|
| aby przeżyć to wszystko jeszcze raz zwróciłem się w czas mozolnie przenikając pod prąd przez kolejne śmierci zachłystując się życiem poprzez miriady istnień przeżyłem początek gatunku rozpłomienianie się ziemi i jej rozpylanie wśród wirujących słońc wśród zbiegających się w początku gwiazd istniejąc coraz muzyczniej i prościej wniknąłem w serce źródło istnienia tu zostanę na dłużej |
| uwolniony od uścisku waszego metalu wolno oddychający wychodzę z więzienia mózgu ku wiosennym dniom mikroskopijna nowa możliwość człowieka pojawia się w wiązadłach żaru na półkuli ziemi przekazywane przez ciało doznania żywej nocy niezrozumiałe lotne przejścia między rozbryzgami dźwięczących burz tu gdzie tu kiedy tu i teraz |
| więzień karłowatej gwiazdy wymiot z czyśćca kultury historii pomiot idei wyniesionych z dżungli z ciałami podwieszonymi za nogi na drągach a tymczasem najłagodniejsze melodie głaszczą pięty śpiącego domu najczulsze barwy dźwięczą harmonicznie z okien paruje płomień obrysowuje czerń służy nikomu |
| twarz nachylona ku przeszłości w spokojnej refleksji porasta skalnymi lasami żłobi się strumieniami czysto i głęboko w zmarszczkach skóry sadowią się wygodnie polany pełne dzikich zwierząt ścieżki prowadzą do wodopojów zielona gałąź schyla się nad światem lecz wody słone od łez teraźniejszych morza obwarowane rafami niedopowiedzeń ciała maszyny prawdy cele dochodzi się nigdzie trzeba odwrócić się |
| pejzaż stockholmski za oknem cofa się w czasie wysokie wzgórze drga pod naporem lodowca woda podąża w głąb gęsto owłosione mamuty zanurzają w niej kły i uciekają od odbicia które wyjawia losy przyszłe klękam pochylam się pracowicie nad powierzchnią dnia świat milczy zwięźle stawia pytania wieczność przesłuchuje człowieka |
| rozżarzona planeta stygnie wypala się w zmianach i w mgnieniu oka zatoki są pełne ludzi i galer huczące lampy cywilizacji już jest i niewidzialne porywa w nieznane na transmisyjny pas przyszłości |
| te same więzienia na całej planecie te same domy miłości i wysokościowce nędzy gigantyczna klamra spina dzień i noc emocje bieguny zwierzę płowe i wielogrzywe błyska białymi kościołami żywi się ludźmi głosem ofiar krzyczy na trwogę wojna jest wszędzie w nalocie cmentarzy gigantyczna wirówka miesza dzień i noc odsącza z nich młode czyste światło |
| słowa potykają się o zadumany długopis dotykacz co mieni się na dźwięk lub widok czernią ładowany czernią rozkojarzany niby nijakie a nabrzmiewa jak wrzód ! na niebie pojawiają się lśniące latające lancety litery wpadają w popłoch i tupią aby zatupać do piwnic słuchotok mowy a jednak statek załadowany polarnymi pocałunkami przybija szczęśliwie do brzegu w odmianę |
| na plecach nadwiślańskiej równiny na płatkach maków wdłuż ścieżki wśród pól pamięć zatacza się w odurzającym zapachu sierpnia brzegi rzeki pasą się na łące ukrwionego mózgu w podniecającym wirze światełek i wierszy przemieniają się zwolna w skrzydła dla miłości aby cię unieść |
| patrzę w moją dłoń w miejsce gdzie krzyżują się linie serca i rozumu w ten punkt tak podatny na gwóźdź między jarzącymi się jasno komórkami ostrożnie przenikam przez naskórek w tunele purpury i chłodnych fioletów wnikam głębiej wśród mikrocząstek pośród pól energii w kwantowych śpiewach w błyskawicach ducha aż wreszcie wracam w szeroko toczące się wody zieleń ciągnie od lasów kładzie się na fale niekiedy dostrzegam migocące na brzegu ognisko po tamtej stronie |
