 |
 |
 |
| |
1.01.2009
KRYZYS EKONOMICZNY?
Bogaci tracą, biedni za to płacą! |
| |
26.01.2009
Jeśli wierzyć Einsteinowi i mechanice kwantowej - w czasoprzestrzennym kontinuum są dane wszystkie punkty życia od narodzin do śmierci, świetlisty diagram, niepodległy wobec naszych wyobrażeń o czasie, w kontekście któego można odpocząć, odrzucić wyobrażenia, żyć. W wiedzy czy niewiedzy - komu się troszczyć, skoro wszystko już jest.
Czyli cały wysiłek życia polega na tym, aby spełnić spełnione?
|
| |
|
 |
Zima
czarna noc, biały śnieg |
| |
5.02.2009
Szerzyła się jak epidemia po czasach i kontynentach, przekazywana z pokolenia na pokolenie wiernie jak genotyp.
Dość tego dobrego i złego. Religia jest uleczalna.
|
| |
7.02.2009
Załadowałem na serwer nową wersję wisarts update 4. Sprawdzam linki między stronami i wersjami językowymi.
|
| |
20.02.2009
Co zagraża Człowieczeństwu i planecie Ziemi? Kryzys ekonomiczny? Ocieplenie klimatu? Może nuklearne ambicje Iranu, północnej Korei? Zapewne, jeśli perspektywa krótka.
W perspektywie historycznej największe zagrożenie stanowią ludzie bogaci, klasa posiadająca, burżuazja. Ich kultura szanowana przez wszystkie głośniki i monitory, przekazywana przez mównice i ambony, sprzedawana przez sługusów mamony. |
| |
24.02.2009
To wszystko z miłości. Zwierzę się. Raczej wstrzemięźliwy w występkach publicznych, marzę o happeningu. Jestem fachowy w rozpalaniu ognisk. Wyobraź to sobie, gdyż dla ciebie opisem się trudzę. Znam nawet plac, gdzie impreza może się odbyć. Z dala od zabudowań, nic się nie zajmie.
Co z ognia powstało...
Zacznę od małych obrazów olejnych. Ustawiam je jak domek z kart. Na to idą kartony, rysunki, większe obrazy, grafiki. Stawiane pod odpowiednim kątem, żeby całość była przewiewna. Płócien jest pół tysiąca, papierów - tysiące. Robi się wielka konstrukcja. Na zewnątrz ustawiam 3-metrowe obrazy kolosy, pięknie się jarzą w pełnym świetle. Podobna do namiotu budowla ma niewielkie wejście, przez które można wpełznąć do środka.
Zbudowałem?
Odpocznę chwilę, poleję obrazy terpentyną i lnianym olejem używanym do malowania, zużywając resztki zapasów. Wpełznę w centrum, usiądę w lotosie, zapalę ostatniego skręta, podając też ogień obrazom. Co z ognia powstało, niech się w ogniu spełni!
Takie mam oto podejście do sztuki. Niepraktyczne, jak wszystko, co robię. Po pierwsze - jest niby córka, sporo kolegów, przyjaciół, ale nikt nie pomoże w dźwiganiu. Po drugie - ugaszą ogień, sukinsyny, zanim wypalę jointa do końca. A potem zakują w kajdany za zużywanie publicznego miejsca, albo, jeszcze gorzej, każą płacić grzywnę... Ja siebie (bo niby kogo w tej samotności) pytam: - Jak w takich warunkach można być artystą? O dupę potłuc! |
| |
| |
| |
WIOSNA |
| |
28.3.2007
Dokładnie dwa lata temu dostałem w łeb szpadryną i zostałem obrabowany przez trzech młodych arabów. Jestem dość stary i raczej powolny, już ich nie znajdę, nie rozstrzelam tych sześciu stóp, są pewnie w więzieniu albo obozie szkoleniowym Al-Kaida.
Oszczędzałem na pożywieniu i winie, aby się dokonało. I oto dziś spaceruję, a mój mały sześciostrzałowy browning przyjemnie grzeje z tyłu moje biodro.
Nie, że się czegoś boję. Tak, że chcę rozstrzelać! Czy aby znajdę okazję?
|
| |
30.03.2009
Wbrew mojej woli a dzięki zasłudze Veronique gościłem Nestora kultury. A jakiej? A zgadnij!
Nestor pracuje twórczo, wydał masę książek, jest OK. Ale, częściej niż później, wypija kielonek. Drugi, trzeci, piąty. Po pięciu dniach i nocach pod wpływem wódy Nestor jest jak woda, ścieka na dno. Budzi się pracowicie w jakimś kraju, mieście, norze, poraniony, obdarty, brudny, bez grosza, z policją na karku. Trzeba go ratować. Dzisiaj wypadło na moją córkę. Jedzie do Hamburga, przywozi Nestora, opatruje, opiera, nastawia wannę. Karmi, ubiera, dostarcza na dworzec, tam żona go odbierze i córka, zawiozą do lekarza...
