20.01.05
Fajny wernisaż zbiorowej wystawy "Einblicke" - 20 malarzy Kreuzberga
w GSG;
biorę udział obrazem "Abstrakt zieleni w błękicie";
tysiąc osób na wernisażu i tyleż atrakcji.
Vero zrobiła mi foto z obrazem.
Żałuj, że Cię nie było. Wspaniałe jedzenia i trunki; atrakcyjne pląsy taneczne
z Api i Ewą.
Samotny biały żagiel. |
| 31.01.05
Miesiąc minął jak dzień; głupio w odwilży, że do Ciebie nie piszę - ale
mam usprawiedliwienia! Co gorzej; mam 400 stron książkę, pobieżny tytuł
"CZŁOWIEK OKO". Jarek znalazł w W-wie mój manuskrypt
sprzed ćwierć wieku, czytał z entuzjazmem poganiając mailami - i oto skończyłem
w miesiąc przepisanie.
Koncepcja ramowa:
mój przyjaciel śle wieści, że wprawdzie-m z krwi
kości / mamy taty, ale w chwili śmierci stanę się sondą kosmiczną; wszystko
czym żyłem, na kim czym oko spoczęło, uczucie i wiedza, fantazja i sen
- będą informacją, co poleci w galaktykę, kosmitom służyć w celu niewiadomym.
W nowym życia aspekcie, który rozpuszcza hierarchie i unieważnia ważności
- chcę wiedzieć co grane, co jest lub będzie treścią Przekazu. Piszę więc
list do tegoż przyjaciela; jeden rok dziennik, wglądy, wiersze, spotkania,
sny, seksy, wspomnienia, friko narkotiko, tworzenia, miłości - jeden wielki
trip. Warszawa, Amsterdam, Berlin Zachodni. Duża książka świeża
jak w poranku stworzenia, jeszcze setka fotos i portretów, które strzelałem
jak pisałem codziennie.
O naiwności! proponowałem to w Polsce ludowej, zapomniałem od dziesięcioleci.
A teraz? Jarek robi za patrona, przywiozę mu za tydzień czystopis. To
jest świetne albo do dupy. Nie wierzę w wydanie przedśmiertne!
A! jadę z Krzysiem F do Warszawy, wtorek środa 2-go 3-go u Jarka, jeśli
się nie pośliznę, bo prawie nie łażę.
I wracać szybko do Berlina - 9-tego lutego wernisaż, mam sporą wystawę
w SatelliteOffice! w dodatku mam czytać wiersze - chociaż zapominam niemieckiego
tak szybko, jak lubię. |
| 9.02.05
To były ciekawe dnie i noce w Warszawie; opowiem Ci, kiedy przyjdzie natchnienie.
Spotkałem wielu przyjaciół i bodaj poznałem nowych, lecz Ciebie nie spotkałem.
Jadę za godzinę otworzyć wystawę "ONE WAVE TICKET"; przy
tej okazji powiem co nieco o malarstwie i poczytam wiersze. Co roku przyrzekam
głośno, że nigdy więcej nie chcę już nic wystawiać/wydawać - przypomina
mi córka - a wciąż angażuję się w rozhowory na dobre i złe. Jak umrę,
to się wyśpię. |
| 10.02.05
Dzisiaj w Berlinie deszcz prawie wiosenny, parę stopni ciepła; wyniosłem
na balkon oleandry; zimują w mroźne dnie w łazience, ale są atakowane
przez mszyce. Posiałem nasiona kwiatów w skrzynkach na parapetach okien.
Głośno grzmią koncerty paryskie Keith Jarreta. Zrobiłem nową stronę dla
roku 2005.
Wczorajszy wernisaż wypadł mi w tybetański Nowy Rok 2132; czy z tej okazji
po raz pierwszy w życiu przygotowałem się, pisząc tekst o wystawie i malarstwie?
Parę minut gadania zaledwie, a ludzie pojęli z oczywistością, o czym śpiewa
pędzel i że na chwałę miłości. Hej, sformułuję to wkrótce po polsku dla
Ciebie. Przed wernisażem nękał mnie ból serca - wycieczka do Warszawy
była męcząca w intensywności i niedospaniu. Pod
wieczór byłem w pełni zdrowy.
Wystawa to ostatnie lata, Pola
Energii; do wczoraj moja córka odnosiła się niezwykle krytycznie do
tej fazy abstrakcji - ale i ona zrozumiała, o co chodzi; a przecież zrozumieć
znaczy często polubić. Nasłuchała się komplementów jak ja. Zewsząd dobiegają
słowa ulgi - że jest w malarstwie pokój i radość.
Prawie nie byłem zagubiony.
Piękny wieczór!
Veronique strzelała fotos, ale po lampce szampana wracała do domu, aby
podejmować własnych gości, czyli swoją klasę gimnazjum i goszczącą w Berlinie
klasę francuską. Wyobrażasz to sobie? 46 sztuk! Po wernisażu trzeba było
troszkę trzeźwieć, więc nastąpiło to przy herbacie w Tadżykistan herbaciarni;
buty zostawia się przed wejściem, siedzenia to wygodne poduchy, są wszystkie
możliwe herbaty. Zapytałem, czy nie ma fajeczki opium, usłyszałem, że
wyczerpane zapasy, ale wzięła mnie panna za Tadżika, do obłapki gotowa!
Kwadrans po północy wróciliśmy do domu - właśnie gromady młodzieży wychodziły,
a w mieszkaniu krzątała się Veronique, sprzątając bałagan; sama jedna,
poszła spać po całkowitym czyszczeniu!
Chwalę córkę, bo dzielna! Fotos z wernisażu przedstawię, jeśli się zachce.

W Warszawie byłem
pięć dni, odwiedziłem osiem domów, spotkałem pół setki przyjaznych osób.
Po trzyletniej bodaj nieobecności zauważam wielkie zmiany, także podstawowe
- że oto w kranach jest czysta zdrowa woda, a nie śmierdząca, że autobusy
nowe i jeżdżą w rozkładzie jazdy. Neony i szyldy już takie jak w miastach
Europy - demokracja koncernów!
Opowiem Ci przygodę, że się w głowie mieści! Około północy pada cudnie
śnieg, wracam taksówką do Kuby, który udzielił mi gościny, na Szaserów.
Płacę, idę do bramy a drzwi na dole zamknięte; obchodzę dom, kombinuję,
w które okna rzucać śnieżkami; trafiam, Kuba otwiera, jeszcze przed snem
herbata i pogawędka. Nazajutrz w południe wychodzę i na schodach spostrzegam,
że nie mam portmonetki. Wracam, szukam, sądzę, że mogła mi wypaść w czasie
zabawy śnieżkami; bagatela, kilkaset złotych i jeszcze euro. Dzwonię do
firmy taxi, kierowca pracuje na nocne zmiany, proszą o telefon około dziewiątej.
Ale już wieczorem firma taxi pod numerem tel. 96 27 (polecam Ci
serdecznie!) dzwoni do Henryka, skąd zamawiałem taxi, dostaje numer siostry,
gdzie mogę być, dostaje numer Kuby, gdzie mogę być, dostaje numer Jarka,
gdzie jestem. Jeszcze pół godziny i kierowca przywozi mi portmonetkę,
jadę windą na dół, a dziękując mu mówię, że sprawa jest większa niż pieniądze
- że takie zachowanie pozwala żyć. Prawda?
Wróciłem do Berlina zdrowy i w dobrym nastroju.
Cieszę się na nowe zajęcia.
Moja powieść "CZŁOWIEK OKO" wymaga czytania jeszcze i usuwania
błędów. Niejasna jest wciąż sprawa wydania trzech tomów wierszy, które
zapowiadam od grudnia.
Za tydzień wszakże rozpocznę prace przygotowawcze do następnej wystawy
- mycie i czyszczenie dużych obrazów, listwy lub tape po bokach (bo o
ramach nie ma mowy), potem wkręcanie haków itd., około pierwszego marca
montaż. Czyli - za miesiąc zaproszę Cię na wielką wystawę.
To piękny dom zbudowany przez amerykańskiego architekta Philippe Johnson
na podstawie krzyża - cztery wejścia z czterech ulic; wewnętrzne patio
to granitowe ściany wysokości trzech pięter, przeszklony dach; świątynia
pieniędzy. Tłumy walą jak na ulicy, a obrazy możesz zobaczyć jak trzeba,
czyli także z dystansu 50 metrów. |
| 11.02.05
Ledwo zdążyłem wczoraj napisać tekst poniżej do Ciebie, a przyszła do
mnie z nowinami, że dzień jest piękny. Ona też. Rozległe błonia w samym
początku lata kobiecości. Oto kim jest. Stroi się przed lustrem jako cyganicha,
wyjmuje talię Tarota i wróży wszystkiego najlepszego z rogu obfitości.
Mówię, że z tego nic dobrego - a ona swoje! O niebieskich migdałach -
chociaż oczy piwne. Oczy piwne, życie dziwne. Parę godzin i obiad, śmiechy
chichy, ale nie chciało mi się jechać na imprezę w mieście. Opowie mi
jutro wieści pełne treści. Miła, zostańmy przyjaciółmi, o, już nimi jesteśmy,
życie będzie łatwe. Nie chce mi się mnożyć.
Piątek zaczął się o północy, Vero zasnęła czytając; Francuzi wyjechali,
więc znowu śpi w swym pokoju, poszedłem wyłączyć lampy; moje atelier jest
wolne, po północy z głośników grzmi Keith Jarret wiedeńskie koncerty,
słodko i ze zmęczenia smutno. Przywykłem do życia w nędzy i skromności,
a tu zaszczyty się sypią jak śnieg w porze opłatka.
Z nieporozumień utkane powaby nocy. Nie daję sobie prawa do szczęścia;
zbyt wielu cierpi tej nocy.
Nigdy nie chciałem być kimś. Rosłem w brzuchu matki, zanim mnie urodziła.
Rosnę w brzuchu świata, zanim się narodzę. Sam z siebie. |
| 12.02.05
Deszczowa sobota od płota do płota.
