| 20.06.2002 |
|
Z paliwem czy bez paliwa, zawsze płonę;
z dymem czy bez dymu, zawsze się żarzę;
z płomieniem czy bez płomienia, zawsze świecę. |
|
01.07.2002
Plecak pełen muzyki od Pera - klasyka, czyli słucham w trakcie malowania - symfonii Beethowena, Schuberta, Schumanna, jeszcze dziesiątki nazwisk i setki utworów, rozkosz dla duszy. Moja biblioteka w komputerze powiększa się - niemal wszystkie rodzaje muzyki. Brakuje ludowej, wybieram się z Vero do biblioteki, dokonam wyboru. |
02.07.2002
Stan LIFE inny z dnia na dzień.
Ujawnia się Falowa Natura Wszechrzeczy.
Życie jako Spektrum Barw.
Od granicy widzialności powolnych wibracji czerwieni - do najwyższych częstotliwości błękitu i fioletu, na granicy widzialnego z drugiej strony.
|
|
05.07.2002
Dzień przerwy w malowaniu. Przyjazd Cori powrót Rainera.
Uciecha Veronique powiewającej z dumą świadectwem szkolnym, wizyta Ryszarda na pogawędkę przy herbacie, wizyta Lilith, Lizy i Sary u córki; wszystkie będą dziś spać w pokoju Vero, a teraz, wieczorem, są w drodze na Kudamm, do kawiarni; chcą przecież oblać (sokiem) koniec roku i początek wakacji.
Liza przywiozła pół setki muzycznych CD, nagrywam je właśnie jako .mp3, mam co robić przez parę godzin, aby wpisać tytuły.
Dziwne uczucie - miałem te muzyki i aparatury do grania już parę razy, potem rozpierzchło się to wszystko w czasie burzy i podróży - a teraz wraca samo, klasyka, pop, rock and roll, a wraz z nią sytuacje i miejsca, ludzie i zdarzenia dziejące się do tej muzyki przed laty. Pierwszy raz wspominane, bo czas mam zwykle do pracy, nie wspominków.
Ludzie, tyle ludzi, których codziennie poznawałem przez te dziesiątki lat. Tego możesz mi pozazdrościć - jako malarz, artysta, wolny duch - mogłem być na tej samej stopie z księciem czy bydlęciem, bokserem i filozofem, kurwą i jasną lady, bandytą i mistrzem. Dobrze mi tak. A gdyby jeszcze trafiła się jaka długa zima w górach, aby tematy spisać, ot tak, na pochwałę życia..! Albo, jeszcze lepiej, długie lato nad morzem. |
|
07.07.2002
LIFE posuwa się do przodu. Już bez przerw. Jak padam na nos to idę spać na 3 godziny, wstaję, mocna herbata Darjeeling, i do pędzla! Tak się składa, że trzy dni temu przestałem jeść; myślałem o zrobieniu głodówki tego lata, oto zaczęła się niespodzianie, bez planowania, nie dla świętości zresztą - czyściłem i bieliłem kąty, mieszkanie wygląda świetnie, w sobie też chcę mieć czysto i biało. Czyli mam więcej czasu - odpadają gotowanka, jedzonka, sranka, zmywanka, spać też się nie chce. Słucham muzyki, maluję, myję pędzle, mieszam farby, sroki skrzeczą przez otwarte okna i Berlin szumi, muzyczne tło, milion odgłosów wielkiego miasta. |
|
11.07.2002
Światło jest ślepe na ciemność. |
|
12.07.2002
Biedna, bez boga
dokąd śpieszy stonoga? |
|
18.07.2002
Zmęczyła mnie 2-dniowa nasiadówka przy komputerze; nie pojmuję jak przy nim wytrzymałem przez lata. Inne czasy. Siadam przy stole rzadko. Żadnych digitalnych zadań, ani tęsknot.
20.07.2002
Urwałem się malowaniu - wczoraj, aby robić fotografie, stronicę ostatnich prac,
a dzisiaj jeszcze trzeba było odbierać polecony na poczcie, pójść z córką do domu towarowego i kupić jej torbę - na przyszły rok szkolny a już na wakacje na Sardynii, i dla mnie białe sportowe buty; następnie w Gedenkbibliotek znalazłem brakujące mi symfonie Beethovena i mnóstwo innych łakoci.., ledwo wróciliśmy do domu a już był Krzyś prosto z Warszawy z "Fabula Rasa" Stachury po niemiecku, którą debiutuje jako wydawca.
Teraz, po nocy, odpisałem do Waszyngtonu DC, że nie przylecę, by czytać poezje przed światowym forum poetów (bez zwierzania się, że normalnie jeżdżę na gapę, a American Airlines zrobiły się trudne; ach, dzisiaj córka przekonała mnie do płacenia w autobusie i zrobiłem to, ponieważ za chwilę przyszła kontrola, ale w drodze powrotnej było na gapę, przy czym mówiliśmy o statystycznie nieprawdopodobnym przypadku, aby trafić drugi raz na kontrolę w tym samym dniu, przecież żołnierz chroni się do świeżego krateru bomby, każdy wojownik wie, że bomba lubi matematykę i wybierze inne miejsce), i nie odbiorę Srebrnej-Nagrody-Wielu-Imion przyznaną mi za te wzniosłe osiągnięcia, (opiszę Ci jutro czy kiedy, jak zostałem amerykańskim poetą), że dziękuję za umieszczenie w antologii "Letters from the Soul" (ukaże się jesienią!), i już online zrobiłem korektę mej poezji (faktycznie!). I jeszcze odpisałem, że nie wezmę udziału w Kongresie Schizofrenii w Hamburgu, aby głosić o sztuce/zbawieniu i robić warsztat malarski dla profesorów wszelkiej maści; poleciłem Pera, z pewnością dostanie robotę, spisze się dzielnie, zarobi kawał grosza...
I jeszcze przesłałem rysunek na okładkę muzycznej CD do Holandii, i parę obrazów do Anglii, by ktoś je po coś drukował...
Niech Ci się nie wydaje, że z tej radosnej działalności są jakie pieniądze. Cały czas natomiast mam coś, co zwie się pracą społeczną. Nie narzekam, się przydaję. |
|
21.07.2002
Od rana zacząłem malowanie, nie było dane wiele. Akcje - Veronique wraz z Lilith lecą o świcie na Sardynię, ożywione pakowanie i ostatnie rozmowy. Dzielne dziewczyny wyszukały w internecie najtańszą możliwość podróży, czego następstwem jest, że jadą do Frankfurtu, potem busem do Han, lecą do Londynu, po paru godzinach do Alghero, skąd jeszcze trzema autobusami dojadą na miejsce, czyli do domu nad morzem, własność rodziny Lilith, gdzie będą samodzielne. Vero nocuje dziś u niej, żeby było prościej rano. Ja zostaję na 3 tygodnie sam. Rewelacja! rzadko to ma miejsce. Brat żartuje telefonicznie, że nagotuję gar ryżu - i będę malował. Pewnie!
Pytania z internetu:
Renata: - Czy kontynuuję głodówkę. - Nie. Piątego dnia córka zrobiła najlepszą zupę stulecia, i zagroziła, że jeśli nie zjem, to ona nie wie co zrobi.