I tak jest od zawsze. Nestor nie miał jednej szansy w życiu na przeżycie konsekwencji swych czynów, bowiem, zanim wytrzeźwieje, już jest pomoc. Zapłacą, odchuchają, przywrócą do życia, wymyślą nową terapię. Biedny Nestor. Dałbym mu kopa w dupę i zostawił w ścieku, niechby się czego nauczył... Ale to bodaj wbrew prawom miłości, więc Nestor nie ma wyjścia. Będzie zdychał całe życie, a potem umrze bez sensu... Straszny świat po obu stronach nocy.
|
| |
22.04.2009
Co to się narobiło? To, czego nie ma - zajmuje mi więcej czasu, niż przejawione! Maluję to, czego nie ma, wspominam, czego nie ma, i kocham, czego nie ma! Niech ci się przyśni!
|
| |
29.04.2009
Niewielka czarna dziura śmignęła przeze układ słoneczny. Dotarły do ciebie wieści? Bardzo szybka, nie narobiła szkód, ale potęga jej grawitacji sprawiła, że w środku nocy słońce się odkształciło w postać elipsy. Nie zauważysz jutro, ale nie masz pojęcia, ile się narobiłem, żeby słońce znowu zaokrąglić!

|
| |
26.05.2009
Niewiele tu pisuję. Odnawiałem wszystkie strony widząc, że 5 czy 7 lat temu pisały się na stronie 'dzisiaj' fajne kawałki. Miałem jakoś wyczuwalny kontakt z Tobą, gościem tych stron. To właśnie, czego mi brakuje. Ale zanim znów będę pisał - muszę ukończyć wiele projektów. Tylko pomyśl, mam skończyć nieskończone!
|
| |
|
 |
|
| |
 |
 |
 |
|
|
|
Architektura marzeń ze słonecznego światła,
cieni i płatków wiśni na chodniku. |
Chodzę i fotografuję
potem spoczywam wśród kwiatów. |
Wiosną łatwo jest kochać.
Życzę Ci pełnego kwitnienia. |
| |
 |
 |
 |
| |
LATO |

|
A co lubię latem?
Olśniewający zapach kwitnących lipowych drzew,
upały i chłody,
burze i deszcze,
dojrzewanie plonów, |
|
|
|
|
|
|
 |
 |
 |
| słońce wśród chmur, |
nasiona topoli w trawach, |
wizytę Marka Porębowicza z Warszawy, |
|

|
|
|
|
 a ja mam zawsze apetyt na cuda. |
| |

Może wspomnieć też, czego nie lubię?
Nie lubię rządów świniojadów na Zachodzie, nie lubię rządów baranożerców na Wschodzie.
Nie lubię wojen, armii, morderców, oszustów.
Nie lubię mułłów, prałatów, ayatollahów, biskupów, mufti, proroków, imamów, popów, pastorów, kardynałów, rabinów.
Nie lubię także siebie - w tych rzadkich momentach gdy zajmuję się czymś, czego nie lubię.
|
| |
Było więc, co lubię i czego nie lubię. Więc - czym się fascynuję?
Astrofizyka i fizyka nuklearna, molekularna biologia, nanotechnologie, historia życia i cywilizacji, paradoksy światła, przestrzeni i czasu, badania i loty kosmiczne, 112-ty pierwiastek właśnie odkryty i obdarzony imieniem Cp (Copernicus), wiadomości polityczne złego i dobrego, erupcję ludzkiej pomysłowości w tworzeniu nowych czystych technologii, osiedlaniu zwierząt i ptaków, których populacje zdawały się zniszczone...
Moje ty słodkie kochanie, mógłbym wyliczać dalej i dalej... A wszystko to lotne, wrażliwe na interwencję śmierci albo przypadku...
|
| |
I dodam o północy - czego się wyrzekam! Wyrzekam się kultury i udziału w kulturze, sztuki i udziału w sztuce! Robiłem w tym całe życie, ale na rozsądek nigdy za późno!
Kultura jest jak przemysłowa żywność - odżywia na codzień, zatruwa na zawsze. Wychowuje i deprawuje, tworzy ideały, które popychają do akcji miriady ludzi - w imię klas posiadających. Wiesz przecież, ci, którzy mają, mają zawsze za mało...
Bez kultury nie ma człowieczeństwa - dzięki kulturze jest ono do dupy.
Napiszę więcej, jak się prześpię... Albo i nie...
|
|
| |
16.07.2009 tuż po północy
Usunąłem wczoraj z tej strony fajny reportaż, ale -
opowiadałem, jak na wystawie w Uppsali zimą 1970 straciłem rysunek, ukrzyżowany Jednorożec. Jest gdzieś fotokopia - przypomnij, przywrócę do życia! Polska pani poczuła się wzburzona, wyjęła z ramy i podarła na strzępy, zachowując ramę i szkło w porządku! Właściciel galerii dopadł ją na kolejowym peronie, i zainkasował w obliczu policji. To było jedyne honorarium z wystawy dla głodomora.
Uważaj, wspominam! Lada chwila stuka mi 69, a co ma robić stary pierdoła?!
