English
zrob mi link links biografia ksiazka gosci sprzedaz sztuki Deutsch
Wis Arts start Malarstwo i Rysunek Komputerowa grafika Poezje, Wiersze i Poematy Fotografia Witaj Dzisiaj, blog Tu i Teraz

Witaj dzisiaj, Tu i Teraz!

Ględoły, Natchnienia, Wiersze, Wspomnienia,

czyli - dziennik do Ciebie - blog 2002, Kreuzberg

Wis - Wiesław Sadurski

Usunąłem fotografie z tej strony. Najlepsze znajdziesz w dziale Foto. A przekłady na nowej stronie w Poezji.


Powiedziałem do drzewa migdałowego: - Siostro, mów mi o Bogu.
A drzewo migdałowe zakwitło.
święty Franciszek z Asyżu

01.01.2002

Berlin się iskrzy od rakiet i petard, w atelier ciepło i jasno, wpadła Eva, piękna pani, a przed północą Krzyś i Ryszard. Lampka wina, gawędy, przedłużane we wspomnienia, ludzi, sytuacje.
Nie jestem na tyle jasny, aby wszystkiemu sprostać.

Wigilia - spacer z córką i cafe bar; w drodze do domu postanowiła, że nagotuje spaghetti, co uczyniła dla czworga: przyszła Kasia i Ester. Smaczne! 10 muzycznych cd do nagrania, rozmowy do Iggy Pop - brutalne kolędowanie.
Spacer w śniegu, aby odprowadzić, i z powrotem w bajkowej atmosferze, padało dzień i noc.
Malowanie dniem i nocą. Cały czas Veronique troszczy się o dom. Pozdrawiam w nowy rok!

02.01.2002

O poranku budzi mnie ze snu pukanie do drzwi, otwieram zaspany, witam przyjaciół, Kasia, Tomek, Konstancja, Piotrek, Wanda, odwracam się ku pracowni - i widzę kłęby gęstego dymu za oknem!

Krzyczę - Uciekajcie, pożar! Tylko Kasia się waha, ponaglam ją, jest niebezpiecznie, słyszę tupot odbiegających nóg na korytarzu, tylko jeszcze rzut okiem za okno, gdzie właśnie wstęga płomienia migoce między czarnymi kłębami...
Nagle zapominam o uciekaniu.
Podchodzę bliżej do okna, patrzę. Płomienie wieją przez czarne, szybko zmieniające kształt i wznoszące się chmury.

Jakie to potężne, jakie piękne! Refleksja ta przenosi mnie płynnie za okno, w dół, na ulicę, idę między domami, które wszystkie płona, płoną też ludzie i drzewa, trawa i niebo.., w szeleście, podmuchach, w burzy, we wszechpotężnej muzyce ognia.
Nic mnie nie parzy! - postrzegam. Idę wśród płomieni przejęty grozą - i widok się rozjaśnia w miarę jak zgroza nadcicha; ogień jest przezroczysty - wieje przez domy i kamienie bruku, drzewa i chmury, ale niczego nie spala.

Lęk przeradza się w zachwyt, pejzaż miasta rozwija się w przestrzeń nieskończoną, wzgórza nad dolinami i wody ponad wzgórzami, miasta lśniące w oddali połyskliwie kopułami świątyń, wioski wsród lasów, góry i morza i pałace na wzgórzach, nad nimi nieba i wody, i znowu horyzonty - wstęgi pejzaży wiją się w żywej tkance ognia, w organizującej się na moich oczach przestrzennej strukturze splatają się ze sobą w wielowymiarową tkaninę czasów i rzeczywistości, migocącą od ognia, który przez wszystko wieje, niczego nie spala; jestem bardzo szczęśliwy, a kiedy pojmuję, że płomień nie tylko nie spala - ale wszystko TWORZY - zmieniam się w ekstazę, i tańczę, tańczę, tańczę, stając się płomieniem.
Budzę się ze snu spłakany jak bóbr, ze szczęścia przecież.

Sen przypomniał mi się w całej wyrazistosci przy okazji malowania.

03.01.2002

Pierwszy raz widzę w tym roku wschodzące słońce. Dochodzi dziewiąta. Przemalowałem dzień i noc. Czy dlatego niebo pogodne? Malując jestem z Tobą bardziej, niż kiedy piszę. Rozumiemy się? Z Tobą, czyli ze wszystkim.
Chleb z kozim serem i szklanka wina - może mnie wyciszy i pozwoli pospać... Szkoda spać - obraz o poranku wyraźnie mówi, czego trzeba. Nie mam mocy. Zaczeka, czy zrobi się niemy i powie już nic?

04.01.2002

Znasz? Energia = masa pomnożona przez szybkość światła do kwadratu. Do kwadratu !

"Jeśli rozumiesz - spoczywaj w tym, co rozumie - bowiem to właśnie jest Duch.
Jeśli nie rozumiesz - spoczywaj w tym, co nie rozumie - bowiem to właśnie jest Duch
"

05.01.2002

Obudziłem się wcześnie, aby pić poranną herbatę w słońcu, w otwartym oknie. Pierwszy spacer w roku, nie dla przyjemności, ale z potrzeby - od dawna kropli wina w domu. Reszta przy zakupach wydawana w Euro. Tyle atrakcji. Podstawowe zakupy zresztą robiła córka, ale ma lat 15, nie mogę przecież wysyłać jej po wino czy haszysz!
Po powrocie do domu wytarłem szmatą z obrazu to, co malowałem przez 10 godzin wczoraj. Fajnie, znowu jest co robić. A ten ból prawego barku i ręki - od niepotrzebnego pędzlowania?
Nowy Rok o tyle dobry, że w nim więcej światła.

06.01.2002

Party. Znasz? Ja znam.

Dzisiaj bez udawania - idzie o sen. Parę dni temu o płomieniu, dziś o wodzie.

Znaczące sny, bardziej dotkliwe niż te cholerne miłości, śmierci i nieśmiertelne słabości w tzw. jawie - zaczynają się w normalności, ze wszystkimi szczegółam i wzniosłymi majtkami. Aby co? wprowadzić w błąd? w sen jeszcze głębiej? doprowadzić do jakiejś prawdy, nim zamkną sięe drzwi wejściow?

Wychodzę z salonu grzmiącego muzyką przez szeroko otwarte drzwi do ogrodu, między drzewa, w ciszę nocy.
Śmierdzę nikotyną, alkoholem, seksem i potem ociekającym z rozmów. Obcość z uczuciem wstrętu do siebie wszystkiego. W oddali cichną dźwięki muzyki, noc pod drzewami czarna, ale stopy światłoczułe, idę pewnie, gałązka nie trzaska. Wzgórze, łagodne kamienie, huk sowy z lewej. Czuwanie natury. Czuwanie, czujność, przestrzeń, zapach sosen, kamienie, dźwięki wiatru. Słyszę przed sobą szum wody. Na szczycie wzgórza szum wzmaga się.
Rozbieram się idąc ku niej, zdejmuję kurtkę, koszulę, porzucam za sobą buty, spodnie, majtki. Ogarnia mnie nadzieja? radość? Szum wody jest potężny, omijam skałę, migoce w dole wstęga białej piany, w którą skaczę z marszu, bez myśli, z jedynym pragnieniem - zmyć z siebie brud!

Rzeka przyjmuje w siebie głęboko i momentalnie wyrzuca na powierzchnię, odrzucam ręce za głowę a woda niesie mnie jak słomkę w dół, pomiędzy skałami i kamieniam, w łoskocie wyciszającym myśl.
Oddaję się nurtowi całkowicie bezwiednie, świadomy wszakże. że każdy lęk oznacza śmierć. Totalne zaufanie !
Totalne zaufanie - i rzeka oczyszcza mnie z brudu, pamięci, wyobrażeń - to woda życia! - wypełnia mnie, sprawia, że jestem samym życiem energią jasnością, a kiedy nurt się uspakaja, wynosi mnie na powierzchnię jeziora w ciemności.
Leżę na plecach, oddycham głęboko i spokojnie, patrzę w gwiazdozbiory i smugę Drogi Mlecznej, w której się urodziłem.
To była rzeka śmierci. Odruch lęku, jeden ruch mięśni, cokolwiek innego niż zawierzenie nurtowi - oznaczałoby śmierć. Jakoś umarłem w spienionych nurtach, myślę, umarłem dla świata. Nigdy wszakże nie czułem się tak żywy! Rzeka obmyła ze mnie wieczór i szaleństwa, brud i wspomnienia, wyobrażenia i pamięć. Jestem samym życiem, energią bez wiary.
Ale jak długo można leżeć w wodzie, patrząc w gwiazdy i rozmyślając wzniośle? Pora wracać do domu!

Ruszam, płynę szybko i zwinnie, przepełnia mnie czysta świadoma energia. Wpływam w strumień, teraz zmierzam pod prąd, radośnie zmagam się z narastającą szybkością nurtu, trwa to wszakże bardzo długo. I jeszcze dłużej. Zmierzam w stronę domu, ale wysiłek narasta i wzmaga się ból mięśni, tempo oddechu i łomot serca. Płynę, każda komórka ciała świadoma, zdecydowana na walkę o życie.
Ostatnim wyrzutem ramion w ostatnim tchnieniu osiągam brzeg.
Jest to rodzaj betonowego krawężnika. Uspakajam odech i serce, jeszcze zanurzony w wodzie, z wdzięcznością myśląc o rzece, która mi dała tyle siły, że dopłynąłem.
A w mroku pojawia się kobieta, o! to pani Warzecha, dyrektorka szkoły w Sobieszczanach, tak była dla mnie dobra i opiekuńcza wtedy, w dzieciństwie, teraz też pochyla się nade mną, mówiąc:
- Zawsze wierzyłam, że ty to możesz zrobić! że tobie się uda...!
Pomaga mi wyjść z wody, ociera, bierze pod rękę i słaniającego wiedzie w stronę ciemnej wyniosłości budynku.

Obszerny, słabo oświetlony, owalny hall. Pani znika w drzwiach oznajmiając, że poda gorącą herbatę i ubranie; jestem nagi, chłodno, wykonuję serię głębokich oddechów i ćwiczeń dla rozgrzewki, rozglądam się ciekawie, wokół tyle drzwi...
Na najbliższych widzę szyldzik z moim rysunkiem! Oglądam następne - wszystkie są opatrzone szyldami, na których są moje rysunki! nawet dziób łodzi wpływającej w słońce, rysunek pomyślany, ale z lenistwa porzucony - teraz widzę na kolejnych drzwiach!
Robi mi się niesamowicie, myślę, że pani Maria przecież umarła przed wieloma laty - teraz wiem, że to Dom Śmierci.
Ach! Co ja tu robię? Czekam na herbatę?
Wzruszam ramionami, wychodzę.
Jestem po drugiej stronie domu. Tam, gdzie są wody, za mną, wstaje świt. Przede mną powolnymi zakosami opadają w dół ogromne schody, a u samego dołu, na ulicy, stoi staruszka, nasza pani dozorczyni, spogląda w górę, postrzega moją sylwetkę na tle jaśniejącego nieba.
Wiem, ona myśli, że to Anioł Śmierci.
Zbiegam ku niej ze śmiechem, machając ręką, krzycząc, że się myli, że wcale nie musi wspinać się po nieskończonych schodach w górę na swych okrągłych od wodnej opuchlizny nogach, że jeszcze nie przyszedł jej czas... Podaję jej ramię, idziemy w stronę domu.

Budzę się ze snu do dzisiaj. Jest metaforą. Przez pół życia płynąłem ufnie oddany nurtom. Od jakiegoś czasu jest zdążanie pod prąd. Pełne wysiłku i skupienia,
aby dopłynąć do domu rodzinnego, do domu śmierci?
I nie zatrzymać się w nim na herbatę?!
07.01.2002

Przed świtem gorzko. Były chwile uniesienia na przełomie roku. Dzisiaj wycieram szmatami umoczonymi w terpentynie, co daje się wytrzeć, gdzie farby jeszcze na płótnach nie zaschły. Nie mam siły aby zamalować, za dużo. Aż się prosi! Na czarno! Aby sprostać wymaganiom czasu.
Nie wiem.
Ach, odlecieć! "kędy zapał tworzy cudy"!?
Zamalować na czarno, wytrzeć gumką myszką z papierka istnienia te zasrane dzieła, to niedorobione życie...
Gumko myszko, aniele bezlitosny, nicości oswojona! - przybywaj!
08.01.2002

Trzeba mi zamówić pół setki płócien, dużych, powyżej metra, nie próbować dalszej pracy z obecną serią. Obrazki są niezłe, ale wyraźnie brakuje im elektrycznej końcówki - zrobionej przez pędzel, co się rozmachał na setce metrów kwadratowych!
Taki wniosek wyciągam z wczorajszej zapaści.

09.01.2002

Którym Pan daje życie wieczne - umierają młodzi.

12.01.2002

Malarstwu towarzyszy niezłe sprzężenie zwrotne, tzn. ludzie gotowi zachwycać się. Wszyscy przecież jesteśmy gotowi zachwycać się, kochać, zwłaszcza gdy nie ma śladu zagrożenia!
Maluję z intuicji - poznawczej, miłosnej. Ciekawie być malarzem! Malujesz 2 lata Stworzenie, a później komplementy: - Ale piękne! czy to wybuch bomby atomowej? zachód słońca nad morzem? macica na wywrót?
Ale ktoś mówi: - Widzę tu światło Jezusowe i wszystkie światy ku niemu wstępujące. Czyli bywa też: ciepło! Raz na 10-lecie!
Miłość i rozumienie na raz - rzadkość ! jak teraz, że przełożę na polski; pewnie, żeby się pochwalić.

"Chcę wyrazić radość, jaką mój mąż i ja przeżyliśmy odkrywając w internecie twe obrazy. Płakaliśmy z rozpoznaniem i uznaniem dla tego, jak uchwyciłeś wizualnie związek Trójcy Świętej z człowieczeństwem i Kreację w całym jej wibrującym misterium /.../
W twej pracy widzimy wyrażenie transcendencji i immanencji Trójcy Świętej; wysiłek ludzkości ku Chrystusowej pełni; piękno i egzystencjalne napięcie tego - co już jest, a wszakże jeszcze nie - królestwa Boga na ziemi; potęgę, erosa i grę stworzenia/.../


Ach tak !
jeśli czytasz te notatki (rozmowa z Veronique poniżej 17.12 o świętowaniu) - donoszę Ci, że stało się, nie braliśmy udziału w choinkach i prezentach, a pieniądze z tego celu przenieśliśmy na inny, konto UNICEF dla afgańskich dzieci.
Jeśli jesteś w Niemczech, a też ci się coś wydaje... oto dane:
Unicef, Kontonummer: 4052152801, BLZ 120 800 00, Stichwort: Flüchtlingskinder Afganistan.

