonił telefon; to Gudrun z pytaniem, czy otworzę drzwi; są zamykane o ósmej, takie berlińskie zwyczaje.
Otworzyłem - spojrzałem, oto znów szczęśliwy; Gudrun wróciła piękna, zakochana może jeszcze bardziej. Rodzina, przyjaciele, spacery, medytacje, wizyty - opowiada o wszystkim; a Markos? ach, przecież dotknąłem ją tak głęboko, nie zbliży się żaden mężczyzna.
Wróciła do Berlina, czyli, przede wszystkim, do mnie. Wspaniale się kochaliśmy nocą i porankiem.
Więc dzisiejsze malowanie mieszkania szło szybko i sprawnie, w śpiewie radości i tanecznych pląsach. Gotowe są wszystkie sufity! Pojechaliśmy na obiad do ich starego mieszkania, ziemniaki z pieczarkami, a ponieważ czułem się jak na budowie - w drodze powrotnej namówiłem panią majster Petrę na zakup pół litra wyborowej - jak remont, to remont! Spowodowałem niechcący zajścia historyczne, histeryczne.
Przyszedł Lim ze skrętem słynnego afgana, pomaga przy malowaniu, w trakcie sączymy wódkę malutkimi łykami. Christianowi trzeba maleńko, żeby się zaprawić, zmęczył się, upił i zasnął w fotelu. Petra się wścieka na widok; pracowała intensywnie i dzielnie dzień cały.
O siódmej przyszła Gudrun głodna, wypiła kielonek, poszła z Limem na pizzę; wróciła w chwili, gdy uprzątałem już malarski kram. Jesteśmy roześmiani i zakochani, co nie poprawia Petrze humoru, może bardziej spina; widzi szczęście, jest nieszczęśliwa, jakie to wyzwala emocje?
Robota skończona, możemy iść.
To ja mam budzić Christiana, ona go dziś nie chce. Budzi się, chce iść do toalety, mylą się kierunki, Petra krzyczy brutalnie, on równie głośno, ona go popycha, on przewraca się na podłogę w toalecie. Podnosi się niezdarnie, bo ma przecież zakłócony zmysł równowagi, sapie, lecz w ręku trzyma wieszak do ubrań duży z trzema hakami, drze się okropnie, wznosząc jak topór do góry; Petra ucieka do kuchni krzycząc. - Polskie gówno! - co także mnie spina. Christian wygląda strasznie. Wchodzę między nich w momencie, gdy Petra pada, usiłując go kopnąć ślizga się, albo przezeń popchnięta; rozdzielam zdecydowanie małżonków; odbieram wieszak Christianowi, który wobec mnie łagodny, żadnej agresji.
Gudrun tu przyszła roziskrzona, jak ona potrafi, w czasie eksplozji schroniła się do drugiego ciemnego pokoju; teraz wydaję stanowcze polecenie, aby natychmiast wzięła stąd Petrę i wyszła. Czynią to niemal biegiem. Uff.
Christian marudzi chwilę w toalecie, a kiedy wychodzi, gaszę światła, zamykam drzwi, prowadzę go pod ramię do samochodu.
Petra mówiła mi wiele razy, czemu nie chciałem wierzyć, że Christian po napiciu czy napaleniu staje się potwornie agresywny; doświadczam go takim raz pierwszy.
- A ona już nie będzie się na mnie rzucać? - pyta Christian.
- To raczej ty rzuciłeś się na nią.
- Ależ nie - stanowczo zaprzecza - atak nie leży w mojej naturze, ja nienawidzę walki, ja tylko się bronię, kiedy mnie atakują.
Nie oczekujesz ode mnie uwag nt. samozakłamania? to dobrze, nie jestem specjalistą w przedmiocie. Refleksja tylko, że można się okłamywać nic o tym nie wiedząc.
Wsiedli do samochodu i odjechali; może jej nie zabije, bo kto go będzie podpierał! Ciężka ludzka sytuacja, mrok egzystencji, która nie dopuszcza słońca.
Poszliśmy z Gudrun na spacer w aleje, wyciszając wibracje; nie nastraszeni, nie rozbawieni bynajmniej; to było jakoś ludzkie - chociaż wydarzyło się w krainie snu.
Może pora na spisanie historii? krótko, prywatnie, i tylko dla Ciebie? Ja, widzę, nie posiadam prywatności; siedzę w pubie, w moim łóżku śpi miłość, zmęczona dniem, kochaniem i przepastnością życia w nas i wokoło; ja jestem otwarty z wygody, bo wtedy jest się naprawdę.
Dlaczego z wahaniem naruszam prywatność bliźnich? Dlaczego, mówiąc prosto, akceptuję prywatę? Przecież to, że widzę, a także jak widzę, należy do Przekazu. Wola czy niedola, ość w dziąśle czy miłość - wszystko co się manifestuje, jest w sobie i sobą - jest także dla! Jakbym wciąż łagodził, przemilczał, zatajał? zrozumiałe, że nie będę zwierzał się z czynów karalnych, nie chcę do mamra ładować siebie lub kogo, pomijam; dlaczego przemilczam bliźnich? z tego samego powodu, by uchronić. Dobrze, będę chronił przed więzieniem, lecz nie przed prawdą, na boga! Oko patrzy i widzi, nie sądzi.
Porzucam fikcje!
Przestaję liczyć zalety przyjaciół. Wracam do śpiącej zapewne w moim pokoju spokojnie, w milczącym świetle zapalonej świecy, czy tak? została z pocałunkiem, ale jest ze mną wśród głupawej muzyki i młodych ludzi, pijących piwo i spokojnie gwarzących w tę noc.
Gudrun, jesteś, jaka jesteś; w miłosnym przegięciu widzę cię może większą niż jesteś. Widzę nie tylko ciebie, ale optymalny twój zasięg. Nie proponuję więcej, o czym gadania było za dużo; nie ulegajmy przesądom o rodzinie. Idę, biegnę, odpoczywam, oddycham. Idź ze mną. Gdzie droga prowadzi, gdzie oczy poniosą. A oczy prowadzą w kolory do ludzi, w muzyki i kwiaty, gdzie rośnie światło na grządkach. Idź ze mną, gdzie możliwe. Gdzie niemożliwe - poniosę.

Odpoczywam, zapalam skręta, proszę o drugie piwo; kelnerem jest młody, ubrany w homoseksualną opaleniznę, jasną koszulę i białe spodnie; za barem urzęduje Wolfgang; zmienił się Zielony Palec wiosną, dużo młodzieży, żadnych pijaków; popatrują z zaciekawieniem na piszącego. Rozpływa się w dymie opowieść o Petrze i Christianie, bohaterach dzisiejszego wieczoru, co tak mnie podekscytowali, że po prysznicu, północy, kolacji, kochaniu, zamiast położyć się spokojnie obok mej kobiety i spać - przyszedłem tutaj i piszę do Ciebie. To kobiety mnie tworzą - na miarę swych marzeń.