Zygmunt: - Czy mam w tym roku plantację trawy? - Plantacją tego zwać nie można, ale parę drzewek urosło 2 metry, w maleńkich doniczkach! Rewelacja! W Polsce za coś takiego by mnie ganiali po sądach, przecież u włładzy są demokraci pijacy, a w Kreuzbergu na balkonie konopie szumią o wolności. Zalegalizowane od dawna w Holandii, Portugalii, Hiszpanii, Szwajcarii, teraz w Anglii; w Niemczech bezkarne jest posiadanie paliwa dla własnego użytku.
Lutz: - Jak ma się moje malarstwo do natury? - Jest z nią identyczne. Stosuję metody i środki, których używa ewolucja. Jestem jej przedłużeniem, kondensacją. Jak natura mam energetyczną nadwyżkę kreatywności i energii, która wymaga ujścia. Badanie możliwości, tworzenie - nic bardziej naturalnego.
Fifi, Maria, Joseph: - Znaczenie kolorów w moim malarstwie? - Chciałbym popisać, mam sporo notatek, za mało czasu/natchnienia. Zobacz Tęcze i esencjonalny tekst o trójcy świętej widzialnego; czerwieni, żółci i błękicie. Będzie więcej - nie wiem kiedy.
Wiele pytań z Polski: - Narkotyki? - Żadnych! Używki i środki psychodeliczne - tak! Czarna herbata, haszysz, trawa, święte meksykańskie grzyby raz na lata, czy peyotl jutro. Nie, od 20 lat nie jadam LSD.
Stefan: - Czy uprawiam seks? - Tyle co nic, panie Stefanie. Z przykrością stwierdzam, że okropnie się zestarzały kobiety, którym się podobam. A kiedy patrzę na te nowoczesne szybkie dziewczyny, co mają w torebce prezerwatywy obok szminki, to myślę, że swoje wypociłem! Mam coś lepszego niż seks - malarstwo. Żadnego zaspokojenia, wieczna stójka, orgazm rozsmarowany po kromce kosmosu.
Leila, Kurt, Nanine: - Jakie zyski przynosi moja praca? Jak stoję finansowo? - Leżę, nie stoję, z krótkimi przerwami. Dopiero się rodzą burżuje, co będą kupowali obrazy. Mnóstwo ludzi mówi o zachwycie, i - Gdybym miał pieniądze, natychmiast kupiłbym od ciebie to i to i to. Owszem, czasem znajduje mnie jakiś maniak, kupuje obraz. Całe życie byłem gotów do pracy, w dziesiątku zawodów zarabiałem na malowanie.
Na mej T-shirt stoi wielkimi literami: Proud to be poor! co znaczy: - Dumny, że biedny! Może na tym pomyśle zarobię?
Ale dość gaworzenia, czeka pędzlowanie. |
|
22.07.2002
W Berlinie od tygodnia sezon deszczowy, zimno. W pracowni - świetliście; zmęczone moje oczy. Wieczór z Kasią i tyloma opowieściami o jej przygodach w Indii, i stwierdzeniami, że powinienem tam pobyć. Odpowiadam lady: - India jest wszędzie, wszystko jest wszędzie, dokąd i po co jechać?!
Vero dzwoniła z Frankfurtu; o tej porze lecą do Londynu, gdzie czeka je noc na lotnisku, w pełnię księżyca, moje gratulacje.
Noc trwa w skupieniu.
Pytania z internetu, c.d.
Lisa: - Czy twe malarstwo wywodzi się z trzeciego oka lub doświadczeń medytacyjnychi? -
Trzecie oko to specjalny temat, wart pewnie specjalnej strony. Odkryłem malowanie po długim okresie treningu Zazen. Żadnych wizji czy wyobrażeń, czysta obecność, malowanie z intuicji, tego co jeszcze niewidzialne, a już tęskni do bycia. Pewien motyw był malowany b. często, dwie formy/masy wynikające ze światła lub spotykające się w świetle, jak np.: "Świat i Zaświat", "Słońce niesie noc" w Świetlnych Światach lub "Wędrująca Gwiazda", i tyle jeszcze innych obrazów. Wiele lat później 'odkryłem', że to symbol trzeciego oka, prawie klasyczny kwiat lotosu o dwu płatkach... Pewnego lata zostałem też inicjowany w Shurabd Yoga i medytację trzeciego oka. Mistrz wprowadził w technikę widzenia i mantrę, po czym miałem okres ciekawych doświadczeń, widząc w medytacji obrazy, które już były w mej pracowni, namalowane. Jogę porzuciłem w konflikcie, gdy okazało się, że nie należy dzielić się doświadczeniami medytacji - czyli obrazami! Natomiast często jestem w trzecim oku, zwłaszcza w czasie pracy, bez myśli, w przytomności umysłu, w pokoju. Malowanie jest medytacją, zwłaszcza, jeśli się o tym wie.
Frank: - Dlaczego malujesz? - Ty jesteś dobry! Nie pytasz, dlaczego oddycham. Końkut jest zdania: - Nie pytaj dlaczego, głupiejesz od tego... |
|
23.07.2002
Czy rzucasz może okiem na moje Fraktale? Pisałem tam nieco o dziwnej Geometrii Wszechrzeczy. Że na górze jak na dole - wiedział przed wiekami Hermes Trismegistos. Teraz opisuje to matematyka.
O prywatnej geometrii absurdu: dziś wydało mi się, że życie w swej rozciągłości naśladuje zwykły dzień - chętnie wstaję późno (w czasie urodzin, o 10,45 rano), powoli rozgrzewam się, chętnie w słońcu (dzieciństwa), piję herbatę, palę skręta, śniadanie zjadam późnym popołudniem, gdy już nieco zmęczę się robotą albo mnie mdli z głodu... Kiedy przychodzi noc jestem w pełnym wietrze, locie, płomieniu, praca idzie świetnie, chociaż już właściwie może trzeba by kłaść się spać/umierać.
Ciekawi mnie starość - i to, kiedy nadejdzie. Za tydzień kończę 62 lata, nie siwieję, czuję się młodo, jak nie czułem się będąc młodym (byłem za głupi), to znaczy energie twórcza rosną, uczenie się jest łatwiejsze, nowe neurony rodzą się nieustannie w mym mózgu, aż łaskocze. Nocami. |
|
24.07.2002
LIFE się odmienia, codziennie kładę spokojne fale, nowe kolory, powyższe foto traci aktualność.
Marzę o wystawie. Gdzie mógłbym powiesić LIFE (w skończonej postaci) i objekty, Hexagony, Spektralną Wieżę, Krzyż, a także towarzyszące pół setki obrazów ze Spektrali i Pól Energii - nie widziałem wystawionych całych 10-leci pracy!
Ale gdzie to proponować? Nie czyniłem zalotów od przeszło 20 lat, wyobcowałem się na potęgę, a teraz?! Nie ma letko! Formaty prac mówią, że dla takiej wystawy trzeba sali minimum 5-6 metrów wysokości i setek metrów kwadratowych, sześciennych (najlepiej metrów do czwartej potęgi).
Tylu ludzi na to czeka, żeby widzieć coś tak promiennego, optymistycznego, prześwietlonego miłością, żyje z nadzieją, że pewnego dnia na własne oczy zobaczą jasne energie, bezinteresowne prawdy, piękna, o których marzą w chwilach samotności.