Więc podróż do Uppsali. Wystawa to alibi. Przedłużyłem dzięki niej w polskiej ambasadzie paszport, wręczając zaproszenia. Więc attache kulturalny i korespondent Trybuny Ludu z żonami jechali! Mieli ciekawie, opowiadalem w podróży o LSD, wziąłem już trzy razy i tylko o tym mówiłem. Doraźnym skutkiem było, że żony umówiły się ze mną w Sztokholmie na próbowanie haszu. Długofalowym - że paplanie kwalifikowało mnie dla bezpieki jako nieszkodliwego wariata, 1970 - 78 jeździłem po Europie (zanim osiadłem w Zach. Berlinie), wracałem do Polski, oddawałem pass, żeby po paru miesiącach dostać go znowu. Ha! nagroda za szczerość! Nigdy nie spotkałem nikogo, kto był tak wolny! Polacy po pierwszym wylocie zagranicę prosili o azyl, dostawali z tego socjal itd. Czułem się wolny, ale - obcy wśród azylantów, obcy w kraju. Wciąż jestem na polskim paszporcie. Którego przedłużanie robi się coraz droższe. Może się czegoś wyrzeknę?
16.07.2009 przed północą
 Moja córka Veronique ma 22 lata. Urodziła się w Kreuzbergu, mówi świetnie po polsku, jest patriotką - nigdy mowy o zmianie obywatelstwa na niemieckie, ma polski paszport jak ja. Dlaczego więc dzisiaj chciała go podrzeć? Ach, przed rokiem zobowiązała się, że coś zrobi dla Polaków, a dzisiaj (wbrew mojej woli, bo chciałem zataić nieszczęście) - zobaczyła, jak ją zlekceważono...
- Córko - tłumaczyłem się w długiej rozmowie - nie miej pretensji do Polaków czy Włochów, tu nie chodzi o narodowość, kolor skóry czy paszport! Tu chodzi o burżuazję! Strzeż się! ona zawsze gotowa, aby cię użyć, jak się tylko da...
Życie się prosi o reportaż! Będę go pisał. Szczerość jest straszną bronią!
Ale nie nadużywam jej wcale. Veronique np. nic nie wie o obrazie Tęsknota! Niechże ją chroni niewiedza...
Owszem, jestem szczery i prawdomówny, ale nie z powodu przekonań czy wiary w ludzkie wasze cholerne normy... Z wygody! że mogę np. wszystko zapomnieć i nie gubić się...
|
| |
 |
 |
 |
 |
 |
| |
|
17.07.2009
Oleandry mają dobrze latem na naszym balkonie. Biały to zaszczepka z Bełżyc od Paśników sprzed 15 laty. Różowy nie pamięta początku, jest bodaj z Charlottenburga i ogrodu sprzed 30 lat.
Oleandry są wiecznotrwałe w objęciu.
Był tydzień upałów, a oto po wielkiej burzy, deszczu i piorunach robi się chłodniej. Wieczorem króluje zielone lato. Świecie, dzięki ci za to.
|
|
| |
18.07.2009
Umarł profesor Leszek Kołakowski. Płacz nasze serce. Cześć Jego pamięci!
1960, egzamin na Wydział Filozofii UW, 10 kandydatów na jedno miejsce! To była alternatywa! Albo zdam, albo pójdę do woja (w kieszeni karta wcielenia). Świetnie poszła praca pisemna, 18 stron o Wilku Stepowym. Egzamin ustny, rząd stolików, za nimi grono sławnych profesorów, trema. Prof. Kotarbińska stwierdziła, że mam maturę techniczną, a tu trzeba zdawać logikę. Ale radiotechnika też jest logiczna, a ja uczyłem się logiki do egzaminu! Trzy śmiesznie łatwe pytania... Prof. Legowicz i rozmowa raczej niż pytania nt. Pitagorasa. A prof. Kołakowski zapytał, co ostatnio czytałem z filozofii. Spinozę! Uśmiechnął się lekko, prosząc, żebym opowiedział. Inni też zdawali się rozbawieni. Gadałem, dopóki nie mieli dość. I to było wszystko!
Poszliśmy po egzaminie w kilkoro na herbatę do Nowego Światu, po drodze zobaczyłem w księgarni świeżo wydaną księgę Leszka Kołakowskiego 'Jednostka i Nieskończoność' o Spinozie. Pojąłem jego lekki uśmiech...
Lata studiów, wykłady i ćwiczenia, pisanie wierszy i życie w poczuciu wolności, wspaniały czas! Do czasu! Po 'wypadkach marcowych' 1968 rozpędzono kochanych profesorów jako rewizjonistów na wszystkie strony świata, prof. Kołakowski wykładał w Oxfordzie... Czytałem wiele Jego pism, od połowy życia współczując wszakże, że nie znalazł odpowiedzi na nurtujące pytania.