Zauważ na foto poniżej, że obcięte mam włosy jak do szkoły. Nie znosiłem
takiego cięcia pół wieku temu, teraz kwituję kiwnięciem głowy. Wszystko
jedno. Dzień taki spokojny, jakbym zrobił wszystko, co do zrobienia. Czytam
i koryguję więc swoją powieść. Córka po niezwykle intensywnym tygodniu
śpi 16 godzin; deszcz za oknami wtóruje ciszy. Wieczorem parę godzin nawała
gości, poszli wszyscy o dziesiątej, zrażeni mym zachowaniem, bo nastawiam
tak głośno muzykę, że nie można rozmawiać, a sam siedzę przy komputerze
i klikam.
Zjadłem miskę wczorajszej zupy, gdy przyszła kochanica od dwóch tygodni
stęskniona zgłodniała. Ona nie pyta, czy chcę się mnożyć; rusza tak energicznie
do dzieła, że guziki pękają. Twierdzi, że to dla mego dobra; zrymuję na
własną odpowiedzialność: 'Na zawała dobrze jest używać wała'. Lepsze niż
sanatorium: trzygodzinna burza namiętności i wygibasów, że każda komórka
ciała dyszy, zbiegana ze szczętem. Czego i Twym komórkom życzę. Chociaż
tęsknię do innej dziewczyny, uznaję zasadność gimnastyki! Kłopot tylko,
że ona się kocha na zabój.
Coś chyba jeszcze chciałem Ci napisać? Próbowałem zmontować dziś stronę
dla "CZŁOWIEKa OKO", ale waży 1,5 Mb, czyli pomysł nie jest
realistyczny. Jest w Kreuzbergu wszakże świetna meksykańska Acapulco trawa.
|
| 13.02.05
Byłem tylko parę dni w kraju, a wiem, że będziesz wkrótce wybierać. Nigdy
nie brałem udziału w wyborach - ale pytam Ciebie: nie ma w Polsce uczciwych
ludzi? Czemu wybierasz do władzy wódczane kanalie, kapuściane głąby?
|
| 14.02.05
O drugiej w nocy pada śnieg, od paru dni na przemian kląskawica i śnieżyca..
Chodziłem długo zdrowy! Zawstydza, co zrobiłem w malarstwie i pisaniu
- nie pomogą tu komplementy. Potrzebuję czegoś na uspokojenie. Nie mam
żadnych pigułek poza LSD. Wypiłem butelkę wina w trakcie ośmiogodzinnej
korekty powieści. Wiesz, urodziłem się w porę, aby poznać śpiewanie kul,
rozbłyski wspaniałe na niebie od strzelających katiusz - myślałem nawet
wtedy, że dorośli robią co mogą, aby mnie uwrażliwić na piękno! Dokąd
z tą wrażliwością, gdy w tumanach śniegu wiatr świszcze?
Wkrótce prace rozpocznę nad drugą wystawą. Mam wrażenie, że na pośmiertne
wydanie przygotowuję książki, bo wydawcy zawodzą. Jakże się nie cieszyć!
Wymienię dla Ciebie:
'REPORTAŻ z Nieskończonej Podróży' - wiersze i obrazy.
'KOŃKUT, który był człowiekiem' - poemat.
'CZŁOWIEK OKO' - powieść.
'LUDZIE w Kreskach i Słowach' - portrety i wiersze.
'AVADHOOTA GITA' - przekład.
'RESHAD FEILD' - przekład.
Wbrew sobie mam dowód, że człowiek koroną stworzenia. W ciemności twoje
moje oko reaguje na pojedynczy foton. Lepiej nie można, ale w czym ci
to pomoże? Nie potrzebuję widzieć; wiem. Penetruję światło, skazany na
ciemność.
Jest dużo obrazów, których jeszcze nie ma. Czają się na granicy widzialnego
i przejawionego, gotowe Ci skoczyć do oczu, kiedy nadcicha ból. |
| 16.02.05
Dzisiaj dokonał się - z pomocą po kolei Vero, Rainera i Petry wybór czternastu
największych obrazów na drugą wystawę. Zrobiłem już w listopadzie fotos
wielkiej hali wejściowej domu Friedrichstrasse 200; dzisiaj wszystkim
ścianom przydzieliłem obrazy - na razie w komputerze. Czternaście, mój
pech, że wszystkie stare; na wystawianie nowych nie ma warunków - a chciałbym
wreszcie wystawić Obiekty.
Miałem dziesiątki wystaw po drodze, ale wystawiłem tylko jakie 25% twórczości.
Nic w Polsce! albo tyle, co nic. Trzeba będzie w tym celu pożyć długo?
wiecznie?
Dobrze, że jest INTERNET. Możesz co nieco widzieć. Polskie stronice są
u góry w statystyce! potem angielskie i dopiero niemieckie - trzeba Ci
wiedzieć, że prawdopodobnie za niewinne marihuanowe żarty skreśliły mnie
z indeksu wszystkie niemieckie wyszukiwarki. Ale skoro jest Google i Yahoo!
- kto by się martwił!
Witajcie polscy goście!
Żyję od 1970 przeważnie z dala, a kraj bliski jak serce. W 1979 w West-Berlinie
miałem jeszcze program; brzmiał pozytywnie: - NIE UMRZEĆ W BERLINIE !
Dzisiaj chcę tylko coś wystawić, wydrukować, program do jutra; życie jest
tycie! Nie troszczę się o umieranie. Kochani, nie uchodzi! nieśmiertelni
mają lepsze rzeczy do roboty. |
| 17.02.05
Napisałem kiedyś bajkę o parze kochanków; oto delikatna Frenia i mocny
Schizo znowu buszują razem, a kiedy się łączą w miłosnym uścisku - tęsknię
do porady lekarskiej. Trudno mi się dziwić, łąki podmokłe, słońca za grosz.
Te moje największe obrazy to zaledwie 2,5 x 2 metry; obracam już nimi
i odkurzam; mierzę boki, ustalam, ile potrzeba drewnianych listew na oprawienie
wszystkiego. Haki, klamry, druty. Nuda po pięty. |
| 18.02.05
Hej - nie przegap! już od paru dni jest tu kompletny przekład Avadhoota
Gita. Oto dlaczego beztrosko mogę obracać płótnami - jedna praca
życia dobiega/dobiegła końca. |
| 20.02.05
Pozdrawiam Cię przy niedzieli. Świątek czy piątek, wszystkie dnie w pracy.
Umyłem z rana parę płócien, poszedłem na spacer i kawę w Zaświatach; w
powietrzu odwilż i zapach nadchodzącej wiosny. Po powrocie kilka płócien
umytych wraz z córką; teraz przyszły koleżanki i w jadalni ma miejsce
trening tańca; przymusowa chwila odpoczynku dla mnie. Bolą rozkosznie
mięśnie. To już chyba z 5 miesięcy bez żadnych lekarstw; częste są dnie,
gdy zapominam o sercu; boli mniej i niech tak do końca.
Tyle o radościach - zaproponuję teraz dziewczynom wspaniałą jarzynową
zupę, którą ugotowałem wczoraj i kaszę jaglaną z algami do tego. Mnie
też się należy śniadanie o zmroku. |
| 21.02.05
Płótna stoją wszędzie, obracam nimi; przychodzi kolega, mówi ze współczuciem
dla mnie:
- Na takie malarstwo trzeba dużo czasu...
- albo trochę wieczności - wtrącam.
- ... a zwykły człowiek się w tych czasach śpieszy. Musi
zarobić na rodzinę, krzątać się, uczestniczyć w masie spraw. Zwykły człowiek
nie ma czasu na sztukę.
- Andrzeju, a cóż mnie obchodzi zwykły człowiek? - odpowiadam.
- Zwykły człowiek jest do wymarcia!
W naszym domu będą wiosenne zmiany. Jest obszerny, mieszkam
z córką, jeden duży pokój wynajmuje od 5 lat Rainer. Wyprowadza się na
PrimaAprilis; znalazł fajne mieszkanie w sąsiedztwie. Veronique córka
chce zachować w domu charakter komuny, co praktyczne, bo czynsz genialny.
Od tygodnia majaczą propozycje bliźnich. A dzisiaj się dzieje beze mnie
wszystko; wyrok już zapadł - bez procesu. Opowiedzieć?
Po paru godzinach pracy zrobiłem sobie herbatę Kukicha (japońska
- gałązki 3-letniego krzewu herbacianego bez kodeiny / kofeiny), usiadłem
owijając się kocem i wziąłem do ręki 'Krótką historię wszystkiego' Ken'a
Wilber'a po polsku, którą kupiłem w W-wie przed paru laty, ale nie czytałem,
bo oryginał przyszedł w tym samym czasie. Wszakże zanim nacieszyłem się
kolejną porcją cudowności - wszedł Rainer; nieco zakłopotany, koperta
i złożona kartka papieru w dłoni.
Znasz Api z moich stron, jeśli je znasz. Była dziś o poranku;
zrobiła mi zakupy dot. wystawy, jak zwykle od 10-lecia troszcząc się o
wszystko, pomocna do utraty tchu. Zostawiła Rainerowi na biurku list,
z pytaniami o 'jego' pokój, gdzie chce mieszkać. Już przed rokiem chciał
się wyprowadzać - i wtedy Api zdecydowanie odmówiłem. Dlaczego? Aby sobie
np. nie ułatwiać życia - wyobraź sobie tylko, przychodzi po treningu,
bierze prysznic, wychodzi z łazienki po krótkiej chwili, a ta lśni przedustawną
czystością. Jest zupa na śniadanie; zjada z apetytem, zmywa nie tylko
miskę, ale momentalnie całą kuchnię; przed wyjściem zbiera śmiecie czy
szkła, wrzuca po drodze do śmietnika. Na stole zostawia kwiatek. Pali
tyle, co skręta tu czasem, nauczyłem ją czerwonego wina; nie zna alkoholi.
Ciekawe to - ale napisała tysiące stron, więc kiedyś poznasz ją lepiej.