| w polu widzenia okropny zamęt ! lewe oko dłubie w sensie prawe mnie podejrzewa o dłubanie w nosie a wiersz jest aktem niewiary która wymaga dowodu uśmiechem przewrotnym i zaskakującym który ma jedną wargę więc udaje horyzont albo z samego rana znajduje zdechłego kota w minionej ulicy konfident wizualny przeczy natchnieniu |
| lokomotywa parowa przebrana za jeża jeździec bezdzietny ze ździebkiem niewiary pora na przeraźliwe lepkie majaki co same się boją i stąd takie lotne łapa która cwałuje po wierzchołkach drzew sarna z tektury polująca na zmarszczki lampa co stęka przez sen ale powoli zatracają sens jak życie co bawi i rozpływa się we łzach i ciach ! |
| szpara wybita nożem w wieprzu w wierszu dwie krwawe wąskie wargi usiłują coś mówić coś głucho bulgocą zapadając w coraz częstsze sny wzdychając bąblami purpurowych słów otwierając się w ciemne znaczenia szukając po kątach pamięci cienkie obrzmiałe wargi rany chcą mi przemówić do rozsądku chcą ! chcą elementarza uczyć się języków podróżować tańczyć w dżungli śpiewać krzyczeć z radości tymczasem korpus jest już cięty na części kawały mięsa skwierczą w tłuszczu |
| tu filtruje się ludzkie sprawy kolosalne wieże ciśnień ścieki odpływowe huczące maszyny odfiltrowują odpadki kłębki włosów zgniłe pety zużyte prezerwatywy resztki pracy żywności i natchnionych szoków prasuje się w bloki spala pod ciśnieniem woda płynie w kolejne przemiany popioły anihiluje czas i ziemia zapisane kartki papieru odkłada się na bok w przemijanie wolniejsze |
| moja dłoń za moimi plecami podaje dłoń komuś kogo wcale nie znam jeszcze tego brakowało ! nie dość że wczoraj ta sama dłoń odepchnęła inną przyjaźnie podaną przez los ? nie dość że na noc nie wraca do domu ? że mi nie daje jeść ? że pieści moją dziewczynę ? że wreszcie kiedy na nią nie patrzę pisze swe własne wiersze ? |
| świt emaliowany sennym zagrożeniem pory ciała dźwięczą fletami w natchnionym spaźmie gitary ten głos przybywa przez sady wiśniowe: nie mogę prowadzić za rękę twych dni narysowane na cienkiej szybie podróżnego pokoju nasze obrazki miłości przekomarzają się czule z porankiem |
| chciałbym sobie przypomnieć pomyślany wiersz zaraz jak to było ? cieszyłem się jasnowłosą głową na moim ramieniu całowałem smak wiosny myślałem o zeszycie podróżnym otwartym na tej właśnie stronie i pojawiła się w polu widzenia rura z której zaczął ulatniać się gaz odtwarzać miasta wojujące o szczęście kwietne zawieje lodowe architektury wśród płonących dżungli a potem zdanie lub dwa jak burta przybijającego do nabrzeża statku a jednak nic nie pamiętam |
| wiem do ciebie trzeba mówić opowiadać bajki pokazać każdą stokrotkę na łące wrony wodzić na spacer w obłoczne przestworza zajączki puszczać biedronki swawolić trzeba ci bywać wiatrem deszczem śniegiem zawyć z daleka zwierzem rozświergotać skowronkiem a wszystko delikatnie wiem trzeba cię kochać |
| przeżywam zdziwienie lampy odbitej w jej oczach na widok świtu burza zielonych wiatrów szaleje na drzewach i spokój sen przeczuwany dla dzisiejszego słońca jutrzejszych kropelek potu dla zawrotu głowy otulonej w indiańskie i dzikie obłoki dla odpoczynku w blasku skóry gdy miłość blisko okna o świcie |
| a potem przychodzi milczenie i pamięć o tym że coś wypełzało z morza na ląd ku obietnicy światła mej epoki potworna plaża kształtowała się ze skowytem miriadów istnień w białą pierś pełną mocnego mleka w oparach czasu przechylającego się ku słońcu mozolny marsz gadów płazów ssaków przestał podążać ślepo i namiętnie w porośniętą śmierciami przestrzeń zatrzymał się obrzeżone kosmosem żywe rozlewisko poza wymiary wystrzeliło smugą niosącą w sobie nasze bawiące się dzieci |