Nie wiem. Myślisz, że wiedza i mądrość pomagają w umieraniu? Może dotyczą tylko życia?
|
| |
20.07.2009
Cały wieczór wspomnienia, filmy i reportaże przedstawiające pierwsze lądowanie na ksieżycu przed 40 laty, oraz wywiady z astronautami. Fascynuję się jak wtedy. Warszawska Saska Kępa, mieszkałem z Barbarą, piękną panią, ona malowała, ja rysowałem. Było tylko radio, ale na okrągło w nasłuchu, wraz z przyjaciółmi, przy herbacie. Dzisiaj raduję się pełnią informacji. Przy czerwonym winie, w dobrym towarzystwie Klubu Byłych Geniuszy.
|
| |
21.07.2009
|
| |
|
|
|
|
|
|
Codziennie wychodzę z domu, i poruszam się w promieniu mniej więcej 500 metrów. Z domu w lewo, 100 m do pierwszej ławki, gdzie podziwiam delikatne harmonie różu, fioletu, błękitu. Zachwyt, tajemna broń przeciw światu... Pszczoły, trzmiele, biedronki i inne skrzydlate stworzenia, harmonia kolorów to dla nich żniwo... Kwadrans w słońcu, potem ławka w Mariannenplatz, w szeleście liści platanów i kawałków kory uderzających o ziemię. Platany dojrzewają, to pełnia lata.
Fotografuję, słucham i patrzę, a kiedy po trzech kwadransach docieram do kawiarni, to już wcale nie zauważam słabości... Jestem zdrowy!
Od tygodni żadnych bólów kręgosłupa, odmienia się życie. Wiosną robiłem badania, żadnych śladów po zawale, ciśnienie 130/80 i wszystkie wartości krwi w środkowych przedziałach. Czyli się wyleczyłem. Wspomnę ci, że przez rok jadłem cztery leki trzy razy dziennie, i miało tak być dożywotnio. Intensywne studia makrobiotyki i wdrożenie wiedzy sprawiły, że kiedy po roku zwiększono mi dawki o 100%, wcale nie poszedłem z receptą do apteki. Leczyłem się tym, co jadłem i piłem, do dziś. Ciekawe, że zdrowiu towarzyszy gruntowne osłabienie. Prawda, poruszałem sie mało w czasach bólu, obecny trening ogranicza się do spaceru, a trzeba aktywności fizycznej. Nie mam też apetytu, wystarcza na dzień śniadanie.
|
| |
22.07.2009
Dokładnie przed 35 laty zdawało mi się, że wracam do Warszawy, przyjechałem 22 lipca z Amsterdamu do Berlina Zachodniego. Spotkanie z Christianem Skrzyposzkiem i spacer do galerii, tam ustalenia, że robimy wystawę. Za tydzień! Tej nocy u Christiana zrobiłem projekt plakatu i zaproszenia, nazajutrz poszły do druku. Niezwykłe lato, niezwykła ludzka życzliwość! Polak był bohaterem zza żelaznej kurtyny, a jego obrazki poetyckie i polskie. Pracowałem w galerii, mieszkałem przeważnie w moim VW-busie, wystawa (tu na stronie print-paintings), była sukcesem. Nie wróciłem tego roku do Polski, po wystawie pojechałem dalej, do Sztokholmu.
Dokładnie przed 30 laty był ciepły wieczór jak dziś, mieszkałem na Schlossstrasse w Charlottenburgu, przy świetle świecy na stole w ogrodzie pisałem - jako bezlitosny świadek - ostatnie zdania powieści 'Człowiek Oko'. Tekst 700 stron skróciłem potem do 350. Miałem go w ostatniej wersji wisarts online, ale zdjąłem, aby skompletować materiał fotograficzny. Nie zmienia się zażenowanie autora, tymczasem wymierają bohaterowie książki. A ja? Zdumiony, że jest jak było. Nic się nie zmieniło, chyba nie rozwinąłem się dalej, jestem jak wówczas, ani szczęśliwy ani nieszczęśliwy, bez nadziei, bez złudzeń, wolny do szpiku kości.
|
|
23.07.2009
Nie pamiętam, czy pisałem ci o wizycie u Carmelity w klinice Charite. - Rak jest dobry, daje szybkie przerzuty - żartowałem, a ona, wyobraź sobie, śmiała się do rozpuku... Zmarła w parę dni później.
 Krzyś zwykł mnie odwiedzać miarowo, co tydzień albo dwa. Kawał chłopa, przed rokiem wymienialiśmy informacje, że moja waga 54 kg, jego 128. Nie było go już pięć tygodni, więc poszedłem. Otworzył szczuplutki, bielutki, przy pracy jak zwykle, dwie maszyny do pisania na stołach, stosy maszynopisów. Namówiłem na spacer do kawiarni. Trzysta metrów to prawie godzina. Pochyla się do ziemi w czasie spaceru po skrzywiony zardzewiały gwóźdź między płytami chodnika. Podnosi triumfalnie, ja wiem o czym mowa. Pół życia przecież pracuje nad projektem pt. gwóźdź. Hm, ja zerkam raczej w niespokojne niebo, gdy Krzyś schyla się po raz drugi, podnosi 1 cent.