Rainer nie rozkłada kartki, nie czyta jej - czuje przecież
i wie: obchodzi mnie ew. list adresowany do mnie. Doradza, wstawia się
za Api, ona będzie dla domu najlepsza. Acha. Zostawia mnie w uścisku koca,
czytam trochę Plotyna i o nim, przychodzi córka ze szkoły. Opowiadam;
myślałem przed rokiem, że sprawa załatwiona, Api uznała zasadność mej
odmowy, i basta. Vero natomiast, że Api jest jak starsza siostra, mogą
ze sobą mówić o wszystkim czyli o kobiecości, że jeśli ktoś ma z nami
mieszkać to tylko ona. - Przecież masz do niej kompletne zaufanie, przecież...
- mówi.
- Ty wiesz, że kompletne zaufanie mam do wszystkich, to nie
jest argument - mówię. Ale myślę, co jest.
Kolega mówi, że się na tej stronie rozpisałem i znacznie znacznie
znormalniałem. Rozpisałem się - po przepisaniu 'Człowiek Oko' mam ochotę
pisać. Znormalniałem, bo nie mam o czym pisać. A strona - na której do
ciebie tu piszę - jest nr. 1 w oglądalności, czyli nie mam wyjścia. |
| 22.02.05
Nuda po pięty; pytałem siebie i wyroczni - wypada, że nie udzielę mieszkania
Api. Chyba nie chcę żyć wśród bab! oto wniosek pracy mentalnej dzisiejszego
dnia.
Miałbym Ci może historyjkę do opowiedzenia. Poniżej widzisz, że mam etyczne
i materialne problemy związane ze sprzedażą/wyceną obrazów. Przychodzi
Ewa na temat. Przypadki: ktoś chce kupić jej obraz, po angielsku, więc
pokazuje mi mail od kogoś, pyta co z tym zrobić. Czytam długi tekst, nic
ci do tego, ale pod spodem widzę jej tekst, mail który wysłała trzy dni
wcześniej! To dotyczy nas wszystkich. Co ona pisze komuś, ktoś chce kupić
jej obraz? Cytuję dosłownie, z zastrzeżeniem, że prawa autorskie do Ewy
należą:
- Ale ja nienawidzę pieniędzy i sprzedaży obrazów! Kup sobie
raczej psa, który będzie cię słuchał! |
| 23.02.05
'Trilok Gurtu Collection' nazywa się CD, której słucham po północy dla
nowego dnia. Polecam serdecznie.
Ewa przyszła popołudniem, zasnęła na sofie - od stóp do głów ze mną a
jednak z daleka, czemu się nie dziw, bo jest jaka jest. Blisko bo stopy
w skarpetkach ode mnie, pod głową moja poduszka. Mówię przecież, że od
stóp do głów. Nie dość, że samotny, to jeszcze bez poduszki!
Stawiam kropkę, zamyślam się, co dalej. Przecież żyjemy w czasie, jutro
jest dzisiaj, wczoraj go dotyka. Dotyka mnie noc nieskończona. Śnieg padał
dzień cały, nieskończoność jest biała. Odpoczynek dla ducha. Bo duch patrzy
przez oczy - nic innego przecie! Dziwi się, co widzi. Biel jest blisko
światła, z którego wszystko. A Trilok Gurtu gra i śpiewa nieskończoną
tęsknotę do światła. W pryzmacie muzyki światło rozszczepia się na pojedyncze
instrumenty. Kto gra na saksofonie? Bolesna miłość do życia.
- Może coś na pociechę?
- Chętnie, ale o czym? Śnieg pada wciąż jeszcze, wszystko
opromienia pustka, z której wszystko. Wyrażam się jasno, gdy tak mówię
o bogu?
Wczoraj było straszne, jutro nie obiecuje zmiłowania. To cały kosmos wykonuje
pracę. Bywa, że człowiek współbrzmi z muzyką, która jest. Mogę pójść na
spacer w śniegi, zmęczyć się do utraty tchu, zasnąć jak brat kamień. Mędrzec
asceta stwierdza, że wielość to jedno. Współczująca troskliwa stwierdza,
że jedno to wielość. Już chyba się nie przebudzę, pójdę raczej pospać.
Takie noce były w każdym wieku. Blisko nieskończoności, że na skórze dreszcz.
A jednak w sobie, nie wszędzie. Samotna istność powstrzymuje ocean ekstazy.
Chyba się wzruszam tej nocy. Jeszcze nie wiem, co jest, ale jest z potęgą,
co zmiata wiedziane. Przypływ może nieść na ocean; oddam się fali, stracę
cię z oczu.
Chorągiew całopalnego błękitu, niewiedza bez lęku, śpiew ciemności, śmierć.
Cicho, przymiotniki! do kąta! |
| 24.02.05
A cóż to za straszne wieści z Warszawy! zamordowany Zdzisław Beksiński
wielki polski artysta! Byłem kiedyś w Polsce, zabrał mnie do niego Henryk;
ciekawe rozmowy i pokazywanie obrazów; moje poczucie niezwykłości człowieka
i współczucie dla jego psychicznej gehenny. Nigdy nie wiadomo, czy pożegnanie
nie jest na zawsze. Miałbym tu straszne słowa do pisania, gdybym słuchał
natchnienia. |
| 25.02.05
Nic do napisania. Wiersz? Wiesz, kiedy otwiera się wielkie dzieło, jak
tu T. S. Eliota - przed oczami pojawia się, co stosowne - samo:
Po czerwonym blasku pochodni na spoconych twarzach
Po mroźnej ciszy w ogrodach
Po agonii w kamiennych miejscach
Po krzykach i szlochach
Więzienia pałacu i echu
Pioruna wiosny nad dalekimi górami
Kto był żywy teraz jest umarły
My którzy żyliśmy teraz umieramy
W niecierpliwości |
| 1.03.05
Śnieżna zima w Berlinie, późną nocą jasne od księżyca niebo, o poranku
olśniewające słońce, poza tym ciągle pada śnieg. Długi spacer rozluźnił
mięśnie sterane dźwiganiem płócien. Świat zdawał się długie chwile przećmiony
śmiercią Zdzisława; od dawna go pozdrawiali umarli; nie widzę w tym powabu;
zmęczenie pracą fizyczną przywraca równowagę umysłową. |
| 2.03.05
Vero dziwi się głośno, co tatuś z Ewą całymi dniami i nocami nic a nic
nie robią.
- Tatuś - mówi córka, - kiedy do mnie przychodzi Henry, to zamykamy drzwi
i robimy to wszystko, co nic nikomu do tego! A wy? Nie zamykacie nawet
drzwi! nic nie robicie? leniuchy? |
| 4.03.05
Są objawienia, nie ma zbawienia!
Przepraszam licznych zawiedzionych gości, co
nie znajdują już Atlasu Anatomii, Filmów i paru innych stron
wisarts. Muszę odciążać website - taki cudak!
inni walczą o oglądalność - ja ograniczam, jak mogę. Więcej gości, większa
traffic, koszty. Nie moja wina, że wolę czerwone wina.
Odciążam też siebie i dom - od gości! Od męskich gości,
żeby być ścisły w definicji. Przynoszą swe świństwa i szczodrze dzielą
się umysłową papką. Danie nazywa się 'móżdżek po polsku'. Recepta na papkę?
Weź kawał ćwoka, zmieszaj z nieukiem, podlej ślinotokiem.
Jeszcze raz otwieram nocą komputer - to żądza uściślania definicji ! Odciążam
się od męskich polskich gości! |
| 5.03.05
A może, gdybym nie był gupkiem w życiu - wcale by mi nie wyszedł ten cudny
kontrast szarego błękitu z olśniewającą przezroczystością różu?
Stworzyłem te obrazy, aby ktoś mógł mnie rozumieć.
O świcie można dotrzeć do serca muzyki.
Dzisiaj nie zdążę, ale jutro, pojutrze! swoją autobiografię chce opowiedzieć
mój wskazujący palec. Wspomniałem? nie wiem, posługuję się pamięcią
jak francuskim kluczem - niby jest wśród narzędzi, ale nic się nie psuje,
więc wcale nie sięgam. Idę spać - palec będzie mi opowiadał, co, gdzie,
kogo dotknął i jak; przeczuwam różowości w opowieści! |
| 6.03.05
Dialog z córką:
- Veronique, proszę gasić telewizor, dosyć na dzisiaj oglądania kurew
i złodziei !
- Tatuś, ja też cię kocham. |
| 7.03.05
Zaczyna się poniedziałek, zapytać na początek dnia - ile odcieni szarości
możesz znieść w swym życiu? Mój komputer dysponuje 256 odcieniami
od bieli do czerni. Równocześnie - zauważ, to odnosi się do twego życia
- komputer dysponuje 17,6 milionami kolorów. Wiesz własnoocznie, co wybierasz!
Groza w wariatkowie. Połamałem zęby trzy w jeden tydzień, unikam kochanek,
mam o ósmej rano wizytę u dentystki. Ooooooooczami ducha widzisz te wiertła,
szlifierki, masy plastyczne, zastrzyki? Współczuj i wzdychaj.
Co mówię sobie? - Czuj, nie zdychaj! |
| 8.03.05
Zanotować, jak piosenka człowiekiem się staje. |
| 9.03.05
Dlaczego Bóg popularny wśród wyznawców religii? Bo przebacza grzechy.
W porządku boska natura. Ciekaw jestem, czy zapomina te grzechy. Na obraz
i podobieństwo stworzony, pyta się zatrwożony, który się uczy wybaczać,
ale pamięta wszystko!
Miłość i wojna mają zawsze rację.
Wstrząsające w TV wiadomości wojenne. Wstrząsają codzienne - więc mną
telepie. Tzn. ogólnie - bo szczególnie właśnie przestało. Mam znowu zęby
i jadłem na obiad sałatę, do której tęskno było od tygodnia. Śmieję się
z siebie - nikogo nie straszę.
Ona zasnęła na sofie wieczorem, zaraz po sałacie z winem. Znużona i spięta,
ale wystarczył delikatny dotyk, och, żadna pieszczota, ledwie opuszki
palców muskające delikatnie powieki, policzek, wargi; oddech się wydłużył,
dreszcz rozluźnił ciało. Podsunąłem poduszkę zamiast mej piersi, wstałem
do herbaty. Włączyłem komputer, piszę. Córka ma gości, oglądają kino;
widząc, że miła zasnęła, przyniosła kołdrę i otuliła ją. W muzyce Eric
Satie, wczesne piano utwory. Czujesz ten relaks północnej chwili?
