W środę zachodzi słońce, jeszcze
nie spałem, zmęczenie; trip mi pokazał, że zdycham.
" Wielki kosmiczny młyn, który tylko po to istnieje, aby mleć winę
i karę, samotność i nierzeczywistość" - oto jak precyzyjnie opisuje
Huxley zły trip.
Poranek, czwartek; po napisaniu powyższej linijki
spałem dwanaście godzin. Trip był udany, pokazał, że zdycham. Ciało niesprawne,
za mało ruszam się i biegam, nie robię jogi, za dużo kawy i wina, brzuch
zakwaszony, zatruty; obrzydzenie do tego, co z organizmem zrobiłem; można
by robić ze mnie lane kluski.
Obudził mnie listonosz pukając w okno listem od Wandy; piję gorące mleko,
głaszczę ją zdalnie po szyi. Idę do parku biegać, nie ma wątpliwości.
Zaczyna się wtorek piętnastego maja, dnie śmigają,
Przyjacielu, w pracy i krzątaniu, nie znajduję czasu na pisanie. Od dnia
tripu moje ciało się zmienia, wstaję wcześnie, idę biegiem do parku, tam
robię hatha-jogę, pełną moją sekwencję szesnastu asan, co zajmuje godzinę,
medytuję w trawie; wracam przez park biegiem, ulicą idę szybko, myję się,
jem śniadanie i pracuję.
Hej, jako robotnik przecież! taka twoja owaka.
Już pomalowałem galerię; wszystkie drzwi i okna podwójnie lakierem na biało,
były przecież brązowe jak sny o S.A.; sufity i ściany pojedynczo bielą.
Także front budynku i murki wokół ogrodu. Ze zdziczałego ogrodu Christianów
setki konwalii przesadzilem do ogrodu tutaj, skopując troskliwie ziemię
i nawadniając. Zrobiłem czernią liternictwo na ścianie galerii. Co jeszcze?
żyję dobrze, jadam mało, ruszam się wiele. Dom wygląda pięknie, widziany
ze środka alei. Życie prywatne miłosne? w porządku, nie mam siły pisać.
W słońcu na przyzbie przed pracownią, błogosławione 25 stopni.
Był przez godzinę Christian, ale on siedzi w cieniu; czarne okulary, pomieszanie
z poplątaniem.
Dobrze, że Michael zabrał klucze galerii i nie mam co robić.
Na dzisiaj współpraca? nie zauważa, że w galerii lśni czystość za frajer,
bruździ, jak można; jego projekt zaproszenia na wystawę to projekt upupienia;
chce w nim umieścić swą wysoce krytyczną opinię o mej twórczości, zgoła
po niemiecku i polsku, ale zapomniał po drodze umieścić me nazwisko. Czyli
się wzięło i na mózg rzuciło.
"Człowiek zrodzony z niewiasty żyje krótko i pełen jest niepokoju.
Wyrasta jak kwiat i więdnie, ucieka jak cień i nie ostaje się." - jako
stoi u Joba 14/1,2.
Latają wokoło gołębie, wróble, i dziobią okruchy; bezczelnie wchodzą przez
otwarte okno i srają na maty w pokoju; do polanego przed kwadransem ogrodu
przylatują kosy, przepatrują uważnie, gdzie coś jadalnego.
Byłem w galerii B w czasie wyznaczonego spotkania, ale zamknięta, ani szefa,
ani obsługi; pójdę raz jeszcze, zabrać teczkę, nakopać komuś do dupy po
drodze. Co? zabawnie w Berlinie, tyle sympatii i zrozumienia u jednych,
obojętności i chłamu u innych.
Mój widok: brązowy kobold na tle białej ściany; w ogrodzie przybywa kwiatów
i robi na berlińczykach wrażenie pięknego, chociaż ubogi przecie. Starowinki,
których wiele, specjalność Zachodniego Berlina, przystają w drodze, pokazują
sobie, gaworzą. Ciekawe, jak jest we wschodnim.
W zajęciach ogrodowych chętnie sekunduje Gudrun, dobrze to robi, kaszle
coraz mniej. Bardzo zajęta studiami, jej skóra zmęczona i zmięta nie budzi
entuzjazmu; o, jakże jej trzeba słońca, wody, biegania nad morzem. Nie jest
źle z entuzjazmem! wczoraj wieczór miłosny; Gudrun zaczęła tańczyć w muzyce,
zbliżyłem się do melodii ochoczo; siebie tańczyliśmy, ze sobą, na styk bez
dłoni, elektrycznie, gasząc światła, dotykając się w najczulsze miejsca,
podniecając, zapalając kadzidełko i świece, rozbierając się wzajem zwolna,
kołysząc wśród spazmów, natchnień i wzlotów kosmicznego ruchu.
Od rana buszuje w ogrodzie kos i zbiera materiał do budowy gniazda; jakiż
to pośpiech! speedy gonzales! ledwo parę dni temu chronił okrzykami i zdecydowaniem
bojowym swe osiągnięcia, pisklęta, które wyfrunęły z gniazda.
Miła Zamkowa; cztery pasma szacownie rosłych lip, jezdnie oddzielone od
domów ogrodami, prawda, że biednymi, trawa i krzewy; w środku szeroka aleja
dla pieszych prowadzi do pałacu Charlotteburg i wygląda pięknie, ale nie
oglądaj się, druga strona to nowoczesne niebo, przenicowane kolorowo mdło.
Piękna aleja wiosną, coraz więcej zieleni, w coraz to innych odcieniach.
W oknie galerii wielkie BALD, czyli wkrótce. Ludzie reagują; ci, którzy
mnie znają, wiedzą o wystawie. Ogród żyje w słońcu, paruje lekko; wszystkie
konwalie przyjęły się, ledwie parę zwiędniętych, ożyją nocą. Straszne dla
Gudrun - praca ze mną w ogrodzie; chyba pierwszy raz kopała ziemię, szybkie
pęcherze na dłoniach.
Ale widzisz, mój Drogi, kuśtykając wśród prac i przygód, wróciłem dzisiaj
do Ciebie - choćby dlatego, aby mieć co robić.
Ano, jeszcze słowo przed świtem piszę długopisem Rotraut; odwiedziłem ją
wieczór, aby się wykąpać; pieściliśmy się trochę, żeby poczuć, jak mi do
niej staje; ale myśl o miłej to przerwa albo brak ochoty; zszedłem do siebie,
dalej do kiosku, i zadzwoniłem do Gudrun. Cichutka, slabiutka, ledwo głos
dobywa. Poczułem się zaskoczony, nie miałem do powiedzenia; wróciłem do
biurka rysować. Pisałem do przyjaciół w Sztokholmie.
Szesnasty, list od Tomka z Warszawy pisany jest nieznanym alfabetem,
przypomina pisma mitycznego wschodu. Spojrzałem parokrotnie i przyszpiliłem
do ściany; co to za kontakt, w nieznanym języku o znanej tajemnicy?
Nie odczytujemy się wzajem.
Mój list do Ciebie może również nie znaczy, może chce tylko pobyć?
Nie chwytam za nitkę, aby wyjść z niczego? nie układa się w życiu, zniechęcenie
= zbydlęcenie; ale ale! proszę tu nie narzekać, bo przyleję paletą po dupie!
Dzień jak codzień zwykle, strzyżę trawę, maluję ostatni w galerii brudny
"pokój Humpphreya", zraszam ogród wodą, rozmawiam z wieloma ludźmi,
jak to chłopina w pracy; ciekawy dr Paul na spacerze z żoną, którą uczy
chodzić w tempie metr na minutę; odpoczynek i herbata w słońcu; Engelbert
pochodzi z Polski, architekt w Berlinie od lat dwudziestu, maluje fantastyczne
architektury, nie znając możliwości realizacji. Peter, malarz słynny a w
sobie mocny tu przyszedł; nie mówi po angielsku, a gdyby nawet po polsku,
to cóż by powiedział? Gudrun z nim gadała, ona ma czuja, zwierzyła się z
zaskoczeniem, że to czystej rasy burżuj. Sasiadka, która codziennie z dzieckiem
w wózku, przynosi mi 20 małych słoneczników; niezwłocznie znajdują miejsce
w ogrodzie.
Ach, Gudrun dzisiaj fantastycznie miła, kochanie się cudne.

Party ogrodowe, Przyjacielu, rozkręca się zwolna. Pogoda upalna słoneczna,
bodaj przedburzowa; szum aut, dźwięki ptaków, muzyka radiowa; żyć nie umierać
- jeszcze dwa miesiące!
Postanowiło się, że wernisaż 1 czerwca piątek o dziewiętnastej. To prawie
po sezonie, ale niech się święci. Sobota
19 maja zaczyna się wcześnie; świt we wrzasku ptaków.
Święty Augustynie, jak ci życie płynie? Wczorajsze party ogrodowe odwiedziło
wiele gości; skończyło się nieprzyjemnym starciem z Michaelem.
