![]() |
O W O C E Z W I E R Z Ą T |
O, LUSTRO |
x x x |
OWOCE ZWIERZĄT owoce zwierząt, twarze wielokształtne |
| KTO PŁACZE kto płacze - w moim głosie? jakie małe dziecko w nim zamieszkało, i drapieżną rączką za krtań mą chwyta, że aż czuję głód? ponad trawami liść z liściem szeleści i głosy składa... śpiewające dziecko nagie skrzydełka gubi pośród traw, ale już cisza ku niemu się skrada i dzień następny zatoki zachwytu zamknie na ustach jeszcze śpiewających, i usta zamknie - w przeraźliwy lot! triumf rozdarcia na codzień ucisza piosenki, od śniegów ogrzewam ich marznące wargi, niekiedy chcę zanucić melodię o słońcu i wtedy nagle - skąd? - zupełnie nie wiem - okrutny płacz dziecka pobrzmiewa w mym śpiewie |
| DZIEŃ NADAREMNY dzień nadaremny, bez bólu nieobecny otwórz w nim okno - jedynie dla mnie o niebie świecącym jak srebrzysty brzask tu nic nas nie dzieli - nie umiem więc kochać i kocham jedynie poza miłością a ty piękniejesz wciąż dalej ode mnie, i tworzymy swe domy, powstają i giną przez drżenie wargi w pocałunku, i smak niewidzialności szum skóry, jak strumyki dwa ognie nade mną nad głową my dwoje, powtarzam słowa naruszone kwiatem, którzy jedyni dla siebie z takiej odległości i poza sobą niewidomi w tym świecie uszytym na wyrost, na cierpienia zmyślone dla tortury, którzy giniemy nie tylko dla siebie |
| JAKI LOS MNIE POŁĄCZYŁ jaki los mnie połączył z tęczującą trawą gdy oczy dym przesłania, prawdziwy dom miast, i wschodzi nad nami prątkujące słońce? o, jeszcze chwilę, chociaż rok zatrzymać ten świat bez pęknięć, wytrzymać ciśnienie wspaniałej wrzawy buszującej wewnątrz więc - zamknąć usta? o, powieki - w dół! w dół, z korzeniami! o usta pod głazem, o ziemio pod ustami wniebowstępująca w skrzydłach krwi mojej i miliona innych! krótka chwila zapala miasta na równinie, układa mozaiki z trupiego ziarna i bełkoce w obrazach zachłyśniętych wzruszeń a myśl przez dzieciństwo w szumie trawy ginie, w trzepocie barwy, na płatkach motyli |
| WIĘC więc - do przeszłości te drogi należą? gdzie lśnienia wiosny staczają w dół potoki słońc z nieważkimi stopami pędząc je ku nocy? gdzie żywe słowa rodzą się w uśmiechu i - rozpaczliwe ręce wyciągając w niebo - gubią się bezpowrotnie pośród innych ust? o, nie narodzoną w tych miejscach pokocham i będę dla niej śmiertelnie tonącym w tarczach zegarów, niegodnym spojrzenia, pokonanym, zgubionym w codziennych ulicach więc - do do przeszłości te drogi należą? otworzę żyły miłości i w koleiny godzin popłynie śpiewając krew, nosząc, być może, na swych lśnieniach słowa żywe, dla pięknej, którą tam przeczuwam |
| DLA UST dla ust, dla oczu otwiera się, senna, albo jak ptaki, gdy po chłodnej nocy prostują lotki, i z wilgotnych liści strząsają stada soczystych sopranów i oto miłość w światłach rzuca cień, otwiera się kwiat łóżka zasłany barwami, oddziela mnie na zawsze od dnia jutrzejszego bym uciekał ciemnymi alejami lęku a ona w ucieczce otwiera się, senna, przechodzi w smugi mych niewinnych pęknięć, wlewa w me tętno echo swoich stąpań wielokrotnie wzmocnione - zaraz mnie dopędzi, rozerwie oczy na krwawiące bielma |