Zaraz, jak długo jestem w berlińskim tle dźwiękowym szumiącym milionami aut do wtóru memu niegłośnemu długopisowi?
20 września malowałem dziuplę, dziś 20 kwietnia. Piję tu piwo od siedmiu miesięcy!
Dobrze się czuję fizycznie, cudny był słoneczny tydzień. Dziś znowu ciepło wraca, nocą dwanaście stopni. Wiosna atakuje skokami; przychodzi ciepły wiatr i słońce, płyną soki, a potem znów chłody; to korzenie się budzą teraz, potrzebują więcej czasu.
Zrobiłem wielkiego skręta z ostatniej drobiny afgana, dopijam piwo. Od siedmiu miesięcy jestem na kredyt, teraz proszę o rachunek Wolfganga, jest niewielki, zamawiam jeszcze Bacardi z Colą, aby dociągnąć sumę do setki.
Tak dobrze mi tu z Tobą jak w domu.
Wolfgang się zwierzył, że pijaków niemiłosiernie wystawia za drzwi i już nie wracają, teraz młodzież się bawi, gra w szachy, flirtuje. Dopijam Bacardi, płacę stówę; gdybym wiedział, jakie to miłe, może płaciłbym częściej? pójdę do domu, może okrężną drogą, by trzeźwieć i wzruszać się.

Sobota 21 kwietnia, wieczorem w domu. W kącikach oczu odrobina kaca porankiem, ale miłość, śniadanie i zakupy na markecie zmęczenie rozwiały. Po zakupach likier jajowy we dwoje, pub Ruina doszczętnie zatłoczony, w połowie zrujnowany, ze szczątków murów wyrastają drzewa, lecz sala z barem ma sufit i ściany całe; jakże malowniczo wśród ludzi, ubranych swobodnie i na wskroś oryginalnie, same cudaki! Cały dzień malowanie mieszkania z Petrą; prysznic, teraz chleb, herbata; wkrótce idę na spotkanie Gudrun.

O wpół do jedenastej w Zielonym Palcu, za pół godziny przyjdzie miła. Będzie o Michaelu, którego dzisiaj nie lubię. Byłem w jego galerii jedynym malarzem, który przyniół profit. Zaprosił mnie za to do atelier z fikcji, czy tak się traktuje gościa? wypomina każdą pożyczoną markę albo robi awanturę, jak dzisiaj! bowiemm ośmieliłem się zapłacić mój dług w Zielonym.
W dodatku życzy mi się, żartując, że najlepiej dla mojej sztuki byłoby, gdybym umarł, łatwiej by poszła sprzedaż obrazów. Uważa, że to pyszny żart i powtarza innym. Wielki brzuch, tłusta twarz, czarna podkoszulka, czarna chustka pod brodą, czarne okulary i spodnie, czarny charakter; rozwiązłość, wóda, niewiedza; biedaczek w czarnym Jaguarze, w zakłamaniu i strachu.

Jest mi pryzmatem, w którym załamuje się i rozszczepia światło kapitalizmu; w Berlinie jest kapitalizm w bezwzględnej postaci; czy ma postacie inne? Forsa jest punktem wyjścia i dojścia, człowieczeństwo przejawia się w zarabianiu i wydawaniu, człowiek podporządkowany międzyludzkiej machinie. Tu forsa jest demonem, wyjada ludziom serca.
Byłem w innych krajach, słodka Norwegia i Szwecja to socjalizm przyszłości, Holandia to demokracja i przyjaźń człowiecza, a tutaj? To, co masz, określa cię wobec innych i wyznacza miejsce! Buntują się, zwłaszcza młodzi, szukają jakiejś alternatywy, uwikłani beznadziejnie. Mówiłem o tym dziś z Petrą, po paru latach w Berlinie czuje się zamotana w sposób ostateczny.
- Jeśli tak dalej pójdzie - mówi - trzeba będzie stąd emigrować!
I marzy o przeniesieniu się do południowej Ameryki, Anglii lub Hiszpanii.

Dzisiaj wyglądali zgodnie; ona nie rozumie polskiego, Christian opowiada, że to jej agresywność zmusza do zachowań stanowczych, że na kobietę trzeba kija, że groził bezwzględnym wieszakiem wiedząc, że go powstrzymam.
Jakie to przejmująco wyraźne w świetle nagiej żarówy, wśród rupieci i kubłów z farbami! Wrzask jego i dłoń wzniesiona, furia zmieniająca ją w dzikie zwierzątko. Nie mało tego, jak na ludzkie możliwości - nie wiele.
- Nie potrzeba wyjaśnień, Christianie, tajemnica jest nie do wyjaśnienia przecież, jest tylko do objawienia.

Przerywam, bo przyszedł wilk, którego mówię, czyli Michael, a oto jest i Gudrun.
Niedziela 22 kwietnia wieczorem. Pięknie jest między nami, spokojnie, miłośnie i czule. Wyspaliśmy się porządnie i wykochali znakomicie, spacerowali w pałacowym parku, gadali z drzewami i wszystkim.
Dobrze się składa z Michaelem, bo czynimy ustalenia wystawiennicze; coś się wydarzy po siedmiu latach chudych?
Dziś przerwa w renowacji Christianów, umyłem zatem okna w mieszkaniu Rotraut, wraca pojutrze, będzie jej miło. Skończyłem o zmroku, zszedłem do siebie, zjadam jabłko, zapalam pałeczkę kadzidła. W pracowni jest czysto mimo kleksów farby, pięknie. Mam na ścianie przed sobą dwie grafiki, dwa obrazy, dwa nowe kartony; zdawało mi się, że każda technika przynosi zupełnie nową wizję, teraz z radością widzę, że jest w nich ta sama wibracja, wolna i niepodległa, mimo, że światy różne.

Pogoda dziś prawdziwie wiosenna, zielenią się drzewa, wielokrotnie padał deszcz, dwa razy po drodze z przyjemnością zmokłem. Czy Ty wiesz, jak się cieszę wiosną?!
Gudrun pojechała w odwiedziny do siostry, wkrótce zapewne wróci. Rozmawialiśmy o nieszczęsnym tygodniu agresji; fakt, była w głębokim stressie, ja również, jeśli mi się nie zdawało. Tłumaczyć Ci się z nienawiści do niej świątecznej, gdy wyjechała z Berlina? Myślałem: wymusiła na mnie zachowania nieładne, aby móc się oddalić - w stronę rodziny, przyjaciół, mężczyzny, którego nie kocha. Nie tłumaczyć zbyt wiele, Wieś, czuwać we śnie. Niepokoi się moją sytuacją i ewentualnym wyjazdem, ale jest między nami przyjaźnie; tak lubię ją rozśmieszać! a wiesz dlaczego? robi się jej wilgotno, kiedy się szczerze śmieje; i znowu!

