Zaczyna
się noc najkrótsza w roku; był poeta poranka raz jeszcze z dziewczyną, Waldek
z fajną rozmową i Liza w ferworze serdecznym; troje Holendrów na tripie
medytowało wśród kwiatów. Ludzie jako projekcje zwierząt. Jeszcze raz otworzyłem galerię o północy, bo przyszli istotni goście; Helmut pożyczył mój obraz do domu, aby zobaczyć, jak pasuje do wnętrza i kolekcji; jest sędzią, starszy ode mnie zaledwie dwa lata a przygarbiony i siwy, tylko oczy świecą młodzieńczym blaskiem; wypatrzą coś w moim świetle, czy się przymkną? Kiedy wróciłem do siebie, podłoga była zasłana szkłem, to wielkie lustro spadło ze ściany, rozbiło się w maczek; znowu omen amen? Ledwo pracowicie zmiotłem, a Norweżki z następnego domu prosiły o pomoc, klucz nie otwiera drzwi wejściowych; pomogłem, dobre żarty, drzwi otwarte, trzeba było popchnąć. Skończyłem "Nienasycenie" Witkacego z żalem, że się kończy. Leżałem w łóżku, kiedy w oknie Rotraut: - Chodź, taxi czeka, szukamy Lizy, nie wróciła do domu. Zerwałem się w spodnie, pobiegłem; wyjaśniła w taksówce, że mężczyzna napastował Lizę gdy wczoraj wracała do domu, pokazywał jej kuśkę, więc dziewczyny się umówiły, że zaraz po powrocie zadzwoni; nie zrobiła tego, telefon nie odpowiada. Przyjechaliśmy pod jej dom, srebrna Honda pod bramą, ta zamknięta, w oknach ostatniego piętra ciemno. Telefon nie odpowiada raz jeszcze. Uwierz! zagrałem dla Rotraut w orła i reszkę, wypadło, że Liza nie jest zgwałcona! Życzę jej jak najlepiej. Poszliśmy do domu piechotą, trwało to bardzo długo, wschodziło słońce, patrzyłem na drzewa i domy, jakbym chciał coś przez nie zobaczyć. Pachnie kwiatami lip, kwitnie wielka aleja. Sobota od płota do płota! Spałem krótko i treściwie bez snów; okazało się, oczywiście, że Liza wróciła do domu i zmęczona padła w sen. Dzień pogodny, upalny, zaczyna wiać wiatr, ciągną szybkie chmury. Czy umysł i materia to dwa aspekty tego samego zjawiska? Dziś chcę żyć dobrze, strzec się od grzechu rozpaczy. Zjadłem lunch z Rotraut; jest mi wdzięczna za radę, powiedziałem mianowicie: - Co cię obchodzą jego inne kobiety? Jeśli lubisz Rony, to leć z nim na wakacje. Jeśli polecisz, nie wiesz, co będzie; jeśli odmówisz, to jasne, będzie ci smutno. O co chodzi? Chcesz życie organizować, nim kierować; pozwól mu dziać się bez lęku, jest większe od ciebie. Po rozmowie dzwoniła do Holandii, zdecydowała się i leci na Tenenerifę. Chce mi kupić sandały, ale to zbędny wydatek, chodzę boso, sam kupię - w Warszawie. Gudrun wczoraj nie przyjechała, dziś się nie pokazuje.
Poniedziałek 25-ty czerwca już lato, nie pisałem
parę dni do Ciebie wśród przygód; wiele tych rozmów, malowania, wizyt. Wspomnę sobotę bodaj z zawstydzeniem. Proszę, dziw się, sam jestem zdziwiony. Dzień piękny z Gudrun; zjedliśmy święte grzyby kochając się, bawiąc i spacerując cudownie do chwili, kiedy Twego przyjaciela ogarnął świr. Tak się zaczęło: patrzyłem w koronę wielkigo drzewa lipy w alei; jeden konar rozłożysty i bujny, drugi równie wielki, lecz zupelnie nagi i suchy, bez kory, świecący jak próchno. Cóż takiego zobaczyłem, że zacząłem szlochać? Huk miasta nagle wali w głowę, łaknę ciszy, pojechaliśmy wozem nad jezioro, a tam dopiero śmiechy i krzyki po wodzie, motorówki, muzyki, auta! wrażenie, że życie nieznośne, los skazany na wędrówki przez piekło; walec łaskotu, huk obłąkańczy. Gudrun natomiast poleciała świetnie, opryskała mnie wodą, popłynęła w dal, gdy oddychałem, żeby przetrwać. Widzisz, nagi konar, a ja przymierzam go do czegoś, staję się krytyczny, osądzam się bezlitośnie w artystycznych niedokonaniach jak w aspekcie etycznym; summa sumarum ból się ze mnie sączy jak deszcz w listopadzie. Wtedy nie ma jak powiedzieć, ani się poradzić. Przetrwać, przeczekać. Nie zdziczeć, nie upadlać się rozpaczą! Jestem w metrze, piszę na kolanie, chociaż trochę trzęsie. Ciekawe, co podróż przyniesie. Jadę do Ariberta z decyzją sprzedaży, jeśli zapłaci 1400, skoro proponował 1000. Potrzebuję pieniędzy, ministerstwo moich finansów operuje wyłącznie zerami z obfitością godną innych cyfr. Wczorajsze zakupy Gudrun to papu, nie ma strachu, ale