Ach, wspomnę, co się kojarzy. Przyjazny, ach! raz jeszcze! właściciel znanej galerii mówił mi, jest gotów świetnie sprzedać wszystkie moje obrazy, ma tylko jeden warunek - żebym się przedtem powiesił.
Czy koniecznie trzeba umrzeć, żeby wystawiać? Mój Boże, tyle wspaniałych sal i muzeów jest dla śmieci!
TUTAJ, do CIEBIE, kieruję te westchnienia, wezwania! Może Ci coś przyjdzie do głowy? Beznadzieja! Jest wielu kolegów, którzy w międzyczasie poszli wysoko, w dyrektory - ale, powiedz mi, jak się mam u nich ubiegać? Wśrod dyrektorów tyle krzątaniny, znajomości, planów i stosunków, braku czasu.
Z litości dla osobistości - nie zawracam głowy.
Nie zjadłem dzisiaj peyotlu. Czeka na ciepły słoneczny dzień. Może jutro? |
|
25.07.2002
Moja córka ma dobrze - na Sardynii dwa razy cieplej niż w Berlinie; dziewczyny mają pięć metrów od domu do morza. Śródziemnego!
Budzę się w deszczu, parzę herbatę, i już w pracowni, patrzę jak w dziennym świetle wygląda co malowałem nocą. Nie widzę dobrze! - to znaczy widzę raczej co do zrobienia, niż to co jest. Śmieję się, biorę prysznic, golenie, włączam Sonaty Beethovena, niech grzeją w chłodny dzień.
Nieśmiertelność nie oznacza życia przedłużonego, ani jakiegokolwiek. Nieśmiertelność jest miejscem. Punktem, w którym nie ma narodzin i śmierci, czasu i przestrzeni, tego wszystkiego co jest, tego wszystkiego czego nie ma, rzeczy ani braku rzeczy, bytu ani niebytu, ach! Można TO pisać jedynie przez zaprzeczenia. Wszystko z Tego wynika, nic nie przylega.
Czy wiesz, o czym się mówi? Dotykasz w sobie intuicją, snem, wrażeniem? |
|
26.07.2002
Przyszły reakcje przyjaciół na moje wołania o wystawę sprzed dwu dni, a mnie narodził się fajny projekt do zrobienia.
Pójdę z digi kamerą do ogromnych Hal Sztuki w Berlinie/Hamburger Bahnhof, sfotografuję te sale (do 500 m. kwadratowych każda), w komputerze oczyszczę ściany z aktualnych wystaw i przystosuję do roli wirtualnej galerii, że na klik wchodzi się do innego pokoju/panoramy,
zbuduję me obiekty i 'powieszę' obrazy w tych halach!
Marzenia sa przepastne! Rzeczywistość wysila się, aby im sprostać! |
|
27.07.2002
Błogosławiony długi dzień, w którym lato wróciło do Berlina.
Dziwny dzień, chyba poczułem nadciągające ciepło, obudziłem się, włączyłem po drodze do łazienki grzejnik z wodą, umyłem się i dopiero parząc herbatę spojrzałem na zegar - wskazywał kwadrans po szóstej - zawahałem się w niewiedzy, poranek, popołudnie?
Poranek, ciepły, w pracowni jasno od słońca, świetnie się malowało -
Położyłem falę słonecznej zieleni, naparzyłem herbaty - w tym jestem niespożyty - przypomniałem sobie peyotl.
Zjadłem bez wahania, wspominając indiańskich przyjaciół, którzy mi to przesłali od swego szamana. Trafili do mnie Indianie tak prawdziwi, że malarz nie znał hiszpańskiego, z głębokiej meksykańskiej pustyni lądowali na Koepenicker. Poeta znał angielski. Ucieszyli się, że mam rumiankową herbatę, normalnie na Zachodzie piją tylko wodę. Anglik, przyszedł z nimi i butelką wina. Nie, żadnego alkoholu, żadnych papierosów. Dla mnie mieli pociechę, nieco golden acapulco. Zrobiłem skręta, i się okazało, że nie palą. Nawet swej złotej słynnej trawy!
Opowiedziałem o doświadczeniach z meksykańskimi świętymi grzybami, co to w Amsterdamie miesiącami, nic podobnego wśród europejskich. Chłopcy okazali się fachowcami w przedmiocie. Znają psychodeliki, używają ich jedynie u szamana; głodówki, łaźnie do pocenia, tańce, śpiewy, i po długim ostrym treningu - peyotl. Ja, samouk, czyniłem podobnie - święte dary natury, psychodeliki, jako narzędzia badania, tworzenia, samopoznania. Pokochaliśmy się, bracia przecie! Święci pańscy! asceci z bajki o innym świecie! Wzdychałem, że nie próbowałem peyotlu, i pół roku później muzyk, też święty indiański prawie franciszek, przy okazji koncertu w Berlinie przywiózł mi prezent prosto od szamana! I jadłem parę razy z rzędu. A potem rzadko! bowiem trip to, chcesz czy nie, coś w rodzaju matury. Egzamin dojrzałości. Ostatni przed rokiem?
Wiem, że malowanie, podobnie jak na meskalinie, zdaje się niepotrzebne w świecie, gdzie wszystko żywe ujawnia swój blask. Każdy listek gotów zwierzać się z sekretów, a płótno-aktywnie-nie-żyje, świetnie widać farby, ale też nieistotność - np. w kontekście słojów sosnowego drewna stołu.
Ale - jestem od malowania jak dupa od srania! zjadłem peyotl i kładłem następną falę.
Po godzinie poczułem niepokoje żołądka, przypomniałem sobie o śniadaniu, zjadłem dwie świeże bułki z serem, jabłko, wróciłem do roboty. Dziwiąc się nieco, że high peyotlowy jest taki zwykły, codzienny, koncentracja/kontemplacja, robienie po prostu, co do zrobienia!
Nie oczekuj sensacji w opisie - te miały miejsce ćwierć wieku temu, teraz zwykłe życie!
Pomyślałem takie zdanie, chciało mi się pisać do Ciebie! - i wybuchnąłem śmiechem! Nie, żebym wydał się sobie dowcipny! ale - ten, który pomyślał zdanie - był dziwnie i oczywiście obok mnie, na zewnątrz! Dotknął mnie w serce panbóg Meskalito!
I dobrze. Fale na płótnach migotliwe, trudno patrzeć, ale tak spokojne.
Dziwne te palce spotykających się dłoni, jakby czucie robiło się szklane. Ach, chwila zastanowienia - zrobiłem parę skłonów, i wiele ćwiczeń. W tym aspekcie matura wypada kiepsko - ciało potrzebuje gimnastyki/biegania/jogi, jest osłabione - brakiem wielostronnych wysiłków! Wróć ośle do hatha-jogi, mówię do siebie, tego z boku.
I przemalowałem dzień w pokoju, jakby nigdy nic. Pogadał bym więcej, ale zrobiła się północ, jem jeszcze jedno jabłko, smaczne jak nigdy, a każde jest inne. Załaduję stronicę na serwer - i pora pospać, aby budzić się rano do słońca! |
28.07.2002
Szeroko otwieram balkonowe drzwi w jadalni na śniadanie w słońcu; brzmi koncert fortepianowy Edvarda Griega.