Podałem wodę roślinom - komu jestem codziennie wdzięczny, że nie strzelam?
|
| 10.03.05
Tęskniłem do głupoty, bo taka ludzka - no to ją mam osobiście! Nic lepszego
do przykrycia kocem snu o północy - tyle na dzisiaj erotycznych zwierzeń.
Ból mniej w życiu przeszkadza niż bieda lub bogactwo - w sensie, że ból
nie ogranicza rozwoju. Bieda ogranicza depresją, bogactwo - dekadencją.
Wiesz, co lepsze? Twój wybór się dokonał? Dreptanko? Żadnej nadziei dla
kołodziei?
Widziałem po drodze: wielka Groza trzymała za rękę maleńkie Piękno. Szli
w stronę śmierci. Poszedłem na kawę gdzie zwykle. Gazeta jak zwykle. Wiadomości
jak zwykle.
- Czy naprawdę życie jest linearne? - pytam się ciebie, jakbym nie wiedział.
Błogosławiona niewiedza, spanko w łonie świata. Urzeka mnie zwykłość;
jeszcze trzy wcielenia a będę przemykał przez życie niezauważalny, normalny. |
| 11.03.05
Patrzyłem gdzie byłem - wśród zapisków 'Tu i Teraz' sprzed trzech czterech
lat. Malowałem życie zupełnie inne.
Będzie spokojne i piękne, kiedy mnie nie będzie - za jakie trzy cztery
tysiące lat. Czas nie gra roli, życie - nieskończone. Niie wiem którędy,
ale nigdy nie zapominam skąd, dokąd i po co podąża.
A co z tobą? znasz sens wszystkiego? żyjesz w świecie sensu? |
| 16.03.05
Jako młody chłopiec poszedłem z kimś do Mirona Białoszewskiego;
studiowałem filozofię na UW, pisałem wiersze, Miron wielki poeta, oczekiwałem
nie wiadomo co. Rzeczywistość sroka (czyli sra z wysoka). Poeta odpoczywał
w popołudnie pod wielką czerwoną pierzyną; zawahałem się, czy nie przeszkadzamy
(czujesz kurestwo liczby mnogiej?), ale Miron uśmiechnął się, wyjął spod
pierzyny półpustą flaszkę czerwonego wina, pociągnął sporego łyka, wskazał
flaszką na Kajetana, powiedział:
- Jakbym ja był takim eleganckim młodym człowiekiem,
to by mnie stać było na czerwone wino.
Kolega się zrobił czerwony. W pokoju Mirona nie było nic poza wyrkiem
i czerwoną pierzyną. Zaświadczam, nawet piec mu zabrali, została tylko
szara naga jama. szarana gajama. sza rana gajama!
Dlaczego się wzruszam? A co mam do roboty? piję czerwone wino z dzioba
bo nie chce mi się iść po kielich do jadalni - czy dlatego wspominam Mirona?
Przetrwaliśmy z mistrzem do wieczora, kiedy robił teatr z tą piękną, co
nie wiesz zapewne. Kropka. Piękne są śmiertelne, robią się stare pudła;
wiesz po sobie. Teatr nie przemija, kosmiczna gra chce mnie i ciebie.
Ale właściwie chciałem się zwierzyć na temat - jak dobrze być artystą.
Tzn. wstałem o ósmej rano, wziąłem kąpiel ziołową gorącą, a jak wyschłem,
znowu zasnąłem długo - nie w łóżku! - w pracowni, by się nazywało, że
coś się dzieje. Obudziła mnie dzwonkami trzema piękna dziwożona, wcale
nie obrażona, jak by mi się ew. wydawało, skoro. Wręcz przeciwnie. Wręcz?
Kojarz, co chcesz. Właściwie chciałem napić się kawy, więc wkrótce na
spacer - najdłuższy się okazało, bo wiosna szaleje. Przy kawie dziwożona
wskazuje kobiety dziewczyny, mówiąc:
- Wiesz, co one mają w głowie? To, co ty masz między
nogami! -
jeśli mnie czytasz, wiesz, że ja wiem. Szkoda, że tak późno, gdy mniej
apetytu na rozkosze zmysłów.
Fajnie, idziemy na najdłuższy spacer, ona wie, czego trzeba wiosennie.
Ależ dziwne! Lubimy się bardziej niż kochamy - a co na spacerze, gdy ona
trzy razy młodsza, pięć razy piękniejsza(, choć żem wyspan ogolon ten
tego)?
- Niesamowite! - mówię, bo widzę spojrzenia mężczyzn.
- Co drugi facet chciałby cię wyruchać!
- Mylisz się, ja widzę dokładnie - odpowiada ona, -
każdy, nie co drugi! Nawet ty chciałbyś, chociaż nie wiesz!
Ma rację - każdy! Jestem pod nieustannym rentgenem, oni się siebie pytają,
co ona w nim widzi! postrzegam swe ubranie ulicznika, elegancję gupka.
Mówi także:
- Patrzą na nas i widzą jedno. A my jesteśmy dwoje!
Erotyzm jest piękny a samowiedza? Dziwożona komentuje wszystko co widzi,
z żarem niebywałym. Także mnie.
- Ty nie wyglądasz na biednego, - odsuwa się trochę,
patrzy obiektywnym okiem - ale nie wyglądasz, jakbyś był bogaty! Nie wydajesz
się głupi, ale jak się człowiek przyjrzy to stwierdza, że nie wyglądasz
na mądregp. Wiem, ile masz lat, ale wydajesz się chwilami za młody dla
mnie, mogę cię zepsuć.
Nie jest zakłopotana. Przyjaźń czy miłość, gupi pyta. Widzisz, jak ciekawie?
Troszkę cierpliwości, a nie będzie mdłości.
Żeby się ci nie zdało, że jest idyllicznie - dodam, że wczoraj powiedziałem
Api a dzisiaj córce, że jedyne podanie, jakie napiszę do właściciela domu
- to, że wymawiam kontrakt! Wybywam stąd - do nikąd. Troszczcie się o
siebie, póki sił. Robię tu jako sroka, czyli sram z wysoka. |
| 17.03.05
Przepraszam licznych zawiedzionych gości, co nie
znajdują już Design, Free i paru innych stron wisarts.
Muszę nadal odciążać website (patrz więcej w dniu 4.03.05). |
| 18.03.05
O północy mam tylko Ciebie do towarzystwa. Słucham Grateful Dead jak przed
30 laty; wątpię, czy kiedykolwiek możesz mieć właściwe środowiskowo-kulturalno-psychologiczne
warunki, aby to naprawdę słyszeć. Hej! do Ciebie mówię! Chyba, że się
postarasz. Albo jesteś z tejże rodziny.
Patrzę na obrazy sprzed 20 laty - bo odwiedziła mnie Petra, a przecie
trzeba wybrać 50 nie-dużych obrazów na trzecią wystawę, o której jeszcze
nie piszę, więc podałem jej z regału pierwszą dziesiątkę jak leci, teraz
stoją w pracowni i jadalni, skromne w prawdziwości. Oświecają głupka we
mnie - który dał im światło.
Szczęsny dzień w akompaniamencie potwornych bólów. Tylko miłość pozwala
na trwanie. Bóg patrzy, jak dziecko trwoni radość na nic i przemienia
ją w szczęście. Nie mnie orzekać, czy mu głupio.
Moje trzy panie były dziś wszystkie, wszakże bez erotyzmów. Bo tłok i
bóle. Brandzlowanie się mózgiem. Ona zapewnia, że to podstawowy seksualny
organ; używa go bez umiaru. Zapewnia, że kocha kobietę we mnie. Jest lesbijką
z jedynym wyjątkiem; ach, wszystko się jej udaje, dopóki mi staje. Jak
później będzie - jeszcze nie wiem. Ale uczucie mam dla innej, opowiem
Ci nieraz.
Wiosna idzie, grawitacja działa przemożnie, przecież chciałem o czym innym.
Czy sobie przypomnę? Na tę samotną specjalną chwilę z Tobą odkorkowałem
trzeci raz dzisiaj wino czerwone. Żadne tam chlanie - pierwsza flaszka
popołudniem z Api i Rainerem, druga z Petrą w intelektualnym uścisku.
Anja nie pije wina, nie pali jointów ani papierosów.
- Mam sekretne gruczoły - mówi - moja łechtaczka wymaga, bym żyła czysto.
Ekstaza nie znosi alkoholu albo lsd. To instynkt świetlny i boski. Czujesz,
jak się na ciebie kieruje?
Nie wiem, co czuję. Nie widzę powodu, aby się tym zajmować. No! dobrze,
że poszła, niech świeci swej damie. Jutro jej powiem, że jest jak woda
- płynie najniżej, gdzie można.
A wielość światów? Ha, może dla Ciebie, w każdym razie dla uczonych, inteligentnych,
co najmniej posiadaczy. |
| 20.03.05
Niedziela słoneczna bez umiaru, niebo przezroczyste upstrzone tylko smugami
kondensacji gazów po przelocie samolotów, ptaki ćwierkają pracowicie.
A nocą idzie mróz, ledwo zdążyłem się zmiarkować wczoraj, aby zabrać oleandry
z balkonu do łazienki; już przymarzały do podstawek.
Zmęczyło mnie wczorajsze odrabianie lekcji; parę godzin nieskończoności.
Potrzebne Ci czasem takie doświadczenie? lecisz w dół z werwą samobójczą
- nie po to wszakże, żeby się rozbić - aby odbić się od dna. Im niżej
dno, tym wyższe odbicie. Choć życie nadal tycie-tycie.
Lekcje obowiązkowe skończyły się naturalnie, kiedy przyszła Ewa. Na rozgrzewkę
krytykuje mnie agresywnie dobre pół godziny; np.:
- Kto to widział, aby u malarza był taki porządek! -
woła. - Byłam w setkach atelier, wszędzie króluje chaos, brud i nieporządek,
a u was?! Chodzi się w białych skarpetkach, okna lśnią jak liście roślin.