Ja raczej milczący, Krzysiek mówi, cichutko, ledwo-ledwo. Spotkał znów wielu wspaniałych i niezwykłych ludzi, doznał przyjaźni i zadziwień, ma wiele projektów pisarskich i malarskich... Ja też narzekam, że w tym stuleciu nie widziałem morza... Odprowadzam z kawiarni do domu, musi się wyspać, jutro chemoterapia... Pochyla się raz jeszcze, znajduje barwny sznurek. Postanawiamy, że jak się skończy chemia i leczenie, pojedziemy na spacer nadmorski, żeby wąchać wiatr.
|
| |
24.07.2009
O szóstej rano jasno, nie zasnąłem, nie zasnę. Tej nocy ziemia kręciła się trzy razy szybciej niż przedwczoraj. Policz, jeśli nie wierzysz. Ale wiedz, nie ufam twej arytmetyce, powątpiewam w twoją algebrę. Przecież ty do Jednego nie umiesz zliczyć!
|
| |
28.07.2009
Rzekłem parę dni temu, żem ani szczęśliwy ani nieszczęśliwy. Pytam się ciebie na pustyni.., czy można być szczęśliwym w świecie straszliwych nieszczęść? Zdaje mi się to nieuczciwe...
Skądinąd codzienne widoki zwykłe - jak tęczowanie liści w wietrze, migotanie słońca na wodzie, fraktalne geometrie chmur, wiatr powiewający światem.., niosą szczęście.., o tyle, o ile staję się nimi. To łatwe i proste, namiętnie prawdziwe... W wieku dojrzałym wszakże doceniam sen. Bardziej niż przebudzenie.
|
| |
01.08.2009
Urodziłem się przed jedenastą rano. W moje czwarte urodziny już nie było Niemców. Jeszcze przed tygodniem szosa była pełna uciekających żołnierzy, strzelali do wszystkiego, co się ruszało, zastrzelili starego Dyjaka, co chodził po wsi z wiązką mioteł.
W czwarte urodziny ogród był pełen rosyjskich żołnierzy, cieszących się obfitością czerwonych porzeczek i malin. Było fajnie, ale paru kozaków wyprowadziło ze stajni wspaniałego białego ogiera, całą dumę ojca, wierzgającego, i poprowadziło w łąki. Mama pobiegła do strumienia, gdzie kąpali się oficerowie, krzycząc. Nagi mężczyzna podniósł rewolwer i strzelił w powietrze, ogier wrócił do stajni... Dziadek rozwieszał spiralną antenę swego radia kryształkowego między jabłonkami, za Niemców wisiała w mieszkaniu i tylko nocami... Pokazał mi jak dłubać igłą w kryształek, w słuchawkach zabrzmiały nieznane słowa...
Przyjechał do ojca brat Stefan z Lublina, trzymając się za ręce poszliśmy na średnie pola doglądać plonów, nie zebranych we właściwym czasie ze względu na katiusze... Mój popis: - Kto ty jesteś? - Polak mały! - Jaki znak twój? - Orzeł biały... itd...
Nie pamiętam, kiedy się dowiedziałem, że w moje czwarte urodziny wybuchło Warszawskie Powstanie. 1953 byłem na jedynym obozie życia w wakacje. Był ładny zwyczaj, na porannym apelu życzenia dla obchodzących urodziny. Powiedziałem, że jest ważniejsza okazja, rocznica powstania. Cisza zrobiła się głośna, długą chwilę tylko ptaki miały coś do powiedzenia. Wtedy powstania albo wcale nie było, albo było tylko do oplucia...
Popisy dziejów, pląsy historyków... A Krzysztof Kamil Baczyński? A ból, miłość, współczucie, zmysłów pomieszanie?
Pamięć jest jak ogród o rozwidlających się ścieźkach (Borges). Wuj Stefan przyjeżdżał we wszystkie niedziele, towarzyszyłem spacerom i rozmowom. Uważaj, były bezpieczne tylko w polach, gdy nadeszły lata 50-te... Nocą ojciec gasił światło, zaciągał firanki, obchodził dom i ogród, i nastawiał z wujem BBC albo Wolną Europę... Mój szok, gdy mówił do matki, że nawet za Niemca było lepiej... Po październiku 1956 się odetkało! Masa książek i filmów, dokumentów i wspomnień. Przez związek z urodzinami zaprogramowany, wszystko czytałem i oglądałem. Chwała nieskończoności nawet w jej skurwionych przejawach! Przestałem świętować urodziny pół życia temu, rodzę się w każdym dniu, zawsze ten sam, zawsze na nowo. Powstanie Warszawskie też powstaje w każdym roku na nowo. Jakże się kłócą Polacy! Mój stosunek? Nie mam żadnego, jest tylko ból i współczuwanie.
|
| |
03.08.2009
Od tygodnia zajmuje mnie, jak to nazwać? idea? pomysł? postulat? ŚWIAT BEZ PRYWATNEJ WŁASNOŚCI. Zajmuję tematem przyjaciół w dyskusjach. Medytuję w słońcu, zamyślam się w deszczu. I nie posuwam się do przodu. Gorzej, dzisiaj wspomniałem ostatni eksperyment w tym temacie, czyli reżim Pol Pota w Kambodży, mordujący jedną trzecią mieszkańców... Czyli, mówię sobie, ostrożnie z ideami...