13.01.2002

Jadę za parę godzin do Warszawy, tak fajnie! Na parę dni. Doniosę ci, co ocaleje w pamięci.

18.01.2002

Chciałbym Cię pocieszyć, ale jak ?
Może spróbuję jak z siostrą, w Warszawie, parę dni temu... Tyle trosk w rodzinie, chorób bliższych i dalszych, akcji do wykonania, nieszczęść, którym trzeba zapobiec. Ja mówię:
- Odpuść sobie! Wyobraź sobie, wczoraj umarłaś. Śmierć przyjdzie bez wątpienia, a życie będzie się dalej rodziło bez ciebie. Przyjmij, że to stało się wczoraj. Popatrz - pośmiertnie - na ważne sprawy powszedniego dnia. Niczego nie pomiń. Teraz, pośmiertnie, zobacz, że wszystko jest kierowane większą dłonią niż twoja. Już nie możesz ingerować, nie ma jak... Poczuj w sobie pośmiertny dystans...
Poznaj, miło być pyłkiem, krótko w życiu, ale teraz wiadomo już po co... Przestrzeń, w każdą stronę nieskończona przestrzeń. Tyle miejsca, doprawdy - może pyłek zatańczy? Właściwie nie ma nic innego do roboty, przestrzeń jest nieskończona, pyłek samiuteńki. A kiedy pyłek zatańczy - tak pośmiertnie, jedyny raz w życiu - zobacz, jak zmienia to perspektywy, rozpuszcza poglądy.
Kto wie, może tak właśnie, niejako pośmiertnie - poznasz prawdę, radość, miłość?

25.02.2002

Jeszcze o Panu Bogu.
Interpretacja pana Ciekawao - że schodzi do podziemia ze względu na stress. Że go mylą z Allahem. Że każdy muzułmanin wali czołem o piasek czy co tam ma pod stopami pięć razy dziennie w modlitwie - w której o nic nie prosi, a stwierdza jedynie, że Allah jest wielki. A chrześcijańskie kościoły to pustki, rozpustki... Trudno się Panu Bogu dziwić!

Z pewnością tutaj zwracam się do Ciebie... No, jeśli się upierasz, niech będzie - do Boga w Tobie, chociaż, takie hipotetyczne zadanie, gdybym miał Ci opisać świat, to w opisie nie występowałby Bóg, chyba że metaforycznie czy jako punkt odniesienia. Doświadczenie życia i kultury rozwiało mi znaczenia tego słowa. Wolę tajemniczy śpiew kwantów, melodie osobistego doświadczenia w eksperymencie życia. Kwanty śpiewają o Duchu. Czujesz świat kwantów? gdzie być albo nie być nie jest alternatywą, które śpiewają w obie strzałki czasu. Czas? przestrzeń? przeszłość? i tak nam droga przyszłość? - kwanty kpią sobie z tego, śpiewają w inną stronę - w stronę Takości, Źródła, Obecności, która jest - Pustki, co tryska światami.
To śpiewa TAJEMNICA, lepsza niż razem wzięte twoje bogi niebogi!

27.02.2002

Remi pisze na temat - Bóg zszedł d(e)o podziemia... Możliwości:
1) ON jest w nas wszystkich jednocześnie (7% prawdopodobieństwa).
2) ON wcale nie zszedl d(e)o podziemia, czyli wszystko plotka (4%).
3) ON sie począł, ale jeszcze nie narodził (3%).
4) Ukrywa się w piwnicy u Ryśka Kozłowskiego (1%).
Kochany, wszystkie wieści na temat są od pana Ciekawao, a ten poi konia u Samego Źródła!!! Nie ma mowy o plotkach - skreślamy punkt 2. Co do punktu 1 - w nas wszystkich mieszka, zgoda, mówi Ciekawao - ale nie jednocześnie! Jego zakątek nie odnosi się do czasu i przestrzeni, te są Jego przejawem. Podobnie jak być albo nie być, itp...
Zatem p. 3 właściwie Go też nie dotyczy.
Punkt 4 - otóż Rysiek przeprowadził się i ma już dwie piwnice. W Warszawie i Berlinie. Obie suche i przestronne. Pan Ciekawao świadczy ze 100%-tową pewnością, że Pan mieszka - się - w tej trzeciej piwnicy Ryśka, której jeszcze nie ma.
Twierdzi, że fakt nie nadaje się do rozumienia. Jaki to wieszcz mówi "Miej serce, i patrzaj sercem"?
Mały Książę (Saint-Exupéry) podobnie! "Najważniejszego nie widać. Widzi się dobrze tylko sercem."
Reshad, którego przekładam na tych stronach: "Kiedy znasz Boga w swym sercu, możesz go widzieć wszędzie." Nie mówiąc o mistrzu Eckhart.

04.03.2002

To powyżej o Panu Bogu, ostatni tydzień, toż to paplania i zgrywy zachodniego umysłu, wdzięcznie unoszącego się na falach niewiedzy.
Wygłupiamy się na starość, chłopaki!
Pan Budda nie mówi nic o Bogu. Stwierdza, że życie jest cierpieniem, wskazuje jego przyczyny i drogę wyzwolenia. Odnosi się bezpośrednio do mnie. Ofiaruje delikatne współczucie, nie wymaga wiary, pozwala na rozumienie. Wymaga przyjęcia odpowiedzialności za własne życie. Proste, logiczne, skromne. Bliskie osobistemu doświadczeniu człowieka - potwierdza je i rozwija do końca - do usunięcia ignorancji. Żadne zaświaty. Świat pełen sensu.

06.03.2002

Zaczynam dzień mocną czarną herbatą, włączam komputer, żeby odebrać pocztę. Vero jest w szkole; wczoraj przyniosła klasówkę z matematyki; pełna radości, bowiem wszystko poszło tak dobrze!
Patrzę na obrazy. Każdy to nadzieja. O tym marzyłem? Tyle pędzli do mycia!
Pracuję a idę spać z żalem, że dłużej nie mogę. Obóz koncentracyjny radości. Zsyłka na dożywotnią - mam nadzieję - mordęgę. Wszystko zrobiło się proste. Nic do przemyślenia. Czerwień czy błękit? Płótno lubi wszystko.
Czego i Tobie życzę.

08.03.2002

Przed rokiem zacząłem pisać tę stronę do Ciebie.
Patrzę na pierwszy zapis z ubiegłej wiosny. Jakie to życzenie wyraziłem? Że będę znowu malował, że będę w dzisiaj. A słowo ciałem się stało.
Zacząłem parę nowych - duże kwadraty. Skończyłem parę starych obrazów - takich, co po 20 lat nie mogły siebie znaleźć. Dzieje się, niejako na boku, dziesiątek małych kartonów, w które wycieram pędzle z nadmiaru farby - i tak powstają pejzaże. Dzisiaj rozpocznę nową serię. Duże płótna, farby akrylowe do zrobienia szybkich podmalówek, duże pędzle.

09.03.2002

Ładny test (Robert Laing) dla mężczyzny w miłości: - Gdybyś miał umrzeć i narodzić się na nowo, czy wybrałbyś tę kobietę, aby w jej brzuchu spędzić pierwsze 9 miesięcy twego życia?

15.03.2002

Życie to całkiem niezły zawód. Szkoda, że kiepsko płatny.
Życie jak malowanie... Trudzę się dwa dni i noce nad szkicem, tylko plan zdarzeń, bielą na bieli... Spore płótno, 125 x 140 cm, czyli prawie jak malarz. Kończę sesję, piję herbatę aby odzipnąć, patrzę. Wszystko źle... Samo życie! - gdybym nic nie robił - wcale nie wiedziałbym, że jest źle.
Tyle, że obraz to nie życie, obraz nie zna litości, nie popuści, póki nie zachwyci... Trzeba się dalej trudzić, nad jednym czy drugim, aż do usranej śmierci... Nie ma przeproś...
Powiedz, czy mogłoby mnie coś lepszego spotkać?!

16.03.2002

Aby tu nie być monotematycznym... Wieści ze świata są pocieszające...

W środę USA Armia stwierdziła, że Massachusetts Institute of Technology będzie tworzył uniformy militarne, które będą chronić żołnierzy przed bronią biologiczną i klasyczną, a nawet leczyć... Nanotechnologia, nowa nauka o budowaniu struktur na poziomie molekularnym, otrzymuje poważne fundusze. MIT zamierza stworzyć superlekkie, niemal niewidzialne a zarazem inteligentne materiały o unikalnych własnościach. Ubranie, które jest miękkie, ale może się utwardzić, kiedy np. żołnierz jest zraniony, albo, żeby stworzyć bojową rękawicę karate... Te radykalnie inne materiały będą chroniły żołnierzy, a w ofensywnych operacjach tworzyły warunki psychologiczne...
"- Wyobraź sobie psychologiczny efekt na wrogu, który ma do czynienia z niewidzialnymi wojownikami chronionymi przez zbroje i wyposażonymi w nadludzkie możliwości, jak zdolność przeskakiwania 20-stopowych ścian," - oświadczył dyrektor ISN (Instytut Wojskowych Nanotechnologii) Ned Thomas. Jak donosi News.com.
Ale fajnie się robi...

Pod koniec lat 60-siątych misje badawcze Marinera na Marsie rozwiały fantazje ludzi o życiu na tej planecie. Okazała się zimniejsza niż Antarktyka i bardziej sucha niż Sahara.
Kolejne misje stworzyły dziwaczny paradygmat - Mars był kiedyś mokry, a teraz jest suchy. Fotografie ujawniły rzeźbę terenu z rzekami, jeziorami, być może nawet oceanem... Mialiardy lat temu były wypełnione wodą. Nikt nie wie, gdzie się podziała, co sprawiło, że planeta jest totalną pustynią.
Pierwsze dane o wodzie możliwej pod powierzchnią Marsa przyszły w r. 2000, kiedy Mars Orbiter Camera na pokładzie statku NASA Mars Global Surveyor wykryła setki delikatnie uformowanych wąwozów, szerokości ok. 10 metrów, których poprzednie misje nie były zdolne fotografować, całe systemy. Rzeźba terenu, kształt brzegów, wachlarzowo rozłożone akumulacje śmieci - do złudzenia przypominają fotografie terenów ziemskich - pustyni po powodzi...
James Garvin, Chief Scientist dla badań Marsa w NASA stwierdza, że wody na Marsie mogły płynąć tak dawno jak "wczoraj, albo przed rokiem"... Wiele systemów wąwozów wygląda na powstałe bardzo niedawno - ostro rzeźbione i przecinające dawniejsze, wiatrem ukształtowane struktury... Woda może być pod powierzchnią i uczestniczyć w cyklach powodziowych na powierzchni - w czasach stuleci, a nie miiardoleci...
6 lutego 2002 rozwinęła się antena statku kosmicznego Odyssey. W pierwszym tygodniu spektrometr promieni gamma wykrył znaczące ilości wodoru w polarnym południowym biegunie Marsa - co może oznaczać obecość zmarzniętej wody na metr pod powierzchnią!

Suzanne Marie Olsson chce zrobić test DNA, to wszystko... Ostatnio kopała pod nadzorem archeologów w świątyni Murree Hill w Pakistanie, i pobrała do analizy DNA próbkę tkanki... Wierzy, że grób ten zawiera ciało matki Jezusa, Marii.
Teraz Suzanne przebywa w Sringagar, letniej stolicy Kaszmiru, i pracuje w świątyni Rozabal, leżącej w Kaszmirze pod administracją indyjską. Wierzy, że w tutejszym grobie spoczywa ciało Jezusa Chrystusa. Nie jest jedyna w tym przypuszczeniu, miejsce jest otaczane czcią i legendami tysiącleci... Chce ekshumować ciało, w nadziei, że uzyska nieco tkanki do analizy DNA i porówna próbki Rozabal i Murree Hill - czyli Jezusa i Marii.
Managerowie świątyni twierdzą, że nie pozwolą na zbeszczeszczenie grobu. Czy Suzanne dostanie próbkę?

Komputer oparty na DNA - rozwiązuje skomplikowany problem. Rezultaty - w online wersji Science z 14 marca. Fascynujące, ale dość na dzisiaj...

21.03.2002

Co takiego? wiosna!? ach, przetrwaj ją radośnie!
Mam córkę od tygodnia chorą, robię za mamę i tatę, idiotę i siostrę miłosierdzia. Do lekarza jej nie ślę, bo grypa to nie złamanie nogi...
Szkicowałem obraz przez tydzień, dopiero dziś położyłem pierwsze kolory, po czym naszkicowałem obraz następny, równie duży. Pora kwitnienia przecież - pokażę Ci lada chwila te dziwne abstrakcyjne kwiaty, rozkwitające w Tu i Teraz.

22.03.2002

Czy to wiosna? Vero ogłosiła przed północą, że jest zupełnie zdrowa - ponieważ zaczynają się wiosenne ferie, idzie z koleżankami o poranku na śniadanie i lofrowanie.
Przemalowałem cały dzień i już kawał nocy, a kiedy to robię, przeważnie nie myślę. Gapię się w płótno jak sroka w gnat... Czasem jednak, jak właśnie teraz, myśl jakaś, czy natchnienie.
Które mówi: - Uwolnić Boga! Jak demokracja to demokracja!
Uwolnić Boga - od obrządków, kadzideł, kościołów, mundurków, ideologii, religii, wołań torturowanych, wzdychań sobie dobrze życzących, wyobrażeń, kapłanów, rytuałów, czyli, krótko mówiąc, uwolnić Boga od ludzkiej głupoty.
Narobił się przecie Staruszek, zapracował na wolność!