Przyznaj się, właśnie je myłeś! Co z ciebie za artysta! Jak można być
twórczym w takich warunkach?
- Ja też odwiedzam pracownie, widzę chaosy i syfy. Czasem
współczułem artystom, że żyją z wolnej woli w gównie - odpowiadam jej
teraz; taki bywam powolny, gdy trzeba pomyśleć. - Właśnie to przemyślam,
i moje współczucie zmienia się w zazdrość. Oni mają cudnie wszystko poukładane,
w głowach czystość, w sercach niewinność, brylanty nie ludzie! Ja, który
rozpoznaję swe świństwo, nie mam wyboru w tęsknocie do człowieczeństwa,
muszę pucować i myć. Jak być twórczym w takich i innych warunkach? Nie
mam wyboru, to natura działa, zwłaszcza gdy nie napotyka śmieci, z natury
jestem kreacyjny, więc rusza się pędzel, stuka klawiatura.
Mówię Ewie, że jej do twarzy z agresją; jeszcze jeden czy dwa żarty, robi
się słodka trzpiotka. Też do twarzy.
Wieczorem; dwa spacery w pięknym dniu, przygotowanie pierwszych 20 małych
płócien; nadal straszne bóle kręgosłupa ale nie ma przeproś; podejrzewam,
że nie będzie lepiej, a obie wystawy mają wisieć na Prima-aprilis! Serce
bije dzielnie jak otwarta rana. Córka pracowała noc jako kelnerka; potem
w domu z Sarą oglądanie DVDs do południa; dzielna, póki nie padła. Budziłem
ją po paru godzinach; pokój w potwornym upale, bo okna zamknięte; wstała
z bólem głowy i gardła; przyszedł Henry i uczą się do klauzuli. Podejrzewam,
że nie wyjdzie z łóżka parę dni. Odpukać w niemalowane czoło.
Acha, więc myłem obrazy, teraz najmniejsze, poniżej metra. Podzielę się
z sobą uwagami: malowałem dziesięciolecia z szalonym natchnieniem, w energii
i zachwycie. Panie święty, cóż to się nie zdawało! - że niosę ludziom
światło, tworzę wielkie dzieła. Dziś widzę, tego niedużo - ot! dwie setki
obrazów jako takich. Niosę - co jest bez miary i wszędzie, także beze
mnie.
Wielkie były tylko uniesienia. Nie ma rozczarowań. Wciąż mnie zachwyca
to i owo chętnie. Zachwytem chciałem Cię obdarzyć. A przecież on zawsze
i wszędzie, dostępny jak przestrzeń. Czyli w co ja się wdałem, gdy sztukę
wybrałem?
Oj dana dana, śmiechu po kolana!
O, kiedy mnie wreszcie pan Budda obuddzi ?! |
| 21.03.05
O północy (jako i poranku) nacieram mięśnie i kości maścią z pszczelego
jadu, niech się grzeją. Tańczę wściekle do 'Tosca' Suzuki. Słodko samotnie,
wolę być z Tobą niż ze wściekłymi babami. Dementium clitoris. Tak
nazwę kobiecą chorobę, co wiosną się szerzy i rozdziawia.
Mówi cham: - Szukam panny do wanny. - Ach! - nadaje Stach. - Yes! - odszczekuje
pies.
O, gdyby być końcem dobrze zatemperowanego ołówka ! Przekreślić niesprawiedliwość,
wojnę i głód !
Chciałem Ci coś pisać ale się wzięło spierdziało, choć nie miało być o
polityce. Naparzę herbaty dla taty. Do głowy czy gdzie ma wrócić ta myśl,
potrzebna Ci jak dziura w kieszonce?
Masz trochę czasu na zbawienie? Weź pod rozwagę koan Zen; że próbuję
go sformułować po polsku.
- Jeśli wszystkie rzeczy wracają
do Jednego, dokąd wraca Jeden?
Wyobraź sobie, jesteś studentem Zen-buddyzmu. Dostajesz koan od
Mistrza. Siedzisz w Za-zen pięć dziesięć lat, gdzie czas się nie liczy.
A przecie odpowiedź jest oczywista jak słonko na niebie. Ani słowa więcej
- to Twoja najbardziej osobista sprawa. |
| 22.03.05
To chyba wiosna nastała, taki-m zdrów i tak nagle, zakochany w trzy strony,
w niczym nie spełniony. Malarstwo, że o dupę potłuc. Przeszłość załgana,
przyszłości żadnej, kukuryku, bo słonko. Córka zdrowieje ze strasznej
anginy, jeszcze chrypka, a już się na mnie drze; Ewa zasnęla na sofie,
zanim ukochałem. Nic, tylko marzyć! Dla ciebie. Powiedz, o czym - nim
północ zadźwięczy, pomarzę na nutę tęczy. Sentymentalny przymrozek, iskrzą
się gwiazdy, księżyc okrągleje - wszystko po nic! Nic - ojczyzna wszystkiego!
jakby co komu do tego.
A gdyby wiersz napisać? Ale jako tak? bez intencji, zamiaru, przekazu?
bez wyrażania się, bo nudne; bez uniesienia, bo złudne?
żadnej klęski, uczucia, ofiary, kubka z czarną sadzą ani uda białego?
O czym dzisiejszy wiersz, którego nie ma?
Cuda nieprzejawione, szklanka wody, miłości spełnione; okruchy chleba
na stole, okno otwarte na tajemnicę. Podnieś twarz z głębin niepodległego
serca, sztandar barw niepokalanych z inicjałami oczu. Teraz jesteś ze
stepu i wiatru, szumu fal, tętna końskich kopyt; twoje ciało z miłości,
twój umysł z zachwytu, twój duch calutki z czegoś, co rozpoznasz. |
| 23.03.05
Dzień zachmurzony, nieco cieplej, ale nadal pączki listne na drzewach
zamknięte. Porankiem podaję córeczce herbatę z kwiatów lipy na poty, skoro
gardło mniej boli; zasadnicza rozmowa nt. życiowe; ma dziewczyna problemy
ze szkołą, przyjaźnią, miłością, finansami i tatą. O problemach nie opowiem
w respekcie dla prywatności. Potrzeba wielkich przeżyć wrodzona, może
genetycznie uwarunkowana, z pewnością kulturalnie - jako, że tata kantata:
nadaje życie długie! Spłakało się dziecko z okazji. Me dobrotliwe słowa
przerywa telefon; w rozmowie już się śmieje, jest lepiej. Dzwonek do drzwi,
oto trzy koleżanki, od których biedna się oddalila w narzekaniach; biegnie
więc od telefonu do łazienki, aby umyć buzię; w 5 minut dzwonek do drzwi
- oto czwarta najbliższa koleżanka z braciszkiem Dilil. Pełny pokój gości.
Część problemów załatwiona od zaraz, ledwie miała czas nazwać.
Mam receptę szamana, który żyje we mnie, na kłopoty życiowe zdrowotne
psychologiczne mej córki. On uważa, że to świetna dziewczyna, ledwie o
centymetr oddalona od codziennych spełnień i nowych wyzwań. Recepta prosta,
składniki dostępne. Zapiszę, zanim jej powiem.
- Stań się czujna, poluj okiem i umysłem wokół i dalej.
Poluj na wszystko, co jest do zrobienia. Niech strzała z łuku czynu twego
powala celnie codziennie zwierzynę robienia lekcji i prawa jazdy, prania,
sprzątania, zakupów, zmywania, planowania wakacji. Rób to, co najbliżej
do zrobienia, a będziesz miała czas na polowanie dalej.
- Bądź przytomna temu, czego nie znasz - w historii, astronomii,
elektronice, kulturze, fizyce cząstek, w naukach społecznych i świętych
księgach; poluj na wiedzę. Niech strzała z łuku czynu twego powala celnie
codziennie zwierzę nieznanego. Odkrywaj wielkie horyzonty, są przesłaniane
przez malutką niewiedzę.
- Miej respekt dla ciała; myśliwy używa je mądrze, by
przeżyć. Daj mu zdrowe czyste pożywienie, niech twoja młoda krew odnowia
się w codziennej radości. Użyj wiedzy, która w tobie jest. Poluj na wszystko,
co czyni cię zdrową, piękną, mądrą.
Może to prościej sformułuję, zanim koleżanki wyjdą; tymczasem poleżę,
dam sercu odpocząć.
Cori przyjechała wczoraj do Berlina i robi wraz z Rainerem przeprowadzkę;
kartony i rzeczy śmigają licznie. Api żyje trwogą na mieszkanie z nami
- bo udzieliłem pozytywnej odpowiedzi. Zdaje się, będę mógł być dla niej
lepszy z bliska, niż przez lata, gdy wpada tak często. Skoro życie to
eksperyment - dowiemy się później. |
| 24.03.05
Po północy apeluję do Veronique, żeby spać, skoro zdrowa. Zaraz mnie posłucha.
Cudna dziś powtarzalność zjawisk; śpią Cori i Rainer po dniu przeprowadzki,
Ewa zasypia tuż obok w nadziei, że muzyka nadal głośno jak można. Wolny
do szpiku kości. To 'Oliver Shanti Project - SHAMAN', jakby Ci się chciało
słuchać. Muzyka energii, kontemplacji, wniebowstępowania. 'Delikatny grzmot'.
Nie mam pytań, nie oczekuj odpowiedzi. Nic do roboty w tej porze. O czym
marzyć? Nie wyszło mi z pokojem na ziemi, mądrymi rządami, współczuwaniem
wszystkich. Może skromniej trzeba, osobiście, skoro wpływ na ogólne jest
żaden? Wiosna sponsor wspomoże mnie może w projekcie - stać się przezroczystym,
żeby przeze mnie było widać niebo. Cóż innego mogę dla Ciebie zrobić!?
Mam zdrowy stosunek do przyszłości. Osobista nie obchodzi wcale, bom chętny
na niespodzianki; ogólna jest wieloznaczna, nie ma powodu, by się w to
mieszać. Żyję w dzisiaj. Wiem teoretycznie, że była przeszłość, bliźni
tacy owacy skowyczą, że będzie przyszłość - a ja nie dowierzam! Kiedy
się nie obudzę, we dnie czy w nocy - zawsze dzisiaj. Nigdy nic innego.