Ach, jakim tam starciem! z nim nie można się nawet zetrzeć, ucieka w nieznajomość
angielskiego, używa Christiana do przekładu kwestii, a ten pompuje się na
tronie ważności, zanim cokolwiek wygłosi; robi się rwetes.
Boss żąda trzydzieści procent od sprzedaży, ja stanowczo odmawiam. Oto bilans:
ma galerię, drukuje zaproszenie i plakat odpisując to sobie przecież z podatku,
a ja? czyszczę i odnawiam galerię, maluję dwukrotnie okna i drzwi, maluję
ściany, sufity, fasadę, remontuję toaletę w podwórku i mury; ba, robię wystawę
i mam być na niej codziennie obecny! 
Ponieważ labidzi i ufa, że nawet plakat i zaproszenie przyniesie straty
- proponuję zwrot kosztów. O procencie od sprzedaży w sytuacji, gdy płacę
również za elektryczność - możemy teraz pogadać.
Oburzał się, nie zgadzał na wystawę w takich warunkach - więc było o imperialiźmie,
wyzyskiwaczach, czarnym kolorze, wielkim brzuchu i innych, jak mówią uczeni
w piśmie, imponderabiliach! wiesz? gębę mam niewyparzoną, gdy sytuacja parzy!
Christian się peszył, gdy mówiłem, aby tłumaczyl, a nie popisywał się.
Prawda, że sporo wina, jointy latały także spaśne i obfite. Yves już wrócił
z wojska, okazał się zbyt chorowity; przyszedł z Limem. Nadeszła też pierwszy
wiosenny potężny sztorm dla rozładowania napięć. Lim przyniósł skrzypce
i jego ojczyste solo miało w tle wspaniałą orkiestrację burzy.
Padłem kiedyś, zasnąlem. Gudrun przyszla o trzeciej, nie powitałem jej miło;
obudziłem się nagle i wstałem, napiłem się gorącego mleka, poszedłem o świtaniu
na spacer.
Właśnie wróciłem i jestem w brzasku pod oknem na zewnątrz.
Wczoraj kwiaty do ogrodu od pani Dorothy i Rotraut, z Gudrun na markecie
także kupiliśmy po pięć. Słoneczniki przyjęły się wszystkie, ale nie będzie
im dobrze, za dużo cienia. Zasiałem trawę kolumbijską i marokańską, pierwsze
wschodzą. Jak wiele ptaków w tej alei, pewnie więcej niż ludzi w ich dziuplach!
Wiele też aut. Przyjacielu, nie chcę żyć w kapitalizmach wśród przeklętego
gadania o forsie; w kraju nie brakuje go zresztą, porażało jak prądemi;
czy ja wiem zresztą? dwa lata w Polsce malowałem zaciekle i nie wiem, jak
żyją; mieszkałem zresztą pod chmurami, nie jak teraz, na widoku.
Pierwsi przechodnie, naparzę herbaty.
Piłem herbatę, potem w łóżku godzinę czy dwie, Gudrun ślicznie zaróżowiona
śni głęboko; wstanę znowu i pójdę do parku, bo się zanudzę na śmierć, i
kosmici będą zaraz to mieli. To! a Tobie byłoby żal, bo co? nie jesteś gorszy!
Siedzę na ławce, piszę na kolanie; zagajnik brzozowy za mną, rzeczka wśród
szuwarów przede mną.
Upalnie, pachnąco, pochmurnie i mglisto po nocnej burzy; byłem zbyt zaprawiony,
aby w niej uczestniczyć wzruszeniem; ostatnie, co pamiętam, to skrzypce
i łoskot piorunów.
Nie jestem wysoko tej wiosny; na lewej skroni pojawia się guz wielki jak
dwa poprzednie. Christian uroczo żartuje, że to syfilis.
O co poszło, gdy przyszła Gudrun? ach, brakowało mi jej w ten upojny wieczór;
w jej obecności inaczej by brzmiała rozmowa z Michaelem; a może było mi
źle w objęciach kaca? rozstrzygaj, jeśli potrafisz; cholerna polska tęsknica
nie do zaspokojenia! Ona była gdzieś wśród nudnych ludzi:
- Ale nikt nie wychodził, więc dlaczego ja miałam wychodzić?
- Miałaś wychodzić natychmiast, bo na ciebie nie czekałem, głupia!
Nie jestem wysoko tej wiosny; przed rokiem żyłem w uniesieniu, malowałem
dwa lata bez wytchnienia, miałem kupę nowych obrazów i przekonań o genialności,
w torbie paszport i wzniosłe plany podróżnicze, Ania piękniała w nieustannym
śmiechu, wyruszałem niekiedy z pracowni i włóczylem się po Warszawie z butelką
wina i paroma skrętami do przyjaciół i na koncerty.
Uniesienie i szczęście diabli wzięli.
Dobrze, że lubię pracować, nie pozwoli mi to umrzeć z własnej ręki.
O świcie kocham ten ogród; nie mam na ekstrawagancje, bo zainwestowałbym
kawałek grosza, by czynić go pięknym; nowe od wczoraj są tu geranie. Ogródek
sprawia, że powątpiewam w sens włóczęgi; tam do licha! chciałbym mieć dom
i ogród, w którym mógłbym przejawiać talenty.
Dom, ogród, śmiechu warte słowa. Nadciąga nawałnica płomienna, co znosi
marzenia, nadchodzi praca, co będzie rozkwitać dla ludzi i w ludziach!
Przyjacielu, pytam, bo zraszam kwiaty - czy nie uwiądł ten tekst?
|
Niedziela wieczorem; codzienne
zajęcia ogrodowe polegają na tym, że zraszam ogród. Nie zrażam się nieobecnością
Michaela, jest wojna z czarnym pułkownikiem, usłyszał w piątek wyraźnie,
co myślę; jest obrażony, tęsknił do powodu, aby się poczuć obrażonym, a
niechże się wiedzie jasno w jego ciemnym świecie! 
Pomalowałem dziś toaletę w podwórku, którą przecież będą odwiedzać goście;
wyszedł świetny róż, gdy do bieli dodałem szczyptę czerni i sporo pinku;
zapamiętać to zestawienie; przyda się!
Kończylem malować murek ogrodowy, gdy przyszła ośmioletnia Jacqueline; popatrzyła
bystro wokoło, zapytała, czy może pomalować i dokończyła robotę dzielnie
sama! Weszła do środka, aby myć ręce, i rozmawiała z Gudrun.
- Czy ty jesteś jego żoną? - zapytała, a kiedy usłyszała, że tak, powiedziała:
- Jeszcze nigdy nie widzialam takiego małego mieszkania, musicie być bardzo
biedni.
- Nie jesteśmy bardzo biedni - kłamie Gudrun, - ale bardzo szczęśliwi.
Ot, pogadały koleżanki!
Idziemy z Gudrun na wino; cóż lepszego w piękny majowy wieczór, niż miłość
i wino?
Dobrze przebiega weekend; wczoraj byliśmy długo i pięknie w ogrodzie botanicznym,
codzienne spacery, miłość, pieszczoty i zrozumienie - dla maleńkiego przecie
wiesia, kiedy nie maluje.
Rozmawiamy z ludźmi, co rusz ktoś przychodzi; dochodzi do tego, oburza się
dzikus we mnie, że trzeba zasłaniać okno firanką, gdy chcemy się kochać.
Piątek 21-go w ogrodzie; przywiozłem z galerii duże obrazy i polubiłem
je znowu, wieszając w pracowni na ścianach i między drzewami; środowisko
naturalne robi im dobrze. Ludzie przechodzący ulicą albo środkiem alei widzą
wszystkie, czy chcą, czy nie chcą.
Z Michaelem napięcie, ale nie zwracam uwagi, zajęty ideą wystawy, jaka jest:
w pracowni, na ścianie domu i między drzewami. Zdjąłem z okna galerii napis
"wystawa", zastępując go plakatem "nic", co dobrze koresponduje
z "wkrótce".
Przyszedł więc do mnie, mówiąc, że może skończymy te żarty i zrobimy popołudniem,
co trzeba, aby wystawa ruszyła. Okazuję się chętny i zgodny.
Dobrze czuję się wśród moich wielkich płócien. Znowu! Szkoda, że moja miła
nie widzi. Wszystko jest dobrze w dniu ciepłym i pochmurnym; wieczorem przyjedzie
Katja z przyjaciółmi; mam chyba już projekt plakatu.
Moje obrazy ciut blade w pełnym słońcu? malować w poranku i pełnym świetle,
w pejzażu, niech płótna sycą się przepychem życia i światła. Trudno identyfikować
się z barwną przeszłością; może wystawa berlińskich obrazów wspomoże?
Ha! dzisiaj widziało obrazy więcej ludzi niż przez tydzień w zimowej galerii!
Chociaż tam przychodzili na wystawę, a tu po drodze. Wielu takich, co zasuwają
ze wzrokiem utkwionym w chodniku i świata bożego nie widzą; klasa uciśnionych
przez myśl.