Poniedziałek w deszczu na chwałę kłączom; wstałem wcześnie na śniadanie z Gudrun, teraz nie mam co robić, piję herbatę, patrzę w otwarte okno. Wczorajszy wieczór w nowej restauracji Luciano, maleńka urocza knajpka przy gmachu Opery, świetna kuchnia na obiad i atmosfera. Podjął nas deserem, czyli melonem, winem i kawą, słonymi ciastkami. Dam mu grafiki do wystawienia.

Wróciliśmy północą zmęczeni, ale dość siły na pieszczotę i miłość; a co na dobranoc? opowieść o kwiatku jaśminu, który przejęty wieściami południowego wiatru zachciał koniecznie wędrować; co? kwiatek jaśminu wędrować? tak, czyli się trudzić w przemianach pachnąco. Mówiłem też, dlaczego dociekam początku kosmosu i życia. Jest tyle światów istnienia, galaktyk i zjawisk, a wszystkie fascynujące! tego nie podobna objąć umysłem. Ale kiedy się zbliżam w sobie do początku, do punktu, który w stanie przedeksplozywnym zawiera w sobie wszystko, z czego stanie się przestrzeń, energia, masa i czas - w stanie początku intuicja porusza się sprawnie, ona tylko ona może sprostać istnieniu. A może mi się zdaje, skoro słowa na temat nie umiem powiedzieć? Gdy tak mówię, a Gudrun zasypia na moim ramieniu, mnie także unosi fala liryczna i zabiera w sen.
Piszę to rozmarzony, a jakże, przebudzony! pójdę na górę, wyniosę śmiecie; wkrótce będzie tu Petra, ruszymy do roboty.

Dochodzi chyba północ w nowej Galerii-cafe; przyszedłem tu pisać po dniu rozżarzonym do boleści, nie wiem czym i jak; nie mówię, że do białości, bieli dość dzisiaj, wiele godzin ją smarowałem po ścianach na pohybel szarościom.

Petra przyjechała do pracy wstrząśnięta; Christian rano na badaniu oczu, trwało parę godzin, nie zostało ukończone, czekają go nowe badania, a także prawdopodobnie operacje, w liczbie mnogiej; grozi mu pełna ślepota.
Mario i tu przykłada cegiełkę do absurdalnej budowli, powiedział mianowicie do Petry, przyjacielskie zwierzenie, że Christian umrze w ciągu roku. Rozmawiamy chwilę, a właściwie słucham skarg na jego permanentną agresję; Petra usiłuje sprawę pojąć przy pomocy wujka; umierał na raka i ostatni rok życia zamienił w piekło, wyprawiał straszliwe harce, nienawidząc wszystkich i wszystko wokoło; może tu podobnie? Wyraźnie boi się Christiana, jego ataków wściekłości. Boi się także siebie; znużona jego ustawicznymi pretensjami do życia, codziennymi zapewnieniami, że śmierć byłaby wybawieniem, umartwiona wrzaskami, staje się chwilami okrutna, zdobywa się na proste stwierdzenie: - Umieraj!
Zdaje się chwilami, że tylko pisanie i książka go trzymają przy życiu. Fakt, pisze codziennie, pracuje bez przerwy, linijka czy stroniczka dziennie przychodzą mu z najwyższym trudem.
Pracuje na alibi! jestem zawsze gotów do bezpardonowych stwierdzeń, jest tragiczny z lenistwa. Kto to widział - zdanie lub stroniczkę na dzień! London, gdy nie miał co pisać w swojej dawce paru tysięcy słów dziennie, przepisywał rozdziały książek, które lubił, aby trenować dłoń i umysł. Szklanka wina, łyk haszyszowego dymu lub kielonek wódki zwalają Christiana z nóg, albo prowadzą do zdarzeń, jakim świadkowałem; przy tym nie może usiedzieć, tak chce się dorwać do szklanki, fajki.

- Ach, przyjacielu, jak nie umiemy żyć! - takie westchnienie rwie się z piersi do lotu na widok Christiana. Ma zakłócony zmysł równowagi, a chodzi uparcie w drewniakach - dla elegancji, żeby się wydać wyższym, bo mają podwyższony obcas; na boso chyba nigdy po trawie nie biegał. Chodzi źle w sztywnych butach, zatacza się i przewraca, nic dziwnego więc, że z domu na spacer nie wyjdzie, chociaż właśnie ruchu i powietrza najbardziej mu trzeba. Całe życie brzydzi się pracą fizyczną, a ciało, nieużywane, psuje się. Pali mnóstwo papierosów i robi wszystko, co szkodzi. Chce przyśpieszyć swój koniec? Nie, chyba nie, kocha żyć, ale - chciałby żyć inaczej, powszechna choroba.
Liczy na to, że wkrótce skończy pisanie książki i rozbłyśnie jako geniusz, ale jego książka, ha! chętnie nie znam się na literaturze, nie może być aż takim wydarzeniem! Pewnie niełatwo ją będzie wydać, skoro tak ciężko czytać. Z różnych powodów; mnie się widzi, że przepojona jest nienawiścią i złością; żadnego pozytywnego uczucia, nic zadumy, miłości. Ironia, szyderstwo, zjadliwa zaciekłość. Jakie dziwne jest życie. Jak jasne to, że tworzymy los. W niewiedzy. Nie wiemy, co robimy; spotykają nas nieszczęścia, upatrujemy przyczyn w świecie albo u innych ludzi, a przecież to wszystko sami robimy! Działaniem albo lenistwem, mozołem źle skierowanym, radością albo krzywdą - stwarzamy los, gotujemy życie.

To nie są abstrakcyjne rozważania, odnoszą się do niego i do mnie; dotykają Ciebie?
Spotyka mnie cierpienie, i często widzę jak powstało - z moją pomocą, lub moim brakiem pomocy; że narzekam chwilami? boli, więc narzekam. Dobrze, że pojmuję, przerabiam swe życie na pasze treściwe - jest tylu złaknionych i głodnych.
- Na paszę dla świń! - powie anarchistka Ewa.
Niech mówi, co chce, życie przyniesie - jeśli bozia jest naprawdę łaskawa gdzieś tam za brodą malowaną przez tylu malarzy - jeszcze wiele obrazów i wierszy, na tym tekście się sprawa nie zaczyna, nie kończy.
Na ile to moja osobista sprawa? co działa przeze mnie, gdy działam? czym jest energia, której dreszcze śmigają przez mięśnie, kiedy maluję? To nie jest moja energia, powiem Ci w zamyśleniu, to ona przecież sprawia, że rozwijają się zielone liście.
Też się rozwijam.