26.03.2002

Bezzałogowe samoloty to oczywisty sukces w wojnie afgańskiej. Marynarka USA idzie za ciosem, tworząc flotylle robotów/łodzi podwodnych, które będą pływać przed bojowymi okrętami, patrolować linie wybrzeża, wykrywać miny, tworzyć mapy terenu, a w przyszłości również niszczyć cele. Smukłe i niewielkie jak foki - będą wystrzeliwane ze statków, samolotów czy łodzi podwodnych, z którymi będą w ciągłym kontakcie...
USA buduje również armie robotów naziemnych. Przypominają pająki, korpus niesiony jest na wielu nogach/czułkach. Są w produkcji dwa rodzaje. Większy, ok. 180 cm, jest zbudowany tak, że nie szkodzi mu żaden pocisk, laser, mina; zniszczyć go może jedynie pobyt w epicentrum eksplozji atomowej. Ma na pokładzie świetne bronie, czujniki wszystkich rodzajów promieniowań, komputery, jest szybki jak czołg, w stałej wielopasmowej komunikacji z satelitami. Daj takiemu powąchać szmatkę Bin Ladena, a znajdzie go pod wulkanem z epoki kredy... Kłopot z tą szmatką...
Mniejszy robot ma ze 30 cm wzrostu, służy do niszczenia, jest nie do zniszczenia, potrafi bardzo wiele na polu bitwy.
W ciągu 10-lecia Ameryka technologicznie/militarnie stanie się nieosiągalna dla świata. Pozostaje nadzieja, że mu to wyjdzie na dobre.

27.03.2002

Pierwszy słoneczny dzień tej wiosny - niechże Cię oświeci!

29.03.2002

Znowu świętujesz ? wspaniałe żarcie na łonie rodziny? prezenty dla mniejszych i większych?
Modlisz się? idziesz do kościoła? śpiewasz w chórze już prawie anielskim?
Te wzniosłe tradycje, życzenia, wspólnoty... ach! niewątpliwie ducha !?
Nie mam nic do dodania...
Ale życzę szczerze! Złap wielkanocnego zajączka, wyruchaj troskliwie, i niech Ci zniesie całą kupę jaj, i niech się z nich wylęgnie co radość przyniesie - powodzenie osobiste, ochłap dla rodziny, spełnienie najskrytszych śmieci...

31.03.2002

Malowanie nadcichło z okazji pełni księżyca i świąt...
Polatałem pompką po kanałach telewizyjnych, mnóstwo ciekawych rzeczy, a refleksje ogólnej natury.
Bo czy ten Piłat mógł zrobić coś innego...?
Czy ten król, ten prorok, ten Święty i tamten Przeklęty,
ta panna tańcząca dla głowy,
ten dobry, ale tylko do połowy,
ta szklanka wody, jakaś pajdka chleba...?
Nie mogli nic innego niż to, co zrobili. Bez ich spazmatycznych tańców nie ma chwili świata.
Piłat nie miał wyboru, żadnej wolności osobistej. Jak wszyscy wielcy i ważni. Unieważniani i potwierdzani przez to, co jest, wypełniają role w dramatach/komediach, których autorem/scenariuszem jest to, co jest.
Tajemnica. Co jest. W przestrzeni - historycznej - oni wszyscy, w teatrze życia, nie mieli żadnej wolności.
Sługusy Tajemnicy! Tylko Jezus, światło tam, i teraz, zawsze
świeci.

01.04.2002

Adzia-badzia. Wieści. Mianują bezbożnikiem czy błogosławionym, przyrzekają spełnienia lub ognie niebieskie.
A w rzeczywistości kwitnie się i zieleni. Skowronki w niebie, jako dusze wszelkie.

06.04.2002

Zimno, ale wyszedłem dojrzeć kwitnienia, skoro nie mogą bez miłosnego spojrzenia. Białe, różowe, żółte kwiatki, których wciąż jest więcej niż listków, co rozwijają się wolniej..
A gdzie nie spojrzeć - przez te wiosenne listki, płatki i trawki - prześwieca wojna.

07.04.2002

Niedziela. Maluję wiele godzin; wciąż widno.
Chwila przy herbacie, żeby Ci donieść - moja wisarts to najlepsza strona ****** w katalogu onet.pl.
Sześć gwiazdek, nieźle jak na szeregowca.

10.04.2002

Błogosławiony dzień, kwiaty wiosny, listki rozwijające się w słońcu, i ludzie śpieszący, i nasze sprawy i chleby powszednie,
błogosławione prace i osiągnięcia, zachwyty i desperacje, terrory i wojny, uczynki i powstrzymania się od czynów, miłość, nienawiść, i wszystko, co mija,
tak, niebo gwiezdne i chmury w tobie, wiatr i płomień, ekstaza, lęk i głaz na sercu, szklanka wody na stole, i wszystko, co lotne,
błogosławiony każdy oddech, który przemija,
każde życie śmiertelne w tym wielkim,
błogosławione ponieważ przemija,
ponieważ jest lotne, jednorazowe, śmiertelne, zawsze teraz, nigdy wczoraj lub jutro, zawsze tu
nieprzemijalne
mija

12.04.2002

Ostry i potężny Rock&Roll, Bob Dylan i jego Band w berlińskiej Arenie, wielkiej budzie, z Vero i Rainerem. Ciasno, wspaniale. Dwie i pół godziny koncertu - wőaściwie za udział w czymś takim powinno mi się płacić.
Dylan to majster! teraz śpiewa głosem zdartym i chrypliwym jak tylko można. Gorzka miłość. Piękne ballady. Parę starych songs, śpewanych zupełnie na nowo, że dopiero w połowie utworu orientowałem się, że to samo słyszałem przed ćwierćwieczem, również w Berlinie.
W domu idzie malowanie, bardzo powoli, uporczywie, jasno!
Calłymi dniami zwrócony twarzą do płótna. Czy odwrócony od świata, jak mi się niekiedy zdawało? Dziś formułuję to inaczej, pozytywnie. Zwrócony twarzą do źródła. Tak powoli rozwijają się listki tej wiosny jak obrazy. Są z tego samego źródła. Przepraszam, jeśli Ciebie czasem niedowidzę. Ale czasami jest tyle światła! A nie mrużę oczu.

15.04.2002

Nie mam żadnych wyborów. Jestem więźniem wolności.
Wolność jest ostateczna. Stawia pojedynczego na brzegu nieskończoności. Ty masz szczęście! Wiesz tyle, co nic, możesz mieć nadzieję.

16.04.2002

Pierwsze gałązki kwitnącego bzu.

18.04.2002

Nie piszę wierszy. Brak wrażliwości, metafory nieskore do pląsów.
Wieczór, wiadomości ze świata; w Mediolanie walnął samolocik w drapacz chmur. Nie przywykłem do tragedii, cierpię zawsze na nowo, otępiały bólem. Wrażliwcy reagują momentalnie - w minutę po katastrofie spadają kursy na giełdach świata. Tam się dzieje poezja, tam się rozwija wspaniała, światłoczuła wrażliwość. Każda eksplozja sprawia, że echa niosą się po świecie szeroko - fale dźwiękowe, szelest banknotów...
Czyli - jeśli Twe człowieczeństwo wrażliwe - nie pisz wierszy! Wal prosto na giełdę!!!
Ale, żeby nie było nudno, oto wierszyk, napisany kiedyś na śmierć poety (we mnie):

deszcz wymywa dupę z trupa,
pyszna dla robaków zupa!
toteż żrą i walczą dzielnie,
żyć chcą jak on - nieśmiertelnie!

19.04.2002

Malowałem pół nocy, jak kto gupi, przy czym zapomniałem wyjąć głowę z głośnika radiowego!!! Zapewne dlatego poranny ból głowy! Poszedłem więc na spacer. Media informują Cię o świecie i przyległościach, pozwól, że poględzę o sprawach nieważnych.
Na rogu spotykam sąsiada; Turek, nie większy niż ja, ale młodszy, ma chyba z 10 synów, same drągale! Uścisk dłoni; przytrzymuje mnie, pyta: - Mój przyjacielu, jak idzie? Mówię, że leci. Ma dłoń ogromną. Patrzy na moją, miłośnie uwięzioną, co chwila; z niedowierzaniem, bo przecież zanika w jego szufli...
- Malujesz? - Maluję! - To dobrze, bo wszyscy inni wariują... - Ty też? - Nie, ja nie mam czasu, za dużo roboty...
Idę przez Mariannenplatz, ptaki śpiewają, dwie dziewczyny na ławce. Proszą o ogień. Podaję. Ruda zapala rakietę, jointa o zasięgu księżycowym. - Chcesz? - pyta. - Nie, nie chcę - odpowiadam, patrząc na pośliniony filter - na pewno jesteście zarażone... Śmieją się do rozpuku.
Piję kawę na ulicy w Zaświatach (cafe), czytam gazetę, rozmawiam z Ronaldem. Inżynier biologii molekularnej; prawie rok pracował jako kierowca ciężarówki na dalekich szlakach, dzisiaj cieszy się na pracę w berlińskim instytucie. Pasjonuje go nanotechnologia, jak mnie; daję mu adres Foresite Institute; nano konferencja właśnie ma miejsce w San Francisco bez nas.
Po prawej mułła, bielutka broda, czarne czyste oczy. Lewą dłonią głaszcze brodę, prawą przesuwa paciorki swego różańca - co paciorek jest bliżej Allaha. Reaguje na spojrzenie lekkim ukłonem.
Wracam do domu, piszę do Ciebie te bzdury, chociaż już wycisnąłem farby na paletę. Bywaj!

21.04.2002

Niedziela zaczyna się o północy beztrosko i nieświadomie, jak na dzień święty przystało.
Wieczorem Krzyś odwiedził i zabrał mnie do Klubu Polskich Nieudaczników, Club der polnischen Versager. Piłem piwo Żywiec, chyba pierwszy raz w życiu, bo na codzień psychodeliki. Fajne miejsce, piękna wystawa malarstwa i rzeźby. I refleksje nt. polskości - bo jeśli tak jest u nieudaczników, to jak musi być dobrze wam, burżujom, którym się udaje!

Z innej beczki. Pod palmą!
Moja wisarts (zwłaszcza wersja niemiecka - przecież jestem z Berlina) cieszy się rosnącym powodzeniem. Codzienne maile - ostre pochwały. Dzięki, dzięki za te komplementy! Są mi pomocne, kiedy myję pędzle.
Wiele pytań, tematy od czapy. Dziś Isabel w Peru oczekuje pomocy, nie wychodzi jej rysunek palmy, Anne chce się uczyć projektowania okładek, Hans woli poznać znaczenia spektralnych kolorów, a Fifi, chociaż w Kaliforni, drążyć chce znaczeniowo w moich czarnych dziurach. To straszne! Z natury raczej nieśmiały, przyjazny i grzeczny. Się staram - jak wujek Józiek: - Bardzo proszę! Bardzo dziękuję!
Ale, czuję, straszne! nadchodzi dzień, w którym powiem: - Ach, pierdol się sam!

26.04.2002

Jest taka część Natury, co się zwie Myśleniem. Masz świętą cierpliwość! Piętnaście miliardów lat ewolucji, wcale się nie śpieszysz. Postrzegasz życie i historię jako proces linearny? Odlot z natury do głowy?
Straszna głowa europejskiej kultury! I człowiek! Nogi w jakimś uczuciowym mistycyźmie, tułów z racjonalizmu, głowa, korona istnienia - materializm, wiek 20-ty gwałtu i przemocy, redukcji organizmu do mechanizmu.
Od magii, przez mit, do nauki. Którędy dalej?
Materializm, nauka - tu świat się nie kończy. Się zaczyna.
Poznanie intuicyjne. Integracja w jedni. W każdym tobie i mnie sprawa nieskończona.

Dziecko żyje w pełni. Nie odróżnia duszy od ciała. Pełnia nieświadomości.
Pół życia później - pełnia, obrót wyżej - w świadomości, która rozróżnia, integruje, transcenduje.
Jest też Jednia totalna, pełnia nadświadomości.
Bo o czym Pan Jezus, Pan Kriszna, Pan Budda? O czym marzy chłopczyna, gdy przejrzewać zaczyna?

1.05.2002

Maj piękny, maj zielony... Zasnąłem późno w nocnych śpiewach policyjnych syren, warkocie helikopterów krążących nad domem, zapowiadając doroczną rewolucję.
Wstałem wcześnie, poszedłem w Kreuzberg. Tłumy w ulicach, kolumny samochodów policyjnych, wiele od rana na syrenach; ludzie na spacerze, Mariannenplatz pełen straganów sprzedających żywność egzotycznych krajów, dzieci, muzyka, grupy ubranych w czerń bojowników w drodze na demonstracje. Ta wielka, rewolucyjna, startuje właśnie teraz, o 13-tej, w Oranienplatz. Wypiłem kawę w Rote Harfe, wróciłem do pracowni, aby świętować po swojemu, z pędzlem. Wiem z doświadczenia, że za godzinę lub dwie, wśród zamieszek, byłyby kłopoty z powrotem do domu. Veronique jest przez tydzień na szkolnej wycieczce, właśnie dostałem SMS, że jest przeziębiona. Dzień ciepły nareszcie po zimnym tygodniu. Szeroko otwarte okna, śpiew ptaków, odgłosy miasta, syren i helikopterów. Pozdrawiam cię.

7.05.2002

Mój dzień pracy w maju trwa od 14 do 16 godzin. 10 nowych płócien w pracy. Trudno się dziwić, że mam nic do napisania.
Pierwszy w tygodniu spacer. Gałązka kwitnącego kasztanu na stole. Chwila trwa.

9.05.2002

Z okazji dnia ojca dostałem od córki wiersz. Błękitne niebo, 25 stopni, silny wiatr, w atelier szeroko otwarte okna. Szkoda, że nie ma jak pójść w wiatr. Świątek czy piątek malarz nie ma czasu wolnego od zajęć. To pasja. Zmęczenie. Wydaje się ostateczne, a wtedy pędzel zaczyna pracować jak trzeba, zmęczenie przeradza się w uniesienie, idzie następne parę godzin roboty. Czego i tobie życzę.

12.05.2002

Nie mam wątpliwości, jest życie po życiu, wielkie nieznane. Czy jest prawdziwe życie przed śmiercią?