| mylące rozwarcie gdy naga siada w pozycji lotosu powolnie kołysze się wśród zadumanych jezior jej usta w łagodnym uśmiechu stwarzają ruch czasu w rozkwitającym wymiarze kosmosu urok chwili oczarowanej światem wiecznym osypuje się na mnie gruzełkami lodu nowym dreszczem |
| pierwsze wołania bestii ognie w pieczarach i zaraz tak prędko ! świetliste stodoły ładowane zbożem kobiety prześwietlone kościołem i dzieci świat zaludniony porty otwarte na nowe wymiary praca przemieniająca na dobre i złe a po spokojnym dniu sny pełne elektrycznej lawy warczące bębny polują na sarny głuche na odpowiedzi jątrzące przed siebie pytania gatunku |
| zwierzątko palców buszuje na brzegu rzeki |
| trudzę się dzisiaj wcześnie w laboratorium przedświtu muszę zdążyć na czas ! pracuję w promienistej materii moje ręce coraz wprawniej ugniatają rozżarzone żółtko i białko ciemności białe ciałka krwi sączą się z dłoni rozpoczynają nieregularne serie wybuchów słońca w wodach płodowych ludzkiego poranka |
| o nocny bursztynie z wtopioną smugą włosów z mojego pnia ściekają krople życiodajnej żywicy słoneczne sezony dyszą w prześcieradłach leniwy diament śpiewa w obu naszych ciałach sosny nam szumią poprzez milionlecia rośniemy razem |
| czas rozbłyskanych świateł i eksplodujących nowości w chmurach zarysy twarzy o podwójnym słońcu szybkie oddalanie się od miejsc wspólnych przyszłość ramiona o przeznaczeniu nieznanym poszukiwanie wyrazów poszukiwanie języka w którym można mówić o poczuciu istnienia w celu niewiadomym nieskończonym jak szybkość |
| moja dłoń dotyka stołu patrzę na coś co myśli we mnie dobiega mnie okno z zapachem ulicy a jutro będzie futro a wczoraj był raj teraz trwa wypełnia dotyka mówi łączy mnie nieustannie ze wszystkim co żywe dlatego jestem tutaj nie ma czasu na kłamstwo strach ból który pochłania dlatego jestem tu i teraz |
| układają się w barwach bukiety wypadków wulkanicznego pochodzenia życie ocieka szkliwem lat z ukrytym mechanizmem alarmowym istnienia jagnię beczy wśród nocnej pieszczoty zapach skóry przemyka w czasie jak w lesie ścigany przez myśliwskie psy wiersz pojawia się na płatku równiny i smakuje jak wiśnia można go podnieść i odrzucić w czas można jeść |
| pocałunek dnia przenika przez muzyczne firanki olbrzymie przezroczyste serce rozkołysowuje domy i światy nie czyniąc im krzywdy pieszczota nagości widzenia w tęczowej pianie w kolorze łóżka z morzem u wezgłowia w kolorze dziewczyny która za oknem przechowuje na uwięzi skalny las z rozedrganym słońcem oto dotyka jej obnażonych piersi kiedy prawa połowa mojego mózgu porusza się nieśmiało jak brązowe niemowlę w jej śnie o naszej miłości |
| zza betonowego narożnika naiwnego losu wychyliła się okrutna dłoń kiedy opamiętałem się było zbyt późno leżałem w komorze gazowej kurczyłem się wśród innych wleczonych przez szpalty ku grobom które będą działać w imię a tak marzyłem ! a tak bardzo chciałem stać się dętką samochodu ciężarowego z której gwałtownie uchodzi powietrze przy szybkiej jeździe na zakrętach hej ! |
| kiedy ciało zaczyna gwałtownie zanikać i staje się tylko ideą która pożąda ciała - to jest to całkiem niezłe ! lecz kiedy budyń z wiosennego światła włazi do pokoju i zaczyna mnie normalnie podbierać okrutną łyżką - to też jest całkiem fajne ! a tuż za wzgórzem śmierci jest życie ogniste gdzie salamandry dusz naszych wpełzną w głąb płomienia - to też wspaniałe ! |