Przerwałem malowanie, jak widzę; belka bristolu leży bezużyteczna, nie przyda się więcej.
Chyba się narobiłem setnie; chyba tęsknię do wielkich formatów i głębokich przestrzeni; ech, mieć setkę płócien!

Zawsze byłem dostatecznie wrażliwy, nieśmiały; w Berlinie przemiana, kształci się nowa jakość cenna w pracy artystycznej: bezczelność; jest zawsze na miejscu, gdy działa w parze z czułością. Nie oglądać się na nic i nikogo, pracować z otwartością i bezwzględnym oddaniem - oto droga; innej nie ma.
Horst
Ach, jutro wraca Rotraut; bardzo ją polubiłem zdalnie w te słoneczne dnie spędzane na balkonie, ale będę ją nazywał siostrą.
Gudrun podjęła dziś studia, nie chce pozostać tylko inżynierem; wielkie wydarzenie, dostanie jutro z tej okazji kwiatek; piękne, że chce budować domy! hej, jeden dla nas świetlisty! pojechała dzisiaj do siebie, ale gdzie będzie mieszkać za tydzień? gdzie, kiedy odjadę? nienapisane życie wspólne.
Niedobry dla niej dzisiaj w mym odczuwaniu. Nie jestem dobry dla Michaela, wystawa jest mi potrzebna, ale już nieznośna; nie chce mi się następnego malowania - teraz galerii; nie chce mi się robić projektów zaproszeń i plakatu; nic. Zwierzę Ci, że chciałbym jechać - ale nie mam na bilet. Mam długi; spłaciłem już drobne, u Michaela zostaje tysiąc. To drobiazg. List do Ciebie wkrótce się zakończy w tym 150-stronicowym czerwonym zeszycie od Gudrun; liczę tygodnie, jakby coś jeszcze miało się przydarzyć.
Przyjacielu, może to zwykła tęsknota do przyszłości?

Środa i już 25 kwietnia. Wczoraj: nudny poranek aż do przyjazdu Gudrun na kochanie; moja podróż do galerii B, aby się przedstawić, ale szef zajęty, mam wrócić jutro; powrót do domu na obiad, nadzwyczajne kochanie; praca z Petrą i prawie Christianem w ich mieszkaniu, a sen nie przychodzi.
O trzeciej nocą pomyślałem już bodaj raz trzeci w miesiącu, że wiosna, czyli nie potrzebuję kraść prądu; wstałem, zdjąłem pokrywę licznika i odkręciłem druty; kable zostały nagie, ale pokryłem je dużą warstwą kurzu. Założyłem pokrywę, wkręciłem śruby, również pokrywając je kurzem. Na oko, parę lat kurzu. Dobrze zasnąłem.
Teraz uważaj! o siódmej rano budzi mnie pukanie do drzwi, otwieram zaspany, a przede mną młody człowiek z narzędziową torbą, mówi, do kontroli instalacji. Zapraszam do środka, czuję się zupelnie przebudzony, wkładam spodnie i myję twarz wodą, gdy za mną od strony licznika słyszę coś w rodzaju: - Ho ho! - ale nie interesuję się widocznie. Młody człowiek wychodzi do auta, powraca z kablem do wymiany. Jeszcze chwila i dziękuje, już mogę włączać wodę na herbatę. Co Ty na to? niby jestem chaotyczny i zalatany, ale w porę robię swoje! to słynna łaska pańska, która głupka strzeże?
Gudrun kasłała już na święta, dzisiaj chora na dobre: potworny kaszel, gorączka i słabość; teraz zasnęła. Też mam kaszel i katar, ból głowy; bez sił. Nie mam Ci do powiedzenia ani energii do pracy; czuję się jak zużyta opona samochodowa; już do niczego, a długo potrwa, zanim się rozpadnie. Się przecież nie wyspałem, dlatego kiepściutko.
Dzień zaczynał się słonecznie, teraz ciągną chmury.
Rotraut jeszcze nie wróciła, co się dzieje? Pójdę na spacer, żeby nie narzekać.

Czwartek lekko rozchwiany po wczorajszych szampanach w nowej galerii Michaela; dobrze się czułem, świetny kontakt z ludźmi, zwłaszcza kobietami; bawiłem siebie i innych żartami i tańcem, błaznowałem w przeczuciu nowego zawodu? Gudrun dostała z tego wspaniałą pąsową różę.
Dziś jasno i ciepło, znów prawdziwie wiosennie, przecież to koniec kwietnia; siedzę i piszę na tej samej trawie nad jeziorem - dzi-siaj bez słoni - ale prawie po faktach! Głosy ptaków, plusk wody, czyste powietrze i cisza, jak w środku natury. Południe. Wracam z polskiej misji. Zdarzenie podobne temu sprzed dziesięciu dni zaledwie w dekoracjach: ta sama ulica, budynek, drzwi i tęgi pan Przemysław - jakże inne w szczegółach.
- Znowu będzie pan na mnie krzyczał? - powiedział na mój widok; musiało się to spodobać. Przedłuży jak mu wolno, o trzy miesiące, a ponieważ prosiłem o rok, prześle papiery do kraju. Dziękuję uprzejmie; sam pojadę do kraju, poproszę o przedłużenie na trzy lata. Więc wszystko zależy od humoru urzędnika? Gbur wtedy, przyjemniak dzisiaj; a może na mnie ktoś przyjaźnie doniósł?
Goscie 2
Dostałem od Michaela kontrakt na wystawę; wstąpię do galerii B w drodze do domu, jutro się przejdę do galerii K; może coś zdziałam przed wyjazdem. Oddycham głęboko.
Jakże piękne by było, co się nie zdarzyło; gdyby w takim powietrzu przestrzeni naturze i ciszy malować. Ba, to dla bogatych. Artysta potrzebuje biedy jak bogaty chleba, umiarkowanie.