WITAJ MI |
MOJA MIŁOŚCI |
| W MYCH POCAŁUNKACH w mych pocałunkach jest niemal zamknięta, pozbawiona wolności - a rozkazująca przez wszystkie słowa spojrzenia i gesty o niej ostrożnie kreślę znaki na kartkach, w kolorach pustyń spadających z ziemi mówię z gestem czułości jak ze szczyptą soli nie mogę odejść, jej oczy mnie budzą, łzy kruszą skały i ścieżki przede mną, przy drogach drzewa wzlatują w powietrze i lecą w korytarze żył jak słońce świecące dla niewielkiej śmierci widzisz miłość, ogień krwawiący do świata, widzisz szybko śniącą przezroczysty sen, przylgnąć do niej, nie wierzyć w powroty, ocalić siebie tak właśnie i innych |
| ONA MNIE BAWI ona mnie bawi, jest pełna płomyków lecz czemu się spala ledwo grzejąc kołdrę specjalnie pożyczoną na tę uroczystość? mocnym głosem jej mówię te tysiące chimer, które w niej przykucnęły, a ona się śmieje potem nie wiem co począć, patrzę w drżące okno, na ulicy południe tak szybko przebiegło, ona bawi się kotkiem, ma zbyt ciemne włosy, zbyt wielkie oczy, czy stać je na miłość? ona z marzeń o cnotach wybiera namiętność, od smutku woli męską rezygnację, z uśmiechem znosi przeciwieństwa losu, i zwycięża pogodnie, z podniesionym czołem i rozwartymi gościnnie smukłymi udami |
| OTO OBŁOKI oto obłoki ponad nami nikną zamierają nie wiadomo dlaczego, maskują się w niewidzialne, aby nas zaskoczyć a może znikają jak deszcze i wiersze nawilżające pola dla nowego zbioru, jak rozpacz znika pod dotykiem dłoni? to samo śpiewają nocą na łąkach świrszcze, trzeba tylko uważnie, bez powodu, słuchać, a można usłyszeć, dzięki czemu się żyje, i dzięki czemu odchodzi, pośpiesznie jak iskra, zostawiając u ludzi ciepła smugę cienia |
PADAM DOKOŁA JEZIOR |
| CYWILIZACJA ŚMIERCI cywilizacja śmierci to kwiat osobliwy idąc w miasto nucę piosenkę o jego zapachu, o barwach niezmiennych od tysięcy lat, gdzie insekty instynkty świętują swe święto, o poczwarnych owocach z pobocznych gałązek i oto natchnione tęczujące słowa w oszołomionym locie dopadają warg, wstrzymują oddech, zalepiają krtań, twarz prawdziwą w wilgotnej masie zatapiając a moja radość, cierpienie, obawa, śpiew, usta pęknięte, wilga, obłok, rzeka - zmieniają się w warstwę urodzajnej gleby, próchnicy, przyjmującej z ukłonem korzenie kwiatu, by świecił w najpiękniejszych barwach |
KTO NOWYM BLASKIEM |
TA ZIEMIA |
| PIĘKNO gołębiem nazywanym przeze mnie tak właśnie, łączącym z przestrzenią mej planety, mnie, z krzyżami wyciągającymi ramiona do lotu i niżej, gołębiem w trawie, w gorzkim smaku źdźbła, w tętnicach świata ledwo wyczuwalnych w uległym geście krążących przy ziemi tak oto gołębiem w milczeniu pękniętym, tym słowem dwoma może w zderzeniu na wargach, wypowiem prawdy nie znane mi bliżej, kołujące wciąż bliżej, w coraz gęstszym świetle gdy dzień bezszelestnie umyka na palcach nie śnimy tego lecz śmieję się w słońce, nie ciebie kocham lecz moja miłość cię niesie, i moje oczy przekłuwa a twoje pieści i wielbi, twe oczy z piór gołębich i źdźbeł leśnych traw |