O północy rozumiem, że idea dotyczy rozwoju świadomości. Tysiąc lat albo dwa, więcej to nie zajmie. Jest dużo czasu w wieczności.
|
| |
05.08.2009
Jakieś 80 tysięcy lat temu wędrowne szczepy, rodziny, plemiona ludzi wyruszały z Afryki i rozprzestrzeniały się na powierzchni Ziemi. Grupy po kilkadziesiąt ludzi nie miały żadnej struktury wewnętrznej. Nie było rangi, własności, ważności. Nie było poczucia czasu. Żyli z dnia na dzień, z polowania i zbierania, tworzyli narzędzia i dzieła sztuki, miały miejsce astronomiczne obserwacje, szamańskie rytuały. Świadomość wrażeń lotnych i zmiennych, zapewne w jedności ze światem, bez podziału na zewnętrzne i wewnętrzne. Język ograniczony do zawołań i okrzyków. Okres plemienny i wędrowny to jakieś 70 000 lat BEZ PRYWATNEJ WŁASNOŚCI, w stanie nieświadomości.
Jakieś 10 000 czy 12 000 lat temu wszystko się zmieniło, rewolucja człowieczeństwa nastąpiła ze stulecia na stulecie, z roku na rok. Plemiona zaczęły siać i zbierać. Pierwszy raz w dziejach nadwyżka żywności. Czas jako nowa symboliczna wartość, przecież sieje się, myśląc o plonie w przyszłości. Zrodziła się mowa i pismo, miasta i państwa, religie i nauki, podboje i wojny, cywilizacje piękne i straszne, nowe zawody, podziały społeczne, wodzowie i królowie, poddani i niewolnicy, bogaci i biedni... ŚWIAT PRYWATNEJ WŁASNOŚCI.
Rewolucja na poziomie indywiduum była równie dobitna, przejawiło się wyraźnie 'ja'. Nie tylko odrębne od świata zewnętrznego, ale też świadome własnej śmiertelności. Ta nowa świadomość trwa do dzisiaj, a jest tak przemożna, że nie umiesz sobie nawet wyobrazić, że nie jesteś 'ja'. Nadchodzi wszakże nowe.
Ostatnie 10 000 lat to ŚWIAT PRYWATNEJ WŁASNOŚCI, w stanie świadomości mentalnej, ego. Jeszcze tysiąc lat albo dwa, więcej to nie zajmie. Następne 3 000 lat to okres nadświadomości. BEZ PRYWATNEJ WŁASNOŚCI.
|
| |
09.08.2009
Rozmyślam o rozwoju człowieczeństwa. Pierwsza Wielka Fala humanoidów wyruszyła z Afryki 6 milionów lat temu, wiadomo ledwie, że poruszali się wyprostowani. Druga Wielka Fala wyruszyła z Afryki przed 2 milionami lat, tu wiemy dużo, ostatni neandertale wymarli 30 000 tysięcy lat temu. Trzecia Wielka Fala ludzi wyruszyła z Afryki jakieś 80 tysięcy lat temu, nasi bezpośredni przodkowie. Człowieczeństwo rozprzestrzeniło się na wszystkich kontynentach. Jakie niebezpieczeństwa spotykali ludzie na swych licznych drogach? Szablaste tygrysy i niedźwiedzie, krokodyle i węże, mamuty i wilki.
Mieli dobrze... W naszych czasach też ludzie chcą wywędrować z Afryki. Nie ma już żadnych drapieżników, które im zagrażają, są za to morskie patrole i satelitarne obserwacje, mury uwieńczone szkłem i zasieki drutów kolczastych, obozy koncentracyjne i deportacje. Człowieczeństwo rozwija się przecież.
|
9.09.2009
Życie niesie wciąż nowe doznania i doświadczenia, wyzwania i zrozumienia. Dlatego tak ciekawe?
Żarłoczny bieg wypadków sprawia, że sprawa mej polskości doznawana na nowo. Streszczę na wypadek, że nie znasz. 1970 wyjechałem z Warszawy do Sztokholmu, żyłem w pełni krótko w Amsterdamie, w 78 osiadłem w (Zach.) Berlinie do dzisiaj.
Zimą 75 mówi mi Andrzej św. pamięci Rząsa, że miał wystawę w Polskim Instytucie w Sztokholmie, że winienem pójść i przedstawić się. Miła rada przyjaciela. Idę z teczką, życzliwe przyjęcie dyrektora, zrobimy wystawę w marcu. Są problemy, bowiem na maj mam zawarty (jesienią) kontrakt z Galerie Bleue (trzeciej od góry na mej liście ważności)! Mimo ich sprzeciwu pokazuję setkę rysunków, monotypii, print-paintings i obrazów olejnych w cudnej architekturze pałacyku. Fajny wernisaż. A co doświadczam, w głowie się nie mieści! Widzę jak funkcjonuje socjalistyczna Polska! Mam fotos wszystkich, fotografuję zawsze, szkoda, nie mam czasu na przedstawianie.