14.05.2002

Siedemnaście obrazów w pracy, policzyłem właśnie, w chwili zadumy nad monotonią wcielenia. Głupieję skutecznie, maluję nic, bez przerwy, bez satysfakcji. O nic mi nie chodzi. Niczego nie mam zamiaru osiągać. Dlaczego więc terror, praca bez snu i wypoczynku? Przyznam się. Nic innego nie potrafię. Chodziłem w wiośnie po Kreuzbergu, jakże pięknie, jak nudnie. Bez malowania oddychanie robi się nudne. A światowe tragedie, wojny, książki, filmy, muzyki... Co za nuda!

17.05.2002

W tym ogromnym wszechświecie, wśród miriadów galaktyk i planet, tylko w tobie życie jest siebie świadome.

18.05.2002

Dzisiaj jest pierwszy dzień 4-dniowego festiwalu w Berlinie Kreuzberg - Karnawał Kultur!
Nic nie opowiem, nigdzie nie pójdę. Wszystko jest wszędzie, nie ma co się fatygować, posiedzę w słońcu na kamieniu, umyję pędzle. Zdaje się, że skończyłem z pięć obrazów, ale kamera kaput, mogę Ci tylko opowiadać - czego oszczędzę.
Jak się to święto nazywa po polsku? Zesłanie Ducha Świętego?

Natomiast, w posiedzeniu na kamieniu, przypomniało mi się dla Ciebie z Novalisa:
"Świat materialny to nic innego jak świat wewnętrzny, wzniesiony do stanu tajemnicy."

19.05.2002

Pada deszcz, pochody karnawałowe tłumne, ludzie tańczą pod parasolkami. W telewizorze.
Maluję bez wytchnienia, i oto, jak miło, orientuję się w niedzielnym wieczorze, że skończyłem kilka obrazów. Mam tego dość, chce mi się spać, ale czego pędzel nie dotknie - wychodzi samo. Na swoje. Wiesz, mam wrażenie, chwilami, że mój udział we wszystkim co się dzieje na płótnie jest niewielki. a zdzieram się przy tym niemiłosiernie, jak pędzle. Znowu trzeba kupić wiązkę. A kto mi zafunduje nowe komórki kostne, odnowi kręgosłup, kto mnie do śpiewu uzębi?

21.05.2002

Powiesiłem nowe obrazy. Jadalnia, korytarze, pracownia. Jasno i barwnie. Odnowa życia widzialna. Sporo tego. Nie narzekać, że kończą się materiały!

24.05.2002

Optymistyczne wieści! Raz Bush, raz Putin. I jeszcze Rasputin w mgle historii. Sukces pokoju. Największe w dziejach rozbrojenie - tysiące rakiet atomowych... Co za bzdura! Wszystko kłamstwo - wnikam w radosne nowiny i okazuje się, że bronie wcale nie będą niszczone. Będą składowane... Czyli co? Już są na składzie! Zbuduje się dla nich nowe magazyny? Bezpieczne silosy? Bezczelka - w polityce sprawa zwykła. Idzie przecież o nowe sojusze, trzeba nas przekonać.
Dzisiejsza noc w Berlinie spokojna, ucichły syreny wozów policyjnych i helikopterów pilnujących demonstracji, bojownicy o sprawę piją piwo i gadają.
Dumna informacja w dzienniku - wizyta Busha kosztowała miasto 15 milionów Euro. Nieźle, milion na godzinę. Dobrze, że w porę zaoszczędziło się na przedszkolach i szkołach. W gimnazjum Veronique odbyło się odnawianie klasy - nauczyciel kupił farby, przyszło nas paru rodziców w sobotę rano, z pędzlami i narzędziami, parę dzieci popołudniem do pomocy w sprzątaniu - i klasa zalśniła czystością. Samopomoc Chłopska niech żyje. Berlin musi oszczędzać - kolesie dorabiali się skutecznie, ale niezdarnie, miasto ma więcej długów niż cała Polska.

Kupiłem dziś wiele pędzli. Idę do nich. Precz z tego świata.

25.05.2002

Obficie pada majowy deszcz. Przekwitły bzy i kasztany, rozkwitają jaśminy i akacje. Słodki zapach dobiega przez otwarte okna. Pachnie szczęściem, w sercu jakiś podniosły smutek. Miłość jest obecna, ale odwzajemniana jedynie w pracy.
Towarzyszył mi w malarstwie entuzjazm ludzi, kiedy bywali obecni. Dziwne. Teraz maluję obrazy, które akceptuję tylko ja. Inni reagują zakłopotaniem, wzruszeniem ramion, patrzą gdzie indziej. Tak trzymać! Nie wiem o co chodzi w tych kilometrach kolorowych fal, co się kładą na płótna. O tyle komfortowo, że nie muszę wiedzieć. Jestem od malowania, jak dupa od srania. Jeszcze setka obrazów, wszystko się samo wyjaśni. Więzień wolności nie ma wyborów.

26.05.2002

Nie lubisz? Jest tylko jedna rada - pokochaj!!!

27.05.2002

LIFE projekt narodził się dzisiejszego wieczoru. Wczoraj miałem pierwsze intuicje, fajne widoki. Dziś jestem przejęty. Oczywista, znowu mówię o malowaniu... A o czym woda na pustyni szemrze?
Projekt życia. Będzie to 30 płócien 70 x 60 cm, zestawionych ze sobą. Format całości jakieś 7,5 x 3,5 metra.
Mam na stole 30 kartoników 100 razy mniejszych. Jutro będę je kolorował, żeby projekt stał się widzialny. Pojutrze umówiony Krzysiem, przywieziemy ze sklepu płótna i farby. Córka zaszokowana - powiedziałem jej, że nie zapłacę w czerwcu czynszu. Są przecie hierarchie ważności!
To chyba pełnia księżyca za deszczowymi chmurami, ostatnie 2 doby aż iskrzy się od zdarzeń.
A Pełnia Życia? Się właśnie spełnia!

29.05.2002

Berlin w deszczu pachnie wsią. I tyle liryki na dziś. Realność twarda; kupiłem 60 białych płócien, wszystko poniżej metra, na duże projekty. I wiele wielkich tub farby Rembrandta marki Talens, jak zawsze.
Z pomocą córki odkurzyłem ściany, stiuki i sufit pracowni, są w domu farby ścienne, jutro maluję. O poranku możesz mnie zastać na drabinie z pędzlem w dłoni. Te śliczne cholerne stiuki, liście i łebki aniołków - 3 dni roboty. Odnowić pracownię, przemeblować, uwolnić ścianę od regałów, stworzyć obszerniejsze miejsce do pracy, wznowić malowanie obrazów. LIFE wymaga lśniącej bieli w zakurzonych kątach.
Podsłuchiwałem dzisiaj mimochodem telepatycznym rozmowę Busha i Wojtyły. Krzyś i Bernt tu siedzieli, pili herbatę, gadali, a ja odleciałem do Watykanu. Wstydzę się, nic więcej Ci nie powiem.

02.06.2002

Pomalowałem arktyczną bielą atelier! Mam wielką pustą sala. Wyrzuciłem, co się dało.
Pięknie, lecz bez uniesień. Spadłem wczoraj z regału w sypialni, gdzie na pięterku ustawiałem obrazy, starłem skórę z całego przedramienia i nieco potłukłem, a w godzinę później, aby przekaz był kompletny - trafił mnie zastrzał. Tu się zwie Hexenschuss, strzał czarownicy. Czyli - łaska, bo niby co? Czas wolny od zajęć. Marzę, oglądam mecze piłki nożnej, patrzę z nostalgią wokół na rozgrzebaną robotę.

06.06.2002

Ciepła noc, gazowe latarnie w Mariannenplatz stwarzają nastrój spokoju, trawa pod wielkimi topolami jest pokryta warstwą białego puchu pełnego nasion, gwiezdne niebo i silny szum wiatru w koronach drzew. Letnia pogoda, gorąca rozpacz. Śmierć na wyciągnięcie dłoni. Ileż to śmieci trzeba uprzątnąć, aby odejść w pokoju!

07.06.2002

Podziwiałem wczoraj śnieżne dywany topolowych nasion na trawach, a dzisiaj złocisto-ochrowe pokłady nasion jesionowych w alei, w południowym słońcu.
Cudna zwykłość i oczywistość natury - nasiona dojrzały, więc przyszły mocne wiatry i otrząsnęły je z drzew, wiatry przyniosły gwałtowne deszcze, które teraz starają się wpłukać nasiona w glebę. To wszakże środek Berlina, nie ma gleby do zagospodarowania, ziemia między krzewami została spulchniona, a wszystkie wschodzące z zeszłorocznych nasion drzewka - zniszczone. Myślę, te kilkadziesiąt drzew w Mariannenplatz mogłyby obsiać kontynent. Ważne sprawy! Nie oczekujesz chyba ode mnie zdań na temat polityki...
Moje siniaki dzisiaj żółte, rany goją się jak na psie, wiesz przecież, dzikus! Wczoraj pracowałem po parodniowym zwolnieniu lekarskim, którego sobie musiałem udzielić. Jeszcze nigdy moje atelier nie było rozległe jak dziś, mimo iż maluję tu 21 lat.

11.06.2002

Dziesiąta rano, znowu można słuchać głośnej muzyki. Nie spałem wcale tej nocy. Położyłem się nad ranem, z rozsądku, ale po pół godzinie ubrałem się, naparzyłem mocnej herbaty i kontynuowałem prace nad projektem LIFE - dużo drabiny, poziomicy, mierzenia, a od ósmej rano także nieco młotkowania - 60 gwoździ weszło w ścianę, i oto wisi na ścianie 30 płócien, które ten projekt stworzą. We właściwy sposób ułożone, tak jak to ma być - ale wszystkie obrazy jeszcze białe. Niewinność. LIFE w bieli, życie jako tabula rasa. Nie pożyje niewinność długo - wszystko popsuję kolorami.

14.06.2002

Chciałbym Ci opisać te przygody.
Oto Veronique przez ostatnie miesiące przekonywała mnie, że jestem zdolny i wszystko potrafię - okładkę, film, strony dla web. Powinienem szukać prac zarobkowach, robić design czy internet - i zarabiać pieniądze, bowiem jej kieszonkowe jest za małe!!! Kobita mnie pędzi do roboty! Nie ma żony - więc córka!
Za stary wróbel na takie ziarenka. Wszystkie możliwe pieniądze wydaję na materiały malarskie. Po rozum do głowy - Vero wraz z przyjaciółką Lilith znalazły prace, żeby przynajmniej po stówie zarobić na wakacje na Sardynii. Więcej - córka uznała, że musi sama zarabiać, skoro tatuś odmawia kosmetyków i zachcianek. I pracę znalazła - w paru sąsiednich ulicach dwa razy w tygodniu roznosi pisma i magazyny. Wczoraj miał miejsce pierwszy dzień pracy. Trwał 3 godziny, bo trzeba przecież te domy i skrzynki znaleźć. A tu już ktoś nie żyje, albo w ulicy brakuje 10 nieparzystych numerów domów. Pocieszam ją, że wielu milionerów zaczynało karierę od stopnia pucybuta. Gdybym Ci mógł spisać te nasze dialogi! Komedia! Ostatniego adresu nie mogła znaleźć - numeru 113 nie było. Dzwoniła do firmy, gotowa na ostre podejście, na szczęście nikogo nie było. Chciałem odwiedzić Bernta, zaproponowałem, że wyjdziemy i poszukamy razem. Fakt, domu nie było. Ani po lewej, ani po prawej. Tyle, że wziąłem pismo do ręki, i zobaczyłem, że adres jest 131. Dom był gdzie trzeba, a przed wejściem spotkała koleżankę, i pojęła, że na etykiecie stoi nazwisko jej mamy!!! Taki blamaż! Skończyło się wielkim śmiechem, pełnym wykrzykników: - Jaka ja jestem głupia!
Zarobiła 1 Euro. Podoba mi się jej chęć do pracy. Oto przekona się, jak trudno zarobić dziesiątkę, którą tak łatwo wydaje na kino czy coctail...

16.06.2002

Już się chwaliłem? LIFE wisi na ścianie w pracowni, 30 płócien, fajnie wygląda w bieli. Obok projektu wisi Johnie, którego znasz ze strony poprzedniej; ma sceptyczną minę. Wkrótce przedstawię Ci fotografie nowego pomysłu, mam je zrobić zanim płótna zamaluję.
Co jeszcze? Lato szaleje w wietrze, rozkwitają drzewa lipowe. Szedłem w przestrzeni co robiła kiedyś za pole minowe wzdłuż berlińskiego muru, zbierałem dziko rosnące kwiaty, dziwiłem się szczerze - dojrzewają dzikie jęczmienie, kwitną wiesiołki. Lato.
W domu okna szeroko otwarte, lecą wieczorem do światła chrabąszcze, komary, owady. W jadalni córka ogląda telewizję, drzwi do atelier zamknięte, bo ja słucham muzyki, bo przeciąg... Ten straszny spazmatyczny krzyk rozlega się nagle - biegnę do kuchni, Vero krzyczy na najwyższym oddechu, kojarzę, to zapach smażonego oleju w powietrzu, oparzenie! jednym skokiem jestem przy lodówce, chwytam jajo, rozbijam je na talerzu i krzyczę na nią, aby włożyła dłoń w białko!... Pomyliłem się... Jeszcze minuta spazmów - i dowiaduję się, to chrząszcz wylądował na jej talerzu, i tak ją przestraszył... W obliczu robala ta dorosła panna okazuje się być małą dziewczynką...

20.06.2002

Z paliwem czy bez paliwa, zawsze płonę;
z dymem czy bez dymu, zawsze się żarzę;
z płomieniem czy bez płomienia, zawsze świecę.

01.07.2002

Plecak pełen muzyki od Pera - klasyka, czyli słucham w trakcie malowania - symfonii Beethowena, Schuberta, Schumanna, jeszcze dziesiątki nazwisk i setki utworów, rozkosz dla duszy. Moja biblioteka w komputerze powiększa się - niemal wszystkie rodzaje muzyki. Brakuje ludowej, wybieram się z Vero do biblioteki, dokonam wyboru.

02.07.2002

Stan LIFE inny z dnia na dzień.
Ujawnia się Falowa Natura Wszechrzeczy.
Życie jako Spektrum Barw.
Od granicy widzialności powolnych wibracji czerwieni - do najwyższych częstotliwości błękitu i fioletu, na granicy widzialnego z drugiej strony.