Tak mi się oto zaczyna żyć w otwarciu, na widoku, bez obaw, że jestem jaki
jestem. Ciałem, wierszem, obrazem, jak popadnie.
Hej, Przyjacielu, dziesięć miesięcy już piszę do Ciebie ten tekst jednoroczny;
skończę 22-go lipca w dwa miesiące, już poza Berlinem, daj boże. Zmierzcha
się. Umyłem włosy, ogoliłem. Obrazy jeszcze wiszą, już prawie niewidoczne,
tylko oranżowy "Dozorca świata" świeci w mroku.
Wieczór; czy na polskich wioskach słychać pieśni majowe? Chwalcie łąki umajone?
Płonie czerwona świeca na stole, dźwięczy chopinowski nokturn z amerykańskiego
radia, pachną rozkwitające w ogrodzie konwalie, życie rzeczywiste, ale zbyt
ciemno, by pisać. I zdaje się, goście przyjechali; o halo Rotraut! dzięki
za bułkę śniadaniową na oknie! Wtorek;
zaproszenie w druku fajne, fragment obrazka z nadrukiem tekstu, jak sobie
życzę. Boss kontynuuje działania opóźniające; projekt plakatu za duży, nie
można robić fotodruku w tej najtańszej drukarni; mam robić raz jeszcze.
Przyszła Jacqueline, rodzice z Jugosławii, jej oczy rozbłysły, gdy zapytałem:
- Kako se zowiesz? - przyszła z koleżanką i rozkładają na stole lalki i
zabawki, przyniosła cały dobytek! na wszelki wypadek zdejmuję ze stołu stopy.
Dziewczynki zafascynowane, że do środka wchodzi się przez okno a żyje na
zewnątrz. Skaczą jak ja w obie strony, cieszą się jak dorosłe.
Yves, syn Dorothy, ma lat osiemnaście. Nie wie, co w życiu robić, poszedł
z tego wszystkiego na ochotnika do woja! a ja chciałem lancetem ciąć ścięgna,
żeby uniknąć większego zła! zachorował ostro przez miesiąc i go zwolniono;
zamierza jechać na południe Francji i szukać pracy w okolicy Cannes; problem,
że nic nie umie; tylko w marzeniach jest bez konkurencji. Okazuję się nieuk,
nie umiem doradzić.
Przyszła Gudrun jak miło; ostro zabrała się do studiów; raz w tygodniu,
jak dzisiaj, pracuje w biurze projektowym dla chleba; bardzo mi się podoba
jej energia, wola, pracowitość. Zabrał ją po obiedzie do Mistrza i Małgorzaty
Bułhakow, a ja zrobiłem plakat prosty i piękny, jeśli nie zmienią mi liternictwa.
A teraz druga nocą, po burzy powietrze jest
czyste, pachnie majem i konwaliami, kwitną w nieobliczalnej krasie. Dobrze
w zapachu, lecz nie przeżywam specjalnych uniesień; jak zwykle po pracy
i niedospaniu ucisk okolicy serca. Jeszcze 50 dni w Berlinie. Tęsknię za
warszawskimi przyjaciółmi; nic do nich nie mam, po prostu uścisnąć, pobyć
chwilę razem.
Wkrótce wystawa. Będzie sporo roboty, bo to dwie wystawy; na Zamkowej obrazy
malowane w Berlinie i, jeśli dopisze pogoda, duże obrazy pomiędzy drzewami
na linach, jak teraz, zaś w Galerii-cafe oleje warszawskie; Warszawa-Berlin
piszę na plakacie.
Środa jest w niebywałym słońcu. Kochamy się po przebudzeniu, gdy
zapukano energicznie do okna. To para staruszków, wyjrzałem górą ciała,
bo niżej ach nagi. Mężczyzna donośnym głosem zapytał, jak się nazywam, zgadza
się, oznajmia zatem, że poszukuje a może właśnie znalazł malarza, który
na suficie balkonu wymaluje niebo, gwiazdy, słońce, księżyc i kometę. Dobrze
trafił, jestem specjalistą od nieba. Zdziwiłem się dopiero widząc odchodzących,
mężczyzna trzymał kobietę pod rękę, w drugiej dłoni miał białą laskę, ślepy!
Co będzie, gdy malunek mu się nie spodoba w kolorze? Mam niebo malować zapachem?
Zobaczę, mam się u nich pokazać o trzeciej. Gudrun natomiast poszła, znerwicowana,
że nie chodzimy razem, bo nie mam czasu; może czuje, że mnie nie zachwyca.
Siedzę w słońcu.
W zmierzchu przy Gudrun; zasłonięta Bułhakowem kompletnie, dobiegają mnie
tylko śmiechy chichy. Zmęczyliśmy się chodzeniem po sklepach; parę herbat
i ryż brązowy, nie kupiliśmy wszakże sandałów, a stare są tak nadgryzione
przez czas, że połową stopy dotykam bruku.
Boże Ciało w południe i czwartek. Hej, Przyjacielu,
nie zostawiaj mnie samego w słońcu na tydzień przed wernisażem dwóch wystaw,
wspomóż dobrą myślą. Mam właśnie podłużną kartę zaproszenia; zobaczyłem
ją rano przez okno galerii i wściekłem się, że ktoś zmienił układ graficzny;
teraz, wracając od Rotraut, gdzie malowałem na biało deski biblioteczne
i robiłem pranie, wziąłem kartę do ręki i polubiłem.
Co jeszcze ciekawego? wczorajsza o trzeciej wizyta u państwa L. jest wzniosla.
- Wie pan, ja jestem zupełnie ślepy. Proszę, pan pozwoli dalej.
Ładne mieszkanie, pachnące świeżo i czysto, meblowane i przybrane wiekiem
osiemnastym. Ślepota pana domu nowa, sądząc po niepewnym poruszaniu się
w domu, albo mieszkanie nowe. Ach, pani domu miła! pan wykazuje do niej
pełne zaufanie, będzie sobie mógł wyobrazić wszystko co namalowane, kiedy
małżonka opowie.
Sufit balkonu to jasnoniebieska tafla, pierwsze podejście w stronę nieba,
metr na trzy siedemdziesiąt pięć. Wiem, że mogę namalować piękny obrazek,
trzy światy, projekt we mnie gotowy, mam rysunek do grafiki, której nie
zrealizowałem. Dobrze, zrobię szkic; dobrze, przyjdą w poniedziałek.
Kontynuuję po potężnej burzy, która wstrząsnęła miastem, łamiąc gałęzie
w alei i porywając w pierwszym powiewie wiatru moje obrazy ze ścian; jakże
się śpieszyłem z noszeniem!
Adresowałem setki zaproszeń, kleiłem znaczki i koperty. Z Michaelem jakże
przyjaźnie i pięknie! Czy to ma być kosmiczny omen, że kupił znaczki z laboratorium
Skylab? wysoko lecimy? żartów co nie miara.
Gudrun od paru godzin pracuje, kreśląc szkice architektoniczne; mieliśmy
obiad z Rotraut; zaprosiłem panie na jajecznicę z cebulą, papryką, pomidorami
i czosnkiem na ryżu. Pachniało aż na ulicy. Na deser listonosz przyniósł
list Kasi z Londynu, chociaż ona już pewnie wśród przyjaciół w Warszawie,
poleciała na miesiąc.
|
Piątek 25 maja nudno. Odwiedziłem
galerię B i dzisiaj zastałem sekretarkę; owszem, proponują wystawę na lato,
pod warunkiem, że będę codziennie; cały dom do dyspozycji, korytarze i klatki
schodowe, ale nie sale galerii, bo ta będzie zamknięta! nie ma dobrego oświetlenia,
jest dobra klimatyzacja, która w maju sprawia, że odechciewa się oddychać;
nie ma ubezpieczenia. Chodziłem, patrzyłem; wiesz, co zrobiłem? zabrałem
teczkę do domu, rzuciłem na łóżko i poszedłem w trawy. Nie ma wystawy! jest
joga i medytacja; miejsce dla indianina w naturze, za żadne skarby nie będę
spędzał lata w szklanej klatce, jeszcze nie zwariowałem.
Dzwoniłem do Katii, nie wyszła wizyta z przyjaciółmi, bo nawalili; przyjedzie
wieczorem z Nielsem.
Przeglądałem teczkę, czyli pół setki najlepszych kartonów bieżącego roku;
tęskniłem do nich, gdy były w galerii; są fajne; przeglądając wymyślam tytuły.
Chciałbym sprzedać coś na wystawie, lecieć do Nepalu i zimować.
Zapraszam już na wystawę ludzi, którzy do mnie podchodzą, właśnie urocza
para staruszków z sąsiedztwa; może się wzruszą i będą się lepiej ruszać?
Późna noc; wysłałem resztę zaproszeń na poczcie;
wizyta to Lim i Yves, czyli o podróżach, obrazach i życiu. Ledwo wyszli,
a tu następni goście, Monika w drodze z Paryża do kraju z chłopcem Danielem;
ona cielątkowata rozlazła, on ładny chłopiec ale zamiast dłoni flaczek.