Uważasz? proszono mnie o obecność na wystawie. Więc pani szatniarka, która gdzieś telefonuje gdy przychodzi nieznana osoba, więc wysoki szczupły pan Ubek jakże zatroskany o dobro z głową jak czapla do przodu, pan dyrektor różowy zetempowiec na awansie z Krakowa w locie zlecający sekretarce ile jakiego piwa ma ulokować na wieczór w saunie, i niebywała działalność kulturalna w którą mam wgląd bowiem dzieje się w mojej wystawie! Na jednym przykładzie przestanę.
Pan Profesor tęgi kozak Mikołaj Kozakiewicz czy Kozakowski daje odczyt o seksualnym życiu polskich nastolatek. Przyleciał na delegacji, zarabia, mieszka w pięknym hotelu, wiem bo się chwali. Na sali dwie sekretarki a potem i pani szatniarka, pan UbekCzapla, trzy nastolatki, parę pań i panów polskiej delegacji gospodarczej, i ja, biegiem wypadków oczarowany. Pan Profesor wygłosił kwadrans, pytań nie było, nastąpiła część zasadnicza. Obrusy na stoły. Kieliszki, szklaneczki, wódeczki, wody i soki. Naczynia i sztućce, misy pełne żarcia, i chleby, bułeczki, kiełbaski, salcesony, pieczenie, sałatki. Toasty. Doszło jeszcze parę osób polskiej jakiejś delegacji, panie upychają do toreb i torebek pieczone kurczaki i salcesony zanim zaczną zajadać. UbekCzapla tego nie patrzy, sam zajada i pije. Pan Profesor tęgi kozak gratuluje mi obrazów, zmyka po paru wódeczkach. Skubię nieco sałatki i kromkę chleba, piję wodę, jestem głodny a w domu ani kęsa. Ale mnie mdli od polskości, spierdalam. Po latach stwierdzam, że nikt mi nie robił krzywdy.
To było za komunistów. W Polsce wyzwolonej Pan Profesor tęgi kozak Mikołaj Kozakiewicz czy Kozakowski został marszałkiem Sejmu. Pisał i czytał o jebankach, a potem oookazało się, że walczył o wolność. Tak jak pani słynna literatka, która w 67 w recenzji przedwydawniczej pisała o moim tomie 44 opowiadań, że Sadurski obraża moralność socjalistyczną, a potem została sztandarem Solidarności... Pieska ich niebieska... Sprzedawczyki, ludzie kultury...
Dziesiątki lat doświadczałem polskości instytucjonalnie. Koszmar przedłużeń ważności paszportu i wiz. Ale dziś wspominam instytucje kulturalne, z którymi miałem do czynienia. W 1980 z (Zach.) Berlina wydalono me obrazy, nie mogłem zapłacić 40 000 wwozowego cła. Przedłużano ich pobyt trzy razy ze względu na aktualne wystawy, a teraz miałem do wyboru, albo wywiozę obrazy albo konfiskata. Wiem, duże, w Polsce nie ma miejsca, ale przy przedłużaniu paszportu w Misji wtedy Wojskowej zapytałem Attache kulturalnego, czy nie ma jakiej ciężarówki do Polski, bo tak i tak.
- Ależ my mamy piękne Polskie Centrum we wschodnim Berlinie, niech pan im zaproponuje wystawę.
Jak trzeba to sprawny. Tegoż dnia dzwonię na wschód, proponują spotkanie we wtorek. Pokazuję portfolio przy kawie z dyrektorem i zastępcą, w którym czuję Ubeka. Zachwyceni, a pan dyrektor ho ho! zasuwa o świetle, sensie życia i celu. Wystawa za miesiąc! obrazy mam przywieźć jak najszybciej, fotografie i przygotowanie wystawy zajmie nieco czasu. Oczarowany. I jeszcze - zastępca pyta, jakiego żądam honorarium. Wzruszam się niepotrzebnie, mówię o wydaleniu obrazów, niechże je zatrzymają czas jakiś, to będzie honorarium. Szef pyta, czy mogą robić wystawy w innych miastach. Tak!
W parę dni później wynajmuję ciężarówkę o świcie, ładuję 50 obrazów, jadę do Urzędu Celnego. Chłopaki sprawdzają ilość, gadamy za długo o obrazach. Czy trochę oszukuję? Ach, nic mi do tego. Na granicy NRD nie chcą wpuścić, dzwonią do polskiej ambasady, zatrzymują listę obrazów, mogę jechać. W Polskim Centrum pan dyrektor i paru chłopaków w rękawiczkach do noszenia płócien szybko i sprawnie. Wzruszają mnie rękawiczki. Dyrektor klasa, pyta czy Kreacja może wisieć w sali konferencyjnej. Długa jasna sala z oknami po lewej, stoły, krzesła. Przy wejściu wisi obraz, robotnicy go zdejmują, komentuję, że Kreacja się nie zmieści. Ach, tu zawiśnie Polski Orzeł, co na czołowej ścianie. Do dzisiaj dziwne uczucie, gdy wchodzę na drabinę, zdejmuję Orła, podaję robotnikom, oni podnoszą Kreację do góry, ma haki i drut z tyłu, który opieram o śrubę. Jest na właściwej wysokości. Patrzę nań potem z dystansu 30 metrów. Więc to tak? Odmówiłem latem sprzedaży obrazu dla kościoła, wyjaśniając duchownym, że ma pojechać do Polski. A teraz - Kreacja zamiast Orła! W NRD-owie!