05.07.2002

Dzień przerwy w malowaniu. Przyjazd Cori powrót Rainera.
Uciecha Veronique powiewającej z dumą świadectwem szkolnym, wizyta Ryszarda na pogawędkę przy herbacie, wizyta Lilith, Lizy i Sary u córki; wszystkie będą dziś spać w pokoju Vero, a teraz, wieczorem, są w drodze na Kudamm, do kawiarni; chcą przecież oblać (sokiem) koniec roku i początek wakacji.
Liza przywiozła pół setki muzycznych CD, nagrywam je właśnie jako .mp3, mam co robić przez parę godzin, aby wpisać tytuły.
Dziwne uczucie - miałem te muzyki i aparatury do grania już parę razy, potem rozpierzchło się to wszystko w czasie burzy i podróży - a teraz wraca samo, klasyka, pop, rock and roll, a wraz z nią sytuacje i miejsca, ludzie i zdarzenia dziejące się do tej muzyki przed laty. Pierwszy raz wspominane, bo czas mam zwykle do pracy, nie wspominków.
Ludzie, tyle ludzi, których codziennie poznawałem przez te dziesiątki lat. Tego możesz mi pozazdrościć - jako malarz, artysta, wolny duch - mogłem być na tej samej stopie z księciem czy bydlęciem, bokserem i filozofem, kurwą i jasną lady, bandytą i mistrzem. Dobrze mi tak. A gdyby jeszcze trafiła się jaka długa zima w górach, aby tematy spisać, ot tak, na pochwałę życia..! Albo, jeszcze lepiej, długie lato nad morzem.

07.07.2002

LIFE posuwa się do przodu. Już bez przerw. Jak padam na nos to idę spać na 3 godziny, wstaję, mocna herbata Darjeeling, i do pędzla! Tak się składa, że trzy dni temu przestałem jeść; myślałem o zrobieniu głodówki tego lata, oto zaczęła się niespodzianie, bez planowania, nie dla świętości zresztą - czyściłem i bieliłem kąty, mieszkanie wygląda świetnie, w sobie też chcę mieć czysto i biało. Czyli mam więcej czasu - odpadają gotowanka, jedzonka, sranka, zmywanka, spać też się nie chce. Słucham muzyki, maluję, myję pędzle, mieszam farby, sroki skrzeczą przez otwarte okna i Berlin szumi, muzyczne tło, milion odgłosów wielkiego miasta.

11.07.2002

Światło jest ślepe na ciemność.

12.07.2002

Biedna, bez boga
dokąd śpieszy stonoga?

18.07.2002

Zmęczyła mnie 2-dniowa nasiadówka przy komputerze; nie pojmuję jak przy nim wytrzymałem przez lata. Inne czasy. Siadam przy stole rzadko. Żadnych digitalnych zadań, ani tęsknot.


20.07.2002

Urwałem się malowaniu - wczoraj, aby robić fotografie, stronicę ostatnich prac,
a dzisiaj jeszcze trzeba było odbierać polecony na poczcie, pójść z córką do domu towarowego i kupić jej torbę - na przyszły rok szkolny a już na wakacje na Sardynii, i dla mnie białe sportowe buty; następnie w Gedenkbibliotek znalazłem brakujące mi symfonie Beethovena i mnóstwo innych łakoci.., ledwo wróciliśmy do domu a już był Krzyś prosto z Warszawy z "Fabula Rasa" Stachury po niemiecku, którą debiutuje jako wydawca.
Teraz, po nocy, odpisałem do Waszyngtonu DC, że nie przylecę, by czytać poezje przed światowym forum poetów (bez zwierzania się, że normalnie jeżdżę na gapę, a American Airlines zrobiły się trudne; ach, dzisiaj córka przekonała mnie do płacenia w autobusie i zrobiłem to, ponieważ za chwilę przyszła kontrola, ale w drodze powrotnej było na gapę, przy czym mówiliśmy o statystycznie nieprawdopodobnym przypadku, aby trafić drugi raz na kontrolę w tym samym dniu, przecież żołnierz chroni się do świeżego krateru bomby, każdy wojownik wie, że bomba lubi matematykę i wybierze inne miejsce), i nie odbiorę Srebrnej-Nagrody-Wielu-Imion przyznaną mi za te wzniosłe osiągnięcia, (opiszę Ci jutro czy kiedy, jak zostałem amerykańskim poetą), że dziękuję za umieszczenie w antologii "Letters from the Soul" (ukaże się jesienią!), i już online zrobiłem korektę mej poezji (faktycznie!). I jeszcze odpisałem, że nie wezmę udziału w Kongresie Schizofrenii w Hamburgu, aby głosić o sztuce/zbawieniu i robić warsztat malarski dla profesorów wszelkiej maści; poleciłem Pera, z pewnością dostanie robotę, spisze się dzielnie, zarobi kawał grosza...
I jeszcze przesłałem rysunek na okładkę muzycznej CD do Holandii, i parę obrazów do Anglii, by ktoś je po coś drukował...
Niech Ci się nie wydaje, że z tej radosnej działalności są jakie pieniądze. Cały czas natomiast mam coś, co zwie się pracą społeczną. Nie narzekam, się przydaję.

21.07.2002

Od rana zacząłem malowanie, nie było dane wiele. Akcje - Veronique wraz z Lilith lecą o świcie na Sardynię, ożywione pakowanie i ostatnie rozmowy. Dzielne dziewczyny wyszukały w internecie najtańszą możliwość podróży, czego następstwem jest, że jadą do Frankfurtu, potem busem do Han, lecą do Londynu, po paru godzinach do Alghero, skąd jeszcze trzema autobusami dojadą na miejsce, czyli do domu nad morzem, własność rodziny Lilith, gdzie będą samodzielne. Vero nocuje dziś u niej, żeby było prościej rano. Ja zostaję na 3 tygodnie sam. Rewelacja! rzadko to ma miejsce. Brat żartuje telefonicznie, że nagotuję gar ryżu - i będę malował. Pewnie!

Pytania z internetu:
Renata: - Czy kontynuuję głodówkę. - Nie. Piątego dnia córka zrobiła najlepszą zupę stulecia, i zagroziła, że jeśli nie zjem, to ona nie wie co zrobi.
Zygmunt: - Czy mam w tym roku plantację trawy? - Plantacją tego zwać nie można, ale parę drzewek urosło 2 metry, w maleńkich doniczkach! Rewelacja! W Polsce za coś takiego by mnie ganiali po sądach, przecież u włładzy są demokraci (pijacy), a w Kreuzbergu na balkonie konopie szumią o wolności. Zalegalizowane od dawna w Holandii, Portugalii, Hiszpanii, Szwajcarii, teraz w Anglii; w Niemczech bezkarne jest posiadanie paliwa dla własnego użytku.
Lutz: - Jak ma się moje malarstwo do natury? - Jest z nią identyczne. Stosuję metody i środki, których używa ewolucja. Jestem jej przedłużeniem, kondensacją. Jak natura mam energetyczną nadwyżkę kreatywności i energii, która wymaga ujścia. Badanie możliwości, tworzenie - nic bardziej naturalnego.
Fifi, Maria, Joseph: - Znaczenie kolorów w moim malarstwie? - Chciałbym popisać, mam sporo notatek, za mało czasu/natchnienia. Zobacz Tęcze i esencjonalny tekst o trójcy świętej widzialnego; czerwieni, żółci i błękicie. Będzie więcej - nie wiem kiedy.
Wiele pytań z Polski: - Narkotyki? - Żadnych! Używki i środki psychodeliczne - tak! Czarna herbata, haszysz, trawa, święte meksykańskie grzyby raz na lata, czy peyotl jutro. Nie, od 20 lat nie jadam LSD.
Stefan: - Czy uprawiam seks? - Tyle co nic, panie Stefanie. Z przykrością stwierdzam, że okropnie się zestarzały kobiety, którym się podobam. A kiedy patrzę na te nowoczesne szybkie dziewczyny, co mają w torebce prezerwatywy obok szminki, to myślę, że swoje wypociłem! Mam coś lepszego niż seks - malarstwo. Żadnego zaspokojenia, wieczna stójka, orgazm rozsmarowany po kromce kosmosu.
Leila, Kurt, Nanine: - Jakie zyski przynosi moja praca? Jak stoję finansowo? - Leżę, nie stoję, z krótkimi przerwami. Dopiero się rodzą burżuje, co będą kupowali obrazy. Mnóstwo ludzi mówi o zachwycie, i - Gdybym miał pieniądze, natychmiast kupiłbym od ciebie to i to i to. Owszem, czasem znajduje mnie jakiś maniak, kupuje obraz. Całe życie byłem gotów do pracy, w dziesiątku zawodów zarabiałem na malowanie.
Na mej T-shirt stoi wielkimi literami: Proud to be poor! co znaczy: - Dumny, że biedny! Może na tym pomyśle zarobię?
Ale dość gaworzenia, czeka pędzlowanie.

22.07.2002

W Berlinie od tygodnia sezon deszczowy, zimno. W pracowni - świetliście; zmęczone moje oczy. Wieczór z Kasią i tyloma opowieściami o jej przygodach w Indii, i stwierdzeniami, że powinienem tam pobyć. Odpowiadam lady: - India jest wszędzie, wszystko jest wszędzie, dokąd i po co jechać?!
Vero dzwoniła z Frankfurtu; o tej porze lecą do Londynu, gdzie czeka je noc na lotnisku, w pełnię księżyca, moje gratulacje.
Noc trwa w skupieniu.

Pytania z internetu, c.d.
Lisa: - Czy twe malarstwo wywodzi się z trzeciego oka lub doświadczeń medytacyjnychi? -
Trzecie oko to specjalny temat, wart pewnie specjalnej strony. Odkryłem malowanie po długim okresie treningu Zazen. Żadnych wizji czy wyobrażeń, czysta obecność, malowanie z intuicji, tego co jeszcze niewidzialne, a już tęskni do bycia. Pewien motyw był malowany b. często, dwie formy/masy wynikające ze światła lub spotykające się w świetle, jak np.: "Świat i Zaświat", "Słońce niesie noc" w Świetlnych Światach lub "Wędrująca Gwiazda", i tyle jeszcze innych obrazów. Wiele lat później 'odkryłem', że to symbol trzeciego oka, prawie klasyczny kwiat lotosu o dwu płatkach... Pewnego lata zostałem też inicjowany w Shurabd Yoga i medytację trzeciego oka. Mistrz wprowadził w technikę widzenia i mantrę, po czym miałem okres ciekawych doświadczeń, widząc w medytacji obrazy, które już były w mej pracowni, namalowane. Jogę porzuciłem w konflikcie, gdy okazało się, że nie należy dzielić się doświadczeniami medytacji - czyli obrazami! Natomiast często jestem w trzecim oku, zwłaszcza w czasie pracy, bez myśli, w przytomności umysłu, w pokoju. Malowanie jest medytacją, zwłaszcza, jeśli się o tym wie.
Frank: - Dlaczego malujesz? - Ty jesteś dobry! Nie pytasz, dlaczego oddycham. Końkut jest zdania: - Nie pytaj dlaczego, głupiejesz od tego...

23.07.2002

Czy rzucasz może okiem na moje Fraktale? Pisałem tam nieco o dziwnej Geometrii Wszechrzeczy. Że na górze jak na dole - wiedział przed wiekami Hermes Trismegistos. Teraz opisuje to matematyka.
O prywatnej geometrii absurdu: dziś wydało mi się, że życie w swej rozciągłości naśladuje zwykły dzień - chętnie wstaję późno (w czasie urodzin, o 10,45 rano), powoli rozgrzewam się, chętnie w słońcu (dzieciństwa), piję herbatę, palę skręta, śniadanie zjadam późnym popołudniem, gdy już nieco zmęczę się robotą albo mnie mdli z głodu... Kiedy przychodzi noc jestem w pełnym wietrze, locie, płomieniu, praca idzie świetnie, chociaż już właściwie może trzeba by kłaść się spać/umierać.
Ciekawi mnie starość - i to, kiedy nadejdzie. Za tydzień kończę 62 lata, nie siwieję, czuję się młodo, jak nie czułem się będąc młodym (byłem za głupi), to znaczy energie twórcza rosną, uczenie się jest łatwiejsze, nowe neurony rodzą się nieustannie w mym mózgu, aż łaskocze. Nocami.

24.07.2002

LIFE się odmienia, codziennie kładę spokojne fale, nowe kolory, powyższe foto traci aktualność.
Marzę
o wystawie. Gdzie mógłbym powiesić LIFE (w skończonej postaci) i objekty, Hexagony, Spektralną Wieżę, Krzyż, a także towarzyszące pół setki obrazów ze Spektrali i Pól Energii - nie widziałem wystawionych całych 10-leci pracy!
Ale gdzie to proponować? Nie czyniłem zalotów od przeszło 20 lat, wyobcowałem się na potęgę, a teraz?! Nie ma letko! Formaty prac mówią, że dla takiej wystawy trzeba sali minimum 5-6 metrów wysokości i setek metrów kwadratowych, sześciennych (najlepiej metrów do czwartej potęgi).
Tylu ludzi na to czeka, żeby widzieć coś tak promiennego, optymistycznego, prześwietlonego miłością, żyje z nadzieją, że pewnego dnia na własne oczy zobaczą jasne energie, bezinteresowne prawdy, piękna, o których marzą w chwilach samotności.
Ach, wspomnę, co się kojarzy. Przyjazny, ach! raz jeszcze! właściciel znanej galerii mówił mi, jest gotów świetnie sprzedać wszystkie moje obrazy, ma tylko jeden warunek - żebym się przedtem powiesił.
Czy koniecznie trzeba umrzeć, żeby wystawiać ? Mój Boże, tyle wspaniałych sal i muzeów jest dla śmieci!
TUTAJ, do CIEBIE, kieruję te westchnienia, wezwania! Może Ci coś przyjdzie do głowy? Beznadzieja! Jest wielu kolegów, którzy w międzyczasie poszli wysoko, w dyrektory - ale, powiedz mi, jak się mam u nich ubiegać? Wśrod dyrektorów tyle krzątaniny, znajomości, planów i stosunków, braku czasu.
Z litości dla osobistości - nie zawracam głowy.
Nie zjadłem dzisiaj peyotlu. Czeka na ciepły słoneczny dzień. Może jutro?