Nie chcialem jej dać do czytania tego tekstu i ostro starliśmy się na temat
prywatności. Nie wiem przecież, czy tekst do Ciebie jest tekstem do innych,
prawda? trzeba przepisać na maszynie, przeczytać i rozejrzeć się w tekście,
wiedzieć, o czym jest i po co.
- Ja nie wiem, co to jest prywatna sprawa - mówi Monika.
- Zapytaj mnie, to się dowiesz - odpowiadam. - Prywatną jest praca.
Sam sobie przeczę i plotę bzdury niezrozumiałe, skoro ona nie znalazła swej
pracy, i sprzeczne z sądami o prywacie, które głoszę, Ty wiesz. I poszli
wreszcie.
Spoglądam na list Tomka na ścianie; czy wie? A co ze mną? samotność się
pogłębia, do ludzi coraz dalej, co im nie przeszkadza mnie kochać.
Michael smutny; Ewa wróciła o północy.
Sobotni poranek w słońcu; wczorajszy wieczór dziś ciemny; za dużo
paliwa i przemyśleń; dziś nie palę, jem mało; mam potrzebę samooczyszczenia
przed wystawą, tym bardziej, że chcę wziąć acid w tygodniu raz jeszcze,
po dokonanej korekcie życiowej poczuć, co jest, kiedy miną bóle; lewa dłoń
ma krwiak od paru dni w przegubie, przed tygodniem chciąłem wbić nią gwoździa.
Piękny dzień; gdy chmura przesłania słońce kolory gwałtownie intensywnieją,
bowiem po burzach ostatnich dni miasto i powietrze jest czyste. Siedzę na
przyzbie w słońcu, orientuję się, że w tym życiu przyszło mi być artystą,
co znaczy - być w słońcu; dobre zajęcie, zapewniam, ale fatalnie źle płatne.
Wzburzyła mnie wczorajsza rozmowa z Moniką, bo co? robię prywatę? nie lubię
siebie, oto gdzie sens pogrzebany; czyli to schiź - jestem jeden, kto kogo
nie lubi? Praca jest osobistą własnością w tym sensie, że jest jedyną prawdziwą
własnością.
Popołudniem niespodzianka, to hinduska Sylwia i Mariusz z Suzanną, których
już poznałeś. Sylwia jest stewardessą właśnie na wakacjach, czyli lata po
świecie, dziś dwa dni Berlin, następnie Kopenhaga, Wiedeń i Cannes; zaprasza
mnie serdecznie na odwiedziny w Delhi, coś takiego! jest śliczna. Także
Lim, Yves, Haka, parę innych osób gwarnie i radośnie; ogrodowe party trwa
codziennie. Dialog z indianką, która ogląda ostatnie abstrakcje:
- Co to jest?
- Obraz.
- Ale co jest namalowane?
- Prawda.
- Ale ja nie wiem, o co chodzi, ja tego nie rozumiem.
- Obraz nie jest do rozumienia - śmieję się jej w twarz. - To tak jak z
tobą, można cię kochać lub nie, ale rozumieć? jesteś niepojęta!
Siedzę piszę na ławce pośrodku alei, bowiem o tej porze moja pracownia i
przyzba są zacienione przez drzewa. Widać przez moje słowa, jakie kontakty
z ludźmi? rozumiem, a oni czują.
O zmierzchu chwilę sam; Gudrun rysuje w pracowni; tyle osób przewija się
tędy, przesiaduje przy ogrodowym stole. Kiedy jestem obecny, jest także
gadanie.
Z zupełnie innego świata w których żyje Mariusz przywędrowało pół litra
żubrówki, więc upiliśmy się sympatycznie w sześcioro: Gudrun i Leonie przyjaciółka,
Mariusz, Yves, Lim i ja. Kanapki smaczne pożywne z serem i papryką. Stół
już sprzątnięty, tylko misa konwalii i świeca. Spokojnie.
Przechodzą goście od Christianów, Zbyszek i Kazik z dziewczyną, która kocha
me obrazy, a z nimi Mario arystokratyczny. Lepszy cham niż taki chłam! jestem
chyba zbyt grzeczny, dlaczego nie nakopię do dupy?! Nie lubię, wcielona
pycha - wcielona w cielę! łach, który gardzi pracą; rozpustna ciota, co
ćwiczy się w wygibasach diabelstwa, studiuje jego przejawy i stosuje codziennie;
powiedz, Przyjacielu, brzydzisz się czymś lub kimś? Jeśli tak, wiesz, gdzie
jestem.
Dzwoni na wieży dzwon. Nie lubię tej chwili; piszę przy świecy, konwalie
przekwitają, Gudrun żartuje z Leonie; nie rozumiem niemieckiego albo udaję.
Gudrun prawie zachwyca się Yves; kto wie, czym zazdrosny; w każdym razie
zirytowany - oni gadają, a życie przemija! Czuję się spięty; tyle ludzi
dziś i przydarzeń, nic mnie nie fascynuje - a ja bez fascynacji nie umiem
żyć!
Tzn. sam nie wiem co. Gudrun wciąż o miłości nawija, ja pytam, gdzie ona.
Dobrze, że wkrótce jadę, ale czy przed rokiem nie czekałem na wyjazd? także
przed dziesięciu, sześciu i czterema laty?
Zabieram siebie ze sobą, niestety, jestem, kim jestem. Bo siebie można przekroczyć,
ale nie zagubić.
Czy kocham ją jeszcze, skoro czuję samotność?
Moja dłoń silnie pachnie prochem; najmłodszy synek Dorothy przyniósł taśmę
z wystrzelonymi ślepymi nabojami; bardzo przejęty, bo opróżnił ją w pistolecie
maszynowym; nie wiem gdzie, istotne jest stwierdzenie, że skosił pół setki
policjantów; chłopcze, rób tak codziennie, a za sto lat nie będzie glin
w Berlinie!
Jestem szczątkowo; dnie spędzam w pracy albo w słońcu, o, wtedy zadowolony
na okrągło, jak ono, ale wieczorami stan wrzenia, ekscytacja i rozdrażnienie,
staję się zbyt szybki, gdy wokoło drętwo i leniwie jak teraz! Niejednokrotnie
tekst do Ciebie staje się oparciem, gdy mało wspólnego z ludźmi, wśród których
przebywam. Nie ma w nich wiedzy; mało tego, nie mówią naszym językiem.
Piszę także na świecy, ryjąc gorącym gwoździem: "To jest to, czego
nie ma. Ja." Usiadła obok Gudrun, zapytała, co znaczy.
- To nie ma znaczenia - odpowiedziałem, jej uścisk zelżał; gdybym powiedział
ze śmiechem, reakcją byłby śmiech i pocałunek.
Robi się pusto, Leonie poszła, chłopcy się żegnają, z sąsiedniego domu głośna
fajna muzyka, z domu po lewej zapach szamba; jest mi źle, chcę być sam;
powiem o tym? bo trzeba mówić, co się myśli, nawet jeśli to pomyłka?
Zamknąłem zeszyt przed akcją, ale Gudrun właśnie przez okno weszła do pokoju,
włączyła radio i leci "Love is like oxygen", no dobrze już, dobrze,
tylko nie za dużo tlenu dla pana kłębka w nigdzie.
Jestem przestrzenią, której mi brakuje. Próbuję i tak, i siak, chcę żyć
inaczej. Tymczasem wszystko jak zawsze, na ćwierć gwizdka, na bylejak, na
byle przetrwać. Ukręcę skręta i pójdę w Berlin.
Nie zdążam! Nadszedł Michael z twarzą drapieżnie pomalowaną, co czyni go
groźnym błaznem-wojownikiem, Petra w kreacji zwiewnej pink, Christian ocieniony
fantastycznym beretem i Ewa w czarnych koronkach marzenia; a z nimi, o tak!
dwie butelki wina. Takie wybawienie, kiedy mam dość na dzisiaj? nic nie
ocali.

Gudrun zasypia w muzyce, Petra gawędzi z Ewą; bardzo oszczędnie odmierzam
sobie wino, nie zawracać nim głowy. Gdzie jest właściwie, skąd do Ciebie
piszę? W zawieszeniu między przeszłością a przyszłością wieczność się czuje
malutka i trzeba jej spać.
A na świecy, już prawie na wysokości płomienia, stoi: "To jest to,
czego nie ma. Ja. I to spłonie". Christian tłumaczy na niemiecki, ale
nikt się nie śmieje; oj, kiepsko, dziewczyny chłopaki.
Przed ogrodem na chodniku przewrócony zakaz wjazdu; pijany facio zatrzymuje
się przy nim, usiłuje podnieść. Frau pewnie zazdrosna, bo kopie go w dupę.
Fatalny kot Humphrey miauczy w ogrodzie; lepiej mu teraz, wychodzi z galerii
i jest głaskany przez wszystkich; wciąż szuka Louisa. Miaucząc.