Miesiąc malowania LIFE. Tak trzymać! Wychodzi inaczej, niż sobie wyobrażałem.
O zachodzie słońca 9-ta symfonia Beethovena; skrzek srok w momentach lirycznych zza okna; sądząc, że słuchają spoglądam na lipę z gniazdem, a oto na ich pięknym, nawet zadaszonym domku siedzi wielki gołąb grzywacz, patrzy na mnie, nie zważa na sroki w krzyku, słucha Finale... Został na noc. Zwabiła go muzyka do chwilowego pobytu? dokonuje konfiskaty, naśladując zachowania ludzkie?
Peyotl to magia rzeczywista. Przejawiona. Poszerzająca świadomość. Odsyłam Cię do Witkacego w "Narkotykach" po dalsze informacje. Moje są skromne - żadnych halucynacji, wizji. Zjadam tyle peyotlu, by móc malować, a nie np. dwa razy więcej, żeby latać po światach/zaświatach.
Janie, bezmyślność jest dobra! Zwykła bezmyślność, zwłaszcza połączona z bezczynnością, stan jakby znieruchomienia - to naturalny początek medytacji. Daj bezmyślnemu przed oczy chmury, liście drzewa ruchliwe w wietrze, czubek płomyka świecy - i staje się medytującym. Oddech robi się spokojny, głębszy, serce uderza mocniej i wolniej, dłonie stają się ciepłe. Gdy człowiek jest naprawdę bez myśli, łatwo staje się chmurą sunącą w wietrze, gruchaniem gołębi,
Izmy są trudne, a egoizm zwłaszcza. W aspekcie pozytywnym - egoizm/egocentryzm to środki rozwoju mocnej osobowości, pełnego ego. 'Osoba' musi być w pełni rozwinięta, nim człowiek obudzi się do życia. Odtąd używa 'osoby' jako narzędzia wolności.
Egoizm w aspekcie negatywnym.., ach, ja jestem od pozytywności. Ale, ale! - kto to orzeka 'jestem egoistą', czy w ogóle 'takim owakim'? Co to to? rozdwojenie, gdzie jeden i drugi robią podchody? Podejrzane!
Cała tzw. krytyczność jest głęboko podejrzana! Wspomnę Ci o pierwszych wskazaniach dla studentów w szkołach Ouspensky/Gurdijeff, w 'czwartej drodze': - Zaprzestań wypowiadania jakichkolwiek krytycznych/negatywnych zdań. Następnie, zaprzestań myślenia jakichkolwiek krytycznych/negatywnych zdań. To pomyślane jedynie jako próg, ćwiczenie wstępne. Prawdziwa nauka dopiero ma się zacząć.
Idzie o akceptację tego, co jest. Wiliam Blake, jakoś tak: - Kiedy drzwi percepcji (the doors of perception) zostaną oczyszczone, to co jest pojawi się w nieskończonej glorii i świetle. (Aldous Huxley napisał "Doors Of Perception", biorąc ten tytuł, a już w naszych czasach The Doors skrócili tekst jeszcze raz).
Idzie przecież o wszystko! |
|
29.07.2002
Głoszę chwałę lata! To wspaniałe - pracować przy szeroko otwartych oknach jak na ulicy, i spać przy szeroko otwartych oknach jak w ogrodzie! Także dziś nie wychodzę z domu. Fala oranżu, fala jasnej ultramaryny. Fala za falą, za dalą dal, horyzont nad horyzontem.
Pani Renato, nie tylko maluję; o poranku daję roślinom 10 litrów wody, wieczorem 20, a po podlaniu napełniam konwie, aby woda się odstała; czyszczę domek falistym papużkom, dostają świeżą wodę, ziarnka, piasek, listek sałaty. Śniadanie (dziś o 15-tej) tak, aby - o pełnej godzinie - obejrzeć wiadomości w BBC. Jest też pranie, suszenie, składanie, i częste odkurzanie tego ogromnego domu, przez otwarte okna leci wiele kurzu. A trzeba jeszcze np. naprawić sąsiadom na parterze płócienny domek, zmiażdżony upadkiem mej skrzynki z marihuaną podczas orkanu (konopiom nie złamała się ani gałązka, ale ten domek!). Nie ma czego zazdrościć. Spokoju ducha - może. Ale to żaden komfort, to czujna praca.
A jednak grabież - taka jest odpowiedź na me wczorajsze pytanie. Gołąb Grzywacz siedzi na gnieździe srok, ilekroć spoglądam w okno czyści pióra, poprawia pod sobą gałązki, wcale nie odlatuje. Niewątpliwie Ździchu! zdaje mu się, że jak jest domek, choćby zagrabiony, to jakaś Zocha sama przyjdzie. Zapewniam Cię, będę czuwał, doniosę o zmianach. Ważne dla losów świata! nie oczekujesz chyba tego od Busha czy Sadama!
Upalny zmierzch do symfonii fantastycznej Berlioza. Czas czarownic! Dwie sroki krzyczą i skrzeczą, skaczą po gałązkach lipy, nigdy bliżej niż metr od gołębia, który pracuje nad gniazdem niby nix! Przylatują inne sroki, latają wokół drzewa, skrzeczą do taktu "Marszowi do szubienicy". Po paru minutach wrzasku sroki odlatują. Chmurzy się niebo, zapada ciemność. Nie interweniuję w sprawy natury (także ludzkiej). Gdybym wykonał gwałtowny ruch ręką - gołąb mógłby odlecieć, a sroki odzyskać posiadłość, w której zresztą nie miały jaj, tylko błyskotki.
Ciemność sprawia, że widzę tragedię jasno. To gołębica. Straciła gdzieś właśnie partnera i gniazdo, a tu czas składania jaj nadchodzi i nagli. Teraz będzie znosiła jaja, ale nie przyleci lover, aby ją zwolnić od dyżuru. A kiedy wreszcie sterana głodem i pragnieniem odleci na chwilę - sroki będą miały czym się pożywić. Czy ja kraczę? Widzisz, jak moja interpretacja zmienia stan rzeczy? Mieć punkt widzenia = widzieć złudzenia.
Idą burze, idą deszcze. Zamknę na noc okna pracowni. Pójdę spać wcześnie, znużył mnie dzień. Fale w czerwieniach. Każda ma osiem kroków długości. Na płótnach gęsto od farb, nowy kolor jest przyjmowany opornie, trzeba go kłaść dwa razy, odczekać aż przeschnie, i jeszcze dwa razy.
Napiję się po powieszeniu płócien na ścianie szklaneczkę wina, niech dźwięcznie stuknie w Twoje szkło!
|
|
30.07.2002
W środku lata nie idzie o doskonałość. Idzie o wszystko. Po fali jasnego fioletu fala jasnej czerwieni.
Andrzej, kawa w Zaświatach, Sven, zakupy, odpoczynek w cieniu drzew. Wiatr. O zachodzie Andrea Bocelli śpiewa "Miserere", skrzeczą sroki, gołębica nie opuszcza gniazda. Czy ja naprawdę w ciągu dnia widziałem łebek pisklęcia? czy to tylko przewidzenie w przyszłość?
Wiatr. Rilke:
Idzie przekształcicielka burza.