Gudrun moja miła chora; okropny kaszel, nie wiem co począć; ma pecha! Zaczyna studia, powinna zapisać się na zajęcia, wybrać projekty, w których będzie uczestniczyć i profesorów, z którymi będzie pracować, a tymczasem choroba! W dodatku traci wkrótce mieszkanie, i co? zamieszka ze mną? mieści się tyle, zmieszczą się jej rzeczy, ale miejsce do pracy? Dobrze, słonko grzeje, ciasnota staje się przestrzenna. Ucieszy się miła, bo paszportowo.
W galerii poznałem wczoraj Birgit: ciemna, wyraźna w pinku i czerni, o duszy jasnej i otwartej; spojrzała, kiedy wchodziłem i uśmiechnęła się, więc zapytałem, jak się żyje; czasem fatalnie, często wspaniale, studiuje i robi teatr, ciepło! chce pracować z ludźmi i dla ludzi, zwłaszcza dla tych, którzy żyją w biedzie. Suzanne blondynka skończyła pedagogikę, parę lat pracowała z dziećmi, ale ma tego dość ze względu na przełożonych, którzy narzucają metody wychowawcze. Michaela skorpion rumunka wariatka-sexy. Dorothy. Jeszcze inne poznane, pocałowane, dotknięte lub nawet pieszczone różą, która teraz z Gudrun.

Bezczelna to róża, uwierz! Wziąłem najpiękniejszą z bukietu, w ten wieczór i noc dotykała ust, policzków i piersi, bezwstydnie pieściła kwitnienie dziewczęce; a kiedy dawałem wąchać, to uprzedzałem, że kokaina miłosna ten zapach, uważaj! dwa wdechy - i dokąd cię niesie? Zaniosłem ją chorej.

Miłą chwilę ugwarzyłem z rzeźnikiem. Pieściłem Dorothy różą. Powiedziałem do dystynkcji pana w szarościach zaciekawionego, co sądzę o sądzie albo coś takiego w sztuce, że ma piękne ucho. Starsza pani małpa w koralach doczekała się też komplementu, powiedziałem, że ma prześliczną wnuczkę.
Towarzystwo na wieczorze do dupy, intensywnie obecna mała burżuazja, nieduże mieszczaństwo. Rysunki Uwe nie podobały się publiczności, moje pochwały widziano jako dalsze błazeństwa; nic dziwnego; słabiutkie toto, bez jaj.

Minęły mi dwa trzy kwadransy z Tobą nad wodą jasną i czystą; wracam do misji, chyba pieczątka w paszporcie już wyschła.

Noc. Gudrun poważnie chora; zerwała się w gorączce i chciała jechać do domu w nagłym podejrzeniu, że mi przeszkadza. Uspokoiłem, to miłe troszczyć się o nią; jedynym elementem zbytecznym jest tutaj choroba. Moją panią, się zdaje, akceptuję docześnie w każdym stanie.
Jestem zmęczony; wróciłem z paszportem do domu, zadbałem o Gudrun, napiłem herbaty, pojechałem wozem Petry do galerii B; ten sam młody człowiek, co we wtorek, ale prosi o teczkę z obrazami i przeźrocza to szefowie zobaczą, acha.

Pomagałem Petrze w pracach; byli także Kazik i Zbyszek - sprawni w robocie aż miło. Wściekłem się przy okazji; pomoc, więc także w zakupach. W Bauhaus fajna tapeta niedroga wszystkim się podoba. Nie kupili. Podróż do innego sklepu i wybór najtańszej, idea oszczędzania dochodzi do głosu, to jest tapeta zrobiona z granatowych cegieł; protestuję, przyniesie depresje; wskazuję na inną, również niedrogą i chujowieńką ale jako-tako; do toalety godzę się na najtańszą; kupili. Śmieszna oszczędność dziesiątaka, a przecież z tym ma się żyć. A teraz się oznajmia, że to ja dokonałem wyboru, prawda, i każdemu opowie.
Tymczasem Rotraut wciąż nie wróciła; dzwoniła do Dorothy, zapowiadając przylot wieczorem, od dawna noc, i nic.

Pierwsza nocą, zaczyna się sobota. Moja wariatka poczuła się lepiej, więc poszła na spacer. Oto wraca, wchodzi przez okno, zatem, Przyjacielu, nie napiszę więcej; nie mogę dopuścić, aby była o Ciebie zazdrosna; zajęcia będą przecież kontaktowe.

Ostatni dzień kwietnia, poniedziałek, jest dniem upiorów, duchów i demonów - stwierdziła Gudrun, budząc się o piątej rano na tyle głośno, aby mnie obudzić. Wstałem zatem, napilem się z nią kawy; nie chciałem śniadania, nie wiedząc jeszcze, co przyniesie dzień; tyle miałbym Ci do napisania w ostatnich dniach, ale żadnego czasu, codzienne przeprowadzki P i Ch, opieka nad chorą, znój czynności powszednich, jedzenie pranie mycie golenie zakupy gotowanie zmywanie.

W piątek wróciła Rotraut niebywale świeża, opalona i przejęta Afryką, a może jeszcze bardziej tym, co zdarzyło się ostatniego dnia; kiedyś opowiadała o śnie, w którym Rony pobiła, a teraz zrobiła to na jawie - na pożegnanie za udane wakacje? z miłości? Kobiety, niestety, łatwiejsze do kochania, niż do pojmowania. Była w moim pokoju dwa razy, przyjaźnie mnie i chorej; bardzo mi się to podoba.
Michael, free-lance-boss, porzucił Kristinę, bowiem wróciła do Berlina Ewa; kochają się znów serdecznie; on biegnący do samochodu, ona za nim z rozwianym głosem i szlochem w piąstkach wzniesionych ku niebu.

P i Ch już mieszkają tutaj; ileż roboty z przeprowadzką! dwoje ludzi, a jaka masa rzeczy, mebli, maszyn, książek, ubrań, automatów! zmęczony jestem do jutra. Wczoraj uprzątnęliśmy do końca stare mieszkanie, wyrzucając przez okno do ogrodu starty rupieci i drewna, z krórych następnie zapłonęło wielkie ognisko, ostatnie dla nas w ogrodzie, pierwsze w tym roku.
Płonęły rupiecie, nadzieje, wspomnienia, paliła się przeszłość, a na końcu dwa wielkie prostokątne stoły ułożone na krzyż! usiadłem w środku, aby medytować; gotów płonąć, ale Rumpel i Christian, Ewa i Elize nie potrafili powiedzieć, za co tak na stosie. Więc pozbierałem mrówki oszalałe biegające po drewnie i zszedłem, wyniosłem je na trawę, głupi, przecież i tak nie znajdą mrowiska. Posadziłem na stosie zastępcę, wielkiego smoka z cyny lub ołowiu, co nie wiadomo skąd w ich domu. Stoły stanęły w ogniu a smok w płomieniach i dymie nader malowniczo topił się, struga srebrzystego metalu płynęła po drewnie, podsycając płomień. Czyniłem zaklęcia, mówiłem wiersze, wszystko na próżno w pociągu znikąd do nikąd.
Natomiast z Leszkiem kolegą z Warszawy nie znalazłem wspólnego języka, chociaż ideały nam przyświecają.