uczucie komfortu chwilowe. Jak między nami? dobrze, świetnie! Jesteśmy przejęci, jedziemy razem na wakacje do Polski! Kochamy się nadzwyczajnie, pełna fascynacja. I nowy element radości i beztroskiego śmiechu; wiesz? mam specjalny talent w rozśmieszaniu, kiedy nie beczę jak koźlę. W drodze powrotnej znowu piszę na kolanie w metrze; spędziłem fajne chwile z Aribertem; skończył fizykę, robi dyplom z planowania miasta; pracuje jako asystent, dostał pierwszą pensję tysiąc sto, godzimy się na cenę 1300 za obraz, przyjedzie za dwa trzy dni. Dobra i pracowita wibracja mieszkania; jego pokój duży, wiele książek, kwiaty, dobra aparatura muzyczna, parę plakatów na ścianach; mieszka od lat z dziewczyną, która wspomaga go w studiach i życiu; siedziało biedactwo nad podręcznikiem medycznym spłakane i zakatarzone, bo cierpi na astmę, a wszystko kwitnie i zapyla. Wypiliśmy we dwóch flaszkę reńskiego i zrobili spacer; to inny Kreuzberg: wody i parki bujne jak marzenie. Ale oto już Sophie-Charlotte; metro jedzie szybciej gdy piszę; może zarabiać na życie napędzając metro słowami? Wczoraj był Andrzej w drodze z Warszawy do Paryża, pozazdrościć podróży! pojechał z nim Christian. Mówił, że Rysiek już wrócił z Londynu; ciekawe, jakie będzie nasze w Warszawie spotkanie. Popołudnie wtorek 26 czerwca w słońcu przed galerią; fajna Gabriela; 23 lata, robi ceramikę z koniecznością pasji, pracuje dwie godziny dziennie zarobkowo, żeby ogień nie zagasł; kupiła plik kopii z twierdzeniem: -To najpiękniejsze wiersze, jakie mnie w życiu spotkały. Przesadza w komplementach; miłe pochwały, ale wiem swoje i recytuję po polsku Rilkego, by przywrócić realne proporcje, a za grosz od niej kupuję ryż, pomidory, kartofle, paprykę i mleko - tyle świeżości dzisiaj. Wczoraj wieczorem wrócił Michael przejęty, bo drukują mu wiersze w antologii liryki niemieckiej, zaprosił na piwo. Gdy wróciłem o drugiej Gudrun była już w łóżku; spała źle i krótko; ramo straszliwie hałasują robotnicy ubierający sąsiedni dom w rusztowania. Jak za dawnych dobrych czasów zrobiłem śniadanie i przygotowałem kanapki na drogę; pobiegła na uniwerek. O ósmej rano listonosz z ekspresem od siostry; zielona pocztówka, żadnej trawy, niestety, a w moim bezludnym świecie nie ma czym łagodzić napięcia. ![]() Śmieszny obrazek - na kamieniach leży wspaniale rozciągnięty Humphrey; na chodniku przystaje mężczyzna z dwoma psami; psy i kot patrzą na siebie w znieruchomieniu; na brodzie owczarka pojawia się ślina, ciężkimi kroplami spada na ziemię. Humphrey odwraca się lekceważąco, psy pozwalają się prowadzić dalej.
Dzwoniłem do Katii, może dziś przyjedzie. Nie wiem, czy wróci na obiad Gudrun,
głodnieję. Przebiega Michael z wiadomością, że sprzedaje Galerię-cafe; z
takim wystrojem wnętrza przynosi straty; w stosunku do mnie stał się innym
człowiekiem, z repertuaru zachowań znikły złośliwości, jest normalnie. Jeszcze
dwa tygodnie wystawy. Kończy się prawie czerwony zeszyt trzeci, w którym
do Ciebie piszę. Wieczorem w ogrodzie sam; wystawa w pełnej iluminacji; udaję zajętego pisaniem, żeby tyle nie gadać! Środa południe 27 czerwca jest znowu słoneczne; notuję urozmaicony wieczór wczoraj; to Greczynka Weronika, 25 lat skorpion, pracuje w szpitalu; przyniosła wielką flaszę czerwonego wina i zabawiała gości, czytając im moje wiersze; skromna, ale erotyczna w ciągłym dotykaniu palcem spierzchniętych nieco warg; Kasia rozświergotana przepiórka, także Katja i Wolfgang, o północy Gudrun; o drugiej Klaus zasięgał porad sercowych. Dziś Katja przyjechała znowu; piliśmy herbatę, ma kłopoty z wydaniem płyty, jest energiczna i piękna. Zwierzyłem się jej szczerze z kłopotów i głupot - w efekcie czego poszliśmy na spacer do kościoła w pobliżu, aby "zasięgnąć języka"; kościół zamknięty, poszliśmy więc dalej, do administracji kościelnej - w poszukiwaniu kościoła i księdza, który chciał kupić Kreację. Wzbudziliśmy sensację wśród miłych pań, ale bezskutecznie. Co się staje, się nie odstaje! Poszliśmy do restauracji Luciano na pizzę; ładnie wiszą na ścinanach grafiki, tyle pociechy. Wróciłem do ogródka, gdzie nic się dzieje.