Owszem, taki rolnik - sieje ziarno wiosną, czeka na zbiór letni; ma osobisty
interes w podtrzymywaniu czasu w istnieniu. Ja nie mam żadnego interesu,
rolniczego czy gospodarczego; zawsze mi wszystko jedno; czołgam się między
nieskończonościami na klęczkach, skoro buty przeciekają.
Nocny postulat bezczasowości nie jest akceptowany przez serce; twa głowa
też kiwa z dali przecząco. Pospać?
Dużo tu piszę, codziennie. Nieśmiały jestem tylko w lekcjach nienawiści.
Bywa totalna; zniszczyć wszystko, co jest, uprzątnąć śmiecie. Radzę, nie
znajdź się w polu ostrzału. Jestem przyjazny, lecz kule bezstronne, bezlitosne.
Jak zdefiniować szczęście? Jest tym, czego mi brakuje.
Pójdę już spać o czwartej rano. Nie mam szansy, aby Ci się przyśnić. |
| 29.03.2005
Dlaczego bywam niegrzeczny, jak powyżej? Bo jestem. |
| 1.04.2005
Opóźnia się moja druga i trzecia wystawa; dopiero dziś jestem gotów z
płótnami, mając wszakże nadzieję, że coś się stanie i nie będę musiał
robić. Tyle o zaangażowaniu w sprawy materialno/artystyczne. Skoro wstręt
do świata.
Słucham i patrzę CNN i BBC, gdzie na okrągło o papieżu; spać się nie daje;
mam wrażenie, że wiele milionów Polaków nie śpi, modli się, żegna świętego.
Wyprowadził się Rainer z naszego domu; dziś zrobił renowację pokoju, do
którego wprowadzi się Api. Zachęcony pracami w sąsiedztwie odnowiłem wejściowy
korytarz; straszna jak na mnie praca fizyczna robi dobrze, że proszę więcej.
Chcę wiosną odnowić życie, robi to każda roślinka i krzak. Nigdy za późno,
pora zawsze jedyna! |
| 2.04.2005
Umarł, aby żyć wiecznie.
Umierał prosto, pięknie, heroicznie, jak żył. Największy nauczyciel wiary,
najbardziej znana twarz naszych czasów. Przywrócił Polakom poczucie godności,
ofiarował światu żywą naukę Chrystusa. |
| 3.04.2005
Chciał ustanowić na ziemi cywilizację miłości. Wprowadził ją do milionów
serc.
Otwarcie krytyczny dla komunistycznego ucisku i imperialistycznego wyzysku,
bezkompromisowy sługa wiary, wcielenie miłości. |
| 8.04.2005
Jesteśmy świadkami niezwykłych wydarzeń. Pogrzeb papieża. Oglądam setki
komentarzy telewizyjnych, wywiadów i wspomnień. Jan Paweł Wielki rośnie
po śmierci aż do nieba. Cóż może ci o tym napisać poganin? wzruszam się,
zadziwiam, Polska zdaje się bliższa niż kiedykolwiek. 35 lat zagranicą,
znowu kończy się ważność paszportu, trzeba wznawiać; zawsze takie praktyczne
kłopoty z polskością, ale nigdy nie brałem pod uwagę prośby o azyl lub
zmianę obywatelstwa. Veronique córka urodzona w Berlinie jest Polką, cieszy
się z polskiego paszportu, mówi świetnie po polsku. Odmówiła uczestnictwa
w religii szkolnej przed paroma lat jako ostatnia w klasie dziewczyna;
nauczycielem religii był obleśny pedał. Była poprzedni tydzień w Polsce
u rodziny wraz ze swym chłopcem; teraz wali z różańca zdrowaśki za papieża,
także za babcię, dziadzia, wujka, którzy umarli, jeszcze za rodzinę i
Polskę. Nawet poganin się cieszy - to może jej wyjść tylko na dobre -
ale pytam, co z fizyką i matematyką w szkole - bo przecież wiarę trzeba
wesprzeć wiedzą.
Dobrze, żyjemy w Europie, ogólnie zelżało. W dużej mierze dzięki papieżowi.
|
| 9.04.2005
Nie jestem ateistą ani też nie wyznaję żadnej religii; jestem kompletnie
sam w świecie i sztuce, którą robię - ale ze mną jest duch - mamy zawsze
absolutną większość! |
| 10.04.2005
Dzień i noc w muzyce Miles Davis. Przy niedzieli jako i każdego dnia robię
porządki i zwolna przywracam pracowni jej funkcje wrodzone. Ma służyć
malowaniu. Znudziło mi się życie wegetatywne, czuję się pełen energii,
zdrowy i zdolny. Jeszcze chwila tydzień ledwie, będę gotów. A jak zacznę
znowu malować, to będę miał co robić do usranej śmierci! |
| 15.04.2005
Od paru dni mam nic do pisania, więc wierszyk na wiosenną noc? Ale jaki?
Wybór muzyki byłby łatwiejszy... Patrzę wśród tomów; swoje znajduję głupie,
klasyków - niestosowne dla wiosennej chwili. Co począć?
Mija doba i druga, w gwałtownym podmuchu ciepła z południa eksplozywnie
rozwijają się listki lip, miodowe zapachy kwitnienia są obecne w powietrzu;
tyle zachwycenia i zadziwienia, że pytam się nikogo, gdzie miejsce dla
natchnienia?
Nie ma natchnienia. Ani do kochania, ani do pisania, ani do malowania.
Wygląda na to, że wiosna ma za wszystko starczyć. Jestem zapachem kwiatów,
który siebie wącha. |
| 19.04.2005
Olśniewające dwa dni upału w Berlinie, po czym ochłodzenie w powiewie
wyżu; słońce świeci jasno, wyglądam jak chłop, który wiosną cały czas
jest w polu, mówi Ewa, takim opalony. Więc będę się chwalił!
W sklepie spożywczym spotkałem Maćka malarza; brązowy jak ja, chocia tubylcy
wokoło bladawi; zamieniamy słów parę o zaletach zawodu z nienormowanym
czasem pracy. Kupuje piasek dla kotów, ja składniki do zupy. Dochodzi
właśnie na kuchni, będzie dla wszystkich kobiet. Ale nie o nich teraz.
Przedstawię Ci plan dnia. Wstaję o ósmej; prysznic, herbata zielona i
skręt, spacer, zakupy. A oto już słońce jest w pokoju jadalnym, więc otwieram
drzwi na balkon, siadam na poduszeczce za-zen i medytuję w blasku. Po
godzinie czy dwóch czytuję Avadhoota
Gita albo Patanjali. W południe słońce wychodzi z pokoju, więc kromka
chleba z sałatą i godzina pracy (w atelier, co po latach chaosu robi się
wielkie i jasne jak cały dom, pozbawiony kurzów i odnowiony). O pierwszej
słońce w mej sypialni ogląda mnie znowu, a kiedy odchodzi po trzeciej,
robię godzinę hatha joga. Potem do pracy! dzisiejsza zupa jest gigant.
Recepta? dwa rodzaje grochu gotowane na miękko, następnie dodanie kartofli
i marchewek, dodanie podsmażonych na patelni zukini, cebul, papryk, pora,
selera i tofu. Co? Recepta zawsze przypadkowa - w sensie, że bez planu.
W domu: Veronique uczy się i załatwia wakacje sobie i grupie w Korfu,
Api zamieszkała na dobre i czuje się jak u siebie w domu, ja jestem zajęty
przeprowadzką. Bez zmiany ciała czy mieszkania zanosi się zamaszyście
nowa inkarnacja - przeprowadzam się do siebie. Zdrowy jak pół życia temu;
serce pracuje świetnie nawet w krańcowym obciążeniu; ciało regeneruje
się jak drzewo wiosną. Prawda, soki krążą, mam zdrowy seks, ciekawe życie
uczuciowe, nowe doświadczenia zupełnie z kobietami. Nie wiem jeszcze,
co będę malował; to będzie od nowa po przerwie. Być może to, co widzę
w ludziach dobrego. |
| 20.04.2005
To niespodzianka - po papieżu Polaku papież Niemiec. Niby nic mi do tego,
a interesuję się przecie. Patrzę na modły obchody rytuały z zachwytem
- jak wtedy, gdy widziałem tybetański rytuał, co mi oczy otworzył na piękno
wiary. Wcześniej widziałem jedynie śmiesznoty sukienek i błazeństwo haftów,
a w tle przeogromnym strasznoty religijnych gwałtów wojen stosów. Polski
papież obdarzył religię uśmiechem, wprowadził w nią młodość i pasję. Niemiecki
zrobi, co zobaczymy. |
| 22.04.2005
Skoro nie mam co pisać - wiem, co cytować. Dwie strofy Pana Dattatreya:
42
Zaprawdę, jesteś Prawdą, nie miej wątpliwości -
jak możesz więc myśleć,
że znajdziesz prawdę wewnątrz,
lub nie znajdziesz wcale?
43
Mój synu, gdzie jest złudzenie albo brak złudzenia,
źródło światła albo cień?
Nigdzie ich nie ma - wszędzie
jest tylko Prawda, nieskazitelna jak niebo. |
| 1.05.2005
W południe słońce przemglone chmurami; dzień ciepły, prawie upalny. Świętuję
robotnicze święto - po miesiącu prac nasz dom lśni czystością jak buddyjski.
To przeważnie zasługa Api - mieszka u nas od dzisiaj, ale krząta się od
miesiąca, kiedy wyprowadził się Rainer.
Warczą helikoptery, pod oknami aż po horyzont stoją wielkie pancerne auta,
pługi do rozbijania barykad, dźwigi na gąsienicach, policja czuwa nad
demonstracjami; w Kreuzbergu dzieje się Myfest z dziesiątkami zespołów
muzycznych do tańca. Pachnie wielkie kwitnienie, bzy, jabłonie, wiśnie
pozdrawiają oczy. |
| 3.05.2005
Wczoraj fala upału uderzyła w Berlin i we mnie, a z nią trwoga przed nadchodzącym
latem. Jak przetrwać jeszcze jedno lato na śmietniku życia w Kreuzbergu?