| nasłuchiwanie lotu dnia uderzeń sekund o serce w stromym wznoszeniu trzy ! siedem ! dziewięć ! powietrze wybucha fajerwerkami nowych miejsc istnienia latające talerze słów latające kobiety które spełniają pragnienia tęczujące wskazówki pośród ziół i trawy naskórek reagujący na ciemność ciało umysłu o nieznanym centrum nasłuchujące poszukujące pretekstów |
| maleńka wioska zagrana na niskiej nucie u podnóża ciemności niemrawy strzelec polujący na kaczki kilku rybaków przy metaforze starej jak świat różowa jak muszla mojej ukochanej maleńka psyche o imieniu nieznanym podaje tacę z owocami i pieszczotą |
| czka się perlistym maggi w sklepiku dzieciństwa co czknienie wspomnienie ! i buch ! coś wali w tęczę nad lasem czyli jest las i tęcza a pod nią sklepik mały ekspedientce w majteczkach gumeczki się rwą swędzi ją w lewą kostkę młynarz drapie się w krostkę przyszedł kupić wałek do ciasta bo mu córka podrasta trzeba jej trochę frajdy ale tymczasem - basta ! bowiem kolejne czknienie wali to wszystko we wspomnienie |
| ten człowiek ma białe włosy i słońce nad którym pochyla się z nożem więc dlaczego ziemia lepi się do krwi na mych dłoniach kiedy nóż rysowany piórkiem w czarnym tuszu rozkłada w tęczę promień słońca ? i już nie można zawrócić wina węszy jak hiena gilotyna waruje przy poduszce moja promieniująca głowa leży obok rysunku ze słońcem i wszystkim wszystkim wszystkim wszystkim do końca dnia |
| samolot z podwieszonym miłosnym uściskiem w obrocie nieba określanym przez radar precyzyjnie wyznaczane najbliższe rozstanie z ziemią poszukiwanie majaczącego w dymach lotniska skąd startuje się w przyszłość a skrzydła odrywają się od widzialnego a odlatują w różne strony świata człowiek bezskrzydły lot |
| cokolwiek jest przetwarza się nieustannie dzisiejsze cudowne spotkanie i te nużące nuty cmentarza ideowego chude szkapy w węglarskich wozach poranka miasteczka zataczające się na pijanych zboczach południa mięsisty bąbel który łaskocze twą ciemność co jest podąża poza wszelką zmienność ciało podtrzymujące wymiary zaczyna się żarzyć i odlatuje |
| porastam od środka kalkucką ulicą ze wschodem słońca pojawiają się we mnie wozy zaprzężone w woły aby pozbierać trupy pokonanych przez ciemność i głód jak szczątki rozerwanego na ludzkie strzępy rozrzuconego po ziemi sumienia na szczęście inny poranek z drugiej strony oka i wzgórza z obłych skał i świerków na szczęście jest światło i dobroć miłość droga ruchu miliardów w przyszłość |
| ruchy tektoniczne historii wylewają do ciała lawę snów karabiny polują na papier nutowy lubują się w rozlewie nut wypada z ust knebel naturalnej ciemności kolejowe szyny popędzają długimi smagnięciami niepokój wita na każdym dworcu życie upływa w stronę światła śmierć śmieje się po stronie światła słońce właśnie wpół drogi |
| a potem walec czasu odwija znane mi obszary pokazuje odkrywanie ameryki na skraju oka jej betonowe warty dziobiące obłoki mój ukochany przyjaciel zastrzelony w buszu wskazuje dłonią kierunek i naprzeciw rewolwerowej kuli w jego brzuchu wysuwa się kulka w moim długopisie krew dotyka zeszytu nieufnie a potem nie opuszcza tych kartek już nigdy i pisze własne teksty w kolorze anarchii |
| to cierpienie które się pojawia z całkowitą prostotą ładuje moje akumulatory czy kiedy zapadnie zmrok wystarczy energii aby zaświecić wszystkie reflektory skierować je ku sobie i tobie ku naszym wspólnym ludzkim sprawom ? |