Idzie przez las, i poprzez czas.
Wszystko w wieczności się zanurza.
I jak psałterza wiersze - wzgórza
powagą otaczają nas.
Jak małe to, co zwyciężamy,
jak wielkie to, co walczy z nami.
Gdybyśmy tak podobni burzy /.../
|
|
31.07.2002
Ciężkie chmury z południa nie przyniosły deszczu, porysowały niebo nitkami błyskawic, została duchota. Nie mogłem malować, drżały mi ręce pierwszy raz w sezonie.
Spałem niespokojnie, obudziłem się o świcie zlany potem, zmyłem prysznicem i malowało się parę godzin; drugi od góry rząd ma tylko 4 płótna; położyłem trzy fale zieleni, powiesiłem właśnie na ścianę i cieszy tam, gdzie widzenie od tygodnia uwierało.
A jest dopiero południe!
Idę na kawę w Zaświaty (czyli cafe Jenseits), biorę skręta i zeszyt podróżny, mam do pisania o Sprawie. Zamknę okna, wciąż nadchodzi burza. LIFE wygląda wspaniale, dam mu odpocząć. |
|
1.08.2002
Czy to ze względów zdrowotnych? - LIFE dziś nie do zniesienia. Fale jaskrawości skaczą mi do oczu. Porzucam malowanie wczoraj, dziś idę na spotkanie deszczu.
Pisałem? wychodzi (jesienią w Waszyngtonie) światowa antologia poezji "Letters From The Soul", gdzie są me linijki z "Ludzi", których napisałem też po angielsku i niemiecku.
Dostałem z tej okazji "International Poet of Merit Silver Award Bowl"; ale, przecież nie odbiorę, gdzie stawiać taki mebel? Nie mam też psa, który by pijał wodę z wielkiej srebrnej michy.
Moja percepcja bywa 'oczyszczona'. Dzisiaj wiem: ze spostrzegawczości. W gnieździe są dwa szare łebki, wznoszą się wysoko w chwilach karmienia. Przegapiłem wysiadywanie jaj. Gołębica jest na głodówce; karmi maluchy zapewne własnymi sokami. Padał obfity deszcz, nadcichła spiekota, pragnienie zażegnane. Jeśli człowiek może żyć o wodzie przez 6 tygodni - to dziki wielki gołąb da sobie radę; pewnie wyfrunie dopiero wraz z małymi.
Wędrowałem na pocztę, kawa z przyjaciółmi i gadu, spoczynek na ławce w Mariannenplatz, w pobliżu stosów drewna, resztek po orkanie, pachnących intensywnie sokami, przemijaniem. Patrzyłem na gołębie; co drugi to kaleka, bez łapki czy pazurka; miasto oferuje tyle pokarmu, że nawet kaleki tłuste! Położyłem się na ławce i zasnąłem, zdecydowany doczekać deszczu. Obudził mnie rzęsisty, letni, w przeciągłych grzmotach. Wróciłem bez pośpiechu moknąc stygnąc; odkurzyłem dom i już mam 8 płócien, górny rząd LIFE, na podłodze. Telefon córki z Sardynii, z zapewnieniem miłości. O zmierzchu pokój. |
|
2.08.2002
Postrzegam.
Jest wielce tajemniczy związek między tym, co świeci, a tym, co oświetlane.
Szczęśliwcy mówią, że to znak równości.
Nie zajmuję się światem, jaki mógłby być. Wyzwanie miłości większe. Dotyczy tego, co jest.
Mam kłopoty, oddalam się od ludzi, nawet przyjaciół. Lubię ich, ale gadanie, które musi mieć miejsce; polityki, historie, dyskusje; wszyscy mają opinie na każdy temat i chcą je głosić; pragnienie komunikacji, porozumienia, wymiany poglądów. A wszystko takie, że o dupę potłuc!
Pozory aktywności umysłowej, złudzenia człowieczeństwa, brak wiedzy, brak pragnienia wiedzy. Watka do uszu, albo co?
Mistrz Eckhart stwierdza, że ludzie oddalają od Boga. Teraz nic mnie nie oddala. Dźwięczy 5-ta Sonata Beethovena, statki płyną po rzece a szare chmury nad nami, dwa małe szare łebki w gnieździe mają dziobki całkiem dorosłego formatu, chociaż na piórkach jeszcze żółty puszek. Oczywista, żyję wśród złudzeń - w tej chwili zobaczyłem zmianę warty - a więc w gnieździe jest cała rodzina, 2+2, mimo iluzji! |
|
3.08.2002
Przemalowałem wczorajszy dzień uczciwie, zafrasowany wydarzeniami ub. tygodnia. Historia Gołębia, zmieniająca się z dnia na dzień, pokazała, że śnię ten świat.
O 10-tej wieczorem jadłem obiad, wpadł Krzyś na herbatę; od tygodnia czy dwóch zafrasowany, zaklęśnięty w siebie, jak to nazwałem. Nie, żeby czarna dziura, jak bywało pół życia temu.., ale czuje się nieswojo - jakbym już napisał ten temat drażliwy - pod tytułem: "Jak się pożywić kawałkiem trupa?" Nie napiszę zresztą. Nie będę machał wiatrakami. Głupek na wzgórzu, śpiewa Lennon.
Pilno mi do następnego fioletu; ten z ostatniej nocy niezwykły - w kontekście innych barw wygląda jak intensywna szarość, chociaż jest błękitny. Mieszałem cztery farby z trochą bieli.
Fajne zabawy. Głęboki błękit Rembrandta w kontekście pruskiego i ultramaryny udaje zieleń.
Prosiłem słońca - oświeć głupka! I wyparowały z mej głowy pomysły wirtualnych wystaw. Jeden się ostał, ten w sercu.
Śniłem kiedyś sen. I obudziłem się z pierwszym brzaskiem, obmyłem twarz, wśród rosy i śpiewu ptaków szedłem z domu rodzinnego w kierunku szosy, dźwigając na ramionach wiele obrazów. Poniedziałek, dzień jarmarku w Dużej Niedrzwicy, wkrótce ludzie będą wieźli dobytek na targ, a popołudniem będą wracać. Zawieszę obrazy na gałęziach drzew wzdłuż szosy. Będę miał wystawę. Obrazy zobaczą ludzi. |
|
4.08.2002
Mira: - Bylam dzisiaj z Toba długo na Twoich stronach - szczere gratulacje! Nie do końca wiem, czy LIFE to właśnie to, czego od Ciebie oczekiwałam, ale czy moje oczekiwania mogą mieć jakiekolwiek znaczenie dla Twojego ŚWIATA? Nie mogą i nie mają - i to jest sluszne - bo to Twój świat i Twoje marzenia.
Miła, gdybym wiedział, że będę malował LIFE - malowania bym nie zaczynał. Miało być zupełnie inaczej!
Twe oczekiwania mają znaczenie, mów, jakie są. Mój świat nie jest prywatny. Penetruję podstawy bytu, sens życia i śmierci, miejsca, gdzie jesteśmy razem, albo nawet tym samym.
- A dlaczego dzielisz się internetowo z innymi? Może z głębokiego poczucia osamotnienia?
Fajnie jest się dzielić. Tym, co jest, własnym życiem.
Święto nieustające.