Mam zaproszenie do Bretanii, ale czy dość odwagi?
Nadchodzi tydzień majowych deszczów. Żywy do szpiku kości. Ulga, komputer
wie, która godzina i jaka to noc gwiaździsta. Jakbym leżał na wznak, przygotowany
do śmierci. Dobrze Ci, nie wiesz, co piszę.
Gwałtowny deszcz zadbał o drzewa i trawy wieczorem. Jestem umyty do czysta.
I świat we mnie. Dziś umoczyłem pędzle w terpentynie, oleju i farbach
- po prawie 2-letniej przerwie na powrót do życia.. Cały dom śmerdzi trująco.
Co raduje córkę? Liczy na normalność wszechrzeczy. - Nie licz na mnie
- proszę, wiedząc o mojej racji. Śmiertelny do szpiku kości.
W domu szaleje Api. Chcesz o niej więcej? jest obecna na tych stronach
i w naszym domu czyli moim życiu od lat dziesięciu, teraz tu mieszka,
możesz mi pozazdrościć. Odkąd zamieszkała, zrobiło się tyle miejsca, że
maluję. |
| 4.05.2005
Noc odpoczywa po gwałtownym deszczu. Jestem chory z miłości, nie szukam
lekarstwa. Mało czasu dla Ciebie, ale streszczę życie. Przed dwoma laty
miałem tzw. zawał serca. Lekarze leczyli 16 miesięcy pigułkami, dowody
wariactwa masz w 2003 i 2004. Jesienią odrzuciłem wszystkie leki; lepiej
umrzeć niż żyć w poniżeniu, które jak imadło zaciskane każdego dnia na
moich skroniach światłoczułych - myślałem. Dziś jestem zdrowy. Leczę się
żywnością i jogą. Lecz się samoistnie, duch w tobie i przy tobie w każdym
czasie i miejscu.
Fajnie, co pisać tej nocy, wolny do szpiku kości? Poględzić? Zaczynam
malować. Nic nie umiem, nic nie wiem, dane wyjściowe kiepskie. Niewiele
wspólnego z obrazami, które widzisz na stronach. Od nowa? ach, pół setki
płócien zaczętych kiedyś, jeszcze tyleż białych. Koncert fortepianowy
Beethovena. Rozpustna niemoc. Ale dom cieszy się nowym zapachem; serce
przywykło do smrodu farb olejnych. Trzeba powiewu natchnienia. Może od
Ciebie? |
| 12.05.2005
Tyle rocznic, wyzwoleń, demokracji w świecie, a maj chłodny do jutra.
Maluję wszystkie dnie. Nie zniechęcam się, że nie idzie. Daję sobie cały
czas; za parę miesięcy zobaczę, czy coś wychodzi, czy nadal maluję byleco.
Już dziesięć płócien w robocie, nawet dwa wielkie.
Vero robi instalację artystyczną dla szkoły, Api gotuje zupę, mam do umycia
pędzle. Chwalcie łąki umajone... |
| 22.05.2005
Zaczyna się niedziela, święcę dzień każdy. Osiem obrazów w malowaniu.
Zapewniałem Cię jeszcze 4-tego maja, że-m zdrowy od nowa. Pohasałem wszakże
intensywnie w hatha-joga, ćwiczyłem się ciężarkami - aż w momencie ważkim
zakłuło me serce. Przez dwa tygodnie na ostro. Idiota miast cieszyć się
życiem chce je ulepszać. Doszedłem do wniosków, a wcale nie na czworakach.
Spokojne dnie bez wysiłku, tylko pędzlowanie, po 2 tyg. prawie nie ma
bólu. Po tak wielu dniach przerwy piję czerwone wina - szczęśliwy chłopczyna.
Ale codzienne wiadomości! Marsz Indian w Boliwii, proces Chodorowskiego,
prezydent Karsai o świństwach USA, audycje telewizyjne 'Space and Time'
w BBC - dzisiaj o czarnych dziurach. Jak wszystko inne - rodzą się, rosną,
sycą się gwiazdami miotając w przestrzeń gazami, z których galaktyki...
Możliwe jest życie w oceanie pod lodami Europy? to jeden z 16 księżyców
Jowisza, wielki jak Ziemia. Co znajdzie się w lodach na biegunach Marsa?
Coraz szybciej topnieją lody na planecie ludzi. Dotkliwe pytania. |
| 24.05.2005
Piję wino o północy, znużony całodniowym pędzlowaniem, a tu pytanie od
matki Ziemi:
- A co ty robisz dla matki Ziemi i życia, które rodzi?!
Malujesz jakieś abstrakcyjne promienności wszechrzeczy, a gdzie kromka
chleba? gdzie jaki człowiek?!
I słyszę o mojej odpowiedzialności, miejscu w społeczeństwie, zaangażowaniu
dla dobra...; matka Ziemia ładuje jak marszałek Stalin. Owszem, chcę się
zachować, ale czkać? Ać, diabli nadali, piętę od północy. Sąsiedzi reklamują,
że Edvard Grieg Piano Concert w A-minor Op.16 trzy razy za głośno. Chcą
spać, rozumieją, że trzeba się cieszyć. Ściszam do połowy. |
| 25.05.2005
Dzwonią dzwony na Anioł Pański, jaskółki skwirzą w powietrzu. Czyli ogólnie
dobrze, a szczególnie teraz. Promienne oko wszechrzeczy trudziło mnie
i pędzel dwa wieki do wczoraj. Maluję to, czego nie ma, niewidzialne,
jakże mi wiedzieć, jak wygląda?! Na szczęście rodzi się w świecie, który
mnie zrodził. Pędzel maluje, aż się okazuje. Przedstawię Ci fotografie
jutro lub za miesiąc. |
| 26.05.2005
Maj pachnie w mojej dłoni, oleje i terpentyny w pracowni. Kromka chleba,
szklanka wina - i już się cieszy chłopczyna. A?
Wszystkie słowa prawdy czuwają w tę noc. |
| 30.05.2005
Komu kłosa z pola? komu nosa z nędzy? Upudruj puderniczkę, zmoro śliskiego
poranka. |
| 31.05.2005
Deszcze i chłody po paru dniach upału. Maluję, jakby chodziło o ocalenie.
Takie wcielenie! Mam cały czas i kupę wieczności. Wszystko za mało. Nic
nie zadawala. |
| 2.06.2005
Vero wróciła z czeskiej Pragi (wycieczka klasy) zachwycona. Odwiedził
dziś Krzysztof, Michael, Remi. Maluję - mniej czasu na pisanie, współodczuwanie
- to nudzi. Ale malować nie mogę bez przerwy. Słabość, wiek zacny. Po
ośmiu godzinach pędzlowania należy się zwolnienie lekarskie. Ani chybi
Dr. Joint. |
| 2.07.2005
Prawie mnie nie ma a współczuwam wszystkiemu. Żaden wybór. Mus. |
| 6.07.2005
Dopiero w pełnym słońcu lata Oko Ciemności dojrzało do światła.
Duży obraz, ciężki od farb olejnych, zaczęty w 97 jako eksplodujący kwiat;
przeobrażał się w demona przez lata, nie lubił się wcale jako supernova,
wreszcie stał się tym, czym jest.
Ryszard Kozłowski odwiedza mnie właśnie z cudną córeczką i tezą, że obraz
przerażający. To komplement, bo w pełni lata nie lubię słodyczy, na malowanie
których zdaję się skazany. Przecież jestem w obliczu ciemności, śmiertelna
psina wystawiona na wieczne przestrzenie i wiatry. |
 |
Oko
Ciemności, olej na płótnie 140 x 140 cm |
| A skoro mowa o mroku, przedstawiam
Ci jeszcze Olaboga. |
Olaboga,
olej na płótnie 90 x 70 cm |
 |
|
| 7.07.2005
Przerażające jest istnienie i jego konsekwencje. Dziś o mej niechęci do
burżuazji. Żyję w mieście Berlinie, w jednym z najbogatszych krajów. Co
widzę siedząc na kamieniu? Klaus mnie nie pamięta, sunie elegancki jak
przed 20 laty, gdy zaprosił na koncert. Był dyrygentem. Lekko zgarbiony,
na twarzy okulary, w ręku zwitek gazety. Wypucowany na dzień sądu, w który
nie wierzy. Przystaje, spogląda wokoło, kontroluje okolicę. Nikt nie patrzy,
ja się nie liczę, siedzę na kamieniu i patrzę jak żaba przed siebie, nie
koncentrując wzroku, ale postrzegając 180°. Klaus upuszcza gazetę, teatr
dla nikogo, podnosi ją wraz z niedopałkiem, co leżał na bruku. Upewnia
się jeszcze kulturalny człowiek, czy nikt nie widzi jego nędzy. Zapala
po paru krokach i zaciąga się głęboko. Dlatego nie lubię burżujów.
O poranku młody chłopak podjeżdża do śmietnika w podwórzu, sprawdza zawartość,
wyciąga rupiecie. Codziennie. Jakaś deska, butelka po piwie. Nadzieja,
że kiedyś znajdzie czego nie zgubił. Dlatego nie lubię burżujów.
Shivananda mieszkał tu w ubiegłym stuleciu. Co mówił na temat?
- Jeśli masz więcej niż trzy koszule, powiedz, komu
je ukradłeś! |
| 17.07.2005
Pozdrawiam Cię w wiatr. Żyję coraz dłużej. |
| 20.07.2005
Serce dzwoni, oczko mruga,
zaraz będzie piosnka druga.
Powiem ci nawet czego nie wiem,
przepisane z błękitu, z zachwytu,
i tu, i tam,
bez końca
ze słońca. |
| 22.07.2005
O czym pośpiewa świeca o poranku?
o niebieskości dnia, o pryszczach na wzniosłości, o świętej bylejakości.
Niech ci się dzieje jasność - aż do wieczora
melodia skora. |
| 23.07.2005
Maluję trzy Kwiaty Teraźniejszości.
W zacnym wieku akcje mierzy się na dziesięciolecia. Zrobiłem w komputerze
obraz Tu i Teraz,
grafika cyfrowa w '96.