| pejzaże kontynentów są nagle i czule zmieszane przez palce ciasto na chleby promienne pagóry europy otulonej przez siwe i błękitne morza ściegi fal zszywają niewypowiedzialne z kartkami zeszytu podróżnego opozycyjnym biegunem wiersza staje się miłość śmieje się w głos |
| widnokręgi trzepocą jak zapis kardiogramu wiersz widzi wszystko w namiętnej czystości wisi w powietrzu nad zdyszaną ziemią toczy się ścieżką wśród leśnych korzeni gdzie idzie się w dół ku morzu sam podąża moimi śladami przez buszujące w epokach ogniska zatraca się w leśnym poszyciu i czyha przy sercu na bliskich |
| przesuwają się złoża pamięci czołgi jabłoniowych sadów wdzierają się w równiny okupowane przez ból na przekór tobie która nie dowierzasz temu co podąża za pierwszym dźwiękiem dzieją się lasy pełne niedowierzających saren krzywe chałupki czepiają się gór i towarzyszą w przemianach pytaniu które w istocie zostaje i czuwa jako baśniowy smok nad czystą wodą pojawiam się sobie niewiarygodne że jednak istnieję naprawdę chociaż w dziwnym czasie jeszcze pełen niepokoju i zwątpień uczę się polować wśród rajskich paproci w obrębie ludzkiego gatunku a zwłaszcza na jego granicach rozszerzających się |
| wysoki wyłania się poranek ze snu w płomyku spalającej się świecy ktoś nieznany walczy na śmierć i życie ze swym demonem wszechogarniającym walczy dla mnie na pokaz ale umiera naprawdę przecież poranek nie jest snem a przebudzenie wymaga innego światła |
| to przychodzi nagle na ulicy szczurze niebo wyłania się zza dachu szpitala długie ostre i sprężyste wąsy przesuwają się węsząc po mieście wpełzają do mieszkań kawiarni galerii węszą kolor i nowy zapach miłości mdłości wrzucają we mnie nagłe i głębokie i nie ratuje mnie teraz braterstwo ani to że rozumiem spotworniałe włosie obsmarowuje mnie błotem przyprawia mnie gównem zżera powoli |
| długa mozolna odpowiedzialna wędrówka przez okopy nabiegające krwią przez mięśnie i komórki czasu gdy zanika ja podróż przez czas i sumienie nabiera w siebie omdlałości wieczoru znużenia lasów sosnowych poddanych monologom upału myśl nie zaczepia o żadne przedmioty waha się w wiatrach ponad kontynentem w muzyce kosmosu dźwięki cywilizacji ludzi i natury brzmią harmonią sfer |
| unosi mnie ponad łąki rozwiewa wśród trawy i mgły jakiś niezrozumiały i dziwaczny poryw muzyka oddechu prawdy krwi dymy wieczornych ognisk ciągną nisko nad ziemią pole żyta podchodzi do gardła jak utajony niepokój wołania rodziców słaniają się w zmierzchu w koleinach dróg już niepojętych |
| spokój w ogniu gorące śródziemie w głębokości pole nabrzmiewa ucztą zdarzeń pękają pagórki wulkanicznego pochodzenia różowa lawa płynie wszystkimi parowami pokrywa scala stapia ukształtowuje na nowo zarysy twarzy pięknej ciemnowłosej nowonarodzenia w blasku ciała |
| napotykam dziwne istnienia unoszą się nad światem lotne od śmiechu albo błądzą w dolinach wędrują obdarowują bezinteresownym pięknem tworzą ścieżki dla przygód na tej prowadzącej ku morzu znajduję gniazdo os w korzeniach sosny i kołyszący się na gałęzi wysuszony przez słońce i wiatr miłosny uścisk pogoda czyni ten widok rybą ościste skały z których ścieka ziemia drobne unerwienie jesiennego lasu i ostry harpun ja na skale |
| przypatruję się ojczystym sprawom przez soczewkę morskiej zatoki skrzypce kształtują w niebie delikatny prąd o struny wspierają się płaty pejzaży czułe zaistnienia dla dotyku krwią zrozumienia żarzą się w światłach mózgu i przekształcają ruch piękna rozbłysk ku miłości a wiatr uderza o skały i drzewa trzeszczą a morze zachodzi łzami i płacze głosami bliskich |