     
Goscie
     


Sierpniowa pełnia księżyca przed czterema laty tutaj, wtedy wielki krąg z cegieł wyznaczał zasięg ogniska, a kiedy w trakcie biesiadowania wypełnił się żarem, przynioslem z Michaelem ogromny okrągły blat stołu z dębowego drzewa. Niemal przykrył ognisko; przepalał się od środka zwolna, i wkrótce był kręgiem płomieni, wokół którego siedzieliśmy w kręgu jak oczarowani, pod okiem pełni.

Piękny jest wieczór, nie pamiętam wiele z wczoraj; wiesz, jak z przeszłością - niech zanika i pachnie nikomu, gdy jestem prawie chory; boli gardło i kaszlę, zmęczony tygodniem. Piszę, prawie zasypiam.

1 maja wieczór, chłodno, jasne niebo, sierp księżyca, łagodne światło lampy. Gudrun pierwszy raz od tygodnia nocuje u siebie, od dawna nie malowałem; dziś zmęczony pracami z Petrą, gdzie montowałem regały i lampy. Jutro mam nowe zajęcie nadobowiązkowe - malowanie galerii, czyli praca od podstaw - nad wystawą przecie.

Siedzę przy stole, czy to Cię nie dziwi? stare biurko odremontowałem i pomalowałem lakierem na biało. Wszystko na biało! prawo do koloru mają tu tylko obrazy i kwiaty. Boli gardło. Na podłodze jasna trzcinowa mata; mój pokój wiosną jest komfortowy; Kristin greczynka mówi, to pałacyk Momo; nie wiem, co to znaczy.

Gudrun była u lekarza prawie po chorobie; ma silny bronchit, co wskazuje na przeciągi w psyche. Trochę mojej zasługi, akceptuję ją w pełni co chwila, ale hoduję za szafą mniemania o życiu, nie zawsze bywam pusty, nie zawsze z nią. Inna sprawa, mówi Rotraut, że wobec silnego kontaktu ze mną wychodzą na powierzchnię świadomości Gudrun jakieś węzły psychiczne dzieciństwa; trzeba być delikatnym, gburze! bowiem jestem uważnie słuchany.
Wyrażam swą wolę z całym przekonaniem - mówi Gudrun - nie sposób robić coś innego, niż sobie życzę. Takim zdolny? zatem winienem sobie życzyć najlepszego i nie mieć życzeń. Spełniać życzenia, które wynajduje.
Dobrze, więc powiem:

W Obłoku Magellana
rzecz niesłychana!
spotkały się dwa słońca, zdziwieniom nie było końca!

szybko się obwąchały,
w spirale porozkręcały,
jęły się kochać, ze szczęścia szlochać.

Wynikły z tego różne planety,
niestety.

O rety rety; a na oknie stoi wielka ceramiczna misa wypełniona jasnozielonymi pióropuszami rozwijających się konwalii; wczoraj wykopałem z byłego ogrodu P i Ch połać ziemi z wieloma krzaczkami, ciekawe, że nie widziałem nigdy przedtem konwalii we wczesnym stadium; wyglądają jak kły bambusa; ciekawe bardziej, czy po przesadzeniu zakwitną. Stoją na parapecie zewnętrznym, obok pąsowych, różowych i żółtych kwiatków, co w ogrodzie dzieciństwa zwały się "babki".

Przychodzi mi do głowy i puka uwaga, że organizmy żywe lubią środowiska stabilne, w których mogą się mnożyć. Rację ma mama, że jestem odmieniec; mimo ociężałości ewolucyjnej dążę do odmiany, i nie chcę się mnożyć. Czyżby zmiana miała być na ziemi celem, wyzwoleniem? Może jest tak, że, będąc przekazem, jestem tylko innym, co to miejsca nie może znaleźć, bowiem skądinąd.

Drugi wietrzny, burzliwy; spałem do dziesiątej, zjadłem śniadanie i znowu zwaliłem się w sen. Śniłem Wandę, przyjechała do Berlina z Sebastiankiem, gdzieś mieli mieszkać, ale nie wypaliło, wiozłem ich starym busem do siebie, patrzyłem uważnie, mały spokojny, ona zakłopotana jakby sobie sprostać nie mogła, pierwsze zmarszczki na szyi, ładna; jechaliśmy do mego domu, w którym byłem żonaty, czułem się niepewny, jak żona zareaguje na gości.

Sztormowe popołudnie, napiłem się kawy, myślę o początku świata; nie mam siły piechotą do sklepu i dźwigać kubły z farbami; Michael nie dał wozu, tylko kartkę, aby materiały wpisywane były na jego konto; Micky Majcher dzielnicy.
Teraz późny wieczór; byłem na spacerze raczej biegowym w parku, tak chłodno. Wziąłem torbę na kwiaty, ale nie łamałem niczego, pozbierałem tylko kwietne gałązki lipy, połamane przez ostatnie wichury; zrobiłem piękny talerz z kwiatami.

Piszę przy świecy; Gudrun śpi ciężko, zmęczona życiem: uniwersytet i tyle pracy, niedobra atmosfera wśród dziewczyn, z którymi mieszka; wariatki emancypacji, co to polega na używaniu mężczyzny jako obiektu seksualnego; czyli zamiana tradycyjnych ról, wariatkowo; może zresztą spotykają mężczyzn, których do czego innego używać nie sposób.

Wizyta P i Ch tutaj zostawiła w powietrzu ciężkie plamy depresji i nerwic; po ich wyjściu miła poczuła się źle, chciała iść.
- Rób, co chcesz! - odpowiedziałem z życzliwym uśmiechem. Poszła z uśmiechem.

Przechodziła Rotraut potrącając mnie zapytaniem, dlaczego wziąłem jej talerz i nic nie wspomniałem?! jakby nic innego nie było do powiedzenia, np. dziękuję za opiekowanie się domem. Kiedy stała przy oknie patrząc na mój ironiczny uśmiech - wróciła Gudrun, wzięła z parapetu okna klucze, otworzyła sobie drzwi.
- Mogę tu zostać? - pytanie, jakby nie wiedziała.
- Ależ tak, możesz być ze mną we wszystkich nastrojach.
Poszliśmy do łóżka, wziąłem małą w niej dziewczynkę w ramiona, opowiedziałem, co się przydarzyło w parku. Pod koniec opowieści przyszedł na nią sen, wstrząsowo rozluźniając ciało i spowalniając oddech. Śpij, dziewczynko, mój głos po zamęcie dnia łączy cię z naturą, pozwala być w czasie rozległym, otwartym na przestrzenie i marzenia, a nie skupionym w bolesną piąstkę, jak w dzień.