Wspomnieć? Na początku lat 70-tych fantazjowałem z przyjaciółmi, aby żyć na scenie, na okrągło, aby życie czynić sztuką. Wiele idei zostało zrealizowanych - przez innych.
Myśląc, prawdziwie i twórczo, nie mechanicznie - tworzy się pole energetyczne. Brzmi. Wystarczy rezonans, i oto ktoś inny ma - Twój pomysł, Janie! Od paru dni zamierzam Ci o tym pisać. Ewolucja niczego nie zapomina. Co odkryje poprzez jedno, zastosuje do drugiego. Jeśli nie namaluję "strun świetlnych", jak o nich marzę, namaluje ktoś inny wkrótce. Nie zrealizujesz swej idei? Sformułuj ją jasno a zrealizuje inny, kto w chwili natchnienia zadźwięczy w tej samej fali nośnej.
Czyli - samotność, oddzielność - są iluzoryczne, Miro.
Mówię Ci, jestem rozkojarzony, piszę, wstaję, aby zmieszać farby, a że nie trafiam w kolor, dodaję tej farby, innej, i znowu mam zbyt wiele. A skoro jest, kładę przez 8 obrazów falę fioletu tak czerwonego, że w kontekście sąsiadów robi za brąz. Teraz, resztę, zużyję na kartonach. Znowu trzecia nocą!
Nie dbam o nic ani o wszystko - jedno i drugie na wyciągnięcie pędzla. |
|
5.08.2002
O piątej rano przychodzi burza, błyskawice niosą wytchnienie spuchniętym powiekom. Mogę zasnąć. Na krótko, o 9-tej muzycy; pięknie idzie praca z młodymi i! wybrali obraz na plakat; jeden pisze teksty na komputerze, drugi idzie do banku po pieniądze i wraca niosąc trzy obiady. Robię projekt, drukuję, i podczas jedzenia obiadu nagrywa się CD z plakatem. Płacą chłopaki. Co? dziś tak szybko! Wieczorem dostaję telefon - druk wyszedł pięknie, szczęśliwi. A ja zmęczony. Dziwny stan, mózg na wybiegu, groźba bezsenności. Długi spacer pogłębia rozdrażnienie, kupuję koniak i piję z dzioba, wracając do domu. Boże, daj spocząć grzesznym oczom moim! |
|
7.08.2002
Wraz z Andrzejem pojechaliśmy do tych wielkich hal sztuki, co powstały po adaptacji starego Hamburg-Dworca kolejowego. Piękne architektury, parę wystaw; przygnębiająca poetyka Anselma Kiefera, alkoholowe koncepty zabawy Rauschenberga i Lichtensteina, prezentujące chaotyczne zabawy umysłu, co podejrzewa się o człowieczeństwo, udaje na kacu dzieciństwo. Żadnej radości czy nadziei w tej sztuce.
Poczułem w tych salach więcej! Poczułem zapach dyrektorów, profesorów, krytyków, pojąłem, że nie mogę proponować wystawy. Kolory Spektrum Barw? Mistyka? Światło Objawienia? To wszystko będzie wystawiane, kiedy malarz zrobi przekrętkę. Bo jakże to?! Żeby ktoś żywy się ważył na radość!?
Nie poszedłem tam dla wzruszeń, zrobiłem pół setki fotografii wnętrz.
Dzwoniła z Sardynii Veronique, dziewczyny mają się świetnie, mieszkają teraz u wujka Lilith na wielkiej górze, i biegają w dół do morza i z powrotem. Wracają 16-tego, mój obóz koncentracyjny radości przedłużony!
Córka roztrzepana jak tata - myli terminy, na zdrowie!
Remi, Kasia, Anika, Alinka - wrócili z "wygnania" w norweskie fjordy i odwiedzą wieczorem. Jutro przyjeżdża na parę dni Michał z W-wy z dziewczyną.
Raczej nie sypiam, nie jadam, elektryczny, fotony nasączają komórki skóry życiodajnym światłem.
Wiele chodziłem na skrzydłach burzy, w ciepłym deszczu lata.
Nowoczesna sztuka, te wszystkie puszkowane gówna, osobiste doznania, krytyczne poglądy, ta sztuka uboga, pozbawiona koloru, poznania, radości tworzenia.
Sztuka wtórna do szpiku kości, bezczelnie epigońska, powielająca nieskończenie (w 50 - 80 lat później) pomysły, dokonania, prowokacje surrealizmu i dadaizmu.
Pretenduje do wielkości, jest robotą klik. Bo kto kupuje maszkarony takiego Baselitza, po ćwierć miliona sztuka? Kumple dyrektorzy, profesorzy, uczeni. Za państwowe przecież pieniądze, do każdego muzeum, świetlanego przybytku sztuki ze szkła i stali, gdzie wszystko eleganckie i dystyngowane - tylko sztuka parszywa! Świetnie w osamotnieniu, Miro, tyle blasku!
Czy jestem krytyczny? A jak współczesna sztuka traktuje kosmos!
Oczywista, Janie, że jestem, doceniam to w sobie.
Poczucie własnej wartości, niepowtarzalności, jedyności w świecie!
Wiem też, że każdy listek lipy przy oknie, każde piórko gołębia w gnieździe - niepowtarzalne, jedyne. Czym się w ogóle różnimy? Że ja to wiem! Wiem też, umyję pędzle, pośpię. |
|
9.08.2002
Około północy odprowadziłem Remi do metra, zjadłem w Oranienstrasse wegetariański kebab, siedziałem w zadumie przy kawie. Właściwie - wszystko dobrze. A dziś po przebudzeniu w jadalni zobaczyłem elektryczną kuchnię włączoną na maximum. Rainer wyjechał o poranku - tak się popisał! Hej! oberwie po uszach!
Południe, posiedzieć w słońcu, poczytać Mistrza Eckharta, popatrzeć na świat przejawiony, zrobić zakupy. |
|
15.08.2002
Robię wirtualną galerię, pokażę Ci za 2-3 dni; maluję LIFE.
Wczoraj wróciła Veronique, opalona tryskająca zdrowiem; dziś pracuje na festynie kończącym lato w "glinianej wiosce" Rainera w Britzer Garten, a pojutrze do szkoły. Żywa i fajna! Zaraz też dostałem burę - obarczyła mnie odpowiedzialnością za obecność komarów w jej pokoju! oświadczyła, że nasze życie nie będzie łatwe.
Ależ mnie wcięło! Przeszło tydzień pracy przy komputerze! Montaż wirtualnej sali, obróbka fotografii obrazów, umieszczanie ich na "ścianach", obramowanie, rzucenie lekkich cieni, pisanie tytułów i dat - jedynie po angielsku, nie mam siły na polskie i niemieckie wersje. Oryginał wystawy ogromny - mój szybki komputer potrzebuje minutę/komendę, ale oto jest.
Umieściłem w sali parę przypadkowych osób, które znalazły się na fotos.
Skrzeczą sroki o zmierzchu. Liście lipy przy oknie zaczynają zmieniać kolor - chlorofil wędruje w głąb drzewa, i stają się widoczne kolory dotąd ukryte pod zielenią. Są tam przez całe lato, niewidoczne, ponieważ listki robią w chlorofilu. Teraz zaczną ujawniać złocistości łagodności.