Odmawiam zaproszeniu na obiad, nie mam czasu na kawę, jakbym coś przeczuwał, jest wpół do drugiej. Na granicy słyszę, że nie wolno ciężarówką na Zachód, trzeba przepustki Ministra Spraw Zagranicznych. Pokazują mapę. Pędzę ciężarówą przez wschodni Berlin, dopadam ministerstwo na kwadrans przed trzecią, kiedy to zamykają. W poczekalni paręnaście osób, ale mam nad nimi przewagę, jestem artysta wariat, u nogawicy dżinsów wisi tybetański dzwonek, przy każdym kroku zwiastuje świętą krowę. Mam kwity z Centrum, wymachuję głośno, mówię wciąż tylko po angielsku. O trzeciej dostaję przepustkę... Odpoczywam przy kawie na jakiejś ulicy, przekraczam granicę, oddaję ciężarówkę.
Nie pojechałem na wernisaż, dyplomatyczna sraczka, stchórzyłem. Obrazy jeździły po wielu miastach, a po dwóch latach wschodni Urząd Celny odmówił pobytu. W kraju stan wojenny, wolno mi wwieźć do domu cały dobytek, więc pojechałem ciężarówką do granicy, aby dowiedzieć się, że puste wozy nie mają prawa wjazdu. Wiele prób, ostatnia instancja to NRD-owska spedycja, gotowi przewieźć za 5000, trzeba wszakże opakować obrazy w drewniane skrzynie. Zgłosiłem polskim Centrum i Ambasadzie niemożność. Pewnego poranka telefon, potwierdzam, jestem w domu. - Za pół godziny przyjadą pańskie obrazy.
Rzeczywiście, pod oknem biały bus z czerwonymi dyplomatycznymi numerami, panowie w rękawiczkach wnoszą na górę obrazy i rozpakowują. Żadnej skazy na nich po tylu wystawach i transportach! Piękne pismo dziękczynne, że dziesiątki tysięcy ludzi obejrzało moje wystawy w ubiegłych latach.
Tymczasem północ, noc babiego lata, towarzyszy w pisaniu szum aut w ulicy, dalekie muzyki, ognie sztuczne. Pośpię, aby się obudzić. |
Doświadczyłem niekompetencji rodaków robiących wystawę, fałszywych informacji, kłamstw o zniszczeniu obrazu.
Doświadczam braku odpowiedzialności instytucji. Pojawia się podstęp.
Ślę LIST Szanownym Adresatom, którzy wspierali finansowo wystawę lub jej patronowali słowem i uczynkiem.
Adresuję LIST OTWARTY również do Ciebie!
Zobacz, jak malarz jest traktowany z okazji wystawy przez polską instytucję. Dowiedz się, dlaczego Niemcy używają ironicznie terminu
'Polnische Wirtschaft' (polska gospodarka). Wystawa uzasadnia i potwierdza owo wyrażenie.

| |
27.10.2009
Na lepsze zmienia się świat! Oto po raz pierwszy w historii Izrael i Hamas są ze sobą całkowicie zgodne - w odrzuceniu Raportu Goldstone, który oskarża ich o zbrodnie wojenne.
Widziałem reportaż ze szkoły ortodoksyjnych żydów w Jerozolimie - ciemnoskórzy chłopcy w myckach rytmicznie kiwający się nad księgą Tora. Widziałem reportaż z madrasu w Pakistanie - ciemnoskórzy chłopcy w myckach rytmicznie kiwający się nad księgą Koranu. Niezmiernie do siebie podobni - i kiwają się identycznie. Przez swe religie wykiwani... |
| |
Datum 01.11.09 02:22:33 nachricht:
Nocne powitania/pozdrowienia Panie Wiesławie:))
Dopiero tydzieñ temu z wisarts dowiedziałem się o Krzysiu... I odtąd "jadę" z Nim jego czerwonym autkiem w zgoła innych sferach, bo wiem,że do Lublina już nie dotrze.. A umawialiśmy się w marcu na letnie peregrynacje i go wypatrywałem. Chciał, żebym mu pomógł zrealizowaç wizję fundacji "szczęśliwego dzieciñstwa" w Pryszczowej Górze. Czy wie Pan coś o losach tego projektu? Bo kiedy mi go szkicował, wydawał się szczęśliwy... Czy może córka Krzysia wybiera się do Polski? Nie mam do niej żadnych namiarów, a i Jarek Markiewicz się nie odzywa, co też budzi mój niepokój.. Zwracam się więc do Pana tą drogą, tym bardziej, że w naszych z Krzysiem rozmowach na moim strychu w L. był Pan często duchem obecny, bo przywoływany we wspomnieniach, jako że pamiętam jeszcze początki Pañskiej twórczości w polskiej erze, a to co widzę teraz na tej stronie wzbudza podziw tym większy... Jeśli w zalewie obrazów, który Pana nawiedza, znajdzie się jeszcze chwila na skrobniecie mi kilku słów o Krzysiu - będę
wdzięczny...
P.K.-G. |
| |