25.07.2002

Moja córka ma dobrze - na Sardynii dwa razy cieplej niż w Berlinie; dziewczyny mają pięć metrów od domu do morza. Śródziemnego!
Budzę się w deszczu, parzę herbatę, i już w pracowni, patrzę jak w dziennym świetle wygląda co malowałem nocą. Nie widzę dobrze! - to znaczy widzę raczej co do zrobienia, niż to co jest. Śmieję się, biorę prysznic, golenie, włączam Sonaty Beethovena, niech grzeją w chłodny dzień.

Nieśmiertelność nie oznacza życia przedłużonego, ani jakiegokolwiek. Nieśmiertelność jest miejscem. Punktem, w którym nie ma narodzin i śmierci, czasu i przestrzeni, tego wszystkiego co jest, tego wszystkiego czego nie ma, rzeczy ani braku rzeczy, bytu ani niebytu, ach! Można TO pisać jedynie przez zaprzeczenia. Wszystko z Tego wynika, nic nie przylega.
Czy wiesz, o czym się mówi? Dotykasz w sobie intuicją, snem, wrażeniem ?

26.07.2002

Przyszły reakcje przyjaciół na moje wołania o wystawę sprzed dwu dni, a mnie narodził się fajny projekt do zrobienia.

Pójdę z digi kamerą do ogromnych Hal Sztuki w Berlinie/Hamburger Bahnhof, sfotografuję te sale (do 500 m. kwadratowych każda), w komputerze oczyszczę ściany z aktualnych wystaw i przystosuję do roli wirtualnej galerii, że na klik wchodzi się do innego pokoju/panoramy,
zbuduję me obiekty i 'powieszę' obrazy w tych halach!
Marzenia sa przepastne! Rzeczywistość wysila się, aby im sprostać!

27.07.2002

Błogosławiony długi dzień, w którym lato wróciło do Berlina.
Dziwny dzień, chyba poczułem nadciągające ciepło, obudziłem się, włączyłem po drodze do łazienki grzejnik z wodą, umyłem się i dopiero parząc herbatę spojrzałem na zegar - wskazywał kwadrans po szóstej - zawahałem się w niewiedzy, poranek, popołudnie?
Poranek, ciepły, w pracowni jasno od słońca, świetnie się malowało -
Położyłem falę słonecznej zieleni, naparzyłem herbaty - w tym jestem niespożyty - przypomniałem sobie peyotl.
Zjadłem bez wahania, wspominając indiańskich przyjaciół, którzy mi to przesłali od swego szamana. Trafili do mnie Indianie tak prawdziwi, że malarz nie znał hiszpańskiego, z głębokiej meksykańskiej pustyni lądowali na Koepenicker. Poeta znał angielski. Ucieszyli się, że mam rumiankową herbatę, normalnie na Zachodzie piją tylko wodę. Anglik, przyszedł z nimi i butelką wina. Nie, żadnego alkoholu, żadnych papierosów. Dla mnie mieli pociechę, nieco golden acapulco. Zrobiłem skręta, i się okazało, że nie palą. Nawet swej złotej słynnej trawy!
Opowiedziałem o doświadczeniach z meksykańskimi świętymi grzybami, co to w Amsterdamie a potem miesiącami, nic podobnego wśród europejskich. Chłopcy okazali się fachowcami w przedmiocie. Znają psychodeliki, używają ich jedynie u szamana; głodówki, łaźnie do pocenia, tańce, śpiewy, i po długim ostrym treningu - peyotl. Ja, samouk, czyniłem podobnie - święte dary natury, psychodeliki, jako narzędzia badania, tworzenia, samopoznania. Pokochaliśmy się, bracia przecie! Święci pańscy! asceci z bajki o innym świecie! Wzdychałem, że nie próbowałem peyotlu, i pół roku później muzyk, też święty indiański prawie franciszek, przy okazji koncertu w Berlinie przywiózł mi prezent prosto od szamana! I jadłem parę razy z rzędu. A potem rzadko! bowiem trip to, chcesz czy nie, coś w rodzaju matury. Egzamin dojrzałości. Ostatni przed rokiem?

Wiem, że malowanie, podobnie jak na meskalinie, zdaje się niepotrzebne w świecie, gdzie wszystko żywe ujawnia swój blask. Każdy listek gotów zwierzać się z sekretówâ a płótno-aktywnie-nie-żyje, świetnie widać farby, ale też nieistotność - np. w kontekście słojów sosnowego drewna stołu.
Ale - jestem od malowania jak dupa od srania! zjadłem peyotl i kładłem następną falę.
Po godzinie poczułem niepokoje żołądka, przypomniałem sobie o śniadaniu, zjadłem dwie świeże bułki z serem, jabłko, wróciłem do roboty. Dziwiąc się nieco, że high peyotlowy jest taki zwykły, codzienny, koncentracja/kontemplacja, robienie po prostu, co do zrobienia!
Nie oczekuj sensacji w opisie - te miały miejsce ćwierć wieku temu, teraz zwykłe życie!
Pomyślałem takie zdanie, chciało mi się pisać do Ciebie! - i wybuchnąłem śmiechem! Nie, żebym wydał się sobie dowcipny! ale - ten, który pomyślał zdanie - był dziwnie i oczywiście obok mnie, na zewnątrz! Dotknął mnie w serce panbóg Meskalito!
I dobrze. Fale na płótnach migotliwe, trudno patrzeć, ale tak spokojne.
Dziwne te palce spotykających się dłoni, jakby czucie robiło się szklane. Ach, chwila zastanowienia - zrobiłem parę skłonów, i wiele ćwiczeń. W tym aspekcie matura wypada kiepsko - ciało potrzebuje gimnastyki/biegania/jogi, jest osłabione - brakiem wielostronnych wysiłków! Wróć ośle do hatha-jogi, mówię do siebie, tego z boku.
I przemalowałem dzień w pokoju, jakby nigdy nic. Pogadał bym więcej, ale zrobiła się północ, jem jeszcze jedno jabłko, smaczne jak nigdy, a każde jest inne. Załaduję stronicę na serwer - i pora pospać, aby budzić się rano do słońca!

28.07.2002

Szeroko otwieram balkonowe drzwi w jadalni na śniadanie w słońcu; brzmi koncert fortepianowy Edvarda Griega.
Miesiąc malowania LIFE. Tak trzymać! Wychodzi inaczej, niż sobie wyobrażałem.
O zachodzie słońca 9-ta symfonia Beethovena; skrzek srok w momentach lirycznych zza okna; sądząc, że słuchają spoglądam na lipę z gniazdem, a oto na ich pięknym, nawet zadaszonym domku siedzi wielki gołąb grzywacz, patrzy na mnie, nie zważa na sroki w krzyku, słucha Finale... Został na noc. Zwabiła go muzyka do chwilowego pobytu? dokonuje konfiskaty, naśladując zachowania ludzkie?
Peyotl to magia rzeczywista. Przejawiona. Poszerzająca świadomość. Odsyłam Cię do Witkacego w "Narkotykach" po dalsze informacje. Moje są skromne - żadnych halucynacji, wizji. Zjadam tyle peyotlu, by móc malować, a nie np. dwa razy więcej, żeby latać po światach/zaświatach.

Janie, bezmyślność jest dobra! Zwykła bezmyślność, zwłaszcza połączona z bezczynnością, stan jakby znieruchomienia - to naturalny początek medytacji. Daj bezmyślnemu przed oczy chmury, liście drzewa ruchliwe w wietrze, czubek płomyka świecy - i staje się medytującym. Oddech robi się spokojny, głębszy, serce uderza mocniej i wolniej, dłonie stają się ciepłe. Gdy człowiek jest naprawdę bez myśli, łatwo staje się chmurą sunącą w wietrze, gruchaniem gołębi,
Izmy są trudne, a egoizm zwłaszcza. W aspekcie pozytywnym - egoizm/egocentryzm to środki rozwoju mocnej osobowości, pełnego ego. 'Osoba' musi być w pełni rozwinięta, nim człowiek obudzi się do życia. Odtąd używa 'osoby' jako narzędzia wolności.
Egoizm w aspekcie negatywnym.., ach, ja jestem od pozytywności. Ale, ale! - kto to orzeka 'jestem egoistą', czy w ogóle 'takim owakim'? Co to to? rozdwojenie, gdzie jeden i drugi robią podchody? Podejrzane!
Cała tzw. krytyczność jest głęboko podejrzana! Wspomnę Ci o pierwszych wskazaniach dla studentów w szkołach Ouspensky/Gurdijeff, w 'czwartej drodze': - Zaprzestań wypowiadania jakichkolwiek krytycznych/negatywnych zdań. Następnie, zaprzestań myślenia jakichkolwiek krytycznych/negatywnych zdań. To pomyślane jedynie jako próg, ćwiczenie wstępne. Prawdziwa nauka dopiero ma się zacząć.
Idzie o akceptację tego, co jest. Wiliam Blake, jakoś tak: - Kiedy drzwi percepcji (the doors of perception) zostaną oczyszczone, to co jest pojawi się w nieskończonej glorii i świetle. (Aldous Huxley napisał "Doors Of Perception", biorąc ten tytuł, a już w naszych czasach The Doors skrócili tekst jeszcze raz).
Idzie przecież o wszystko!

29.07.2002

Głoszę chwałę lata ! To wspaniałe - pracować przy szeroko otwartych oknach jak na ulicy, i spać przy szeroko otwartych oknach jak w ogrodzie !
Także dziś nie wychodzę z domu. Fala oranżu, fala jasnej ultramaryny. Fala za falą, za dalą dal, horyzont nad horyzontem.

Pani Renato, nie tylko maluję; o poranku daję roślinom 10 litrów wody, wieczorem 20, a po podlaniu napełniam konwie, aby woda się odstała; czyszczę domek falistym papużkom, dostają świeżą wodę, ziarnka, piasek, listek sałaty. Śniadanie (dziś o 15-tej) tak, aby - o pełnej godzinie - obejrzeć wiadomości w BBC. Jest też pranie, suszenie, składanie, i częste odkurzanie tego ogromnego domu, przez otwarte okna leci wiele kurzu. A trzeba jeszcze np. naprawić sąsiadom na parterze płócienny domek, zmiażdżony upadkiem mej skrzynki z marihuaną podczas orkanu (konopiom nie złamała się ani gałązka, ale ten domek!). Nie ma czego zazdrościć. Spokoju ducha - może. Ale to żaden komfort, to czujna praca.
A jednak grabież - taka jest odpowiedź na me wczorajsze pytanie. Gołąb Grzywacz siedzi na gnieździe srok, ilekroć spoglądam w okno czyści pióra, poprawia pod sobą gałązki, wcale nie odlatuje. Niewątpliwie Ździchu! zdaje mu się, że jak jest domek, choćby zagrabiony, to jakaś Zocha sama przyjdzie. Zapewniam Cię, będę czuwał, doniosę o zmianach. Ważne dla losów świata! nie oczekujesz chyba tego od Busha czy Sadama!

Upalny zmierzch do symfonii fantastycznej Berlioza. Czas czarownic! Dwie sroki krzyczą i skrzeczą, skaczą po gałązkach lipy, nigdy bliżej niż metr od gołębia, który pracuje nad gniazdem niby nix! Przylatują inne sroki, latają wokół drzewa, skrzeczą do taktu "Marszowi do szubienicy". Po paru minutach wrzasku sroki odlatują. Chmurzy się niebo, zapada ciemność. Nie interweniuję w sprawy natury (także ludzkiej). Gdybym wykonał gwałtowny ruch ręką - gołąb mógłby odlecieć, a sroki odzyskać posiadłość, w której zresztą nie miały jaj, tylko błyskotki.
Ciemność sprawia, że widzę tragedię jasno. To gołębica. Straciła gdzieś właśnie partnera i gniazdo, a tu czas składania jaj nadchodzi i nagli. Teraz będzie znosiła jaja, ale nie przyleci lover, aby ją zwolnić od dyżuru. A kiedy wreszcie sterana głodem i pragnieniem odleci na chwilę - sroki będą miały czym się pożywić. Czy ja kraczę? Widzisz, jak moja interpretacja zmienia stan rzeczy? Mieć punkt widzenia = widzieć złudzenia.

Idą burze, idą deszcze. Zamknę na noc okna pracowni. Pójdę spać wcześnie, znużył mnie dzień. Fale w czerwieniach. Każda ma osiem kroków długości. Na płótnach gęsto od farb, nowy kolor jest przyjmowany opornie, trzeba go kłaść dwa razy, odczekać aż przeschnie, i jeszcze dwa razy.
Napiję się po powieszeniu płócien na ścianie szklaneczkę wina, niech dźwięcznie stuknie w Twoje szkło!

projekt - LIFE, napisane przez 30 płócien

LIFE ma dwie twarze - białą, po prawej stronie jakiejś przyszłej sali wystawowej,
i barwną, po lewej stronie. Razem 60 płöcien.
Pojedyncze płótna mają format 50 x 60 cm; całość, którą właśnie maluję - 3 x 8 m.

LIFE 04, malarski objekt, Wieslaw Sadurski 2002


aktualny stan LIFE.
Siadam plecami do obrazu, żeby odpocząć. Gotowe plany barwne, zaczyna się druga faza. Obraz zaczyna mieć własne życie - kieruje, wymaga, nawet bezczelnie wybiera kolory. Idzie nieźle, całymi dniami, a w deszczowe pogody także nocami.
LIFE staje się moim życiem.


Myślisz, że to się kończy śmiercią?

Nie miej złudzeń, to się nigdy nie kończy, to jest z natury rzeczy nieskończone.

Poczekaj chwilę, poczekaj eon, nieco cierpliwości!

30.07.2002

W środku lata nie idzie o doskonałość. Idzie o wszystko. Po fali jasnego fioletu fala jasnej czerwieni.
Andrzej, kawa w Zaświatach, Sven, zakupy, odpoczynek w cieniu drzew. Wiatr. O zachodzie Andrea Bocelli śpiewa "Miserere", skrzeczą sroki, gołębica nie opuszcza gniazda. Czy ja naprawdę w ciągu dnia widziałem łebek pisklęcia? czy to tylko przewidzenie w przyszłość?
Wiatr. Rilke:

Idzie przekształcicielka burza.
Idzie przez las, i poprzez czas.
Wszystko w wieczności się zanurza.
I jak psałterza wiersze - wzgórza
powagą otaczają nas.