Jest ciepło. Płoną także w ogrodzie świece; wśród morza konwalii jest wiele
białych rozgwiazdek, co pachną jak storczyki i zamykają się sprawnie i szybko,
gdy zraszam ogród wodą. Daleko dzisiaj od Gudrun i bliskich; moi bliscy
są też daleko, albo w ogóle ich nie ma.
Po drugiej jestem w pokoju, party się skończyło, zostawiłem nieporządek
do sprzątania na jutro. Nastawiłem wodę, żeby zaparzyć filiżankę kawy. Rano
przyjedzie Werner, żeby nas zabrać do Tiergarten, gdzie jego ukochana będzie
tańczyła Tai-Chi z mistrzem! Już kombinuję, że wolę do parku sam w trawy
i słońce; może już zaraz, kiedy napiję się kawy.
W tym stanie zbydlęcenia myślę chwilę, czy wziąć acid, ale to byłoby szaleństwo
przed spaniem. Sylvia ostro mnie nakręciła na podróżowanie; dla niej świat
jest okrąglutki i mały; nie mogłem sobie przypomnieć, czy kiedyś przedtem
ją pocałowałem. Ona twierdzi, że nie, ja, że kobietom się nie wierzy.
Napiłem się kawy, tyle nowej energii że ogoliłem wariata; położę go obok
smacznie śpiącej Gudrun, niech sen mnie odmieni. W
niedzielę byliśmy w parku podziwiać melodyjne pląsy pięknych ludzi,
biegaliśmy po trawie w żartach i śmiechu; w domu niedziela miłosna łagodzi
zachowania nocne, kiedy mój świr robił ćwir.
Poniedziałek przepięknie; zajrzałem rano do Christiana, tam telefon
Rotraut, szuka mnie Gudrun; mam wziąć wszystkie plastikowe torby i przyjechać
pod uniwerek, gdzie klomby i bratki.
Czynię to natychmiast; jadę, znajduję, zamieniam słów parę z robotnikami,
jeden mówi po polsku; wyrzucają wszystko z klombów, by sadzić nowe; wybieram
najmłodsze krzaczki bratków, ze sto sztuk, i mnóstwo narcyzów, co ledwo
idą w pąki.
Przychodzi Gudrun z koszem kwiatów; miłe rozmowy z majsterem, co kieruje
robotami i kocha kwiaty; jest zachwycony, bo wiele kwiatów ocaleje; dostaje
zaproszenie na wystawę.
Przywieźliśmy kwiaty do domu, miła niezwłocznie wróciła na zajęcia, ja zaś
wiele godzin pracowałem w ogrodzie, sadząc i podlewając obficie; wygląda
teraz pięknie, ale, wiesz? to zależność - beze mnie ogród umrze w tydzień.
Przez ogród poznaję mieszkańców domu z daleka, bo nie znam języka, w którym
do mnie mówią; wierzę, że uśmiech i spojrzenie wystarczy za wszystko.
Wtorek, złe wieści od Berta; Urząd Celny żąda, abym zabierał płótna
z Berlina w trybie natychmiastowym. Mówię o obecnej wystawie; miałem przecież
dostać zezwolenie dwuletnie; zmienne są postanowienia jako i w galerii,
gdzie płacilem kapitalistom kupę pieniędzy za nic wbrew ustaleniom!
Wybieram papiery na wystawę, oprawiam je w ramy i szkła, które myję; szkieł
jest za mało, Michael zgłasza votum nieufności; wizyta Geralda, co studiuje
planowanie przestrzenne pejzażu; jeszcze Klaus, Rotraut i irlandzki muzyk,
imię wyleciało z głowy, z kobietą-materacem ciekawie, męcząco.
Świta. Oprawiłem dwanaście obrazów, nie to, co chciałbym, lecz to, co pasuje
formatami do ram.
Środa, Bert uspokoił jakoś Urząd Celny, zezwolenie na pobyt obrazów
przedłużone na pół roku; dostałem wóz i ludzi do transportu dwóch największych
obrazów, zrobiliśmy to szybko i sprawnie. Jutro montuję ekspozycję w Galerii-cafe
z Michaelem, dzisiaj sam robię tutaj, a roboty huk. Przepiękny list śle
Dudi z Nowego Yorku; jest przyjaźń na świecie! Siedzę zatem w słońcu, którego
częścią jest ten ogród, obrazy, wystawy, i wszystko.
Czwartek,
robię wystawę sam; Gudrun nie pokazuje się w fałszywie pojętej trosce, żeby
mi nie przeszkadzać, ma zresztą wiele zajęć w tym tygodniu; pamiętaj, nadrabia
chorobę.
Rotraut zaprosiła na obiad smaczny nad wszystko, więc nie głoduję. Ale nie
ma nikogo, kto powiedziałby, czy obraz jest krzywo czy prosto, który róg
w górę. Michael bierze udzał w zajęciach obowiązkowych, myje okna w galerii.
|
Sobota; siedzę na przyzbie;
to miejsce słonecznego pobytu na parę następnych tygodni. Jest drugi
czerwca po wernisażu, który wczoraj nadzwyczaj pięknie. Wiele ludzi,
obrazy, ogród i kwiaty, świece, reflektory oświetlające Kreację, zawieszoną
na linie między drzewami; obraz piękny z każdej odległości, ale miło nań
patrzeć z dystansu stu metrów!
Ostatnie trzy doby wytężona praca; niemal nie spałem i nie jadłem, ale czułem
się świetnie - po coś! W galerii obok wiszą 32 berlińskie obrazy, w tym
siedem płócien; w Galerii-cafe osiemnaście olejów i akryli warszawskich.
Wystawa przyjęta wręcz entuzjastycznie; są także opinie negatywne: inteligentnie
ubrany malarz twierdził, że obrazy malowane dłońmi to czysta bezczelność,
żadna sztuka; omal go nie pocałowałem z radości, że ktoś wątpi, jak ja.
Przerwała mi pisanie dziewczyna; obejrzała wystawę pobieżnie, usiadła obok
mnie, pytając, dlaczego się uśmiecham.
- To dobre! - wybucham śmiechem. Jest z Heidelbergu, studiuje dyrygenturę
i organy. Gawędy chwilę; na pożegnanie objęła mnie mocno i ucałowała serdecznie,
kocha.
Gudrun wypoczywa, w łóżku boli ją głowa, rozstrojona wernisażem i tym, co
działo się na jej oczach; mniejsza o wielość spotkań i rozmów, niech zdążę
Ci zapisać najważniejsze.
Przyszła piękna dziewczyna. Rozmowa w galerii, pocałunki w bramie, dotyk
czuły i sterczące sutki. Ach, zapytałem:
- Jak ci na imię? - a ona, dumnie wyginając szyję, nie pierwszy raz taką
odpowiedź słyszę, odrzekła:
- Nie mam imienia, ja jestem kobietą!
Nie do opisania jej piękno, więc co się będę trudził! chciała kupić obraz,
ale za drogo; może szło tylko o przedłużenie miłosnej pogawędki w ogrodzie,
wśród pocałunków, które Gudrun z okna widziała. Rozeszłi się goście, ostatni
poszedł Latsch beznadziejnie zakochany w pięknej, spędzał z nią każdą minutę,
gdy musiałem do innych; poszedł sam i smutny, mówiąc wszakże na pożegnanie,
że mnie kocha.
- Widzisz, co za życie! - powiedziałem kobiecie. - Tak się lubimy, a teraz
obrazy zamknę w galerii, tobie mówię dobranoc i pójdę, w moim łóżku czeka
moja kobieta.
Dotknęła mych ust i oczu.
- Życzę ci pięknej nocy z twoją kobietą - powiedziała, i bardzo niepewnie
dodała: - Ja naprawdę bardzo cię lubię...
- A ja ci życzę szczęśliwej nocy ze mną - odpowiedziałem - jakiejś innej
nocy.
Czujesz, jaki idiota? gotowa do miłości w wiosenną noc, a czemu to nie przewalam
jej w narcyzy i bratki? czemu nie kocham, skoro pyta stoi? czemu nie zabieram
na długi spacer w noc gdzieś nad jezioro? Biedny kundel, zwłaszcza w świetle
tego, co nastąpiło.
Zamknąłem zamki, do których oddelegowany, poszedłem do Gudrun; czekała nago,
złakniona i czuła. W trakcie gorących pieszczot:
- Czy to ty robisz ten dźwięk? - wykrzyknęła z twarzą pobladłą jak strach.
Uspakajam, nic nie słyszałem; opisała dźwięk jako niskie złe buczenie; zbliżyła
się do mnie, a dźwięk się powtórzył! tym razem panika! ja również słyszę,
w sekundę się wyjaśnia, że za mną na ścianie siedzi wielki komar, wiesz,
jeden z tych wolno latających; odetchnęła z ulgą; w dwie sekundy odechciewa
mi się pobywania; ubieram się, idę do galerii, potem świt nad jeziorem i
spokój.