Zauważasz, co piszę? dziś szukałem proboszcza, gotów spowiadać się z grzechu
pychy i sprzedawać obraz! Primus Pictor Cosmic Seculis nazywa się 85-cioletni dziadek Dietricha; podobno maluje obrazy podobne do moich; słyszałem o nim parokrotnie; mówię przy okazji, że idee, motywy i pomysły powstają a potem jakby unoszą się w atmosferze, wędrują przez różne głowy i serca. Jeśli masz pomysł to wysyłasz w atmosferę ideę; ktoś otwarty odkryje ją w sobie wcale o tobie nie wiedząc; jeśli nie zrealizujesz pomysłu - wkrótce zrobi to inny w naszym świecie naczyń połączonych. Dietrich to muzyka, flet, piękny człowiek. Bliski wśród wielu innych, z którymi wspólna jedynie dwunożność. Zawołano mnie wczoraj, gdy byłem w biurze Michaela; wyszedłem z jointem w ręku rozbawiony; przed galerią policyjny wóz, przed obrazem oficer policji; wykrzyknąłem prawie: - Jaki masz fajny pędzel! co takim można zmalować? - wskazując na wielki pistolet u biodra; przyszedł popatrzeć i pytać o ceny, obrazy bardzo mu się podobają, zwłaszcza "Galaktyczna wioska" ale go nie stać. Potem sprzeczka z Gudrun; twierdzi, że jestem szalony żądając cztery tysiące za obraz od policjanta. Ma rację, której nie mogę jej przyznać, to ja mam obraz. |
||||||||||||||||||
| Czwartek, czwarta. Wczorajszy
wieczór ludny i gwarny. Aribert nie zjawił się po obraz. Humphrey z domu
wyszedł nie wrócił; sąsiadka, która pieści go zwykle i karmi - szlocha w
żalu. Michael groził mi śmiercią, jeśli kot zaginie - teraz pociesza, że
zapewne znalazł lepsze miejsce. Malowałem dużo godzin maleńkie obrazki, nie mam przecie żadnych płócien. Parę wizyt w galerii. Silny wiatr z północy niesie chmury i chłody. I słusznie, trzeba coś robić, a nie byczyć się w słońcu. Lata stają się krótsze! Malowałem deski Rotraut; herbata na balkonie i zwierzenia nt. antypatii dla Gudrun niezbyt interesujące. Ładny widok z góry, gdy przejeżdża wielka kawalkada kilkuset starych samochodów hucząc, trąbiąc, popiskując; urocze starocie wszystkich krajów, najwięcej z Texasu i Niemiec. Burżujstwo najwyższej klasy. Wykąpałem się dla odnowienia duszy. A w niej po odnowie jak w kieszeni - pusto. Noc. Napiłem się trochę wódki i poczułem raźnie. Wiesz, po co się pije wódkę, rąbany kosmito? żeby się otumanić, otruć ból istnienia, żeby móc powiedzieć: - Mam wszystko w dupie! - po paru kielonkach dupa robi się nadzwyczaj pojemna. Wódkę przyniosła Rotraut - nie pijąc; babon bez skazy. O obrazach, które ewentualnie chcę u niej zostawić. Świta czysto w świecie, ani chybi jakiś dzień świąteczny. Sobota trzydziesty popołudnie wietrzne, przeważnie pochmurne w środku alei zamkowej. Jakie szczęście, że w wielkim Berlinie jest wiatr, szum drzew, chmury, słońce, które łaskawie co kwadrans spoza nich wygląda. Poranne zakupy na markecie to cebule, pomidory, papryki, banany. Mam je w plastikowej neutralnej torbie, którą wieszam na haczyku wózku do zakupów, gdy wchodzę do supermarketu. Wkładam do wózka biały ser, paczkę chrupek i margarynę, wszystko, na co mnie stać, ale w stosownym momencie wkładam też do torby z jarzynami butlę Rumu Jamaica. Nieprzeliczalna liczba przyjaciół, którzy dzień i w noc głęboko cieszyli się zawartością butli; wymienię? ja zaraz po powrocie z kradzieży, Gudrun i przyjaciółka Ruth, Kasia gwiazdka, Karuna i ciemnobrązowa dziewczyna, Michael, Ewa, Rita, George, Katja i jeszcze parę; owszem, uprzedzałem, że kradzione i piją na własną odpowiedzialność w piekle; dobry mój nastrój po chwalebnym czynie, ożywienie i podniecenie, gdy po północy wszyscy do hiszpańskiej restauracji, gdzie dla mnie sałata z tuńczykiem; niestosowne do tego czerwone wino i całkiem zbyteczna tequila. Piszę Ci, ale co chwila przerwy; oto jest Kasia, Karuna, ów mistyczny poeta z długą brodą i cienką ukochaną; także Christian i Andrzej po gangsterskiej do Paryża wyprawie. Spałem krótko, więc zwyczajny o poranku blues. Nic do roboty, poszedłem przez siebie; słońce zaprowadziło na skwer przy Kaiserdamm. Usiadłem na ławce wśród kwiatów; trochę zbyt jasny, głodny, bez paliwa; nogi wyciągam przed siebie, ręce rozkładam na poręczy ławki. Rozmówca jest prawie natychmiast, zwalisty krótko ostrzyżony około pięćdziesiątki, ubrany jak tramp. - Pali pan papierosy? - pyta donośnie zatrzymując się przede mną. Patrzę na prawą dłoń bez trzech palców środkowych, kciuk i mały palec jak szpony; odpowiadam: - Palę czasem, kiedy mam. Częstuje mnie papierosem i historią, kiedy siada obok. - Od pół godziny idę i pytam ludzi, czy palą, ale na mój widok stają się niepalący, w lęku, że poproszę o papierosa. A ja mam papierosy, tylko pytam i bawię się mieszczuchami! A ty szczery człowiek. Otworzył torbę plastikową, odwinął z papieru pieczonego kurczaka, ujął w szponę