Jak małe to, co zwyciężamy,
jak wielkie to, co walczy z nami.
Gdybyśmy tak podobni burzy /.../

31.07.2002

Ciężkie chmury z południa nie przyniosły deszczu, porysowały niebo nitkami błyskawic, została duchota. Nie mogłem malować, drżały mi ręce pierwszy raz w sezonie.
Spałem niespokojnie, obudziłem się o świcie zlany potem, zmyłem prysznicem i malowało się parę godzin; drugi od góry rząd ma tylko 4 płótna; położyłem trzy fale zieleni, powiesiłem właśnie na ścianę i cieszy tam, gdzie widzenie od tygodnia uwierało.
A jest dopiero południe!
Idę na kawę w Zaświaty (czyli cafe Jenseits), biorę skręta i zeszyt podróżny, mam do pisania o Sprawie. Zamknę okna, wciąż nadchodzi burza. LIFE wygląda wspaniale, dam mu odpocząć.

1.08.2002

Czy to ze względów zdrowotnych? - LIFE dziś nie do zniesienia. Fale jaskrawości skaczą mi do oczu. Porzucam malowanie wczoraj, dziś idę na spotkanie deszczu.
Pisałem? wychodzi (jesienią w Waszyngtonie) światowa antologia poezji "Letters From The Soul", gdzie są me linijki z "Ludzi", których napisałem też po angielsku i niemiecku.
Dostałem z tej okazji "International Poet of Merit Silver Award Bowl"; ale, przecież nie odbiorę, gdzie stawiać taki mebel!? Nie mam też psa, który by pijał wodę z wielkiej srebrnej michy.

Moja percepcja bywa 'oczyszczona'. Dzisiaj wiem: ze spostrzegawczości. W gnieździe są dwa szare łebki, wznoszą się wysoko w chwilach karmienia. Przegapiłem wysiadywanie jaj. Gołębica jest na głodówce; karmi maluchy zapewne własnymi sokami. Padał obfity deszcz, nadcichła spiekota, pragnienie zażegnane. Jeśli człowiek może żyć o wodzie przez 6 tygodni - to dziki wielki gołąb da sobie radę; pewnie wyfrunie dopiero wraz z małymi.

Wędrowałem na pocztę, kawa z przyjaciółmi i gadu, spoczynek na ławce w Mariannenplatz, w pobliżu stosów drewna, resztek po orkanie, pachnących intensywnie sokami, przemijaniem. Patrzyłem na gołębie; co drugi to kaleka, bez łapki czy pazurka; miasto oferuje tyle pokarmu, że nawet kaleki tłuste! Położyłem się na ławce i zasnąłem, zdecydowany doczekać deszczu. Obudził mnie rzęsisty, letni, w przeciągłych grzmotach. Wróciłem bez pośpiechu moknąc stygnąc; odkurzyłem dom i już mam 8 płócien, górny rząd LIFE, na podłodze. Telefon córki z Sardynii, z zapewnieniem miłości. O zmierzchu pokój.

2.08.2002

Postrzegam.
Jest wielce tajemniczy związek między tym, co świeci, a tym, co oświetlane.
Szczęśliwcy mówią, że to znak równości.

Nie zajmuję się światem, jaki mógłby być. Wyzwanie miłości większe. Dotyczy tego, co jest.

Mam kłopoty, oddalam się od ludzi, nawet przyjaciół. Lubię ich, ale gadanie, które musi mieć miejsce; polityki, historie, dyskusje; wszyscy mają opinie na każdy temat i chcą je głosić; pragnienie komunikacji, porozumienia, wymiany poglądów. A wszystko takie, że o dupę potłuc!
Pozory aktywności umysłowej, złudzenia człowieczeństwa, brak wiedzy, brak pragnienia wiedzy. Watka do uszu, albo co?
Mistrz Eckhart stwierdza, że ludzie oddalają od Boga. Teraz nic mnie nie oddala. Dźwięczy 5-ta Sonata Beethovena, statki płyną po rzece a szare chmury nad nami, dwa małe szare łebki w gnieździe mają dziobki całkiem dorosłego formatu, chociaż na piórkach jeszcze żółty puszek. Oczywista, żyję wśród złudzeń - w tej chwili zobaczyłem zmianę warty - a więc w gnieździe jest cała rodzina, 2+2, mimo iluzji!

3.08.2002

Przemalowałem wczorajszy dzień uczciwie, zafrasowany wydarzeniami ub. tygodnia. Historia Gołębia, zmieniająca się z dnia na dzień, pokazała, że śnię ten świat.
O 10-tej wieczorem jadłem obiad, wpadł Krzyś na herbatę; od tygodnia czy dwóch zafrasowany, zaklęśnięty w siebie, jak to nazwałem. Nie, żeby czarna dziura, jak bywało pół życia temu.., ale czuje się nieswojo - jakbym już napisał ten temat drażliwy - pod tytułem: "Jak się pożywić kawałkiem trupa?" Nie napiszę zresztą. Nie będę machał wiatrakami. Głupek na wzgórzu, śpiewa Lennon.
Pilno mi do następnego fioletu; ten z ostatniej nocy niezwykły - w kontekście innych barw wygląda jak intensywna szarość, chociaż jest błękitny. Mieszałem cztery farby z trochą bieli.
Fajne zabawy. Głęboki błękit Rembrandta w kontekście pruskiego i ultramaryny udaje zieleń.

Prosiłem słońca - oświeć głupka! I wyparowały z mej głowy pomysły wirtualnych wystaw. Jeden się ostał, ten w sercu.
Śniłem kiedyś sen. I obudziłem się z pierwszym brzaskiem, obmyłem twarz, wśród rosy i śpiewu ptaków szedłem z domu rodzinnego w kierunku szosy, dźwigając na ramionach wiele obrazów. Poniedziałek, dzień jarmarku w Dużej Niedrzwicy, wkrótce ludzie będą wieźli dobytek na targ, a popołudniem będą wracać. Zawieszę obrazy na gałęziach drzew wzdłuż szosy. Będę miał wystawę. Obrazy zobaczą ludzi.

4.08.2002

Mira: - Bylam dzisiaj z Toba długo na Twoich stronach - szczere gratulacje! Nie do końca wiem, czy LIFE to właśnie to, czego od Ciebie oczekiwałam, ale czy moje oczekiwania mogą mieć jakiekolwiek znaczenie dla Twojego ŚWIATA? Nie mogą i nie mają - i to jest sluszne - bo to Twój świat i Twoje marzenia.
Miła, gdybym wiedział, że będę malował LIFE - malowania bym nie zaczynał. Miało być zupełnie inaczej!
Twe oczekiwania mają znaczenie, mów, jakie są. Mój świat nie jest prywatny. Penetruję podstawy bytu, sens życia i śmierci, miejsca, gdzie jesteśmy razem, albo nawet tym samym.
- A dlaczego dzielisz się internetowo z innymi? Może z głębokiego poczucia osamotnienia?
Fajnie jest się dzielić. Tym, co jest, własnym życiem.
Święto nieustające.
Wspomnieć? Na początku lat 70-tych fantazjowałem z przyjaciółmi, aby żyć na scenie, na okrągło, aby życie czynić sztuką. Wiele idei zostało zrealizowanych - przez innych.
Myśląc, prawdziwie i twórczo, nie mechanicznie - tworzy się pole energetyczne. Brzmi. Wystarczy rezonans, i oto ktoś inny ma - Twój pomysł, Janie! Od paru dni zamierzam Ci o tym pisać. Ewolucja niczego nie zapomina. Co odkryje poprzez jedno, zastosuje do drugiego. Jeśli nie namaluję "strun świetlnych", jak o nich marzę, namaluje ktoś inny wkrótce. Nie zrealizujesz swej idei? Sformułuj ją jasno a zrealizuje inny, kto w chwili natchnienia zadźwięczy w tej samej fali nośnej.
Czyli - samotność, oddzielność - są iluzoryczne, Miro.
Mówię Ci, jestem rozkojarzony, piszę, wstaję, aby zmieszać farby, a że nie trafiam w kolor, dodaję tej farby, innej, i znowu mam zbyt wiele. A skoro jest, kładę przez 8 obrazów falę fioletu tak czerwonego, że w kontekście sąsiadów robi za brąz. Teraz, resztę, zużyję na kartonach. Znowu trzecia nocą!
Nie dbam o nic ani o wszystko - jedno i drugie na wyciągnięcie pędzla.

5.08.2002

O piątej rano przychodzi burza, błyskawice niosą wytchnienie spuchniętym powiekom. Mogę zasnąć. Na krótko, o 9-tej muzycy; pięknie idzie praca z młodymi i! wybrali obraz na plakat; jeden pisze teksty na komputerze, drugi idzie do banku po pieniądze i wraca niosąc trzy obiady. Robię projekt, drukuję, i podczas jedzenia obiadu nagrywa się CD z plakatem. Płacą chłopaki. Co? dziś tak szybko! Wieczorem dostaję telefon - druk wyszedł pięknie, szczęśliwi. A ja zmęczony. Dziwny stan, mózg na wybiegu, groźba bezsenności. Długi spacer pogłębia rozdrażnienie, kupuję koniak i piję z dzioba, wracając do domu. Boże, daj spocząć grzesznym oczom moim!

7.08.2002

Wraz z Andrzejem pojechaliśmy do tych wielkich hal sztuki, co powstały po adaptacji starego Hamburg-Dworca kolejowego. Piękne architektury, parę wystaw; przygnębiająca poetyka Anselma Kiefera, alkoholowe koncepty zabawy Rauschenberga i Lichtensteina, prezentujące chaotyczne zabawy umysłu, co podejrzewa się o człowieczeństwo, udaje na kacu dzieciństwo. Żadnej radości czy nadziei w tej sztuce.
Poczułem w tych salach więcej! Poczułem zapach dyrektorów, profesorów, krytyków, pojąłem, że nie mogę proponować wystawy. Kolory Spektrum Barw? Mistyka? Światło Objawienia? To wszystko będzie wystawiane, kiedy malarz zrobi przekrętkę. Bo jakże to?! Żeby ktoś żywy się ważył na radość !?
Nie poszedłem dla wzruszeń, zrobiłem pół setki fotografii wnętrz.
Dzwoniła z Sardýnii Veronique, dziewczyny mają się świetnie, mieszkają teraz u wujka Lilith na wielkiej górze, i biegają w dół do morza i z powrotem. Wracają 16-tego, mój obóz koncentracyjny radości przedłużony!
Córka roztrzepana jak tata - myli terminy, na zdrowie!
Remi, Kasia, Anika, Alinka - wrócili z "wygnania" w norweskie fjordy i odwiedzą wieczorem. Jutro przyjeżdża na parę dni Michał z W-wy z dziewczyną.
Raczej nie sypiam, nie jadam, elektryczny, fotony nasączają komórki skóry życiodajnym światłem.
Wiele chodziłem na skrzydłach burzy, w ciepłym deszczu lata.

Nowoczesna sztuka, te wszystkie puszkowane gówna, osobiste doznania, krytyczne poglądy, ta sztuka uboga, pozbawiona koloru, poznania, radości tworzenia.
Sztuka wtórna do szpiku kości, bezczelnie epigońska, powielająca nieskończenie (w 50 - 80 lat później) pomysły, dokonania, prowokacje surrealizmu i dadaizmu.
Pretenduje do wielkości, jest robotą klik. Bo kto kupuje maszkarony takiego Baselitza, po ćwierć miliona sztuka? Kumple dyrektorzy, profesorzy, uczeni. Za państwowe przecież pieniądze, do każdego muzeum, świetlanego przybytku sztuki ze szkła i stali, gdzie wszystko eleganckie i dystyngowane - tylko sztuka parszywa! Świetnie w osamotnieniu, Miro, tyle blasku!
Czy jestem krytyczny? A jak współczesna sztuka traktuje kosmos!
Oczywista, Janie, że jestem, doceniam to w sobie.
Poczucie własnej wartości, niepowtarzalności, jedyności w świecie!
Wiem też, że każdy listek lipy przy oknie, każde piórko gołębia w gnieździe - niepowtarzalne, jedyne. Czym się w ogóle różnimy? Że ja to wiem! Wiem też, umyję pędzle, pośpię.

9.08.2002

Około północy odprowadziłem Remi do metra, zjadłem w Oranienstrasse wegetariański kebab, siedziałem w zadumie przy kawie. Właściwie - wszystko dobrze. A dziś po przebudzeniu w jadalni zobaczyłem elektryczną kuchnię włączoną na maximum. Rainer wyjechał o poranku - tak się popisał! Hej! oberwie po uszach!
Południe, posiedzieć w słońcu, poczytać Mistrza Eckharta, popatrzeć na świat przejawiony, zrobić zakupy.

15.08.2002

Robię wirtualną galerię, pokażę Ci za 2-3 dni; maluję LIFE.
Wczoraj wróciła Veronique, opalona tryskająca zdrowiem; dziś pracuje na festynie kończącym lato w "glinianej wiosce" Rainera w Britzer Garten, a pojutrze do szkoły. Żywa i fajna! Zaraz też dostałem burę - obarczyła mnie odpowiedzialnością za obecność komarów w jej pokoju! oświadczyła, że nasze życie nie będzie łatwe.
Ależ mnie wcięło ! Przeszło tydzień pracy przy komputerze ! Montaż wirtualnej sali, obróbka fotografii obrazów, umieszczanie ich na "ścianach", obramowanie, rzucenie lekkich cieni, pisanie tytułów i dat - jedynie po angielsku, nie mam siły na polskie i niemieckie wersje. Oryginał wystawy ogromny - mój szybki komputer potrzebuje minutę/komendę, ale oto jest.
Umieściłem w sali parę przypadkowych osób, które znalazły się na fotos.

Skrzeczą sroki o zmierzchu. Liście lipy przy oknie zaczynają zmieniać kolor - chlorofil wędruje w głąb drzewa, i stają się widoczne kolory dotąd ukryte pod zielenią. Są tam przez całe lato, niewidoczne, ponieważ listki robią w chlorofilu. Teraz zaczną ujawniać złocistości łagodności.
Śpiewa Aleksander Wertyński, pachnie od niego dymem cygar i szlachetnymi trunkami, że serce chce wódki. Ale jest tylko Kałasznikow, holenderskie wydanie marihuany, co zwie się, właśnie, AK-47! Ach! dość lania wody tutaj! tyle światowych powodzi!