| stokrotka o sutkach uniesionych wysoko zaczepia o wiszącą nad łóżkiem przejrzystą taflę mego zachwycenia kula ziemska podwieszona do balona rumieńca sosny błyskają rdzawo wśród rzęs brązowa skóra bicz tęczy i prześcieradła między obłokami i ulot wizji z kryształowych mięs rozjarza się w szybkości we wstępujących powietrznych prądach miłości |
| płomienie pełzną z możliwości w stronę europy i rozchwiewają się w wizji jak suknie wzlatujące znad ramion ale są już następne już obracają w popiół ziemię i sunie w stronę rodzinnego domu pochód płomienia zwieńczonego burzą prawdy ładowane przez tysiącletni bezruch zamulone kolorami uczynków podniebne ławice porykują jak dzikie zwierzęta ku swemu twórcy który patrzy skórą |
| kląskanie maja u podnóża wydmy sahary mój żar ułański zmaga się z upałem z mirażu wykazują się: piękny anioł wykopany przez krety obłok porośnięty pachnącymi pępkami moja sylwetka zwymiotowana przez powietrzną żabę miłość do przymiotników odzyskuje sens światło śródziemne czyni mnie zielonym dusza opuszcza ciało włóczy się jak bezpańska |
| stworzenie świata podjęliśmy przed dwoma dniami w zapachu miłości w locie do jądra ziemi zaprzeczyliśmy śmierci przed głazem słońca a jednak tego samego dnia w moim pokoju pojawił się demon zeżarł nam uniesienia skończył jeść kiedy ciała zniknęły i trzeba życie zaczynać od nowa |
| spomiędzy palm szczecina wypełza z delikatnym trzaskiem i elektryczna lawa pojawia się w wietrze kiedy świnia dzieciństwa rzyga mną na piasek a wówczas z przyszłości wybiega sfora zgłodniałych wilków i zaczyna się walka dla której ślęczałem po nocach szczęk kłów pogłosem niesie się przez mięśnie krzyki zwycięzców wycie bestii jakże tu spać ! |
| czas przystaje wraz ze mną plama krwi na zeschniętej ulicy oliwi sprzęgła w maszynerii nocy wyobraźnia przybiega i zanurza swój pysk długo pije a potem opiera się o ramię Wielkiej Niedźwiedzicy i tam spotyka jedyne marzenie które wznosi się tak wysoko: twarz smutna jak paznokieć z odpryskującym lakierem oddala się znika przystaje na nic |
| język poci się w obcym języku węzeł krawatu połyskuje splotami sprzeczności rozwiązują się spełzają w zewnątrz na trawy siwe od szronu coś trzepoce się w ciele nie chce jednak wcale wolności ujmująca wizja dróg naszych które mogłyby być proste a jednak wiją się łączą w koszmarnych splotach i zaciskają wokół szyi a po chwili nawet wiersz jest wplątany w to wszystko od którego ma uciec |
| niechętnie oglądam przez więzienne okno skrawek nieba gęsto porośnięty szczeciną ostatnim faktem sprzed zemdlenia podczas tortur było współczucie dla kata przedwczesnej łysiny nie ! nie dam się ! nawet teraz kiedy materace w celi zaczynają syczeć to długie lśniące włosy pasożytują na glebie łóżka wczoraj zjadły mi nogę dziś szumią wewnętrzną powierzchnią żołądka dlatego postanowiłem zjeść mego łysego oprawcę załatwię go drugą nogą ! zanim się zwłochaci ! |
| kiedyś będę wędrował jak dawno temu kiedy znów dzwon załopoce wysoko w chmurach na pochwałę poranka podejdzie do mnie człowiek i powie mi swoje imię przepłynie we mnie rzeka zapluszcze swe imię konik polny na wyprężonych nóżkach zagra ostatni akord piosenki a ciało w powietrzu zasyczy jak ogień który rzuca się na podróżnika jak dawno temu |