Opowiadałem, że poszedłem do ogromnej wierzby nad stawem w północno-wschodniej części parku; jej wielkie gąłęzie wiszą nad zamyśleniem łagodnie, jeden konar wygina się łukiem sprężystym i tworzy wygodne miejsce do siedzenia lub leżenia, metr nad ziemią, dwa metry od wody. Siedziała tam Gudrun na którymś spacerze, pozdrowiłem więc wierzbę od niej, przychodząc; usiadłem na konarze prosto, rozluźniając mięśnie, zamykając oczy, poddając się delikatnemu ruchowi w wietrze, stając się tą gałęzią w przeczuciu inności życia między listkami i korzeniami. Otworzyłem oczy i niemal na jawie widziałem film, jaki bym robił o Berlinie, życiu i miłości.
Podniosłem głowę do góry, spojrzałem w potężną koronę wierzby z wielometrowej długości witkami, i powiedziałem głośno:
- Pozdrawiam cię! - a w tejże chwili powiał wielki wiatr, wzdęły się witki, gałęzie, konary w sprężystym ruchu wraz ze mną, szum drzewa był odpowiedzią, a chwila zdumieniem.
- Królu! - dodałem, i znów powiał przejmujący wiatr, drzewo skupiło się w potężnie orkiestrowanej odpowiedzi, niosąc mnie w tej muzyce.
- Który mnie niesiesz troskliwie jak ja!
Szum rozłożystej korony raz jeszcze odpowiedział w magii i harmonii, aż wybuchnąłem śmiechem w poczuciu całkowitego kontaktu; śmiałem się ze szczęścia, bo śmiesznego nic się nie zdarzyło.

Nic zabawnego w wizycie P i Ch gdy wróciłem, jak dwie kataryny na melodii negatywności gadali, czego nie lubią u innych! oto temat zwierzeń do dzielenia się z nami!
Źle to zniosłem, prace fizyczne mniej wyczerpujące, niż psychologie; Gudrun poczuła się tak zniszczona, że nie znalazła nawet ze mną kontaktu - ale poszła do parku i dzielnie wróciła, by zasnąć w mych ramionach. Dochodzi północ, zrobię skręta i pójdę na piwo: noc wielka woła!

Trzeciego maja biorę od Petry auto, przywożę kubła farb do malowania galerii; jadę raz jeszcze do galerii B; to Bert z Urzędu Sztuki nalega, abym przedstawił się właścicielowi; młody człowiek po długim kwadransie przeprasza, szef nie może przyjąć, może przyjdę jutro.
Jedziemy z P i Ch do ogrodu i sprzątamy popioły po gigantycznym ognisku; kamienie wciąż jeszcze ciepłe! znalazłem nadtopioną butelkę po piwie, ogień zrobił z niej fajny flakon na kwiatka.

Dzień wietrzny, cieplej niż wczoraj. Zmieniłem okropny materac na jako taki. Hej, w pracowni przyjemnie, trzeba ją będzie opuścić. Czuję się jak sterana szczotka do szorowania podłóg, porzucona na marmurowej posadzce.

Piątek czwartego maja. Szamocę się, wzlatuję, upadam, świat ma wymiary ostateczne i absolutne, a mieszka cały w drobinie zorganizowanej materii na planecie jak pyłek w kosmosie; jest niczym owiniętym w hiszpański czarny szal.
Dzwoniłem do galerii B i wreszcie zawiozłem teczkę i przeźrocza, młody człowiek przekaże i zreferuje szefowi; jestem u ministra?
Życie maleńkie, przycupnięte do ziemi, szare i zadeszczone. Zanim pójdę spać, powiem Ci jak okropnie wyglądam, na twarzy dwie czerwone bolesne krupy, twarz rozlazła w rezygnacji na różowo. Ot, mały Wieś głupi z bajki o przepastnym kroczu.

Na niebie pół księżyca, cała Gudrun w łóżku; leniwy blues z radia, pryskanie pęcherzyków wody mineralnej. Było dziś wiele obiadowania, kochania, spacerowania, kochania, nieutulenia i żaru miłosnego w oczach, który mnie zadziwia, że można aż tak! jaśnieje i świeci, przejmuje obawą, czy to nie zbyt wiele, czy wytrzyma ciało.

Jak wczoraj jestem malutki; list do Ciebie nie jest uroszczeniem? moje malowanie nie jest, jak to nazwać? słów brak, zanikam; ponarzekać? za dużo się najadłem, za dużo palę złotej californii.
Wspomnę dzisiejszy spacer niepodobny do innych; weszliśmy do parku tuż przed zamknięciem.
- Nie przejmuj się, jakoś to będzie - mówiłem. I było cudnie wśród czarnych mroków alei. Noc wśród drzew bardziej odnosi się do poczucia istnienia niż widzenia, słyszenia.
Żartobliwie instalujemy nasze atelier w pałacowym belwederze, jest imponujące w świetle księżyca. A w drodze powrotnej przechodzenie przez płot i drut kolczasty nad nim - poszło sprawnie dla dwojga urwisów, jakby w tym ćwiczeni.

Sobota i piąty na razie łaskawie w deszczu i słońcu naprzemian; jest popołudnie, moja slodka miłość w łóżku na śpiąco; mam od Christiana "Idzie skacząc po górach" i zamierzam pójść w te góry, czytane już w młodości; dla Gudrun pożyczyłem "Mistrz i Małgorzata" Bułhakowa, niech się raduje i dziwi.
Tak leniwie było w domu, że miałem ochotę tylko przysnąć przy Gudrun, ale jak się przyłożyć? będą znowu pieszczoty, kochania i znowu wyczerpania.
- Jeśli wytrzymasz ze mną - powiedziałem - dasz radę całemu światu! - Przyszedłem do Galerii-cafe na piwo i gitarową muzykę. Za barem Weronika; przypomina Magrę! gdy pierwszy raz ją widziałem w ulicy, poszedłem za nią sprawdzić, kto jest kto; jest jednak z Londynu. Jesteśmy we dwoje; pustki w lokalu, Michael się pewnie nie zachwyca. Ależ tu nieprzytulnie! Nawet świeże kwiatki co stolik
doniczka nie pomagają; brązowy sufit, brązowe ściany od dołu, przestrzeń do ekpozycji obrazów znormalizowana jak do urzędowych ogłoszeń. Nieszczęsny; gdyby pokazał, co robi, zapytał, okazał zaufanie - miałby wnętrze, z którego ludzie by nie chcieli wychodzić.
Obrazki Uwe to znerwicowany intelektualizm, szczypta liryki w sosie dobro-mieszczańskim.