| IDĄCY ULICĄ idący ulicą może zna te słowa, które, nadając wartość wędrowaniu, w rytm kroków ćwiczą melodie powitań może je słyszał? oto przed zwierciadłem ułożył usta spojrzenie i wątek, z klapy swej strzepnął gwiazdeczki łupieżu a teraz idzie z podniesioną głową taki spokojny jakby był mordercą, ale upadnie, gdy usłyszy - witaj! oto upadł, usłyszał? oto idzie znowu teraz przez gwiezdne życie ogrodu przechodzi cicho, przystaje u schodów, unosi głowę w przeraźliwe niebo i słyszy głosy białego pogrzebu i nie wie wcale, że to jego grzebią |
| COŚ SIĘ KOŃCZY coś się kończy, płyną deszcze kiedyś kochałem ziemię jak marnotrawna woda która drży, kiedyś rozpadł się świat pośpiesznie zgarniałem okruchy i strzępy, scalałem przestrzenie jak iskra ciemności ale teraz wracam do własnego świata, w oddechu rzeźbię powietrza i lądy i piszę wiersze jakby leśna wilga rzeźbiła je nad wodą w czymś nieprzezroczystym coś się kończy, zuchwale szachruję z czasem, nie ma gry dla fuszerów, lata znikają ze stołu, trzeba żyć szybciej, nie ma nawet deszczu, rzeki, trawa, ocean - to żałosny mit |
| KWIATY PARZĄCE DŁONIE kwiaty parzące dłonie, noc mija łagodnie i noc jest kwiatem, dojrzewa i pęka otwierając i świcie muszlę tęczującą gdzie - na przestrzał otwarta przelotom pamięci okryta w barwy znakowanych słów - miłość zaczyna nierealny marsz z cierniami i kolcami, poszerzana echem, jest bardziej obecna niż wszystkie kwitnienia, w mieście znów pięknym, bliska szmerom wisły, dźwiękom zegarów cicho wtórującym ten wiersz, znak godzin, tylko zanotować - wtopiony w ziemię korzeniami włóczę się alejami, poszerzany echem, i często widzę w mokrych lśnieniach ulic twarz twoją o lotnym odcieniu sonetu |
TO SIĘ WCIĄŻ KOŃCZY czy nieruchome powietrze ich domów |
OWOC MÓJ JESZCZE KWIATEM |
G Ł O S S P O Z A Ś C I A N |
| SOBĄ JEDYNIE MOGĘ CIĘ OPISAĆ sobą jedynie mogę cię opisać, w ciszy i skupieniu ostrożnie brodzę ponad brzegiem, w powietrzu gęstym od liści i myśli badam postrzegam moje własne ślady, stopy błądzące tak przemyślnie, cienie wznawiane z każdym brzaskiem by tu nie zostać - ostatnia fałszywa radość wychodząc ze mnie pozostawia niewielki grot dźwięczący echem cięciw tylko dlatego, odchodząc na progu się odwracam, te fale łagodne |
| GŁOS SPOZA ŚCIAN szukałem - jestem przeklęty, rozwarty od wewnątrz mózgu, u wód zza długich korytarzy piwnic i lochów bez światła utraconego żartem rozwarty / jestem przeklęty, z piwnic utraconego u wód i przeklinany bez nikogo czarny pod powiekami daremnie bowiem utraconego szukałem żartem, na zawołanie, bez światła |