| moja miłości w twojej twarzy jest nie do twarzy wspomnieniom oddalam się w zdumione i żyję na tyle że śmieję się płaczę podczas gdy wiatr potężnych przyszłości porywa moje włosy bluzę powoli wsysa w blask ciało urywając niedopowiedziane zdania w dźwiękach barw |
| niebo jest ciemne puste bez granic jedynie wiara i nadzieja o wiotkich skrzydełkach polatują wśród rozbłyskanych okrzyków powietrza to płomień ogniska na skale wywołuje mnie z negatywu na którym brak ludzi przezroczysta klisza drży wokół oczu podsyca mrok |
| zjawiają się wszakże ogrodzenia ścisłe i logiczne kolczaste druty obłoki niejasności przymilnie tulą się do twarzy tworzą knebel pasja ścisłości odwiedzanie czasów i miejsc akcji gdzie krótkie spięcie łączy opozycyjne bieguny gdy system nerwowy krąży nad wodami pierwszego poranka a ja tymczasem między błyskami na kolcach przeciskam się ku większej gęstwinie dźwięk mego głosu za mną nie nadąża wiersze ślady krwawienia |
| robi się zimno kiedy myślę o tobie wypełzającym na mnie spod mej własnej skóry twoje lśniące ostrza polerowane przez instynkt twoje haczyki wczepiające się w każdą szczelinę ziemi aby od niej nie odpaść widzę jak robisz uniki przed śmiercionośnym szlabanem który opuszczam za sobą robi się świt i robi mi się zimno gdy patrzę za siebie widzę że nadążasz |
| spiralna galaktyka rozwija się z ognia jego tchnienie czuje noc nasze ciała łąka gotowe płonąć |
| któregoś dnia trawy nad nami uniosą się w słońcu wiatr nas rozwieje i zamieni w przestrzeń już nie będziemy rozpaczać i tęsknić trawy zaszumią będzie wieczny dzień |
| deszcz przestał padać stoję na brzegu morza co płynie szeroko i nasącza mnie swoją goryczą i światłem nad którym nisko kołuje mewa poranka a kiedy wracam w stronę domu skały zmierzające przecież ku własnym przeznaczeniom potykają się o me ciało wstrzymują oddech i wszystko łączy się w wymiarze nad którym pojawiają się jasne płomyki kładą się na stronicy |
| aż tutaj słychać mlaskania wieczoru który smakuje mój wiersz blues wiary śpiewany przez otwarte drzwi kafejek wzlot nagły i trwały do pracy istnienia gwiazdy rozwiane w ludzkiej działalności układają mnie w ciepłym zmierzchu do snu życia w którym się zapomina podchodzi bliżej neguje różnice |
| niewiele widzę świat rozmywa się światło trwa trwa nieruchomo w brzasku skała spękana od ogni i dreszczy siwy deszcz zmywa wzgórza spływa powoli po wietrze wiejącym z przeszłości zamienia wiatr w szybę po której powoli spływają krople i oddzielają świat ode mnie pozwalają odwrócić się twarzą wewnątrz |
| to dziwne że zawsze można się wycofać pozostawić za sobą niedopowiedziane zdania nierozstrzygnięte miłości ułomne śmierci to dziwne że w powietrzu może poruszać się bez śladu implozji próżnia o wymiarach człowieka to dziwne że przed że można postawić przecinek przed ścianą rząd ofiar przed śmiercią kropkę to dziwne znad trawiastego wzgórza unosi się mgła słoneczna a leśne ptaki snują muzyczną gęstą sieć w którą wplatują się dłonie by nie wyrządzić zdziwieniu żadnej krzywdy |
| koczowisko rozbite przy świeczce na sztucznym polu wielbłąd czochra się o kant gwiazdy po jarzącej się głowie pełzną bez imion znaczenia furkocący barwami pochód sunie w głąb zimy śniegi składają uniesienie na ziemi robi się czysto biało jakby nic więcej nie istniało jakby skupione w przeżywaniu światło wzeszło na zawsze |
| jest lawa przezroczysta oddaje się wymiarom ciała unosi się nad fiordem o skalistych brzegach w łagodnych implozjach pośród otumanionych słońcem brzóz a kiedy podpływa do nieruchomego w wieczności portretu głowy na tle ciemnych lat ich delikatne światło wyzwala się ze mnie i trwa |