Królowej kobiety nie było; królowej kobiety nie będzie; królowa przychodzi
jeden jedyny raz w życiu.
Kiedy wróciłem rano, Gudrun ubrała się i wyszła, mówiąc, że tego za wiele;
w południe jednak wróciła dopić porannej herbaty; śpi.
- Sądzisz, że to był ten sam komar, który kiedyś donośnie zadźwięczał dla
Waldiego? - zapytałem.
- Sądzę, że to początek końca naszej miłości - odrzekła.
Zaczynają się długie dnie; sporo ludzi odwiedza wystawę, wiele młodych,
co rusz mi ktoś przeszkadza w pisaniu, krótkie i długie rozmowy; wczoraj
bezczelny wobec kobiet; kochają podryw miłosny, to idzie łatwo, bowiem się
nimi zachwycam. Gabriela przyszła z Uwe zazdrosnym w oka mgnieniu; Gudula
wpisała tu obok swój adres, mogę odwiedzić materac; Gaby cudna, po wypadku
jest w barwach indiańskich, niebieskie żółte fioletowe plamy na twarzy i
ciele; nie chciałem wierzyć, że wszędzie, nie chciała pokazać. Chciałem
je wszystkie rozkochać i porzucić - w zemście za królową.
Dzień pogodny, słoneczny, jakaś wielka burza przeszła bokiem; radio mówi
o przyjeździe papieża do Warszawy; parę dni temu Wiesław szwagier oznajmił,
że rodzice też przyjeżdżają, żeby zobaczyć Papę; wielki dla nich dzień,
zwłaszcza mama pewnie z tej okazji szczęśliwa.
Wczoraj był Andrzej i mówił o przygotowaniach w stolicy; ten podróżuje!
teraz w drodze do Turcji.
Świeci słońce, złoci mnie z przyjemnością.
Zatem mam wystawę; niczego to nie zmienia, ale daje wytchnienie; prawda,
że mi się należy; teraz kontakty z ludźmi, stop dla malowania, atrakcje
towarzyskie - więcej czasu dla Ciebie? Zachodzi słońce, lekka bryza strząsa
nasionka z drzew; lecą, wirują w powietrzu małe helikopterki w nadziei na
miejsce do życia; szybko mija dziś wiosna. Przyjacielu mój Drogi, pozdrawiam
Cię; gdziekolwiek jesteś, jestem z Tobą.
Jak dobrze w czerwcu! można być razem we wszystkich porach roku, ale w maju!
ale w czerwcu! Sam wiesz, jak to jest, kiedy nic nie wiesz, kiedy zwykle
- żyjesz.
Oto ludzie zatrzymują się przed obrazami, czytają plakat przyklejony do
deski, przybitej do kołka, co wystrugałem w piwnicy, wchodzą do galerii;
byłem tam przed chwilą, aby przekonać się, że jest bardzo high, bowiem od
Gudrun dostałem kawał marokana jako prezent wernisażowy. Ach, miła Gudrun!
W oknie galerii metrowy krzak margaretek, prezent od Rotraut; na stole przy
mnie misa kwitących petunii: jasne fiolety w prążki, ciemne folety i jasne
błękity, jeszcze pinki pręgowane bielą. Stół ten sam, który służył malowaniu,
pokryty elektrycznymi ściegami kolorów, głównie czerni. W zwolna nadciągającym
zmroku pięknie w zieleni ogrodu świecą obrazy.
Pewnie wydaję się nie lada czubkiem sąsiadom z ulicy Zamkowej, gdy siedzę
tak brązowy w białej, biało haftowanej koszuli, którą ukradłem a nie powiem
gdzie, spodnie wciąż różowe, przez lata coraz jaśniejsze. Się lubimy; niektórych
to z lekka niepokoi; nie przywykli do okazywania uczuć. Ich życie ciekawe,
czy wchodzi do Przekazu, jeśli nie zapiszę?

Francuzka siwa pani czwartego piętra sąsiedniego domu zbliża się do ogrodu,
z daleka wypatruje Humphreya, już kot do niej biegnie, pieści go i tuli
w objęciach, acha! po pieszczocie jest i węgorzyk do poczęstunku! Pozdrawia
mnie mówiąc, że wszystko cudne, albo coś w tym rodzaju.
Sąsiad z tegoż domu w weekendy kiwa się na nogach, gdy wyprowadza czarnego
opasłego pieska na spacer; jest suchy i przygarbiony, w szczęsne dnie ma
przy piersi piersiówkę; zwierzał się siedząc obok mnie na murku przy wódeczce
z najpiękniejszych lat życia, gdy był kimś, żandarmem we wsi Klukowo gdzieś
koło Warszawy, szanowanym i goszczonym wszędzie. Czy dlatego ostro pije,
jak twierdzi Rotraut? myślę, że po prostu lubi gorzałkę, nie pije więcej,
niż go na to stać, a węglarz nie może sobie pozwolić na wiele. Mówi do mnie
odrobiną angielskiego; zasób słownictwa niemieckiego ma również bardzo skąpy,
mówi Christian.
Ja mówię do niego po polsku, bo nie mam do komunikowania nic zrozumiałego!
Była ciut starsza ode mnie, pięcioletni szkrab; nie jej wina, że urodziła
się Żydówką. Nie jej wina, że matka, nie widząc szans na przeżycie, zostawiła
dziecko w chłopskiej rodzinie, jako że gdzie troje drobiazgu, czwarte się
uchowa.
Czas mijał. Kolejny ukaz niemiecki głosił, że za ukrywanie Żydów kacet.
Nie wytrzymał stary Antoni a może ktoś doniósł, chociaż miała jaśniutkie
włosy. Żandarm był popularny w całej okolicy. Przyszedł pewnego dnia; może
litował się, nie chciał robić kłopotu rodzinie, słać kogoś do obozu? pogadał
z Manią, wziął za rączkę i powiódł w dojrzewające zboża. Na miedzy strzelił
w główkę z rewolweru, poszedł dalej.
Wiesz, przed paroma laty, gdy odwiedzałem Polskę, ktoś mówił, czy ojciec?
że żandarm został rozpoznany przez ofiarę, której nie domęczył. Żył na Górnym
Śląsku od wojny; dostał wyrok i w czapę. A ten tu żandarm słucha mnie i
polskiego pokornie, nie wie, co grane.
Pisaczek śmiga mi po papierze z szybkością elektronicznego zapisu. Żyć na
zawsze! będąc zastrzelonym na polnej miedzy, między zagonami lipca! ktoś
kiedyś za to umierał na krzyżu? widzowie spektaklu stają się katami - to
przecież bardzo dziwna bajka, nasz świat.
Jakkolwiek się dzieje - Przekaz będzie wąski; nie wierzę w jakość mej informacji.
Wiesz, jak to widzę, jaka jest obawa? wyobraź sobie, że z bezmiaru wibracji
świetlnych, elektromagnetycznych, grawitacyjnych, dźwiękowych - wybierasz,
powiedzmy, kolor brązowy. I wszystko będzie dokładnie spisane: zapachy,
uśmiechy, mordy, objawienia, cierpienia, olśnienia - tyle, że na brązowo!
Co za myśli się pasą w niepokornej głowie? że jeśli w sondzie nie będzie
moich intuicji i uczuć, to cały Przekaz może być na brązowo. Wiedz, wybieram
ten kolor, bo go nie lubię, chyba, że jako podkład. Nie używam brązów, asfaltów,
szarości, czyli kolorów ziemskich.
Przeze mnie Przekaz dla innego świata? z tego? ależ ja nie z tego świata,
zapytaj mej mamy!
Skończę nasiadówkę i pójdę do Christianów oglądać telewizję, zobaczyć papieża
i tłumy, wśród nich rodziców moich.
Śpi Gudrun w późnym wieczorze; niemile powitani przez Christianów byliśmy
krótko, nie lubią się wzajem; oni patrzą jak na wariatkę z powodu panicznego
lęku przez kotami, które opasłe są na pierwszym planie domu; ona ze zgrozą
patrzy na ich popołudnia w chmurze papierosowo-telewizyjnego gorąca, gdy
wokół szaleje wiosna i najpiękniejszy park Berlina jest obok.
Wizyty papieża ledwie minut kilka, obszerny program był godzinę wcześniej;
praktycznie nic nie widziałem! po powrocie do domu zdejmujemy Kreację z
drzew i niesiemy do bramy wejściowej; tam jej schronienie na noce i deszczowe
dnie. Gudrun nie chce przenosić się do Krakowa albo Warszawy, ale są inne
miejsca. Żadnych projektów na przyszłość, przekonuję siebie, póki nie spłacę
długów.
Właśnie, jak z długami? powiększyły się znacznie o koszty plakatu i zaproszenia,
wernisażu i elektryczności; jak obszył dwa i pół tysiąca do Michaela; suma
rośnie wolniej niż jego respekt, ten rośnie radykalnie; ma wystawę czy chce
czy nie chce, słyszy peany. Mówią jednoznacznie i wobec fali miłości do
moich obrazów Michael przeżywa przemianę; już nawet pojmuje, co robię! i
ceni!