Rotraut, kot Humprey, Michael Drzewa tymczasem z dnia na dzień i godziny na godzinę zieleńsze, korony kasztanów już nieprzezroczyste, jaśniutko świeżo dziękczynnieją brzozy. A refleksja ogólna? nic równie pięknego jak kobieta, miłość kobiety; łączy życie z rytmem natury, ukonkretnia potrzebę zachwytu.
Pisałem Ci już o zachwycie dla Gudrun? ta ciemnoskóra Weronika, która teraz sprząta po braku gości też zachwycająca; i inne kobiety, tak różne, a zarazem - głęboko - podobne, zachwycające.

Patrzę na literki, sypią się spod kulki długopisu. Lubię pismo mej kobiety wyraźne i proste wśród fantazyjnych zawijasów, charakter artystyczny. Udziela się; miło poddać się dobrym wpływom.

Ciekawie może być wieczorem; na obiad u Christianów są zaproszone wszystkie postacie występujące w liście do Ciebie a zarazem sprawcze przyczyny mego berlińskiego tripu: Michael, Mario, Waldi, Richard i Rumpel wśród panów; Gudrun nie chce dołączyć do pań, nikogo nie lubi, a ja się nie dziwię, mimo że lubię się dziwić.
Przyczyny sprawcze? wybacz, jeśli przesadzam, ale jest karma wspólna, co? staję się niepodległy w tym tripie, wrażliwy; wzburza mnie także wiedza, że nie ma w świecie rzeczy niemożliwych.

Silne wrażenie zrobiła lektura całego rocznika Nowych Wyrazów, które przyniósł Christian. Wiersze trochę nijakie, zakałapućkane wśród pragnień i gestów; opowiadania lepsze, niekiedy wstrząsające prawdziwością. Nic nie jest porównywalne z tekstem Steda "Fabula Rasa"! czytam go fragmentami na żywo przyjaciołom po angielsku; Christian rzucił tylko okiem i wiedział, że to w ogóle nie literatura; a także tu mógłby się czegoś nauczyć - tu zwłaszcza!
Piwo szczęśliwie się skończyło, pęcherz ucisnął; uciekać pora; nie pocieszę dzisiaj Weroniki.

Wtorek przemija powoli w pełnym słońcu na ławce parkowej. Leniwe rozmowy z Klausem, przyszedł poczytać pekińskie dzienniki; studiuje sinologię; to i owo tłumaczy na angielski sądząc, że może mnie interesować; nie ma takiej rzeczy! nie interesuje mnie nic, szczerzę się do słońca.
Och Klaus, co wywiera na mnie wpływ w Berlinie? Wszystko! Drzewa, ludzie, muzyki, zdarzenia i miłość, która we mnie i świecie pospołu. Zadał mi parę pytań w parku, w parę godzin później odpowiadam na pierwsze.

Od trzech dni intensywnie maluję Galaktykę - oto dlaczego nie było mnie dla Ciebie. Już nie ma galaktyki, przekształca się w Pełnię wiosenną.
Robiłem przeźrocza w trakcie pracy, od grudnia chyba dziesięć, zobaczę później poszczególne kadry; wszystkie okazują się zamalowane; dlaczego to nie jest dziesięć płócien i tyleż motywów? wiesz przecież!

Patrzeć nie mogę na obraz, który maluję.
Od życia nudności. O co tu chodzi?
Jedenasta, czyżbym niespodzianie miał wziąć acid? Księżyc prawie okrągły, ciało dobre po nasłonecznieniu, obraz rozgrzebany i może mnie zająć. Szerokie przestrzenie? są, jakie dane, basta.
Żelatynka pod język i medytacja w lotosie, w pół godziny pierwsze dziury w przestrzeni a przed oknem Rotraut; zabawna rozmowa. Chce ogrodzić siatką balkon i okna do pół wysokości, ochronić koty przed wyskoczeniem. Bo one chcą polować na przelatujące ptaki!
- Ach, pozwól życiu się dziać! - mówię. - Pozwól kotu wyskoczyć! skąd wiesz, może on po to żyje, aby w ostatnim skoku nie dosięgnąć wróbla! Co to, Rotraut, czego się tak boisz, że koty chcesz siatką ochronić?
A może nie ma strachu dopiero, kiedy nie ma żadnej, ale to żadnej nadziei?

Zaczyna się acid trip; charakterystyczna wilgoć nozdrzy, mrowienie krwi w żyłach, jak błyskawica mięsień rozluźnia się w dreszczu; słyszalna muzyka ciała, tętno.
Nie pisałem tu dni kilka, malowałem w zwisie - aż wreszcie dziś przyszlo słońce, parę godzin parowały ze mnie obłoki kurzaw i śnieżyc; z ducha niełatwo ustępuje zima.
Jest mi wszakże zimno, nie idzie też malowanie. Jaki trip mogę mieć sam ze sobą? przytomny nie wiadomo czego w świetle świec, lamp i elektrycznego piecyka, w chłodną majową noc.

Ciągnie wilgotnie od podłogi, żyję w koszmarnie niezdrowym miejscu. Groza, widzialna bezinteresownie!
Moje ciało wchłaniane w spiralny ruch wszechrzeczy. Po cóż piszę? nie lepiej zanurzyć się w muzyce możliwości? W ciele moim dygoce napięcie i zimno, ach, schronić się w koce.

Wiem, jak można umrzeć pokonany przez własne niemoce. Pociąłem wielki obraz nożem, przekreśliłem go wielkim iksem, dwoma cięciami pewnymi jak poruszenia pędzla w początku. Dość mnie zamęczył. Jeśli ktoś musi umierać, niech umiera obraz, na malarza czas przyjdzie, nie ma wątpliwości.

Przejmująca chwila - równocześnie z uderzeniem noża przestała grać muzyka w radio, usyszałem FLAP jakby stęknięcie, gdy ciężkie od oleju kawały płótna opadły w dół!

Chyba jest pusta moja dusza,
chyba zupełnie nic.

A w niczym, w rogu, kłębek czerwonej włóczki rozwija się w ciemność.

Życie jest szansą,
chwycę za nitkę?
wyjdę?

Wschodzi słońce, oświetli? trudno żyć. Nie chciałbym umrzeć w Berlinie.
 
z powrotem
dalej
stronice: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

Lubisz Stronicę ? Podaj adres dalej ! wisarts.com

© 2008 Wiesław Sadurski. Wszystkie Prawa Zastrzeżone. Website tworzona i utrzymywana przez Autora.
Żadne Obrazy, Rysunki, Grafiki, Teksty, Fotografie i Filmy nie mogą być reprodukowane lub użyte bez mego zezwolenia.

| Start | Malarstwo | Grafika | Poezja | Foto Art | Dzisiaj |

Sztuki Piękne - Malarstwo, Grafika, Rysunek, Sztuki cyfrowe, Poezja, Fotografia - Wiesław Sadurski, polski artysta z Berlina