połówkę, wskazał na drugą, podsuwając ku mnie; nie wahałem się chwili; wyciągnął z torby bagietki i serwetki, a po dłuższej chwili, w połowie jedzenia, sięgnął do torby i wyjął pół litra wódki. - Na zdrowie! - po polsku, bo już skapował, kto ja. Podał, żebym zaczął, pociągnąłem z dzioba, też wziął jeden wielki haust, zakręcił. Jemy kurczaka, rzucamy okruchy bułki gołębiom i wróblom. - Widzisz te gołębie? to mieszczuchy kiwają łebkami, chodzą powoli i jedzą. A te wróbelki! podleci taki, złapie ziarnko i ucieka w krzaki - to są złodzieje. Między ptakami jak między ludźmi. Pod koniec jedzenia wskazuje mi butelkę, odkręcam, wycieram wnętrzem dłoni szyjkę, piję, znowu wycieram, podaję; w tym czasie przechodzi zacny dr Paul amerykanin skonfundowany na widok mego kompana i wódki, bo przecież zna mnie uduchowionym; wręcza tylko po drodze Christian Science Monitor z artykułem o malarstwie. Mój nowy przyjaciel ma w torbie ostatnią niespodziankę, jest to wiązanka róż; rozdziela ją pracowicie na dwie połowy i wręcza; pakuje kości i papiery do torby, wyrzuca do kosza, butelkę wkłada do kieszeni bluzy. - Ty jesteś dobry człowiek - orzeka. - Ty również dobry człowiek - rewanżuję się i pytam: - A jesteś szczęśliwy? - Kochany, jak człowiek ma słonko nad głową, co jeść i wypić w dobrym towarzystwie, to pewnie, że szczęśliwy. Ale dobry człowiek nie jestem, świnia jestem nie człowiek, bestia jestem. - Nie wierzę. Dajesz mi sznapsa, jedzenie, papierosa i róże, i to za nic. Nie wierzę w świnię. - Nie daję ci za nic, ale za to jaki jesteś. Może zdaje ci się, że za niewinność mi palce odcięli? - pokazuje szpony. - Ze mnie człowieka nie zrobisz, patrz jaki świński ryj - robi miny, chrząka jak wieprz. Na pożegnanie zapisuje kulfonami adres. - Na wypadek, gdybyś kiedy nie miał co jeść albo gdzie spać, to masz pewną metę - całuje mnie z dubeltówki; wracam w lipową aleję, siedzę i piszę. W Christian Science Monitor poza ciekawym artykułem o sztuce jest esej księdza Twardowskiego o Januszu Korczaku. Tłumaczę Ci z angielskiego fragmencik przemówienia Korczaka do młodych nauczycieli; może masz szczęście i znasz polski oryginał? " Nie dajemy ci boga, ponieważ ty sam masz szukać i znaleźć go w swej duszy poprzez własny wysiłek. Nie dajemy ci ojczyzny, ponieważ ty sam masz ją odkryć pracą umysłu i serca. Nie dajemy ci miłości człowieka, ponieważ nie ma miłości bez przebaczania, a przebaczanie jest trudne i pracowite, co każdy z nas musi sam przedsięwziąć. Dajemy ci wszak jedno - tęsknotę za lepszym życiem, którego jeszcze nie ma, ale które pewnego dnia będzie, tęsknotę za życiem w prawdzie i sprawiedliwości. Może ta tęsknota cię zaprowadzi do boga, ojczyzny i miłości. " Wzruszam się; słońce pośpiesznie osusza łzy. Mój czerwony zeszyt zapisałem do końca, ale tylko po jednej stronie, więc odwracam go teraz i piszę od końca po drugiej; wróciłem do domu, przyjechała Ruth i Gudrun na herbatę i parę pocałunków; uskarża się, że Michael przy kolacji nocą opowiadał o mnie świństwa nie tylko nieprzyjemne, ale wręcz grubiańskie. - Ach, Gudrun, znam paru łajdaków, a też mają miejsce na ziemi, nie sprawi mi trudu akceptacja chama - kłamię. Sobota to wiele wizyt; zwłaszcza Odile i Günter, artyści przejęci i cudni, zapraszają do siebie i do współpracy; pracują w teatrze, malują obrazy, kolaże i dekoracje - otwiera się ciekawa perspektywa przyszłości. Jeszcze Petra i Christian w galerii z parą swych znajomych; zainteresowani obrazami zapowiadają powrót. Waldi na herbatę z ostatnim kielonkiem rumu. O północy sam, ze mną tylko ból głowy; melancholia przenika krocze, a Gudrun zajęta koleżanką, czyli kolacja u dziewczyn i dyskoteka. Wyspać się zatem. 1 lipca niedziela; to pierwsza godzina, dzień wietrzny, pochmurny i chłodny; wystawę obejrzało od rana z pół setki ludzi, co ma malarza radować. Gęba się nie zamyka, więc szybki obiad, karmię ją makaronem z papryką. Przychodzi Christian z informacją, co się wydarzyło Ewie przedwczoraj nocą, gdy Michael wrócił po świńskim chrząkaniu w restauracji. Nikt nie wie dlaczego ciężko pobił Ewę. Nikt? przecież wiem trochę; nie chciała mu dać dupy, że wyrażę się w jego języku, to jej nakopał do dupy. Żałosne, co? miłość ludojada. Wczoraj rozmawiał ze swym kolegą szkolnym, który chce kupić obraz, o bogu. Michael nie wierzy w boga; miłość, światło i bóg, mówi, to puste słowa. Uwierz mu, uwierz! Miłość to forsa, światło to forsa, bóg to forsa. A niechże się w puchu wygrzewa do sądnego dnia! Chyba mi włazi w buty! jest facio, który kupuje mój obraz, ma go już w domu a pieniędzy nie widzę; czyżby załatwiał miły kolega po drodze sprawę zadłużenia? To się wszak wyjaśni, prawda? Aribert się chyba rozmyślił; cóż, 1300 to dużo dla