W dwa-cztery lata później namalowałem z niego płótno Tu
i Teraz,'98-'00 akryl i olej 130 x 100 cm, pierwsze przejśioe z cyfrówki
na farby. Długa praca, wielka radość.
A więc chciałem to prościej.
Następne spore płótno Kwiat
Tu i Teraz 2002, obraz olejny na płótnie 140 x 140 cm. Tak się w nim
rozkochałem, że zacząłem trzy spore płótna z tym samym motywem, aby przebadać
możliwości. Z miłości.
Przecie mówię, że Kwiaty Teraźniejszości.
W trzy lata później skończyłem oto pierwszy. Sama niewinność, Biały Krzyż.
Daj mi czas na łyk wina, sfotografuję jutro i pokażę zaraz.
Drugi obraz trójki maluję miesiące z agresją, bo nie lubię, czego jeszcze
nie ma. Trzy lata niechęci i wzdęci, a dzisiaj sporo zamalowałem i oto
- przeschnie, za trzy dni skończę, wiem wszystko, od tej chwili kocham.
Wiesz? Bez miłości nie ma jak!
Nie zaczajaj się w ruczajach - kochaj, póki w piersi tchu - nic innego
naprawdę. |
| 19.12.2005
CHORY NA ALLELUJA !
Wyobraź sobie albo komu - wyszedłem z domu na początku lata - i wciąż
nie wróciłem do siebie. W pełnym słońcu lata zachorowałem na nieśmiertelną
chorobę. Co nie doświadczę, czego nie pomyślę, gdzie oko nie spocznie
- wszędzie, zawsze i wszystko - ALLELUJA! Ludzie, inne żyjątka, także
kaczeńce, dęby, topole w deszczu i sawanny w śniegu - ALLELUJA! Zachwycająco,
że dech w piersi staje. I nie tylko tu...
Myślisz, że to jest uleczalne?
Ja wiem, że kłopotliwe: ani pospać, ni pomalować czy odpisać do kogo.
Pędzle zaschły na kamień a na palecie nieporządki przecie. Pół roku słowa
tu nie napisałem. Święta racja siostra abnegacja.
Chcesz, to możesz wybaczyć.
A wyjaśnić trzeba, bo strona nazywa się Dzisiaj... A ono trwa. Już w pełnym
słońcu lata wyjadło mi przyszłość, wiedz, że rozprzestrzenia się coraz
bardziej, obejmuje coraz dalszą przeszłość. Jak dosięgnie tego w początku
Wielkiego Wybuchu - powiem Ci jeszcze coś do słuchu !
Powiesz, ile można się zachwycać? Bez końca!
- No dobrze, mówię prawdę, ale jak się zziajam, albo gdy gościec walnie
w stopę nieprzytomnym gromem, właściciel domu znów grozi eksmisją, bo
zalegam z czynszem, prezydent Bush truje demokracją, a chłopaki, z którymi
kopałem piłkę w Lublinie, ten Dzą-Gun, ten Kim-Mią-Guon - teraz montują
reaktory w Korei północnej - wtedy przestaję się zachwycać. Nie, że materiału
brakuje, ale-m zziajany. Przestaję się zachwycać, odzipnę chwilę, i już
się niepomiernie dziwię. Ę.
Mówią mi nocą wieszcze, napiszę Ci jeszcze. |
| 20.12.2005
Wszędzie ALLELUJA ! Czyli nóż na krtani. |
| 21.12.2005
Niekiedy wszystko zdaje się tak znane, że przez tę wiedzę osrane. Mam
coś przeciwko bogom. Potworne są Jehowy, Zeusy i inne kutasy! Zrymuję
niebezpiecznie, bo znam ćwierć-terrorystę - że cha cha cha - sram na Allaha!
Krishna czy Wisznu, Ozyrys czy Isis, same wywłoki.
Gdy z jęczmienia wytłoczy się olej - zostają wytłoki, makuchy, czy jak
to się tam nazywa - do świętej ropuchy! dobra pasza dla bydła. |
| 24.12.2005
Gdybyś mi się chociaż przyśniła ! Ale nie miewam snów, jest tylko jawa
świetlista, a Ciebie nie ma ani w łóżku ani na jawie. Cóż robisz beze
mnie w nocy nieskończonej, gdy we mnie szczęścia, że mógłbym trzy Ciebie
obdzielić. Ale jak dzielić? Jak podzielić mi świat na Ciebie i nie Ciebie
? Albo na Ciebie i mnie ? Miłość jest niepodzielna, przestaję odróżniać.
|
| 25.12.2005
Niechże Cię święto po główce pogłaszcze ! |
| 26.12.2005
Chciałem Ci coś napisać, ale zanim komputer się włączył, spojrzałem w
okno, wiatr powiał strząsając śnieg z gałązek lipy, moja myśl opadła w
biel niestworzoną, samą z siebie, jak sztuka, którą przecie uprawiałem,
siałem i zbierałem.
Wszystko po nic, jednorazowe i wieczne, paradoksy w bieli śniegu mają
twarze niewinne.
Trudno mi kontaktować, kabelki stopione letnią błyskawicą. Ani umrzeć
w sekundzie, ani żyć wiecznie. |
| 27.12.2005
Los, uwarunkowania, ciało, śmiertelność. Miewasz zdrowe uczucie obrzydzenia.
Wytrzymaj. To przemija. To cudne. Zaprzęgnij marzone rumaki do świetlistej
karocy, pędź, dokąd tęsknisz. |
| 28.12.2005
Śnieg obfity pada na historie i rany, marzenia i zawodzenia, ekstazy i
niespełnienia. Odpierdol się, niedolo! Zmykaj w niebyt, udręko! Goń się
w bezczasy, nienawiść! W rzeczywistości nie ma miejsca dla mistrzów wojny,
pań kłamstwa, zawodzeń. W rzeczywistości miejsce na Alleluja, Hosanna.
Znasz to, przeczuwasz, albo już doświadczasz. Spełnienia życzę z tych
świątecznych okazji - najpierw Tobie, zaraz też światu.
Osobiście? tak blisko do serca istnienia, że coraz dalej do Ciebie. |
| 30.12.2005
Słucham szlocham ze wzruszenia, chociaż nie naprawdę. Znasz to? Neil Young
- Sleeps with Angels. Wiesz, że ktoś Cię kocha niepowstrzymanie? Nie prześpij
dnia.
Nocą nie lubię mego malarstwa, poezji. Tam, dokąd się wybieram, nie zabiera
się ze sobą słów ani obrazów. Więc mówię sobie i tobie, gdy słońce robi
w mych oczach oświecenie, albo gdy wiatr porywa - ... co mówię? nie dosłyszysz? |
zacytuję mail dzisiejszy, żeby się pocieszyć: |
| ODKRYŁAM CIĘ!
Gdy weszłam na Twoją stronę, miałam wrażenie, że przeżywam deja vu. Ja
już widziałam te obrazy. Znam je, mimo że nie wiedziałam o Twoim istnieniu...
Sama duszę w sobie....
Obecnie pracuję jako grafik komputerowy w kombinacie prasowym i robię
ramki, w których umieszczam częściej pomysły moich klientów niż własne
wizje. Tu nie ma miejsca na moją wyobraźnię. Tu jest logiczne dopasowanie
słów do centymetrów kwadratowych powierzchni. Ale lubię tu przychodzić
do pracy. I lubię tę pracę.
Nigdy nie skończyłam żadnej szkoły plastycznej, a moi rodzice byli zadowoleni
z faktu, że skończyłam liceum ekonomiczne i mam "dobry" zawód.
Moje napomknięcie o "plastyku" było odebrane jako "jakieś
wymysły niedoświadczonej nastolatki". I tak zostało. A życie kierowało
mną tak, bym nie natykała się na jakiekolwiek dowody na istnienie sztuki,
malarstwa, rysunku.... Pierwszą osobą, która mnie zrozumiała był mój ukochany.
Ja cichcem szkicowałam, by rysunki lądowały co kilka miesięcy w koszu
na makulaturę. Nie miałam odwagi pójść do sklepu i poprosić o farby, węgiel,
pastele. Przecież to były głupie wymysły..... A on to zauważył. Ale udawał,
że..... Dwa lata temu dostałam od niego moje pierwsze farby - akryle.
I moje pierwsze prawdziwe płótno. Nigdy nikt nie dał mi takiego prezentu!
To były moje najpiekniejsze imieniny! Miałam 32 lata i swoje pędzle. I
przestałam się bać, że ktoś mnie wyśmieje... miałam wsparcie. Na początku
moje małe tekturki dawały mi pole do uczenia się nakładania kolejnych
warstw farby. I z jakiegoś powodu wiedzialam co z plamami farby zrobić
na palecie. Wiedziałam, jak nakładać kolejne warstwy. Pożyczone podręczniki
zdawały się potwierdzać moje przypuszczenia. A autorzy niczym mnie nie
zaskakiwali. Próbowałam podglądać mistrzów. Skupiałam się na obrazach
malowanych przez reklamowanych w necie sławnych tego świata. Choć zaczarować
potrafi mnie Vincent. W muzeach bardziej od odwzorowania rzeczywistości
interesowała mnie faktura płótna, czy gęstość nałożonych plam na desce.
I początkowo z mniejszymi, czy większymi sukcesami naśladowałam małe dzieła.
Które później i tak były traktowane jak czyste podkłady. Nie były tak
doskonałe, jak na zdjęciach. Pewniejsza byłam przy malowaniu moich marzeń...
Tu nie musiałam z nikim i niczym ich porównywać. Były moje. W momencie,
gdy mój własny brat zobaczył na nich pejzaż, a koleżanka zapragnęła odkupić
ode mnie mój ukochany słonecznik poczułam w sobie niesamowitą siłę. Teraz
brakuje mi już tylko czasu. I podkładów.
Nie masz pojęcia, jak bardzo chciałam zobaczyć TWOJE obrazy! TE OBRAZY!
Teraz wiem, że obok autoportretu van Gogha dopiszę adres Twojej witryny.
Dziękuję, że jesteś.
Agnieszka |
| 31.12.2005
Hej Przyjaciele z bliska i daleka -
niechże się Wam szczęści w zdrowiu i miłości w 2006 i całej przyszłości! |