| KTO ZBURZY WE MNIE kto zburzy we mnie te domy, które tworzę w lęku? kto zniszczy ludzi budujących ciemność w miejscach dzieciństwa? to, czego szukam, wciąż dalej pięknieje i w kim zabłysną nadpromiennym słowem umarłe? wychodzą w ulice! gdzie ziemia kończy swój obieg, w ciemności, obłoki pełzną nisko niczym trupie ręce z gwiazdą wbijaną pod każdy paznokieć oto droga na ziemię, po świecących palcach, nim ich kontury znikną w śmiechu przyszłych śpiewa dwudziestopięcioletni wielką burzę świateł niszczącymi wśród ulic przybytki metafor pisanie wierszy jest wewnętrznym krwotokiem, przyszłość się pisze przy zdwojonych oczach, odwracam tęczówki, wewnątrz widzę strach, i gwiżdżę prawdziwą piosenkę o krzyku dla rannych ptaków śpiewających wiatr, dla zwykłych ludzi o pękniętych ustach |
| UMARLI spójrz, oto idą, tamci, ci sami, z uśmiechem zębów i pod wiatr ze szkła żegnaj ich gestem, zamknij twarz, zasupłaj uszy w kokon szkła ze śmiechem bowiem w wiatr idą, wciąż obecni chać nieobecność im nakłuwa dna to twoje twarze, w lustrach węszą, patrz na ich oczy, usta, patrz na to szkło |
CAŁA W ZIELENI |
(z e. e. cummingsa) |
W I E R S Z E P O D R Ó Ż N E |
| DZIEWCZYNA dziewczyna słońce na rzęsę schwytała i klaszcze w dłonie, w lękliwej radości nie wie co czynić, jak przywitać gościa co nagle uległ świeceniu jej ciała on nie chce kwiatów, jej zęby w uśmiechu błysnęły pękiem wiosennych jaśminów o! z nich zrób bukiet! i nieco karminu weź z wargi swojej, i z tętnic po trochu zrzuciła słońce, jak brzask uleciało skracając nagle długi cień dziewczyny, blask odbierając - najdalsze się stało dziś razem stygną, nie byli bez winy, lecz gdyby zawsze chcieli być szczęśliwi chyba w kamieniu by miłość rzeźbili |
| CZY TU JUŻ BYŁ KTOŚ? czy tu już był ktoś? tak! więc jeśli słowa mają być białe i niepokalane niech każdy ranek otwiera w nich ranę, rzeźbi w ich tętnie jak w żelazie kowal tu był ktoś, przeszedł, popod dłońmi chował tęczówki swoje jakby białe świece, odszedł? on wiedział, że wędrować lepiej niż mleć na zębach o wędrówce słowa minął, drzwi zamknij, sprawdź czy wszystko jest tu na swoim miejscu, zamieś ciasto w dzieży by napiec chleba dla własnej podróży znaj czas właściwy dla pielenia chwastów, wtedy dom opuść, niech cię nie wyrzucą myśląc, że przey to własne bóle skrócą |
PLUJĄ NA ZIEMIĘ plują na ziemię, niejeden przeklina, |
TYM, KTÓRZY MÓWIĄ tym, którzy mówią, ból trwanie utrwala |
KTÓREDY DALEJ którędy dalej, godziny zegarów? |
M I N I A T U R Y |
I GŁOSY SWOJE i głosy swoje, |
BIAŁE WYBRZEŻA białe wybrzeża |
PEJZAŻ ŚRÓDLEŚNY od jodły do jodły w przenikliwe obrazy |
ŚLUB radość strumyki ognia |
O BRZASKU o brzasku śmiech srebrzysty |
ŚWIT huragany poranków przenika dzwon, |
WIATR NAD POLAMI o, |
WOŁANIE DZIEWCZYN NADMORSKICH o |
ZAWOŁANIE WŁÓCZĘGI o, |
LIRYKA poranek |
© 1966 - 2010 Wiesław Sadurski worldwide. Wszystkie Prawa Zastrzeżone. Website tworzona i utrzymywana przez Autora. |
Autorska Galeria Sztuk Pięknych - Malarstwo, Grafika, Poezja, Fotografia, Druki Artystyczne - Wiesław Sadurski, polski artysta w Berlinie. |