młodego człowieka; nie przyszedł po obraz, pojutrze wyjeżdża na wakacje. Ach, niech mu wystarczą plakaty, które ma na ścianach. Zrobiło się bardzo zimne lato, najwyżej dziesięć stopni ciepła; włączam piecyk legalnie do gniazdka; pracował zimę bez przerwy, przez miesiąc odstawiony pod regał, dziś wyciągam go znowu. Wychodzę często z pokoju do galerii, kiedy ktoś życzy sobie mej obecności; mam szczęście do ludzi mówiących o mym malarstwie - dzisiaj nikt nie mówi na krowę, że dójka. Znowu widziałem Christiana w drodze po papierosy; zamierzają rozbić łomem drzwi Ewy, bo może nie żyje, nie wychodzi trzecią dobę; fakt, dawno jej nie widziałem, na dzwonki i telefony nie odpowiada, auto stoi na ulicy. Christian ma nadzieję, że boss jej nie zabił; mogło się zdarzyć samobójstwo w rozpaczy? nie wierzę! Ewa jest klasa! ale po ilu dniach się pachnie? Zdumiewam się chętnie, zdumienie to mój zawód! no popatrz, Michael mały słaby chłopiec wobec kota Louisa, a jaki silny i męski wobec Ewy! Tymczasem zapada zmierzch; Gudrun się nie pokazuje i wie, co robi; spędza weekend z Ruth, pokazuje Berlin. Ja za nią nie tęsknię, trudno tęsknić z nudów. Doprawdy, Przyjacielu, życie między szczękami imadła; ono dociska się zwolna, gdy próbuję myśleć. Czas przyszły w ciemnych brązach, ląduję w Polsce bez pieniędzy i nie mam gdzie mieszkać? Źle pograłem w pokerze natchnień, karty z rąk lecą. Ten rok w Berlinie przyniósł ciśnienie! co wycisnął ze mnie? niezbyt wiele płócien; dziesięć obrazów, pięćset kartonów, ten tekst. Tęsknię do wielkiej pracy, płomiennej natchnionej epoki; przeczuwam, zdaje się bliska. Chętnie poszedłbym dokądś, mam dosyć siedzenia na tyłku, ale mam tylko dwadzieścia fenigów w kieszeni, tyle co na telefon - jeśli Aribert jest w domu. Był w domu, zapytałem wprost: - Hej, rozumiem, że podjąłeś decyzję, i decyzja jest negatywna. - Ależ nie, Wieslaw, kupuję ten obraz i będę szczęśliwy, mając go na ścianie. Umawiamy się na wtorkowy wieczór; obraz zbyt duży na osobowe auto, pomogę zawieźć metrem. Widzisz, potrzebuję tej ustawicznej szarpaniny, aby zobojętnieć na niepotrzebne emocje, by stać się nietykalnym dla ludzi i świata. Dokąd? do Christianów! Petra właśnie pod drzwiami Ewy w skarpetkach, nasłuchując i dając mi znaki, abym szedł dalej nie zatrzymując się; idę do Christiana. Przychodzi po chwili z komunikatem, że w mieszkaniu słychać szelesty, zatem Ewa żyje, chociaż po ciemku. Pijemy z Christianem wino i gawędzimy o życiu; niezgorsze dziwaki, znakomicie potrafimy się znosić, a kiedy są chwile bezinteresownych żartów, to cwałujemy ho ho! Zadzwoniłem od nich do Gudrun, przecież może przyjść! ale nie było jej w domu; Reinie zapytała, co przekazać. - Kopniaka w dupę - brzmiała moja odpowiedź. Miły Christian zapytał na dobranoc z nutą szczerości w głosie: - Ale ty wiesz, że jesteś wariat? - Taki przekonany o swej normalności wszakże! - odrzekłem. Mało interesuje mnie etykieta; sam widzę niekiedy, że ludzie jak popsute zabawki! dla nich, dla tych popsutych zabawek - funkcjonuję jako wariat. Lepiej trochę głupoty, niż za dużo mądrości. Pożyczam od Christiana księgę Maxa Schelera; będę miał z kim pójść do łóżka. |
||||||||||||||||||
| Wtorek miłosna noc i płomienny
poranek z Gudrun, chociaż dzień pochmurny i szary; kawa z Christianem przed
południem, parę godzin w galerii i zajęć obowiązkowych z przekładami wierszy.
Sytuacja autora? Christian nazywa go pieszczotliwie "pies nazi", a ja na widok psa zmieniam się w wilka; twierdzi, że całe jego życie faszystowskie. Ewa spuchnięta ponoć kuruje się w domu. Zainteresował mnie zwłaszcza wiersz napisany w Warszawie; stał się przedmiotem ożywionej rozmowy, gdy zjawił się autor. Czytany jako wyznanie Niemca wydał się nam wstrząsający; autor się dowiedział, dlaczego. Wiesz przecież, nie uczę się niemieckiego ani nie próbuję mówić, ale zaczynam rozumieć teksty pisane. Ożywiony dzień. Poszedł Christian, przyszedł Helmut na rozmowę o sztuce; nie jest pewien, czy obraz do mieszkania pasuje, wydaje się zbyt mocny, aby go wieszać wśród innych, bo przestają być widoczne; widzisz, utyskiwania to ćwierć komplementy; on jeszcze nie wie, że kolekcja kilkudziesięciu obrazów nic warta; ma w moim obrazie miarę - wszystko ujawnia wartość w kontekście prawdy. Przyszli młodzi malarze i Katie; niejednego mógł się nasłuchać; wziął drugi obraz; może dwa na ścianie zrównoważą się lepiej? Gerald wpadł z muzykami na skręta przed koncertem. A gość oczekiwany Aribert z gotówką przerwał pisanie do Ciebie. Przed wypłatą zainteresował się błękitem "Koncertu brandenburgskiego", ale zazdrośnie odwróciłem obraz do ściany, bo nie jest skończony. Odliczył trzynaście setek na stół. Ponieśliśmy "Majowe słońce" do metra, niech