Śpiewa Aleksander Wertyński, pachnie od niego dymem cygar i szlachetnymi trunkami, że serce chce wódki. Ale jest tylko Kałasznikow, holenderskie wydanie marihuany, co zwie się, właśnie, AK-47! Ach! dość lania wody tutaj! tyle światowych powodzi! |
|
18.08.2002
Niedziela. Otworzyłem w południe TV Polonia i słyszałem papieża pozdrawiającego w wielu językach. Poszedłem w słońce; to przedostatni oddech lata. W przestrzeni byłego Muru party na rzecz zachowania go w stanie dzikim. Nie miałem kamery. Wiele rzeźb, objektów, fajne dekoracje, co 50 metrów stoiska z ogłuszającą muzyką. Pochodziłem, posłuchałem, wreszcie usiadłem na kamiennym schodku i zostałem na godziny, z twarzą wystawioną w słońce i wiatr, a za mną ogromnej wielkości głośniki, walące rytmami techno w natężeniu wstrząsającym każdą komórką ciała.
Ożywcza kąpiel.
A po powrocie do domu kontrast, bowiem, znowu w TV Polonia, papież, modlący się w ciszy. Tak wielkiej, że odgłosy miasta zdawały się zanikać. Święte chwile. |
|
25.08.2002
WSTĄPIĆ W TRAWIĄCY WSZYSTKO PŁOMIEŃ NIEŚMIERTELNOŚCI,
ZMIENIĆ SIĘ W TO, CZYM SIĘ NAPRAWDĘ JEST.
U Junga tak prosto!
I jeszcze:
Człowiek rośnie odpowiednio do wielkości zadania, ale musi być do tego zdolny, w przeciwnym razie nie pomoże mu żadne zadanie.
LIFE się skończyło, czy jakieś może życie? trudno połapać się wśród zabiegów położniczych; noworodek stoi grzecznie w kącie, krzyczy tylko pierwsze płótno, więc obracam je twarzą do ściany; matka pono przeżywa chwile agresji po narodzinach dziecka; w moim nieuleczalnym przypadku agresja święci wszystkimi dzwonami niedzielę. Praca się dokonała, pora się od niej urwać.
Dzwonił Ryszard, że kiedyś, gdy pierwszy raz widział owinięte płótnem i obwiązane sznurkami przedmioty Christo - to się szczerze zawstydził, takie były to oczywiste ściągaczki z Man Ray'a. Ja na to, że oni wszyscy, artyści moderny drugiej połowy xx-tego wieku, robią ściągaczki, naśladowcy i epigoni.
Największy paradoks sztuki ostatniego wieku! Lata dwudzieste, ruch dada, zwrócony przeciw burżuazji, rewolucyjny w wyzwoleniu sztuki - w 50 - 80 lat później stał się ideologią burżuazji i klasy średniej. Dzisiaj niesie zagładę Sztuce. To Marcel Duchamp postawił muszlę klozetową na piedestale sztuki! Stoi na zawsze!
A dzisiejsi artyści, krytycy, profesorzy i dyrektorzy wszelkiej maści - stawiają ją znowu i znowu, ozdabiają ew. świeżym gównem i głoszą, że to sztuka jedyna. Egzystencjalizm pokazał im wielość perspektyw, oni prezentują utratę jakiejkolwiek perspektywy człowieczeństwa.
Nowe jakości widzenia, nowe sposoby bycia, nowe formy poznania, nowe szczyty i głębie uczuć, nowe sposoby percepcji - czyż nie tego oczekujesz od sztuki? A oni? Ironia, autoironia i szyderstwo, szaleństwo braku perspektyw, negatywizm do szpiku kości, w najlepszym wypadku "zaangażowany" politycznie i socjalnie przez eksponowanie lęków przed "katastrofą".
Ooooch! to nudne, nie chce się o tym myśleć, ani pisać. |
|
28.08.2002
O zmierzchu ryczy tygrys piorun. Po wielu słonecznych dniach nadciągają chmury.
Latem piękna pora świata. Z mojego LIFE powiesiłem na ścianie pracowni FE, czytane po polsku - autoironiczne przypomnienie, że nie ma co podskakiwać.
Vero zachwycona szkołą; twierdzi, że jest w klasie bez konkurencji. Ha! łatwe na początku roku - usprawiedliwienie z nadmiaru telewizji?
Nie pojawia się na tej stronie o polityce. Ciekawe sprawy w świecie, wszystko widzę czytam wiem. Ale to kiepski temat na wymianę myśli między nami, prawda? |
|
29.08.2002
Nocna burza zmieniła berlińskie ulice w potoki - widziałem w telewizji, u nas parę kropli deszczu. Kolejny upalny dzień. Mam czas, mógłbym pojechać do Warszawy albo nad morze, ale cóż, Vero ma lat 15, nie lubę zostawiać ją samą w domu.
Optymistycznie komentuję powodzie: - Co ma wisieć nie utonie! |
|
31.08.2002
Uporządkowałem zapiski Tu i Teraz. Rejestrowałem wisarts w japońskich wyszukiwarkach. Vero i Afra na spacer w Berlin. Sprawdzam namiary - sobota, pierwsza nocą. Czy jako tata powinienem się już niepokoić?
Dzień minął w słońcu, jak każdy w tygodniach. Chodzę, lenię się w każde południe, ale:
Nie jest mi dobrze, tu, na Północy,
w zgodzie ze sobą nie jestem. |
|
3.09.2002
Takie to przygody wakacyjne! - zrobiłem nowe strony dla wirtualnej galerii, zmieniając także listwy nawigacyjne. A w statystykach ub. tygodnia ujrzałem zajmującą pierwsze miejsce stronę Error404. Strona taka, jak wiesz, pojawia się gdy nie ma linku albo adres nie tak, popełniłem błąd w listwie nawigacyjnej, i powieliłem go parokrotnie. Wyczerpujące poszukiwania, naprawy, parokrotne ładowania stron, sprawdzanie wszystkich linków, ufff.
A budzę się do połowy. Moje żyły na rękach są ciemnymi głęboko wciętymi wąwozami, gorączka 35 stopni; wychodzę i budzę się w wietrze przez wiele godzin.
Piszesz ... morze i plaża są piękne. Plaża piaszczysta, szeroka (jakieś 40 do 50 metrów) , brzeg wysoki - porośnięty lasem sosnowym klif. Sosny rozwiane, rozwichrzone, znieruchomiałe po walce z morskimi wichrami. Morze szumi jak przed wiekami. Piękny jest morski brzeg., a ja dzisiaj chodziłem po wybrzeżach morza ludzkiej głupoty. Pokrytych szlamem i mułem wieków.
Osłabienie fizyczne kreuje mentalne i emocjonalne stany, które trzeba pracowicie przewiewać wiatrem słonecznym, aby się rozwiały - majaki.
Kiedy już byłem ok, usłyszałem swe imię, pod drzewem siedział Norbert. Kiedyś budowaliśmy galerię, robili wystawę, teraz w godzinie rozmowy wspomnieli i wymienili informacje o tłumie przyjaciół/znajomych, przelecieli przez zdarzenia, żywych i umarłych, rozmowy, spotkania sprzed dziesięcioleci. Nieco młodszy ode mnie, frico autentico. Zabawne, od dziesięciolecia mieszkamy w odległości 500 metrów od siebie. Ale na dziś tyle, więcej, gdy go odwiedzę.