- Nie przejmuj się długami, to przecież żadne pieniądze! oddasz, kiedy zechcesz!
- czy to nie brzmi po ludzku?
Poznałem go przed czterema laty; przyjechaliśmy z Amsterdamu bez grosza
moim busem z Wandą, Bogdan wrócił do kraju; pierwszego dnia w Berlinie Christian
mnie zaprowadził do galerii czystej i białej. Michael polubił grafiki; miałem
gotowe zaproszenie drukowane po angielsku, potrzebny był nadruk godziny
i miejsca; projekt plakatu zrobiłem tejże nocy, parę dni później 1 sierpnia
wernisaż wypadł w moje urodziny. Tłumy niesamowite, dobre recenzje, sprzedaże
codziennie; Michael przeżył raz pierwszy smak sukcesu galerii; pokochał
mnie i docenił.
Zna słabo angielski; kontakt w języku niewielki, żyjemy w innych światach;
usprawiedliwia się teraz, że zima była długa a jego główny interes nie funkcjonował
wcale; zaczynało brakować pieniędzy, bał się mnie i mego rosnącego w wyobraźni
długu, zazdrościł życia i ludzkich sympatii, nie cenił pracy, co? wiesz
na żywo, ciężko bywało pomiędzy!
Codziennie mu gratulują ludzie wystawy, wszystko się zmienia; powtarza mi
komplementy, które słyszy; przyjaźnie apeluje, bym się nie martwił, z pewnością
się coś sprzeda.
Dobrze, się nie przejmuję.
To okropne, jak się nie przejmuję! Teraz ludzie mówią, jaki byłem na wernisażu!
oto pan chce kupić "Wariata", prosi o listę cen, już idę, ale
znajoma rzuca mi się na szyję, o panu zapominam do dzisiaj. To przykład
- czego? beztroski? głupoty!
Polski Ryszard saksofonista przyszedł z filmowcem telewizji i jego piękną
żoną; pytali, czy mam więcej obrazów, więc zaprosiłem do pracowni; tam okazuje
się, że w warszawskiej galerii GP kupił moją grafikę bliźniaczą do wiszącej
na ścianie. Ryszard chciał, abym coś podarował gościowi, dużo może, zrobi
o mnie film; propozycja podlizywania się tak wzburzyła, że ich porzuciłem.
Wczoraj facio z Dublina inteligentny i święcie zachwycony rezerwował obrazy,
chciał dzisiaj przed odlotem wstąpić po zakup; się nie pojawił. Normalka.

Sporo na wernisażu rodaków; hej, murek i okolice, gdzie gromadnie siedzieli,
upstrzone setkami niedopałków, mimo że rozstawiłem obficie popielniczki,
aby nie gasić peta w kwiatek; dziś oczyściłem wszystko.
Jestem dobrze zmęczony, niebo delikatnie jaśnieje, zaczynają śpiewać ptaki
na drzewach; przepisałem tę noc! A jeszcze tylu ludzi, których poznałem,
rozmawiałem serdecznie, ale znikałem wpół zdania; sceny komiczne, dramaty
i łzy; trzydzieści świec płonących wśród kwiatów w ogrodzie.
Coś niezręcznie między mną a Rotraut; piękny kwiat od niej się pyszni w
galerii, ale, ach, chyba nie miałem czasu dla niej i przyjaciółki starszej
dystyngowanej pani?
|
Piątek 15 czerwca w przychylności
losu. Renesans miłości z Gudrun, fajne malowanie, przemeblowanie wystawy
i w trakcie wiele rozmów, które zmieniają się szybko w osobiste zwierzenia,
meldunki do Przekazu, bo przecież nie wyglądam na konfesjonał! Jakże inaczej
rozumieć mam te opowieści?
Mówią swe życie, troski i nadzieje, lęki i problemy, pokazują mi beznadziejne
uwikłanie w świat nieludzki, a zarazem przeraźliwie ludzki. Pytam się, co
jest esencją Przekazu, kiedy powątpiewam, że składa się z wydarzeń.
Sąsiadka Margareta, przed wojną mieli sklepik w Łodzi, wprost się zamartwia
i spać nie może odkąd się dowiedziała, że opuszczę Berlin; jakże będzie
tu znowu nudno w tej ulicy, życie będzie smutne! niestety pięćset za "Dolinę"
to dla niej za dużo! a może mnie ożenić, abym został? ma nawet coś na oku;
sama wydaje córkę za mąż za Thomasa sąsiada.
Sobota w ulewnych deszczach; Gudrun wstała
wcześnie i pracowała nad projektami przyszłości; o tej godzinie referuje
już na uniwersytecie; hej, miła, życzę pięknego rumieńca!
Ja spałem długo, wystygła filiżanka herbaty, którą dostałem z pocałunkiem
przez sen.

Wczoraj tylu tylu gości, dziś otworzyłem galerię dla nikogo; jest ulewa,
ochłodziło się znacznie, nie wieszam obrazów w ogrodzie ani nie muszę podlewać.
Wczoraj Gudrun do północy pracowała nad projektem, a potem weszła do galerii,
gdzie z kimś rozmawiałem; zostaliśmy we dwoje przy dwu kielonkach z flaszki
od Luciano. Pytała mnie o malowanie i o to, gdzie jestem.
Obrazowo mówiłem o lodowej krze; wyobraź, stoisz na niej, gdy pęka, twe
stopy są na dwóch brzegach, te się oddalają, trzeba się dobrze rozkraczyć.
To moja sytuacja.
Dwa brzegi - to małe i nieskończone, albo też dwa Wieśki. Jeden w ponad-indywidualnej
esencji, łaskocze pędzlem boga i głaszcze absolut, wywabia istnienia z niebytu.
Drugi cielesny i osobowy z pamięcią, pragnieniami, ambicjami, niewiedzą,
zakałapućkany i niekiedy bestia. 
Gdy nie jestem w sobie, lecz w pełni skoncentrowany na dziejącym się właśnie
płótnie, które maluję, w kobiecie, którą kocham, lub w pejzażu oddali -
wtedy jestem w pełni. Paradoksalnie! Jestem, gdy mnie nie ma. A kiedy moje
ja jest we mnie, wtedy otorbia się, zamyka i cierpi, patrzy na świat "dorosłymi"
oczami, i wszystko do dupy! są wtedy wariactwa, bluźnierstwa!
Skacze pajac pomiędzy światami brzegami, które się oddalają od siebie. Miła,
to trudno znieść! Jezus mówił, jest drogą, a mnie się wydaje, że droga jest
w każdym. I każda wiedzie do tego samego miejsca; zdarza się, spotykam ludzi
o skrajnie różnych opcjach życiowych - a mnie się wydaje, że z różnych kierunków
ludzie zdążają do tego samego miejsca - tu, gdzie się jest. Tylko języki
są różne, w których To wyrażają. Ludzie są sobie podobni.
Dobrze być malarzem, już sama praca jest nagrodą, realizuję w niej życie
- a nagród znacznie więcej! Sam widzisz - mogę spotykać ludzi tak różnych,
z odmiennych klas, kultur, religii, warstw, sp-łeczności. Tak różnych od
siebie, że nigdy w życiu się nie spotykają! Ja mam dojście do wszystkich
- przywilej artysty.
Ktoś jest od dawna w galerii, zobaczę, może na mnie czeka?
Czekała Gundula mocna wysoka dziewczyna typu krew z mlekiem; widziała mnie
piszącego przy stole i nie chciała przeszkadzać. Dostałem od niej kwiaty
i resztę dnia; rozmowy i żarty przy winie, które też przyniosła. 
Z początku nieco spłoszona stała przed lustrem i palcami czesała swe długie
i wilgotne włosy, nie wzięła szczotki, którą wskazałem; dopiero po godzinie
gdy była już sucha, wzięła szczotkę i długo czesała się z lubością lubieżnością.
Malowałem, więc wzięła karton i kredki, powstał fajny obrazek w brązach
i błękitach.
O dziewiątej przyszła miła, ją także Gundula czesała; Gudrun polubiła małą
od pierwszego wejrzenia, ach, co mówię! mała to wielki różowy piec, właśnie
lat siedemnaście! Zrobiła obiad dla nas trojga; przemile rozmawiały koleżanki
w śmiechu, bo mała używa nieznanego slangu. O, Arbeitsfreak mówią na mnie
- po polsku to chyba pracuś. Gundula poszła o jedenastej z westchnieniem,
widząc, że Gudrun na pewno zostaje.
Słyszę komentarz miłej, że prawie każda dziewczyna mnie lubi, bo ze mną
może mieć tak, jak tylko ze sobą; a to zaskakuje, ciekawi.