zobaczy Berlin. Kielich wina, kawał melona, wieszanie obrazu, pamiątkowe fotografie. Po czym Evi odwiozła mnie do domu autem; za małe, żeby wozić obraz. Widzisz, jaka harmonia, wydaję ostatnie grosze a dostaję pieniądze; obraz sprzedałem taniej, ale, zwierzę się, to jedno z niewielu płócien namalowanych w jeden dzień, więc honorarium godziwe! Nie zdążę ponarzekać! Leżę już w łóżku i świergocie ptasim; przed snem słów parę dla Ciebie, bo noc spędziłem z Michaelem; w Atene późny obiad i wino, potem inna knajpa pod tytułem mała whisky i duże Bacardi, które ja stawiam dla odmiany, przyjaźnie. Co mówiłem? Trudne zadanie: doradzać rekinowi, jak zostać biedronką! Że jego problemem jest - otworzyć się. Jest pracowity, ma szczęście, lubiany przez ludzi, ale zaskorupia się i niszczy cenne właściwości, sam sobie szkodzi. Zdawał się poruszony. Ja wiem, że na mój widok toczył się niekiedy z jego egzystencji jad. Wyznał na pożegnanie, że jestem jego krucyfiksem. ![]() Grecka restauracja na obiad, knajpa artystów na Savigny-Platz i whisky, knajpka Asbach na deser i Bacardi, gdzie stary pan barman zaprawiony ma ładną wystawę grafik, rysunków i lamp - oto stacje wieczoru. Weronika, Heidicke; Suzanne śliczna 18-letnia komplementuje wciąż jeszcze obrazy. - Ach, kiedy patrzę na ciebie - odpowiadam - to momentalnie zapominam, o czym mówisz. - To nie ma znaczenia, bo przecież komunikujemy się przez wibracje i oczy, nie tylko przez słowa - mówi rozsądna; jej dobrze mówić, ma cudne oczy, wargi i cycki. - Jest jeszcze komunikacja głębsza - śmieję się - przez dotyk. Jestem pewien, że znasz ją. I uścisk serdeczny się staje, pocałunek tęskny. Przepełnia mnie energia, wcale nie jestem pijany. Nie ma się czego bać, wszystko zmierza do czarnej dziury - jeszcze to namaluję dwa razy! Chyba teraz wracamy do domu w bezlitosnym świcie, tzn. ktoś mnie wiezie. Ktoś wynosi ze mną Kreację i wiesza na linie. Otwieram galerię, niech będzie teraz sen bez reszty. Dobranoc Ci albo dzień dobry, jak wolisz! Środa więc śpię do południa; potem sprzątanie, herbata, godzina z Christianem, prysznic u Michaela, który po raz pierwszy mi to zaproponował. Świeży przeszedłem do Galerii-cafe, aby zabrać dwa płótna, którym tu źle. Straszniutka atmosfera, dopijam rumu i zmykam do domu, gdzie zawsze lepiej. Noc; byli dwaj Michaele; chłopiec, który kupił ode mnie "Bajkę" do swego domu w naturze ma dwadzieścia lat, studiował grafikę w Berlinie, nie lubi hucznej atmosfery miasta i ciśnienia systemu; jedzie na wieś do komuny ekologicznej; drugi Michael pracuje w przedszkolu, dziś po spotkaniu z rodzicami uważa, że świat, rodzice i szkoła źle działają na dzieci, chcą z nich uczynić użytkowe preparaty. Podobnie o szkole Petry opowiadał Christian wcześniej, tylko patrz na spójność wydarzeń! Model wymyślili, o paradoksie! socjaliści; dzieci są segregowane w grupy, między którymi fluktuacja jest możliwa i stymulowana przez rozbudzenie ducha konkurencji, który się przyda w dorosłym życiu im - i systemowi. Mówiliśmy też, że Niemcy mają szanse budowy państwa totalitarnego pod demokratycznymi hasłami. Trzeci Michael największy, tutejszy i ciemny dzisiaj niespokojny. Zobacz no tylko! Gdy zraszałem wodą ogród podszedł do mnie z tyłu, położył głowę na moim ramieniu, biedny mały duży chłopiec, dopóki nie powiedziałem: - Aleś ty ciężki, Michael! - i stał się lekki, i poszedł. A mnie się zrobiło przykro, jakbym odmówił pomocy. Gudrun po pracy w biurze bladziutka zmęczona gdy robiłem obiad; na tyle dużo, że nakarmiłem też Katje i George; ten wrócił później z wyrazami wdzięczności i kawałkiem marokana w prezencie. Ledwo znalazłem czas na pozdrowienie, lecz nie na rozmowę z Rotraut. Żyłem dzisiaj w poczuciu dystansu do wszystkich. Przemilczałem kompletnie dwa z głębi serca monologi. Pierwszy sąsiada z podwórka, co jeździ motocyklem Yamaha, Porschem, VW-busem i prowadzi dom mody - o jego ojcu malarzu, który, uważaj, był też z bohemy. Serdecznie mówił, jak ludzie tutaj zabiegani, nie mają czasu na sztukę - a jeszcze nie wszedł do galerii! - bo się dorabiają. Milczałem, patrzyłem z uśmiechem w oczy, aż zmieszał się, odszedł. Drugi to Fin wyglądający na Anglika, przyjaciel Michaela czemu się nie dziwię, przedstawiciel Agfa na Europę z fajką w zębach i troską w oku mówił o trudzie życia wśród tych wszystkich więzów; patrzyłem w oczy z uśmiechem, nie produkuję złych wibracji, ale coś niepokoi w spojrzeniu, więc poszedł; mam dłonie w kieszeniach, nie skłaniam głowy na pożegnanie. Gonią ludzie za czymś, osiągają czasem i przekonują się, że nie są szczęśliwi, może lepiej z pragnieniem niż z osiągnięciem? Śmieszna rozmowa z mieszczuchem. Jak to, jestem Polakiem a mieszkam w Berlinie, kto za to