W południe z Madrytu przylatuje Anna. Wstąpiła do mej pracowni ćwierć wieku temu, została na rok. Co za przepiękne stworzenie! śliczna, iskrząca się śmiechem młodości. A teraz? ani chybi pójdziemy wieczorem na Finissage wystawy Ryszarda.
Zasrany interes! - amerykański wydawca antologii "Letters From The Soul" przysłał mi list - publikuje "The Sound of Poetry", antologię 33 poetów, czytanych przez aktorów, z muzyką, na CD i kasetach - prosi o zezwolenie na użycie mej poezji i zrobienie korekty tekstu. W dawnych czasach poeta dostawał jakieś honorarium za swe linijki, teraz ma się zadowolić faktem, że to nic nie kosztuje - jak donosi entuzjastyczny wydawca. Wiadomo - Ameryka! |
|
6.09.2002
Dwie doby z Anną w drodze z Madrytu do W-wy; kiedy spotkaliśmy się przed ćwierćwieczem - trwało to z półtora roku. Byłem jej miłością a ona moim zachwytem. Teraz sporo do powiedzenia, wspominania - tak wiele zapomniałem. Miała wówczas lat dwadzieścia, śliczna dziewczyna rozkwitała w uścisku, świeciła radością życia i wdziękiem. Pyta dzisiaj, czy nie potrzebuję towarzyszki życia, czy nie tęsknię do miłości i współżycia z kobietą. Ja? Mówię o mamie, która, w czasach gdy jeszcze nie znałem swej natury, nazywała mnie pieszczotliwie wilkiem. Wszystko zgadzało się z jej wypowiedzią - wilk spotyka wilczycę do parowania się, a nie współżycia. To dzikie gęsi spędzają życie w parze, razem i wiernie. Nie żeniłem się, uważając za śmieszne kojarzenie uczucia z ceremonią, z urzędem czy kościołem.
Fajne zmęczenie. Veronique śmiała się, że wciąż wyglądamy jak para zakochanych. Odprowadziłem Annę do pociągu, odpocząłem przy kawie w Zaświatach, przespałem popołudnie, gdy córeczka odkurzała i sprzątała dom. Gości trzy koleżanki, idą do dyskoteki - bodajże pierwsze tańce szesnastolatek. Ależ będzie młodych mam! tratata tam! tratata tam!
Przede mną noc słodkiej samotności. Przeciągam się, prostuję skrzydła. |
|
8.09.2002
Nie chciałbym przeżyć następnej wojny.
Urodziłem się w czasie wojny; Niemcy, Rosjanie, partyzanci, bandy; w szkole średniej było pięciu kolegów - chłopców-sierot koreańskiej wojny; wyrzucano mnie parokrotnie ze studiów, nie zaliczałem ćwiczeń wojskowych; straszna wojna w Vietnamie; polska wojna - i tyle tyle innych, w Afryce, Azji; tyle powstań, rewolucji, zamachów stanu. To wszystko dokonuje się dla mojego dobra, dla dobra ludzkości, przyszłości, rozwoju - twierdzą bezstronni wojownicy.
Trwa od roku wojna inna niż wszystkie, nużąco do wszystkich podobna. Szykuje się następna.
Słoneczna niedziela, chodziłem w wietrze, patrząc na ludzi, życie, sprawy - z poczuciem, że wcale nie chciałbym przeżyć następnej wojny. Odmawiam posłuchu instynktom samozachowawczym. Nie chciałbym żyć ani chwili dłużej niż ostatnia rafa koralowa, ostatni orzeł skalny, niż pierwsza ofiara następnej eksplozji.
|
|
To tylko niewielki otwór w moim sercu,
lecz wieje tu przeraźliwy wiatr.
Henri Michaux |
|
12.09.2002
Słoneczne pogody, chłodne noce, wyż z północy czyni niebo przeroczystym i głębokim. Odwiedził mnie José poeta i malarz, mieliśmy kiedyś razem wieczór autorski. 11 września - wielka rocznica w Chile, już 29-ta. Tego dnia Pinochet dokonał zamachu stanu. Także liczna zabitych podobna - jakieś 3000. Ameryka umoczyła w interesie okrągłe 10 miliardów dolarów, po ćwierćwieczu CIA ujawnia dane. Największe zasługi osobiste włożył Kissinger; nic dziwnego. że Amerykanie nie godzą się na Międzynarodowy Trybunał - wielu zasłużonych w bojach o demokrację może być oskarżonych o zbrodnie przeciwko ludzkości. José rozgoryczony - do dzisiaj siedzi w Berlinie, pisze ciemne wiersze i maluje obrazy wojennych smutków. Pocieszam go kamykiem, na którym narysowałem strumyk.
Na dzisiaj? - "Technologia Informacyjna", Beata Łazęcka, podręcznik dla liceum i technikum - z moimi digitalnymi Skrzydłami.
|
Nie mów przyjacielowi tego, czego twój wróg nie powinien usłyszeć.
Przysłowie arabskie
|
|
14.09.2002
Jeszcze słońce w ostatnich błyskach, gwałtowny wiatr i niskie chmury z północy. Nadchodzą dnie deszczu i spadających liści. Ciesz się chwilą, która jest.
Przed rokiem kończyłem prace nad wisarts i zabierałem się do malowania. Bilans roku malowania, bilans roku w internecie. Się pytam - dlaczego tak słabiutko?!
Gdyby mi się przyśniło coś, albo wydarzyło! Wszystko się zmienia, i wszystko takie samo. Paradoks wieku dojrzałego.
|
Kto nie chce się starzeć, powinien się młodo powiesić.
Bernard Lössendrup
|
|
19.09.2002
Trudno się dziwić? stan zawieszenia przytomności, w którym to, co wewnętrzne - jest do zobaczenia na zewnątrz. Żadnego wyboru.
Przed paroma laty byliśmy na Majorce, w miasteczku, gdzie mieszkał Chopin. Chodziliśmy po ogrodzie klasztornym, podziwiali długość kolejki chętnych do obejrzenia fortepianu; córeczka wzburzona opowieścią o tym, jak to nie podawano dłoni Fryderykowi; gruźlica traktowana była jak dżuma. Spacer w ulicach.
Widziałłem swe alter ego - starszy o dobre ćwierć wieku, ale nie mogę użyć słowa: staruszek. Facio zupełnie niepozorny. Siedział na kamieniu w alei, mając w tle urwiste zbocza gór. Dłonie na lasce, broda wsparta o dłonie, prosty, spokojny jak kamień, patrzący na tłum. Poczuł moje spojrzenie i przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, pozdrawiając się skłonem głowy i uśmiechem. Często go wspominam. Rzadkie wrażenie - być całkowicie widzianym. Pełna komunikacja, żadnych słów. Nic - jako promienna treść przekazu. Jakbym przejrzał się w lustrze.
Moja przyszłość = słoneczna przyzba. A teraźniejszość? Jadę na weekend do Warszawy, pospaceruję po Krakowskim w deszczu, wypiję kawę po drodze, zamyślę się parę razy niepotrzebnie, odwiedzę siostrę, może Jarka, Jana? |