| pozdrawiam cię swym oddechem rzędem brzózek na wzgórzu wiosną lotem szpaka tym co przynosi los jest czwarta rano pozdrawiam cię każdym zmierzchem ogniskiem rozpalonym gdzieś wysoko w polach kromką chleba śniegiem spójrz w oczach jak nad morzem parę skał i wiatry drzazga jakaś uparta tak sobie pozdrawiam cię życiem jak to robi kwiat pozdrawiam cię w czas |
| wiatr wieje przez jabłonki lecą kwietne płatki wiatr twoje usta mój śmiech jabłonki ani się nie spotkały ani się nie rozstaną |
| jakże muzycznie tu na wsi ! jak fioletowo snuje się wibracja gałązek w wietrze orkiestracja psich nawoływań wrzask gęsi rżenie konia który z płonącą grzywą grzmiąc kopytami cwałuje wprost w moje dzieciństwo jakże niebiesko ! |
| dzisiaj jest tak przytulnie świat jest zrobiony z króliczych uszu ścieżka którą idę wśród drzew jest linią twej lewej dłoni pomiędzy chmurami widać drzwi między myślami nadzieję pomiędzy kroplami deszczu róża prostuje płatki skłania się w stronę serca |
| twe imię zawieszone pomiędzy dźwiękami ciało złote i w chmurach a chmury tego dnia smutne smutne wędrówki w dół po przeciwnych stronach pasm górskich gdzie ciała stopniowo zanikają a nasze dziwne odkrycia znaczą się jasnością i zrozumieniem dla miłości która daje niczego nie żąda dla miłości która zanika pomiędzy i staje się dla i staje się życiem |
| gałązko brzozy prowadź przez burze i słoneczne dnie roń swoje liście nie powstrzymuj mych łez nasze przemiany tryskają ze wspólnego źródła jesteśmy razem nasz śmiech pojmowalny potrząśnie światem |
| pełnia księżyca przeziera przez tumany śniegu blade jest niebo czyste powietrze me uniesienie drży pod ciężarem płatków pełnia życia się spełnia dziś w śniegach jutro bez wczoraj |
| spienione białe lasy i płaski stok nieba |
| życie nie ma początku ni końca jego prawdziwe bieguny to światło do którego zdąża i świat który wyłania z czasu |
| pod skórą tej ziemi wzdycha chleb skądże te jęki o szklanych długo pobrzmiewających dźwiękach ? skądże dobiega żałosny skwir głodu i łoskot wojen ? skąd ten wiatr ? przeciągi czasu ! moją skórę nieznośnie uciska powietrze piecze mnie kolor dźwięk uwiera ale ciało nie może decydować wiatr wywołuje obrazy z negatywu pamięci w dole przemyka właśnie łąka siwa od trupich kości słowo jest oknem ktoś je otwiera podaje ci dłoń ktoś zanegował związki określone uwierz |
| wśród nocy moja głowa staje się skalnym wzgórzem wiatr wieje przez ognisko i trzeszczą kamienie morze napływa w ciało smakuje tak gorzko ktoś ze mnie wtedy płacze ukryty pod wodą ktoś inny siedzi i patrzy w płomienie a kora brzozy odpryskując skwiercząc obnaża w ogniu to sedno to nic co umie tylko spalać się grzać |
| jest tu plemię które niecierpliwie pracuje nad jarzącą się w kostnej jaskini bryłą wszechżyjącego mózgu świat śmiertelny i zbuntowany głoszący chwałę nieskończoności przy wtórze morza skał i chmur jest tu dziecięca dżungla porzucona na nieżywym chodniku słońce niezauważalnie przemyka się między dniami pachnie liśćmi czas zwalnia głowa przechyla się ze zmęczenia w stronę zrozumienia w stronie prawdy pobrzmiewa pomrukiwanie jaskiń rytm szmery kości podtrzymujących ognisko blask |
| to przecież miłość |
| skłócony z prawami tego świata: |
| Sztuki Piękne -
Malarstwo, Grafika, Rysunek, Sztuki cyfrowe, Poezja, Fotografia -
Wiesław Sadurski, polski artysta z Berlina |