płaci? czy jest możliwe, żeby jakiś niemiecki malarz żył i wystawiał w Warszawie? Odpowiadam, że nie znam takiego, ale ja mogę żyć tutaj, bo wygrałem wojnę, tę drugą światową. Nie wiedział kto głupi, kto wariata struga. Ewa wyszła z domu, bo pokryte sokami lip auto znikło z ulicy. Michael dziś zaczął czuć wyrzuty sumienia; lepiej późno niż wcale. Wszyscy dzisiaj w pół drogi - do nie wiadomo czego. P iję filiżankę kawy. Może pojechać do Rzymu? Gudrun godzi się entuzjastycznie, tam może mieć studia i pracę. Co? ciekawe, tam pono bez liku katolików i komunistów, faszystów i anarchistów, bandytów i księży! moja miła jaśniutka blondynka może być gwiazdą dni i wieczorów, noce rezerwuję dla siebie! Dziwne, że się posługuję językiem, że spod długopisa lecą szalone literki. Przed rokiem czułem, trzeba pisać - i tak się to nam zdarzyło. Czasu mało, a dla Ciebie zawsze kwadrans albo godzina. Czwartek piątego notuję przy śniadaniu z Weroniką i Michaelem. Zrobiłem dziś rano plakat pożegnalny i powiesiłem w oknie galerii, tak smutno. Nagłej melancholii nie rozprasza wyznanie kolegi, że w ostatnich latach stał się podejrzliwy i każdego traktuje jako potencjalne zagrożenie; mówię, że częste wśród samców zwierząt nastawienie - zapładniaj albo zabij. Mieliśmy ciężki rok. Liczę na liczydłach ufności i wychodzi, że dziś lub jutro zwrócę długi, rozliczając go z dawno oddanych w komis grafik, których wartość niemal spełnia długi! Dwaj młodzi ludzie domagali się ceny na "Autoportret ze słońcem", ale on jest bezcenny, jedyny i nie do sprzedania. List od poety Bernta z tektstem Śri Ramana Maharishi. Zaproszenie Thomasa na ostatnie kawalerskie party; chce mieć z Beatą zdjęcie ślubne przed Kreacją. O czwartej rano chcę spać. Piątek szóstego lekki ból głowy migotanie w oczach; czy aby na party nie piłem zbyt wiele? Wg. tutejszych zwyczajów przed ślubem pan młody wydaje kawalerskie party, a wtedy tłucze się o drzwi wejściowe kuchenne naczynia; szczątków kupa ogromna, kiedy przyszedłem i talerzyk zbiłem, pół nocy jeszcze rosła wśród okresowych łomotów; szczęścia będzie wiele. Dużo gości z takiej okazji, rodziny i młodzież, koledzy ze szkoły policyjnej gdzie studiuje Thomas, koleżanki Beatki z kliniki! ja na zasadzie, że malarz mile witany. Ciekawe, poznać tylu młodych i zaprzyjaźnić się z nimi, bo kupę czasu spędziliśmy również w galerii, sprzedałem parę gwiezdnych miniatur z ostatnich tygodni, obrazki maleńkie, więc dla nich dostępne. Jeszcze dwóch z flaszką wina, żeby pogadać; zwłaszcza Ralph żądny konwersacji, ale mnie po niemiecku nie można do niczego przekonać. Claus ożeniony z Polką jedzie jutro odwiedzić teścia i Oświęcim: - Żeby zobaczyć, co Niemcy nawyprawiali. Wspaniała wizyta pani psycholog Ewy ze Stuttgartu; oglądała obrazy godzinę, mówiła zbyt mądrze abym mógł powtórzyć. Wrażenie, że się znamy - nie z życia przecież, ale z esencji, którą możesz nazwać absolutem, bogiem, miłością. Która jest. Kiedy to dzwoniłem do Gudrun, żeby pomówić o Rzymie? dzisiaj rano? Sobota wieczór w Galerii-cafe z Michaelem, że: - Człowiek może znaleźć spokojne miejsce w świecie, ale świat nie jest spokojny. I może wierszyk dla miłej: Jestem nie do zniesienia, gdy jestem; kiedy mnie nie ma, jest czarna dziura. Kiedy mnie nie ma, kiedy za mną tęsknisz - popatrz na chmury lub drzewa, aż staniesz się lotem, i poznasz, zobaczysz, staję się gdzieś tam przy pomocy kwiatka, rosnę jak reszta. |
||||||||||||||||||
| Ósmy czerwca niedziela,
obraz został sprzedany za tysiąc trzysta przez Gudrun, bo byłem w napięciu
z Helmutem; pomylił się fatalnie patrząc na listę cen, chciał kupić także
drugi obraz, spojrzał na cenę kartonu pięciokrotnie niższą. Miła złagodziła
zadrażnienie, spytała: |
||||||||||||||||||
| Popołudniem jest już pochmurno; parzę filiżankę kawy także
dla Lima, odpowiadam na pozdrowienia podchodzących do okna. - Czy wierzysz w boga? - pyta sąsiad barman ciekawski, ten co to narzeka, że nie sprzedałem mu Galaktyki, gdy była wspaniała, a potem zniszczyłem. Nie, nie wierzę, ale po takiej odpowiedzi szczerej weźmie mnie za ateistę, a ja tylko nie używam wiary jako drogi życia! On nie zapyta, czy doświadczam boga, nie pojmie, gdy odpowiem twierdząco. Wiary, przekonania, poglądy, fantazje - wszystko od rzeczywistości oddziela. On, mój sąsiad, wierzy. Nie, nie doświadcza, a jeśli, to przecież nie boga; pozostaje mistyczny wgląd w zachód słońca raz na stulecie, albo rozdarty światłem przełom czasu w górach. Wietrze, dobry wietrze, który wzburzasz aleję lipową, przewiej głowę bliźniego, ponieś w przestrzeń jego głupawe architektury rozumu, uczyń go pustym, tak proszę! zrób go miejscem na życie przez chwilę, jeden dzień - a będzie to dzień zmartwychwstania.