18.08.2002

Niedziela. Otworzyłem w południe TV Polonia i słyszałem papieża pozdrawiającego w wielu językach. Poszedłem w słońce; to przedostatni oddech lata. W przestrzeni byłego Muru party na rzecz zachowania go w stanie dzikim. Nie miałem kamery. Wiele rzeźb, objektów, fajne dekoracje, co 50 metrów stoiska z ogłuszającą muzyką. Pochodziłem, posłuchałem, wreszcie usiadłem na kamiennym schodku i zostałem na godziny, z twarzą wystawioną w słońce i wiatr, a za mną ogromnej wielkości głośniki, walące rytmami techno w natężeniu wstrząsającym każdą komórką ciała.
Ożywcza kąpiel.
A po powrocie do domu kontrast, bowiem, znowu w TV Polonia, papież, modlący się w ciszy. Tak wielkiej, że odgłosy miasta zdawały się zanikać. Święte chwile.

20.08.2002

Dnie słoneczne, szczyt lata. Wakacje? na to wygląda. Wiele godzin w naturze, opaliłem się i nabrałem energii. Tyle spotkań i rozmów po drodze. W domu już Veronique ze szkoły, entuzjastycznie nastawiona do życia po pierwszej lekcji łaciny. Wzięła ją jako trzeci język, chce przecież studiować prawo.
Zaraz był Ryszard i pół nocy śmiechów beztroskich; jakkolwiek tragiczne kolory miewa życie - spotykając się błaznujemy na całego, i zaśmiewamy się z koncepcji typu: pomidor na wywrót. Zaprasza nas na wernisaż swego malarstwa - w piątek o 20-tej w Klubie Polskich Nieudaczników.

Opowiedziałem córce i gościowi o przygodzie po drodze. Siedzę sobie oto ze dwie godziny na kamieniu w pełnym słońcu, wypaliłem skręta, mam pragnienie. Tuż przede mną przechodzi dziewczyna, pije wodę z litrowej flaszki, spogląda, więc mówię, że zazdroszczę.
- Czego? - pyta ze śmiechem.
- Wody - mówię. - Za jednego łyka dam dwa całusy!
Śmieje się, podaje mi wodę, siada obok. Piję, dziękuję, oddając butelkę, stwierdzam, że teraz całusy.
- Za trzydzieści Euro możesz mieć całusy i wszystko co zechcesz - odpowiada. Mina mi chyba zbaraniała, dziewczyna wstała i odeszła w śmiechu, machając dłonią.
Vero słuchała bez komentarza, Ryszard twierdzi, że powinienem zainwestować.

22.08.2002

Nie planowałem wakacji, a od paru dni jestem w słońcu i trawach, w szumie wiatru zapatrzony w kołysanie liści. Nic ważniejszego! W niebie jako i na ziemi.
Mariannenplatz, gdzie jeszcze wczoraj drzemałem w wysokich trawach, dzisiaj pachnie świeżym pokosem. Szybko przestaję myśleć o ważnych i nieważnych sprawach, rozmowach, przyjaciołach; daję w sobie miejsce wielorakiej zieleni, głosom dzieci, wysoko spiętrzonym obłokom i galaktykom za nimi, zapachom lata i szmerom miasta. Znasz tę zależność? - im bardziej się osobiście zanika, tym więcej przestrzeni, koloru, istnienia.

25.08.2002

WSTĄPIĆ W TRAWIĄCY WSZYSTKO PŁOMIEŃ NIEŚMIERTELNOŚCI,
ZMIENIĆ SIĘ W TO, CZYM SIĘ NAPRAWDĘ JEST.

U Junga tak prosto!
I jeszcze:
Człowiek rośnie odpowiednio do wielkości zadania, ale musi być do tego zdolny, w przeciwnym razie nie pomoże mu żadne zadanie.

LIFE się skończyło, czy jakieś może życie? trudno połapać się wśród zabiegów położniczych; noworodek stoi grzecznie w kącie, krzyczy tylko pierwsze płótno, więc obracam je twarzą do ściany; matka pono przeżywa chwile agresji po narodzinach dziecka; w moim nieuleczalnym przypadku agresja święci wszystkimi dzwonami niedzielę. Praca się dokonała, pora się od niej urwać.
Dzwonił Ryszard, że kiedyś, gdy pierwszy raz widział owinięte płótnem i obwiązane sznurkami przedmioty Christo - to się szczerze zawstydził, takie były to oczywiste ściągaczki z Man Ray'a. Ja na to, że oni wszyscy, artyści moderny drugiej połowy xx-tego wieku, robią ściągaczki, naśladowcy i epigoni.
Największy paradoks sztuki ostatniego wieku!
Lata dwudzieste, ruch dada, zwrócony przeciw burżuazji, rewolucyjny w wyzwoleniu sztuki - w 50 - 80 lat później stał się ideologią burżuazji i klasy średniej. Dzisiaj niesie zagładę Sztuce. To Marcel Duchamp postawił muszlę klozetową na piedestale sztuki! Stoi na zawsze!
A dzisiejsi artyści, krytycy, profesorzy i dyrektorzy wszelkiej maści - stawiają ją znowu i znowu, ozdabiają ew. świeżym gównem i głoszą, że to sztuka jedyna. Egzystencjalizm pokazał im wielość perspektyw, oni prezentują utratę jakiejkolwiek perspektywy człowieczeństwa.
Nowe jakości widzenia, nowe sposoby bycia, nowe formy poznania, nowe szczyty i głębie uczuć, nowe sposoby percepcji - czyż nie tego oczekujesz od sztuki? A oni? Ironia, autoironia i szyderstwo, szaleństwo braku perspektyw, negatywizm do szpiku kości, w najlepszym wypadku "zaangażowany" politycznie i socjalnie przez eksponowanie lęków przed "katastrofą".
Ooooch! to nudne, nie chce się o tym myśleć, ani pisać.

28.08.2002

O zmierzchu ryczy tygrys piorun. Po wielu słonecznych dniach nadciągają chmury.
Latem piękna pora świata. Z mojego LIFE powiesiłem na ścianie pracowni FE, czytane po polsku - autoironiczne przypomnienie, że nie ma co podskakiwać.
Vero zachwycona szkołą; twierdzi, że jest w klasie bez konkurencji. Ha! łatwe na początku roku - usprawiedliwienie z nadmiaru telewizji?
Nie pojawia się na tej stronie o polityce. Ciekawe sprawy w świecie, wszystko widzę czytam wiem. Ale to kiepski temat na wymianę myśli między nami, prawda?

29.08.2002

Nocna burza zmieniła berlińskie ulice w potoki - widziałem w telewizji, u nas parę kropli deszczu. Kolejny upalny dzień. Mam czas, mógłbym pojechać do Warszawy albo nad morze, ale cóż, Vero ma lat 15, nie lubę zostawiać ją samą w domu.
Optymistycznie komentuję powodzie: - Co ma wisieć nie utonie!

31.08.2002

Uporządkowałem zapiski Tu i Teraz. Rejestrowałem wisarts w japońskich wyszukiwarkach. Vero i Afra na spacer w Berlin. Sprawdzam namiary - sobota, pierwsza nocą. Czy jako tata powinienem się już niepokoić?
Dzień minął w słońcu, jak każdy w tygodniach. Chodzę, lenię się w każde południe, ale:
Nie jest mi dobrze, tu, na Północy,
w zgodzie ze sobą nie jestem.

3.09.2002

Takie to przygody wakacyjne! - zrobiłem nowe strony dla wirtualnej galerii i LIFE, zmieniając także listwy nawigacyjne. A w statystykach ub. tygodnia z grozą ujrzałem zajmującą pierwsze miejsce stronę Error404. Strona taka, jak wiesz, pojawia się gdy nie ma linku albo adres nie tak, popełniłem błąd w listwie nawigacyjnej, i powieliłem go parokrotnie. Wyczerpujące poszukiwania, naprawy, parokrotne ładowania stron, sprawdzanie wszystkich linków, ufff.
A budzę się do połowy. Moje żyły na rękach są ciemnymi głęboko wciętymi wąwozami, gorączka 35 stopni; wychodzę i budzę się w wietrze przez wiele godzin.
Piszesz ... morze i plaża są piękne. Plaża piaszczysta, szeroka (jakieś 40 do 50 metrów) , brzeg wysoki - porośnięty lasem sosnowym klif. Sosny rozwiane, rozwichrzone, znieruchomiałe po walce z morskimi wichrami. Morze szumi jak przed wiekami. Piękny jest morski brzeg., a ja dzisiaj chodziłem po wybrzeżach morza ludzkiej głupoty. Pokrytych szlamem i mułem wieków.
Osłabienie fizyczne kreuje mentalne i emocjonalne stany, które trzeba pracowicie przewiewać wiatrem słonecznym, aby się rozwiały - majaki.
Kiedy już byłem ok, usłyszałem swe imię, pod drzewem siedział Norbert. Kiedyś budowaliśmy galerię, robili wystawę, teraz w godzinie rozmowy wspomnieli i wymienili informacje o tłumie przyjaciół/znajomych, przelecieli przez zdarzenia, żywych i umarłych, rozmowy, spotkania sprzed dziesięcioleci. Nieco młodszy ode mnie, frico autentico. Zabawne, od dziesięciolecia mieszkamy w odległości 500 metrów od siebie. Ale na dziś tyle, więcej, gdy go odwiedzę.
W południe z Madrytu przylatuje Anna. Wstąpiła do mej pracowni ćwierć wieku temu, została na rok. Co za przepiękne stworzenie! śliczna, iskrząca się śmiechem młodości. A teraz? ani chybi pójdziemy wieczorem na Finissage wystawy Ryszarda.
Zasrany interes! - amerykański wydawca antologii "Letters From The Soul" przysłał mi list - publikuje "The Sound of Poetry", antologię 33 poetów, czytanych przez aktorów, z muzyką, na CD i kasetach - prosi o zezwolenie na użycie mej poezji i zrobienie korekty tekstu. W dawnych czasach poeta dostawał jakieś honorarium za swe linijki, teraz ma się zadowolić faktem, że to nic nie kosztuje - jak donosi entuzjastyczny wydawca. Wiadomo - Ameryka!

6.09.2002

Dwie doby z Anną w drodze z Madrytu do W-wy; kiedy spotkaliśmy się przed ćwierćwieczem - trwało to z półtora roku. Byłem jej miłością a ona moim zachwytem. Teraz sporo do powiedzenia, wspominania - tak wiele zapomniałem. Miała wówczas lat dwadzieścia, śliczna dziewczyna rozkwitała w uścisku, świeciła radością życia i wdziękiem. Pyta dzisiaj, czy nie potrzebuję towarzyszki życia, czy nie tęsknię do miłości i współżycia z kobietą. Ja? Mówię o mamie, która, w czasach gdy jeszcze nie znałem swej natury, nazywała mnie pieszczotliwie wilkiem. Wszystko zgadzało się z jej wypowiedzią - wilk spotyka wilczycę do parowania się, a nie współżycia. To dzikie gęsi spędzają życie w parze, razem i wiernie. Nie żeniłem się, uważając za śmieszne kojarzenie uczucia z ceremonią, z urzędem czy kościołem.
Fajne zmęczenie. Veronique śmiała się, że wciąż wyglądamy jak para zakochanych. Odprowadziłem Annę do pociągu, odpocząłem przy kawie w Zaświatach, przespałem popołudnie, gdy córeczka odkurzała i sprzątała dom. Gości trzy koleżanki, idą do dyskoteki - bodajże pierwsze tańce szesnastolatek. Ależ będzie młodych mam! tratata tam! tratata tam!
Przede mną noc słodkiej samotności. Przeciągam się, prostuję skrzydła.

8.09.2002

Nie chciałbym przeżyć następnej wojny.
Urodziłem się w czasie wojny; Niemcy, Rosjanie, partyzanci, bandy; w szkole średniej było pięciu kolegów - chłopców-sierot koreańskiej wojny; wyrzucano mnie parokrotnie ze studiów, nie zaliczałem ćwiczeń wojskowych; straszna wojna w Vietnamie; polska wojna - i tyle tyle innych, w Afryce, Azji; tyle powstań, rewolucji, zamachów stanu. To wszystko dokonuje się dla mojego dobra, dla dobra ludzkości, przyszłości, rozwoju - twierdzą bezstronni wojownicy.
Trwa od roku wojna inna niż wszystkie, nużąco do wszystkich podobna. Szykuje się następna.
Słoneczna niedziela, chodziłem w wietrze, patrząc na ludzi, życie, sprawy - z poczuciem, że wcale nie chciałbym przeżyć następnej wojny. Odmawiam posłuchu instynktom samozachowawczym. Nie chciałbym żyć ani chwili dłużej niż ostatnia rafa koralowa, ostatni orzeł skalny, niż pierwsza ofiara następnej eksplozji.

To tylko niewielki otwór w moim sercu,
lecz wieje tu przeraźliwy wiatr.

Henri Michaux

12.09.2002

Słoneczne pogody, chłodne noce, wyż z północy czyni niebo przeroczystym i głębokim. Odwiedził mnie José poeta i malarz, mieliśmy kiedyś razem wieczór autorski. 11 września - wielka rocznica w Chile, już 29-ta. Tego dnia Pinochet dokonał zamachu stanu. Także liczna zabitych podobna - jakieś 3000. Ameryka umoczyła w interesie okrągłe 10 miliardów dolarów, po ćwierćwieczu CIA ujawnia dane. Największe zasługi osobiste włożył Kissinger; nic dziwnego. że Amerykanie nie godzą się na Międzynarodowy Trybunał - wielu zasłużonych w bojach o demokrację może być oskarżonych o zbrodnie przeciwko ludzkości. José rozgoryczony - do dzisiaj siedzi w Berlinie, pisze ciemne wiersze i maluje obrazy wojennych smutków. Pocieszam go kamykiem, na którym narysowałem strumyk.
Na dzisiaj? - "Technologia Informacyjna", Beata Łazęcka, podręcznik