Niedziela pełna wrażeń, tyle gości i rozmów, że gęba boli; niektórzy
zostają na dłużej przy ogrodowym stole. Urszula slawistka urodziła się w
Polsce, po latach w Grecji jest Niemką bez stałego miejsca w świecie; jej
przyjaciółka chce widzieć więcej obrazów; Hans z arabskim chłopcem kochankiem;
fajne dziewczyny z Bremen Katherina i Elske; Mariusz po drodze z wystawy
w Hof i Suzanne. I rozwrzeszczane bachory przeważnie jugosłowiańskie malujące
obrazki! A cała ta szarańcza wypija, wypala, wyjada wszystko, co w domu,
wchodząc drzwiami lub oknem - to ostatnie uwielbiają dzieci i dziewczyny!
Potrzebuję znów parę filmów, fotografuję na bieżąco.
O, pocieszył mnie na pustyni wieczora Michael, wstawiając przez okno 2-litrową
flaszkę czerwonego wina. Prawda, stosunki między nami prawie miłosne; czasem
się lubimy, czasem nie możemy znieść.
Wspomnę, co robię w słoneczne dnie. Ludzie przychodzą, rozmawiamy, jest
zawsze stadko dzieciaków, malują przy stole, albo małe panienki przynoszą
lalki i bawią się na murku w ogrodzie. Ja maluję najmniejsze obrazy życia;
resztki płótna Galaktyki są cięte na coraz to mniejsze kawałki; pamiętasz,
płótno było przecięte na cztery trójkąty, teraz prostokąciki coraz mniejsze,
były jak pocztówki, są jak znaczki pocztowe. Wiesz, nie mam materiałów -
kosmosy są w miniaturze; płótno nasycone przez miesiące farbami; siedzę
w słońcu a na kolanach deseczka i obrazek, najcieńsze pędzle zerówki, odrobinki
farb, oleju, werniksu.
Sympatyczne zajęcie; wiesz, czasem w pełnym słońcu zapada ciemność, a wtedy
parę centymetrów płótna potrafi zająć, oświecić, dopóki słońce nie wróci
nie wróci.
Dwa i pół raza chciałem napisać do Ryśka, po jego braku wyjaśnień zostaje
otwarta sprawa pieniędzy i galerii - ale jest jakoś pusto z tej strony;
cóż pisać, po co i na co? być może stać mnie na jednego przyjaciela mniej?
Wielka ćma pod kloszem lampy! gaszę światło, żeby się nie uszkodziła a ona
usiada na dłoni. Zapalam światło i przyglądam się z zapartym tchem: cudna
brązowo-szara, rozsrebrzona cieniutkimi i puchowymi włoskami na całym ciele;
odnoszę do okna, dmucham w nią na pożegnanie, niech leci.
Zawiesiłem nad stolikiem białym jak wszystko w pokoju pierwsze maleńkie
obrazki, na które zamienia się Galaktyka; ach, pół roku temu była najlepszym
obrazem, zgasła jak kometa; teraz są maleńkie gwiezdne pejzaże, gdzie wszystko
płynie w przestrzeni.
Ha, jak ja przygotuję technicznie maszynopis tekstu, umieszczę w nim fotografie,
które dla Ciebie strzelam?
Jest jakaś jedenasta, w galerii oświetlony tylko oranżowy "Dozorca
świata", w ogrodzie pod reflektorem "Kreacja", przystają
przechodnie. Urocza Catherine, żal, że zostawiłem samą w pokoju, gdy przyszły
Urszule; nie wiem, kiedy poszła. Urszula koniecznie chciała me wiersze po
polsku; jej przyjacióła w zachwycie przy obrazkach One-touch, czyli Jedno
dotknięcie. Akt czystej wolności, kompletny przekaz, energia ze źródła energii.
Tak trzymać!
Już sam, ostro zaprawiony.
Parzę sobie herbatę z kwiatów malwy, się przebieram, roluję skręta ze świętych
grzybów. Pójdę chyba do Petry i Rona, jest tam Gudrun i uczą się razem.
Tu liczne grono; roześmieli się jakby na mój widok radośnie, ale kontynuują
referowanie i dyskusje; zapaliłem skręta i położyłem się na dywanie, jedyne
miejsce, gdzie mogę pisać. Zabawne, napalony, napity, a teraz zgrzybiały,
chociaż tak młody; jak działają grzyby? ha, skóra mojego czoła jest przestrzenna
i przezroczysta, lecz komu oglądać widoki? Fajnie mają studenci, tworzą
seminarium grupowo w śmiechu i hałasie, tyle kapuję, że też się uśmiecham;
pierwszym punktem programu jest bowiem krytyka profesorów i asystentów,
drugim organizacja pracy, a trzeciego, przedmiotu pracy, bodaj jeszcze nie
ma. A ja mam! W skarpetce trzy kilo różowego snu! Jako wolny od zajęć obowiązkowych
otwieram butelkę reńskiego i przynoszę kielichy - trzy, bo inni przy wodzie
mineralnej i soku.

Wyobraź sobie, że nic nie jest do wyobrażenia; niczego sobie nie możesz
uprzytomnić ani przypomnieć, niczego pomyśleć ani zrozumieć - to gdzie jesteś
wtedy?
To przestrzeń. W niej dzieje się Twe życie, głos Gudrun przywracający innych
do uwagi, podłoga, co się utwardza pode mną, skowronek, do którego tęsknię
- a wszystko w celu niepojętym, nieznanym, a może bez celu, po prostu z
natury twórczej energii.
Dobrze, już pójdę, tam gdzie nie będę się mądrzył.
Poniedziałek 18-ty w ogrodzie z Petrą i Rotraut,
która wróciła z Belgii z darami zielonego likieru i zielonej herbaty; pijemy
w zapachu jaśminu.
Popołudnie ciepłe, zmienił się kierunek wiatru, przezroczyste niebo zwiastuje
skandynawski wyż. Panie siedzą z kotem na sofie i rozmawiają ze sobą, ja
opodal na murku otwieram zeszyt, aby też pobyć z bratnią duszą. Na trawie
pośrodku alei facio ustawia klatki z królikami i odsuwa denka, żeby braciszkowie
mogli skubać trawę. Sonata na skrzypce Beethovena przywołuje zmierzch a
słońce złotnieje.
Świat melancholijnie się toczy swoimi drogami, dzień skończy się na niczym,
co wcale nie jest złe, kiedy się wszystko układa pomyślnie. Gudrun dziś
jest w pracy, lada chwila przyjdzie albo nie.
Na pewno nie, dzwoniłem; idzie na urodzinowe party.

Późna noc wokoło; piszę, żeby po ludzku zakończyć
ten dzień; byłem na kawie u Luciano, żeby powiesić w knajpce grafiki. Szedłem
okrężną drogą, zachwyciłem się drzewem, wokół którego goniły się psy; co
jeszcze? jeśli tego Ci mało - nic nie wystarczy.
Przyszła przelotnie Frederike; Kasia ze studentami malarstwa; z Ronem i
Petrą o kapitaliźmie i socjaliźmie, których najlepsze cechy mogłyby tworzyć
świat ludzki, ale konflikt cech najniższych nurza ziemie w gnoju.
Ja polityką interesuję się jak chłop - lubię wiedzieć! mam wszakże parę
hektarów barwnej gleby do obróbki bez względu na przymrozki i odwilże, głowy
stanu i dupy ludu. Ufam, tworzę wartości, które są i będą niezbędnie w każdym
systemie, jeśli nie dla wszystkich, to przynajmniej dla tych, którzy od
systemu odpadli jak ja.
Zaścieliłem posłanie, poszedłem odsikać do toalety w podwórzu, w powro tnej
bramie spotkałem Geralda. Jest mi zagadkowy; lubię i czuję respekt. Wstąpił
do mnie, więc wypiłem jeszcze kielonek likieru skoro on nie pije, i zapaliłem
jointa, którego mi skręcił; wracał z grania; spotyka się parę razy w tygodniu
z przyjaciółmi w muzyce, "żeby wyładować energie, oczyścić się i zabawić".
W trakcie dzisiejszych rozmów motyw wschodu i zachodu, polityki i etyki,
terroru i nędzy. Ludzi spotykam, ich problemy duchowe tu i tam podobne:
presje systemu, kultury i mody pchają w stereotypy. Główkują o polityce
zamiast się zastanowić, jak to właściwie jest z kolorem róży, i co to tak
pachnie.
Powiem Ci zatem dobranoc. O, może na dobranoc jeszcze sen zawrotny. Chodziłem
ze sztyletem i mieczem w zbroi po korytarzach i salach zamku, nadzwyczajnym
szermierzem jestem, nie mogą mnie zabić zwykli Italiańcy! Dwór króla półgłupca,
którego chciałem ocalić. Miłość, którą musiałem poświęcić. Masa krwawych
i ponurych poczuć, wspomnień z przeszłego życia? prognozy na przyszłe?
Muszę Cię zmartwić na temat inkarnacji: nie mam żadnych powodów do wiary
albo do niewiary.
|