Czy nie wydaje Ci się, że ludzie po chrześcijańsku i w pełni spełniają przykazanie, że miłują bliźniego jak siebie samego? Siebie nie lubią, wstydzą się, nie szanują - jak mogą kochać innych naprawdę? Ale przecież kochają; kulawo, po trosze, jak można. Przygotowałem sałatę z pomidorów, oliwek i cebuli, gotuję makaron, do tego okonie w sosie koperkowym! Zasłużony obiad dla takich dwojga, Gudrun przyjdzie z pracy na gotowe. A, dla trojga, wystarczy przecież dla Lima. Jeszcze dziesięć dni do podróży! Myślę o rynsztunku, jakie plecaki, jakie śpiwory będą nam potrzebne, możliwie lekkie, nieduże; ach, myślę oczywiście o Nepalu, Indiach, Sri Lanka - Polskę mamy za 10 dni! Chwilo niedoświadczona, nie ufaj mej beztrosce, życie obdarzy cię wiedzą, ciężko będzie ją podjąć. Lato jest w pełni, krągleją owoce, noc będzie pachnieć a kobieta kochać. A jak Tobie jest, Przyjacielu, w tej chwili? gdzie jesteś, kim jesteś? człowiekiem-osobą czy miejscem na życie? czy szumi w Tobie nieobjęty świat? Wieczór w pięknej muzyce gitar w radio i szczęku naczyń zmywanych przez Gudrun; po obiedzie poszliśmy natychmiast na długi spacer do parku, potrzebny jej po dniu pracy w biurze. Wspaniały spacer, chociaż kraina północna. Lato robi się bardzo chłodne; czy sierpień przywróci słońce? zima zmieni się w lato przy pomocy Azji?
Piątek dwudziestego lipca, zaraz po śniadaniu siadam do pisania przy biurku, jest bowiem poczucie braku i niespełnienia. Wieje mocny wiatr. Nie wiem, kim jestem. Nie wiem, co to miłość, moje życie, gwiazda słoneczna nad nami. Wiem tylko, to jest. Już chyba nie potrafię wyjaśnić Ci niczego więcej. Wartości - te czuję jak czuje mnie wiatr, ten podmuch na policzku. Ty także przeszedłeś w tej książce przemianę. Byłeś ze mną jak ja; jeszcze chwila, a staniesz się stylistyczną figurą. Jasno dziś świeci słońce. Wszystko jest jasne. Przed rokiem wzniosła się we mnie fala słów i niosła do jutra. Jeszcze raz o szczerości? Pytaj, czy nie używam Ciebie, aby się usprawiedliwić z myśli, że życie i sztuka są tym samym. Pytaj, czy kocham. Za nami rok współżycia, okres długi jak miłosny związek. Pytaj, czy zamysł kreuje rzeczywistość. Czy jestem odpowiedzialny za to, co się staje. Nie pytasz? ogolę wariata, popędzę w trawy i drzewa! Wieczorem Gudrun pojechała do siebie, ja w domu by pisać, chociaż pocałunki zapowiadały milsze sprawy, niż z Tobą w zeszycie. Odprowadziłem ją do wozu, gdy Michael otwierał drzwi Ewie; zaprosili do środka i przy słodkim likierze słuchałem gorzkich wyrzutów, jakie sobie serwują; po kłótni postanowili żyć lepiej, a oto. Uczestnictwo w ludzkich rozgrywkach - może to dla Ciebie i kosmitów istotne, ale nie miej złudzeń - wyrzeknę się tego!
Uważaj! mogę wam wyciąć kawał! Kosmici, powiadasz, mają wiele czasu, mogę
żyć długo, informacja będzie pojemna. Tu idzie o śmierć; chcę pojąć, co
będzie. Umiera ciało mięsne. Umiera ciało astralne. A trzecie ciało, kauzalne,
nie umrze? to ono będzie tą kosmiczną sondą? czyli jakoś to ja polecę, jeszcze
ja, nie esencja, bo ta, podejrzewam, jest w każdej galaktyce obecna. Ależ ja wytnę wam numer! Wiesz, jak brzydzę się śmiercią! Ja wcale nie umrę, stanę się nieśmiertelny, lepiej na mnie nie licz! kosmici niech sobie wożą słomę i pomyje! Owszem, kawa z Christianami; chmury nadciągają; Lim skrobie i dzisiaj; z dziennika radiowego panoszą się po uszach wojny i zgryzoty; osoby są w porządku, do akceptowania, ale te większe organizmy, te państwa i systemy - toż to prymitywne drapieżne ameby! żyją moralnie niżej niż indywidua! Ale ludzie ziemi stają się świadomi, przeczuwamy zupełnie inne życia. Prawda? będziemy się szanowali! będziemy żyć w prawdzie i miłości! Poszedłem do galerii K; miłe powitanie, dobra wystawa, ale interes się likwiduje, żadnej przyszłości. Chodziłem ulicami, wstąpiłem do burdelu na chwilę teraźniejszości; podniecające piwo, nic więcej. Po drodze zakupy na podróż, drobne prezenty dla dzieci. W domu na stole karteczka od Gudrun - to pół roku od pierwszego spotkania / kochania! wróci późno, praca nad projektem dobiega dziś końca. Beate i Thomas, którym zrobiłem zdjęcie ślubne przed Kreacją, i Sabine z herbatą; ona świeża, pachnąca, rumiana, ale nie ma jak nadgryźć! - Pozwól mi się przynajmniej powąchać - mówię, śmiejemy się wszyscy. Niedziela dwudziesty drugi, jest bardzo chłodno i wietrznie, jak przed rokiem. Krąg się dopełnił. Jeden słój więcej na drzewie, a drzewo to samo? Czy może się zmienić? Jak dalece? Pora się nam rozstać, Przyjacielu. Żadnych ceregieli! chciałbym coś jeszcze powiedzieć? To będzie inne życie. Bez Ciebie przy mnie, czyli bez zeszytu - będę lżejszy w drodze! Poznałeś mnie w tym roku, prawda? nie potrzebujesz zapewnień, że będę żył pracowicie, otwarcie, nie zagubię się w świecie. Że odnajdę się wszędzie. Dobranoc na zawsze! |
||||||||||||||||||
| z powrotem |
| Sztuki Piękne -
Malarstwo, Grafika, Rysunek, Sztuki cyfrowe, Poezja, Fotografia -
Wiesław Sadurski, polski artysta z Berlina |